„Dowcip i niedelikatność lepiej na ogół konserwują literaturę niż świętobliwość”
Mark Twain
Siedziałem u sąsiada, którym opiekowałem się po operacji biodra. Rozmawialiśmy o literaturze. On – obecnie zapalony czytelnik kryminałów, choć w młodości czytał absolutnie wszystko. Ja – zakorzeniony w literaturze regionalnej, choć dziś sięgający po bardzo różne gatunki. Właśnie kończyłem jedną z książek Marka Twaina.
— Wszystkie jego pozycje przeczytałem! Przygody Hucka Finna, Toma Sawyera... Ale to w młodości — odpowiedział sąsiad, nieco zdumiony moją lekturą.
— Ja teraz czytam Życie na Missisipi z serii „Epos rzeki” — wyjaśniłem.
— Czytałem… dawno temu — pokiwał z nostalgią głową.
Książkę wypożyczyłem z Książnicy Karkonoskiej. Trafił mi się czwarty tom z kultowej serii wydawniczej PIW-u – nosi on tam zbiorczy tytuł „Epos rzeki Missisipi”. To genialna rzecz, którą autor wydał pierwotnie w 1883 roku, a ja mam już za sobą poprzednie trzy tomy tej serii. W tej książce znajdziemy absolutnie wszystko, z czego słynie pisarz: są tu wątki biograficzne, błyskotliwe humoreski, zacięcie dziennikarskie i świetna dokumentacja epoki.
Dziś wiemy, że Missisipi ma około 3766 kilometrów długości. Za czasów Twaina rzeka była jednak dłuższa i – przede wszystkim – zupełnie nieprzewidywalna. Pisarz żartował nawet, że tak namiętnie skraca swój bieg poprzez prostowanie zakoli, iż za kilkaset lat Nowy Orlean połączy się z miastem Cairo, a ona sama całkowicie zniknie.
To idealnie pokazuje, z jak kapryśnym żywiołem musieli mierzyć się dawni piloci. Żeby w tamtych latach chwycić za stery parowca, trzeba było poznać tę rzekę... na pamięć. Trudno sobie wyobrazić, jak w dzisiejszych czasach – bez komputerów, radarów i nowoczesnych pomiarów – nawigowano by po tym żywiole. Bo przecież ta potęga bezustannie zmieniała koryto, tworzyła nowe mielizny i podwodne wyspy. Ówczesny pilot, jak plastycznie opisuje Twain, całą tę dynamiczną mapę musiał nosić we własnej głowie. Nic dziwnego, że w momencie przejęcia sterów stawał się najważniejszym człowiekiem na pokładzie – ważniejszym nawet od samego kapitana.
Z tą rzeczną profesją wiąże się zresztą najsłynniejsza tajemnica pisarza. W 13. rozdziale książki Samuel Clemens (bo tak naprawdę nazywał się autor) wyjaśnia, skąd wziął się jego pseudonim. W żargonie marynarzy z Missisipi zawołanie „Mark twain!” oznaczało ni mniej, ni więcej, jak bezpieczną głębokość dwóch sążni (około 3,6 metra) pod kilem. Gwarantowało to, że potężny parowiec nie uderzy o dno. Co ciekawe, Twain z właściwym sobie humorem przyznaje, że... „ukradł” ten podpis staremu kapitanowi, Isaiah Sellersowi, który pod tym pseudonimem publikował w gazetach nudne rzeczne kroniki, ale prawdziwe. Młody Clemens napisał na niego ostrą satyrę, po której zawstydzony kapitan zamilkł na zawsze. Gdy Sellers zmarł, wyrzuty sumienia pchnęły przyszłego mistrza literatury do przygarnięcia tego osieroconego podpisu.
Tym mocniej uderza finał tej historii. Gdy Twain po dwudziestu latach wraca nad Missisipi, odkrywa, że ten fascynujący, romantyczny świat odszedł w zapomnienie. Rolę głównego środka transportu bezwzględnie przejęła kolej żelazna. Ta zmiana całkowicie odmieniła rzekę oraz leżące nad nią miasta, miasteczka i wsie. Dawne, gwarne nabrzeża portowe bezpowrotnie straciły swój dawny blask, ulegając potędze nowoczesności.
Pisarz ze skrupulatnością godną reportera notuje nazwiska spotkanych ludzi i ich osobiste historie. Opisuje domy oraz ich wnętrza – wciąż pachnące minioną, nieco zapomnianą już drobnomieszczańską troskliwością. To właśnie ten dualizm czasowy, to nieustanne zderzanie przeszłości z teraźniejszością, stanowi nieodparty urok tej książki.
Życie na Missisipi to nie tylko świetna rozrywka, ale też piękny, momentami rzewny dokument o świecie, który zniknął na zawsze. Gorąco polecam – nie tylko na długie wieczory!
Mark Twain, Epos rzeki Missisipi, [w:] Utwory wybrane, t. 4, tłum. Zofia Siwicka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022.
