Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proza. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2026

O gustach się nie dyskutuje, ale o modzie... jak najbardziej!

Robert Bogusłowicz


Karolina Żebrowska w swojej książce UGLY. Encyklopedia brzydkiej mody w niezwykle przystępny i dowcipny sposób przypomina, jakimi to koszmarkami nasi przodkowie potrafili ozdabiać własne ciała. Co wiek, to absolutnie nowy pomysł na to, jak utrudnić sobie codzienne funkcjonowanie.

Oto trzy osobliwe trendy, które idealnie pokazują fantazję dawnych elegantów:

Puszyste i sztywne kryzy (XVI wiek) – monumentalne, krochmalone i usztywniane kołnierze, które w XVI wieku stały się wyznacznikiem najwyższego statusu społecznego. Aby zobaczyć ten trend z bliska, nie trzeba przeglądać wyłącznie muzealnych ryciny – wystarczy udać się do kościoła pw. św. Jadwigi w Gryfowie Śląskim. Znajduje się tam odrestaurowana kaplica nagrobna rodu Schaffgotschów z 1545 roku. Na wykutym z piaskowca, polichromowanym epitafium Hans II Schaffgotsch (1496–1584) – kanclerz księstwa świdnicko-jaworskiego – wraz ze swoją rodziną został uwieczniony w strojach z epoki, zdobionych właśnie misternymi kryzami.

Jednoczęściowa skarpeta na całe ciało – charakterystyczny męski kombinezon bieliźniany zakrywający sylwetkę od kostek aż pod szyję. Ten zapomniany już dzisiaj krój odzieży spodniej stał się nieodłącznym atrybutem klasycznych amerykańskich westernów, kojarzonym bezbłędnie z pionierami Dzikiego Zachodu.

Podwiązki do skarpet i ekranowe gafy – element męskiej garderoby zaprojektowany wyłącznie po to, by utrzymywać skarpety na odpowiedniej wysokości. Służył mężczyznom przez dziesięciolecia, zanim opanowaliśmy elastan, ale potrafił też stać się źródłem niezłej komedii. Klasycznym przykładem jest film Cyrk (1928), w którym przebrany za dżentelmena Charlie Chaplin balansuje na linie i walczy z małpami, a te bezczelnie zsuwają z niego strój, odsłaniając ukryte pod spodniami podwiązki.

Karolina Żebrowska, Ugly: encyklopedia brzydkiej mody: szalona podróż przez wieki koszmarnych trendów / Karolina Żebrowska nie dość, że napisała, to przetłumaczyła. - Wydanie I. Kraków: Znak Horyzont, 2026.

niedziela, 26 lipca 2026

Bronisław Wypych - proponuje- Sześć miast, jeden cesarz i potęga handlu

 – jak wyglądały Górne Łużyce w XVI wieku?

XVI wiek to dla Europy Środkowej czas gwałtownych przeobrażeń geopolitycznych, społecznych i wyznaniowych. W samym sercu tych wydarzeń – na pograniczu dzisiejszej Polski, Niemiec i Czech – leżały Górne Łużyce. Choć dziś region ten bywa nieco zapomniany, w epoce renesansu stanowił absolutną potęgę gospodarczą, w której tętnił handel międzynarodowy, a samorządne miasta potrafiły przeciwstawić się najpotężniejszym władcom Europy.

Jak wyglądała rzeczywistość Górnych Łużyc w XVI wieku? Czym był słynny Związek Sześciu Miast, jaką rolę odgrywał Budziszyn i jak w ten międzynarodowy system wpisywała się śląska Jelenia Góra? 


1. Górne Łużyce – Geopolityka, Korona Czeska i Habsburgowie 

W XVI wieku nazwa Łużyce odnosiła się do dwóch odrębnych historycznie regionów: Dolnych Łużyc na północy oraz położonych bardziej na południe Górnych Łużyc (Oberlausitz), obejmujących m.in. tereny wokół Budziszyna, Zgorzelca, Żytawy i Lubania.

Początek XVI wieku przyniósł przełomowe zmiany polityczne. Do 1526 roku Górne Łużyce znajdowały się pod panowaniem Jagiellonów w ramach Korony Czeskiej. Jednak po tragicznej śmierci młodego króla Ludwika II Jagiellończyka w bitwie pod Mohaczem (1526 r.), władzę w Czechach, a tym samym na Łużycach i Śląsku, przejęła dynastia Habsburgów – na tron wstąpił Ferdynand I Habsburg.

O sile Górnych Łużyc decydowało unikalne położenie. Przez region przebiegał najważniejszy szlak handlowy renesansowej Europy – Via Regia (Droga Królewska), łączący Europę Zachodnią (od Renu) ze Śląskiem, Krakowem i Europą Wschodnią. Dodatkowo region wyróżniał się wielokulturowością: elementy niemieckie przeplatały się z rdzenną kulturą słowiańską Serbołużyczan. W tym okresie bezkrwawo przyjęła się tu również Reformacja luterańska, tworząc unikalny klimat tolerancji religijnej (np. w Budziszynie katedra św. Piotra od 1524 r. była współdzielona przez katolików i protestantów). 


2. Związek Sześciu Miast (Hexapolis) – Mieszczańska Potęga

Filarem potęgi gospodarczej i politycznej regionu był Związek Sześciu Miast Górnołużyckich (Oberlausitzer Sechsstädtebund). Choć powstał już w 1346 roku, to właśnie w XVI wieku przeżywał swój absolutny złoty wiek.

Sześć Miast, które tworzyły Związek:
Budziszyn (Bautzen) – polityczna i administracyjna stolica regionu.
Zgorzelec (Görlitz) – najbogatsze i największe centrum handlowe i rzemieślnicze.
Żytawa (Zittau) – kluczowy ośrodek włókiennictwa i handlu z Czechami.
Lubań (Lauban) – ważne centrum płóciennictwa.
Kamieniec (Kamenz) – miasto handlowe na zachodnich rubieżach.
Lubij (Löbau) – miejsce stałych zjazdów i obrad reprezentantów Związku.

Związek Sześciu Miast działał niemal jak niezależne państwo w państwie. Posiadał własne siły zbrojne, sądownictwo, patrolował szlaki kupieckie i bił własną monetę. Zyski z sukiennictwa, browarnictwa i handlu dalekosiężnego uczyniły z miast – a zwłaszcza ze Zgorzelca – bogate ośrodki kultury i architektury renesansowej.

Najtrudniejszy sprawdzian nadszedł w 1547 roku podczas wojny szmalkaldzkiej. Gdy wojska Związku spóźniły się na pomoc cesarzowi Ferdynandowi I Habsburgowi, władca uderzył w samorządność miejską. W ramach tzw. Karnej Niesławki (Pönielfall) cesarz skasował przywileje miast, skonfiskował ich majątki, ziemie i broń oraz nałożył gigantyczne kary finansowe. Jednak dzięki ogromnemu bogactwu i pozycji kupców, w drugiej połowie XVI wieku miasta stopniowo odkupiły swoje prawa i odzyskały dawną potęgę. 

3. Budziszyn – Serce Górnych Łużyc
Głównym centrum politycznym regionu pozostawał Budziszyn (Bautzen). Na zamku Ortenburg reydował starosta krajowy (Landvogt), będący bezpośrednim reprezentantem króla czeskiego i cesarza. Budziszyn nie tylko strzegł kluczowej przeprawy przez Sprewę na szlaku Via Regia, ale stawał się również ważnym ośrodkiem kultury miejskiej i Serbołużyczan. 


4. Jelenia Góra i Górne Łużyce – Śląski Sąsiad we Wspólnej Sieci Handlowej
Choć Jelenia Góra (Hirschberg) administracyjnie leżała na Dolnym Śląsku (w Księstwie Jaworskim), a nie na Górnych Łużycach, w XVI wieku oba te obszary tworzyły spójny i powiązany organizm gospodarczy pod panowaniem Habsburgów.

W XVI wieku Jelenia Góra wyrastała na potęgę w produkcji delikatnych woali i płócien lnianych. Aby wysłać swoje towary w głąb Europy, jeleniogórscy kupcy korzystali ze szlaków handlowych i pośrednictwa bogatych miast górnołużyckich – Zgorzelca, Lubania i Żytawy. Wzajemna współpraca przynosiła ogromne zyski obu stronom.

Szukasz więcej informacji o historii Górnych Łużyc oraz powiązaniach regionalnych? Opisywana książka jest dostępna w zbiorach Książnicy Karkonoskiej w Jeleniej Górze.

Książka powstała w ramach projektu „Nasze Górne Łużyce” realizowanego przez Stowarzyszenie Południowo-Zachodnie Forum Samorządu Terytorialnego „Pogranicze” (z siedzibą w Lubaniu) we współpracy z partnerami lokalnymi (w tym m.in. Muzeum Łużyckim w Zgorzelcu).

"Vademecum historii Górnych Łużyc"
Autorzy tekstów:
Części I-III Krzysztof Fokt
Części IV-V Łukasz Tekiela
Część VI Waldemar Bena, Krzysztof Fokt, Łukasz Tekiela
Część VII Daniel Koreś
Wydawnictwo: Muzeum Łużyckie w Zgorzelcu
Rok wydania: 2008

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Robert Bogusłowicz - poleca "Życie na Missisipi" Marka Twaina

„Dowcip i niedelikatność lepiej na ogół konserwują literaturę niż świętobliwość”

Mark Twain 



Siedziałem u sąsiada, którym opiekowałem się po operacji biodra. Rozmawialiśmy o literaturze. On – obecnie zapalony czytelnik kryminałów, choć w młodości czytał absolutnie wszystko. Ja – zakorzeniony w literaturze regionalnej, choć dziś sięgający po bardzo różne gatunki. Właśnie kończyłem jedną z książek Marka Twaina.

— Wszystkie jego pozycje przeczytałem! Przygody Hucka Finna, Toma Sawyera... Ale to w młodości — odpowiedział sąsiad, nieco zdumiony moją lekturą.

— Ja teraz czytam Życie na Missisipi z serii „Epos rzeki” — wyjaśniłem.

— Czytałem… dawno temu — pokiwał z nostalgią głową.

Książkę wypożyczyłem z Książnicy Karkonoskiej. Trafił mi się czwarty tom z kultowej serii wydawniczej PIW-u – nosi on tam zbiorczy tytuł „Epos rzeki Missisipi”. To genialna rzecz, którą autor wydał pierwotnie w 1883 roku, a ja mam już za sobą poprzednie trzy tomy tej serii. W tej książce znajdziemy absolutnie wszystko, z czego słynie pisarz: są tu wątki biograficzne, błyskotliwe humoreski, zacięcie dziennikarskie i świetna dokumentacja epoki.

Dziś wiemy, że Missisipi ma około 3766 kilometrów długości. Za czasów Twaina rzeka była jednak dłuższa i – przede wszystkim – zupełnie nieprzewidywalna. Pisarz żartował nawet, że tak namiętnie skraca swój bieg poprzez prostowanie zakoli, iż za kilkaset lat Nowy Orlean połączy się z miastem Cairo, a ona sama całkowicie zniknie.

To idealnie pokazuje, z jak kapryśnym żywiołem musieli mierzyć się dawni piloci. Żeby w tamtych latach chwycić za stery parowca, trzeba było poznać tę rzekę... na pamięć. Trudno sobie wyobrazić, jak w dzisiejszych czasach – bez komputerów, radarów i nowoczesnych pomiarów – nawigowano by po tym żywiole. Bo przecież ta potęga bezustannie zmieniała koryto, tworzyła nowe mielizny i podwodne wyspy. Ówczesny pilot, jak plastycznie opisuje Twain, całą tę dynamiczną mapę musiał nosić we własnej głowie. Nic dziwnego, że w momencie przejęcia sterów stawał się najważniejszym człowiekiem na pokładzie – ważniejszym nawet od samego kapitana.

Z tą rzeczną profesją wiąże się zresztą najsłynniejsza tajemnica pisarza. W 13. rozdziale książki Samuel Clemens (bo tak naprawdę nazywał się autor) wyjaśnia, skąd wziął się jego pseudonim. W żargonie marynarzy z Missisipi zawołanie „Mark twain!” oznaczało ni mniej, ni więcej, jak bezpieczną głębokość dwóch sążni (około 3,6 metra) pod kilem. Gwarantowało to, że potężny parowiec nie uderzy o dno. Co ciekawe, Twain z właściwym sobie humorem przyznaje, że... „ukradł” ten podpis staremu kapitanowi, Isaiah Sellersowi, który pod tym pseudonimem publikował w gazetach nudne rzeczne kroniki, ale prawdziwe. Młody Clemens napisał na niego ostrą satyrę, po której zawstydzony kapitan zamilkł na zawsze. Gdy Sellers zmarł, wyrzuty sumienia pchnęły przyszłego mistrza literatury do przygarnięcia tego osieroconego podpisu.

Tym mocniej uderza finał tej historii. Gdy Twain po dwudziestu latach wraca nad Missisipi, odkrywa, że ten fascynujący, romantyczny świat odszedł w zapomnienie. Rolę głównego środka transportu bezwzględnie przejęła kolej żelazna. Ta zmiana całkowicie odmieniła rzekę oraz leżące nad nią miasta, miasteczka i wsie. Dawne, gwarne nabrzeża portowe bezpowrotnie straciły swój dawny blask, ulegając potędze nowoczesności.

Pisarz ze skrupulatnością godną reportera notuje nazwiska spotkanych ludzi i ich osobiste historie. Opisuje domy oraz ich wnętrza – wciąż pachnące minioną, nieco zapomnianą już drobnomieszczańską troskliwością. To właśnie ten dualizm czasowy, to nieustanne zderzanie przeszłości z teraźniejszością, stanowi nieodparty urok tej książki.

Życie na Missisipi to nie tylko świetna rozrywka, ale też piękny, momentami rzewny dokument o świecie, który zniknął na zawsze. Gorąco polecam – nie tylko na długie wieczory!

Mark Twain, Epos rzeki Missisipi, [w:] Utwory wybrane, t. 4, tłum. Zofia Siwicka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022.

czwartek, 9 października 2025

Wieczór poetycki Mieczysławy Kłos- Kuligowskiej

Czas zatrzymany w poezji

Robert Bogusłowicz
 
W jeleniogórskim Zameczku na Zabobrzu stowarzyszenie literackie i miłośnicy poezji spotkali się na wieczorze autorskim Mieczysławy Kłos-Kuligowskiej, która promowała tomik ”Luźne zapiski z lat 2020-2022”.

Kiedy Stowarzyszenie Literackie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej zaproponowało napisanie wierszy pt. „Jak przeżyliśmy lata epidemii”, wokół szalał jeszcze koronawirus. Szalał, jest to smutne określenie tego, co działo się w latach 2020-2022 nie tylko w Cieplicach, Jeleniej Górze, Polsce i Europie, ale na całym świecie. Urzędy pozamykano i sprawy osobiste można było załatwiać tylko przez internet, do sklepów wpuszczano określoną liczbę klientów i tylko w maseczkach, do lekarza... no cóż, ten badał pacjenta przez telefon, a w gazetach, jak w powieściach z gatunku grozy, czytało się o ciężkim przebiegu choroby, gdzie się najszybciej zaszczepić (nawet pięćdziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania), i która fala pandemii nadchodzi, w telewizji natomiast… był miszmasz wszystkiego, o czym dziś większość ludzi chciałaby jak najszybciej zapomnieć.

Mieczysława Kłos-Kuligowska z urodzenia szczecinianka, serce oddała córce i Cieplicom, w Stowarzyszeniu Literackim W Cieniu Lipy Czarnoleskiej, którego jest członkiem, wydała 6 tomików poetyckich, poza tym swoje wiersze drukowała w almanachach „Owoce brzemienności”, „Światło spod korca”, „Karkonosze i ja”, „Adrenalina wspomnień”, antologii „Dekada kwitnących lip”, w parafialnym miesięczniku „Boża winnica”, którego była współredaktorką, w „Tu i teraz”, „Niedzieli”, na internetowych stronach „Strumienie.eu” oraz na blogu stowarzyszenia „Echa Lipy Czarnoleskiej”. Pisała teksty piosenek do dziecięcego zespołu, a z lat młodości przechowuje jeszcze w swoim archiwum, czytaną na lekcjach szkolnych, powieść o piratach.

Tomik wierszy „Luźnie zapiski z lat 2020-2022” jest dowcipnym komentarzem autorki, która stara się zrozumieć otaczający świat w okresie irracjonalnych ograniczeń i dezinformacji podawanej przez telewizję, radio, gazety i internet.

„Humor jest największym błogosławieństwem ludzkości” mówił Mark Twain i właśnie wiersze Mieczysławy Kłos-Kuligowskiej pisane z delikatną nutką dowcipu, pozwoliły jej przetrwać pandemiczne obostrzenia. Przewija się on przez całą twórczość autorki, ale najbardziej rozkwita w chwili, gdy zderza się z codziennymi absurdami covidowymi.


Mieczysława Kłos-Kuligowska, Luźne zapiski z lat 2020-2022, wydawnictwo Capital, Warszawa 2025. 




 

wtorek, 30 września 2025

Jadwiga Wierzbiłło poleca

Rekomendacja dla pragnących długowieczności

Gorąco rekomenduję „Okinawę”




W tytule umieściłam nazwę jednej z wysp na południu Japonii. Od dwunastu lat jest to miejsce, w którym spełnia się życie Nati Ishigaki. Za tym nazwiskiem autorki kryje się Polka, rodowita poznanianka, którą los, a właściwie miłość i małżeństwo sprowadziło wraz z mężem i czwórką ich dzieci na Okinawę. O ile my Polacy już od wielu lat możemy bez trudu, zdobywając paszporty, a nawet posługując się niekiedy tylko Dowodem Osobistym, podróżować po całej Europie, po obu Amerykach i po północy Afryki, a nawet po części i po Azji, mamy swoje kolekcje fotografii, filmików, przewodników i wszelkich publikacji, o tyle Wschód azjatycki pozostaje mniej rozpoznany. Tymczasem studia w innych krajach owocują poszerzeniem znajomości, dzięki czemu zaprzyjaźniona ze mną rodzina odbyła czteropokoleniową podróż do Japonii. Kilka miesięcy wcześniej zamówili bilety lotnicze, a w Tokio nie troszczyli się o nic, gdyż na lotnisku czekał na nich kolega z poznańskich studiów, gdzie kończył japonistykę, więc w Kraju Kwitnącej Wiśni bez trudu dostał pracę i powitał gości z rodzinnego kraju. Dzięki niemu poruszali się i po stolicy, i docierali na wyspy wypożyczonym samochodem, na zakończenie żegnała ich para zaprzyjaźnionych przyjaciół, czyli Piotr po japonistyce i jego narzeczona, córka Japonki i ojca z Tajlandii. To oni zafascynowali mnie Japonią, więc mając biblioteczny wybór, skorzystałam z zachęty pani w mojej filii bibliotecznej i w domu jednym tchem przeczytałam „Okinawę”.

To z jednej strony jest autobiograficzna powieść byłej poznanianki, a jednocześnie zbiór reportaży z wyspy położonej na południu kontynentalnej części kraju. Jej mieszkańcy posługują się tutejszym językiem, a ci, którzy opuszczają Okinawę, zatrudniając się w samej Japonii lub innych krajach Azji, obu Ameryk czy Europy, poznają inne języki, a potem pracując w różnych biznesach lub nauczając w szkołach różnego stopnia. Nati też uczyła angielskiego i podobnie jak jej mąż zajmowała się różnymi biznesami, właśnie na tej wyspie. Zafascynowała ją tutejsza ludność, przywiązana do tradycji, wierzeń, bardzo aktywna do późnych lat życia, a w tym miejscu należy dodać, że w Matayoshi jest wiele osób, pracujących nawet po przekroczeniu 70 i 80 roku życia. Nic więc dziwnego, że ta wyspa wymieniana jest w grupie zaledwie kilku rejonów na świecie, gdzie znacznie przekroczona jest ilość stulatków.

Nati zwróciła uwagę, że stosunkowo niewielu badaczy, intelektualistów historyków oraz osób innych specjalności zajmuje się tym demograficznym fenomenem. Sama autorka wiele uwagi poświęca historii, relacji wyspy z innymi pobliskimi krajami, opisuje zdarzenia sprzed dziesięcioleci, które sprowadziły na Okinawę armię USA i do chwili obecnej pobyt żołnierzy nikogo nie dziwi ani nie razi, choć tubylcy mają wiele pożytków z tej koegzystencji. Spodziewając się, że Czytelnicy zainteresują się rekomendowaną pozycją, nie będę tutaj przytaczać elementów z przeszłości archipelagu Riukiu, zacytuję tylko końcowe fragmenty książki, bo one dotyczą fenomenu długowieczności tutejszej społeczności.

Autorka pisze: „Można utrzymywać najlepszą dietę, uprawiać sporty i mieć pasjonujące hobby. Można też być otoczonym wspaniałą rodziną i grupą przyjaciół. Ale bez możliwości doceniania i cieszenia się z tego, co się ma, najsłodsze desery zamieniają się w popiół, a najwspanialsi przyjaciele zanudzają na śmierć. Jeśli mogłabym przekazać jedną lekcję z Okinawy, kraju długowieczności, to byłaby to właśnie ta: akceptacja i wdzięczność za to, co się ma. Bez względu na to, jak jesteśmy traktowani przez los, życie to cud, a świat dookoła nas jest piękny”. Jednym z walorów rekomendowanej tutaj książki jest bogactwo starannie dobranych fotografii, które przybliżają wielowarstwową zawartość tej pozycji.



Nati Ishigaki „Okinawa”, Lekcje z japońskiej wyspy długowieczności, Wydawnictwo Pascal sp. z o. o. Bielsko-Biała.

wtorek, 8 lipca 2025

Anastazja Daniłowiczowa poleca

Wojna w zakamarkach pamięci




Czytam „Paryską córkę” i w pamięci odżywają wojenne epizody. Myślę sobie, to ostatnia chwila dla mojego pokolenia, żeby utrwalić to, co zachowało się w pamięci dziecka. Sprzyja temu lektura tej powieści, która uznawana jest za jedną z bestsellerowych pozycji autorki, mieszkającej na Florydzie. To młoda pisarka, toteż trudno uwierzyć, że sięga do zasobów własnej pamięci, ale za to należy ją podziwiać, z jaką skrupulatnością odtwarza czas wojny, która dotarła do Paryża. Bohaterki tej powieści, zrządzeniem losu przebywające w stolicy Francji, spotkają się przypadkowo i zaczynają się przyjaźnić. Elise ma jedną córkę i męża artystę, który nie dostrzega i nie docenia talentu własnej żony. On jest komunistą, wiadomo, że zdekonspirowanie jego przynależności ideowej stanowi zagrożenie dla wolności i życia. W końcu spotyka go taki los, a zagrożenie obejmuje też żonę i córkę. Elise zostawia córkę u przyjaciół, a sama chroni się na południu Francji. Tutaj wspomaga ludzi, ukrywających żydowskie rodziny.

Nie zastaje córki u przyjaciół, kiedy Paryż zostaje wyzwolony. Bomba zrzucona przez aliantów ominęła ważną strategicznie fabrykę, uśmiercając rodzinę, która miała ocalić córkę Elisy. Jedna i druga przyjaciółka, choć w innym czasie, wyjeżdżają do Ameryki. Juliette, która miała ocalić córkę przyjaciółki, obwinia ją za śmierć męża i synków. Uważa, że on ratując przygarniętą dziewczynkę, naraził siebie i dzieci. Elisa odnajduje miejsce pobytu Juliette, wysyła jej wielokrotnie listy, ale nie otrzymuje odpowiedzi. Wypływa więc statkiem do USA i sytuacja się wyjaśnia. Była przyjaciółka, która poślubiła zamożnego wdowca, pielęgnuje swoją nienawiść. Mąż próbuje to zrozumieć. Finansuje jej odtworzenie w każdym szczególe księgarnię, którą Juliette posiadała w Paryżu.

Powieść, którą gorąco polecam, ma fascynującą fabułę, traktuje o miłości i nienawiści, pokazuje, jak krucha może okazać się przyjaźń i jak trudne do spełnienia składane obietnice. Nie wyjawiam, czy nastąpi pojednanie obu kobiet, gdyż wskazanie finału odebrałoby czytelnikom radość, jaką daje wyjawienie sekretu głównych wątków.

Kristin Harmel „Paryska córka”, z angielskiego przełożyły Alina Jakubowska i Elżbieta Kulicka, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2024.

wtorek, 3 czerwca 2025

Rafał Brzeski poleca

A może jednak?



Grupa Wydawnicza Relacja donosi, że wprowadza czytelników w „fascynujący świat japońskich bestsellerów”. Poniżej rekomendacja serii prozatorskiej Toshikazu Kawaguchi, urodzonego w 1972 roku, którego wydawca przedstawia jako producenta, reżysera i dramatopisarza, a ja dodam, że jest też świetnym prozaikiem. Jedna z pozycji krótkich, opowiadaniowych form została rozwinięta w powieść i podbiła rynek czytelniczy nakładem trzech milionów egzemplarzy. Ten cykl objęty tytułem „Zanim wystygnie kawa” opowiada o niezwykłych zdarzeniach w niedużej, ciemnej kawiarence na wyspie, chętnie odwiedzanej, a zjawiają się tutaj ci, którzy wierzą, że mogą tutaj cofnąć się w czasie. Jest tutaj tylko kilka miejsc, ale jedno zawsze zajęte. Krzesło zostaje zwolnione tylko raz na dobę, kiedy tajemnicza osoba rusza do toalety. Niektórzy z obsługi wtajemniczają zainteresowanych gości, że jest to duch, który złamał obowiązujące tutaj zasady.

Żeby nie zdradzać tajemnicy, powiem, że Czytelnik, biorąc do ręki jedną z czterech pozycji tego cyklu, pozna te zasady. Krótko mówiąc, zainteresowani to ci, którzy wierzą w możliwość spotkania tutaj osoby już nieżyjącej, gdyż odeszła na zawsze, a trwają wciąż niezałatwione sprawy. Zwykle szukają tego kontaktu ludzie związani emocjonalnie z osobą nieżyjącą, bo czują się zobowiązani do spłacenia duchowego długu.

Kiedy już miałem za sobą lekturę tej prozy, przypadkowo w Internecie odczytałem materiały dwóch uczonych, umysłów ścisłych. Oni uważają, że śmierć fizycznego ciała nie kończy ludzkiego istnienia. Ono trwa w postaci swego rodzaje energii, gdyż ona jest niezniszczalna. Stąd zdarzające się sytuacje, kiedy nasi znajomi opowiadają o kontakcie z kimś nieżyjącym. Można mniemać, że uzyskali relację z energią, która trwa gdzieś we Wszechświecie.

Jesteśmy ludźmi, którzy cenią i szanują to, co racjonalne, co da się udowodnić doświadczalnie, ale popularność prozy japońskiego pisarza dowodzi, że pozostała w człowieku wiara w istnienie czegoś rozumowo niewytłumaczalnego. Pisarz zastrzega się, że te utwory nie traktują o autentycznych osobach i zdarzeniach, ale mimo wszystko pobudzają do refleksji. A może jednak istnieje coś, co lekceważymy, w co nie wierzymy, ale jednak przyjdzie moment, że i nauka potwierdzi te zagadkowe zjawiska.

Toshikazu Kawaguchi „Zanim się pożegnamy”, przełożyła z angielskiego Joanna Dżdża, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2024.


piątek, 28 marca 2025

Anastazja Daniłowiczowa poleca

Optymistycznie na wiosnę





„Plac Literacki” to powieść Justyny Grosickiej, która, mam nadzieję, z przyjemnością będzie czytana przez pracownice bibliotek, przez filolożki, a nawet przez świeżo owdowiałe osoby, które nie mogą wydobyć się z tęsknoty i rozpaczy. Autorka z wykształcenia i zamiłowania jest bibliotekarką, zatem nic dziwnego, że i bohaterka tej powieści Joanna Zatorska wykonuje ten zawód. To znaczy rodzice uznali, że wybiera niezbyt dobrze rokujący zawód, woleli widzieć ją na prawie, ale ona postawiła na swoim. Studiowała w Lublińcu, ale porzuciła to miasto z powodu miłości. Zakochana, wyjechała dla męża do Warszawy, a tam nie miała kłopotu za znalezieniem pracy. Ciężka, nagła choroba zabrała jej męża, ale w najtrudniejszych miesiącach otrzymała wsparcie od pierwszego męża, z którym była rozwiedziona.

Ze zdumieniem dowiedziała się, że jej dobrze sytuowany mąż kupił jej w Lubińcu eleganckie mieszkanie i zostawił jej w spadku milion złotych, co oczywiście nie uśmierzyło jej rozpaczy, krzepiące było to, jak dobrze ją znał i jak doceniał jej przywiązanie do miasta młodości. Tym sposobem ułatwił jej start w odzyskanym miejscu, a na dodatek umożliwił spełnienie pragnień. W tym miasteczku dotkniętym bezrobociem natychmiast straciła nadzieję na pracę w ukochanym zawodzie, ale wypatrzyła nieruchomość w centrum, która była własnością od pokoleń rodu Głogowskich. Ostatni z Głogowskich nie ma spadkobiercy i chce się pozbyć ojcowizny. Joanna wpadła na szalony pozornie pomysł, by kupić ten budynek, zachować jego gastronomiczną funkcję, wzbogacając o część biblioteczną. Wszystko zrealizowała zgodnie ze swoją wizją, stworzyła miejsca pracy, spotkała Ernesta i dowiedziała się, że była jego wielką miłością jeszcze w studenckich czasach. Tylko że wykupioną nieruchomość wypatrzył sobie bogaty, ale niegodziwy człowiek biznesu i chciał zniszczyć dzieło Joanny. Zatem w powieści mamy i miłość, i zmysł przedsiębiorczy odkryty przez humanistkę, i wierność, i chciwość połączoną z podłością. Mamy też ludzi szlachetnych, którzy nie dopuszczą do zniszczenia realizowanej wizji bibliotekarki.

Powieść napisana jest wartko, dialogi nie tylko posuwają akcję, ale też charakteryzują całą galerię postaci. Wspaniale oddany jest klimat średniej wielkości miasteczka, któremu nowy kapitalizm niweczy szanse na rozwój, ale w tej sytuacji radzi sobie dzielna Joanna. Zatem jest w powieści i wątek społeczny, i psychologiczny, i kryminalny. Jest też pomyślne zakończenie, które czytelnikowi, zwłaszcza czytelniczce poprawia samopoczucie na wiosnę. Gorąco polecam na podniesienie nastroju w oczekiwaniu na urlop.

Justyna Grosicka „Plac Literacki”, Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o. Poznań 2023.

niedziela, 16 lutego 2025

Robert Bogusłowicz poleca

Tym razem nie było słońca





Kto się chce oderwać od czarnych kryminałów i mrocznych opowieści północy powinien przeczytać kryminał "Morze błota" Andrea Cammilleriego z komisarzem Salvo Montalbano w roli głównej.

Tym razem w fikcyjnym sycylijskim miasteczku Vigata nie świeci słońce, tym razem leje jak z cebra, niebo rozświetlają błyskawice, słychać grzmoty, które nie dają spać, a błoto na placach budowach przybiera monstrualnych rozmiarów. Właśnie na takim placu budowy, w tunelu wodociągu, znaleziono w samej bieliźnie księgowego Giugiu Nicotra. Czy trafiony kulą w plecy trup chciał coś powiedzieć? Komisarz Montalbano uważa, że tak.

Jego tok myślenia i znalezionych poszlak potyka się co rusz o typowo włoskie przekręty, mafijną zmowę i morderstwa. Czytelnik powoli śledzi zagadkę, zadaje sobie pytania, natrafia na fałszywe tropy i podąża za komisarzem, który jest typem południowca, impulsywnego Włocha, jego krewkość wyczuwa się w dialogach napisanych z werwą i zacięciem. Poza tym spotykamy tu znane postacie drugoplanowe, jak ukochana Livia, która tym razem jest chora i przygarnia suczkę, współpracowników Mimiego, Catarellę, Fazia i Galluzza. Oczywiście nie może zabraknąć sycylijskiej kuchni, przy której komisarz celebruje każdą potrawę.

Jest to kolejna powieść kryminalna napisana przez reżysera teatralnego i pisarza, Andrea Cammilleriego. Zmarły w roku 2019 autor pozostawił po sobie nie tylko wiele kryminałów z ulubionym bohaterem, ale też kilka opowiadań np. "Miesiąc z komisarzem Montalbano".

We Włoszech nakręcono aż 37 odcinków cieszących się ogromnym powodzeniem. W roli głównej wystąpił Luca Zingaretti. W naszej telewizji, chociaż minęło już ćwierć wieku, serial jest rzadko pokazywany.

Wydawnictwo Noir Sur Blanc postarało się, aby czytelnik nawet ze słabym wzrokiem mógł mieć przyjemność zapoznania się z włoskim komisarzem, jego temperamentem i sycylijską kuchnią.

Andrea Camilleri „Morze błota”, wyd. Noir Sur Blanc, z włoskiego przełożyła Monika Woźniak, 2024.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Anastazja Daniłowiczowa poleca

Karnawałowa propozycja




Piszę tę rekomendację na tydzień przed zabawą sylwestrową i przed karnawałem, z którymi wielu z nas kojarzy optymistyczne oczekiwania, że u pań będzie piękna kreacja, a panowie okażą się najprzystojniejsi na każdej sali balowej lub dancingowej. Myślę o tym, patrząc na stronę tytułową nader interesującej pozycji, a jest nią zbiór reportażowo-literackich portretów „Kobiety ze słynnych polskich obrazów” z intrygującym podtytułem „Boskie, natchnione, przeklęte”. Co prawda strona tytułowa okładki ma te trzy przymiotniki wydrukowane wersalikami, ale ja poszłam na łatwiznę i tylko pierwszy wyraz napisałam wielką literą. Wydawca, czyli LIRA autorkę, Iwonę Kienzler, przedstawia jako znaną popularyzatorkę historii, którą fascynują i postacie historyczne, i współcześni, których niejednokrotnie nazywa się celebrytami.

Bohaterkami książki, tu rekomendowanej są kobiety niezwykłe, żony lub muzy znakomitych malarzy z okresu polskiego modernizmu. Czytelnik zdziwi się, kiedy czyta, że Helena Modrzejewska, piękna i utalentowana aktorka, która oczarowała Amerykę, wcale nie posługiwała się ani rodowym nazwiskiem, ani tym, jakie kobieta przyswaja po wyjściu za mąż. Ona wyjechała do USA jako zamężna kobieta, ale to nie wpłynęło na nazwisko, z którym zdobyła sławę. Nawet dla tej wybitnej aktorki warto wziąć do ręki tę pozycję. A oprócz niej czytelnik wiele dowie się o Poli Negri, która została doceniona w Hollywood, a, zanim ustabilizowała się u boku cenionej dziennikarki, zdążyła zostać partnerką Rudolfa Valentino, a nawet Chaplina.

Inne dzieje związały Stanisława Wyspiańskiego z Teofilą, która była pomocą domową. Nigdy nie kreowała się na żonę wybitnego artysty. Nawet jej strój raczej był przyodziewkiem prostej kobiety. Usynowił jej nieślubnego potomka i doczekał się trójki wspólnych dzieci.

Oglądający „Szał uniesień” Władysława Podkowińskiego mogli wówczas, kiedy obraz był prezentowany, domniemywać, do kogo należy ciało zmysłowej kobiety, która dosiada rumaka, a czyja twarz posłużyła jako model tej erotycznie pobudzonej istoty. Naturalnie lektura książki odkrywa te oraz inne tajemnice damskich postaci, utrwalonych na obrazach malarzy krakowskiej bohemy. Z całą pewnością lektura tej pozycji nie tylko odsłoni mniej znane informacje z życia artystów, ale też pokaże realia polskich ziem rozdzielonych pod zaborami, a potem czasy po odzyskaniu niepodległości. Swoją żonę portretował też Jan Matejko, który poślubił Kornelię Giebułtowską, a nazywano ją małą kapryśnicą, gdyż, jak byśmy dziś powiedzieli, miała trudny charakter.

By poznać te artystyczno — rodzinne układy, warto wziąć do ręki „Kobiety ze słynnych polskich obrazów", nawet jeśli żadna z naszych czytelników ani w Sylwestra, ani w karnawale nie zauroczy artysty, który byłby gotów ją sportretować.


Iwona Kienzler „Kobiety za słynnych polskich obrazów”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2020.

wtorek, 3 grudnia 2024

Jadwiga Wierzbiłło poleca

Sekrety polskiego Parnasu




Wydawca rekomenduje Sławomira Kopra jako najpopularniejszego pisarza historycznego w Polsce, który wydał ponad siedemdziesiąt książek, a sprzedano ich ponad milion egzemplarzy. Tu rekomendowana pozycja nosi kuszący tytuł, pisany z małej litery, „żony bogów”, z podtytułem muzy wielkich literatów. Nie pomniejszając dorobku innych znakomitych poetów i prozaików, z książki czytelnik dowie się o miłościach, romansach i małżeństwach Gombrowicza, Mrożka, Miłosza, Witkacego oraz Iwaszkiewicza. Moja edukacja filologiczna przypadała na lata, kiedy po ulicach jeszcze nie paradowały grupy zwolenników mniejszości seksualnych, zatem na wykładach z literatury nawet szeptem nie wspominało się, kto z autorów o uznanej sławie pozostawał dłużej lub krócej w męsko - męskich lub damsko - damskich związkach, chociaż o tych drugich w rekomendowanej pozycji jest skromna wzmianka.

Co więc łączyło partnerki wspomnianych pisarzy? Przede wszystkim były bardzo piękne, ogromnie inteligentne, pełne uroku i oddania mężczyznom, z którymi dzieliły los im sławę, choć zdarzało się, że potrafiły pozostawać w tak zwanym cieniu sławnych autorów, ale czasami przeczuwały, że nie prędzej, to później na razie niedostrzegany przez krytykę i inne środowiska opiniotwórcze talent zabłyśnie i podbije czytelników.

Skromna objętość tych rekomendacji, zamieszczanych na łamach niniejszego portalu nie pozawala prześledzić losów par, o których mowa jest w „żonach bogów”, ale warto wspomnieć choćby o niektórych. Rita, żona Witolda Gombrowicza, była Kanadyjką. To ona trwała z nim do końca i zatroszczyła się o jego spuściznę literacką. Choć twórca poślubił ją po długo trwającym związku, to małżeństwo miało wielką siłę, choć Rita musiała zmierzyć się ze skłonnością pisarza do atrakcyjnych i młodych mężczyzn.

Sławomir Mrożek miał dwie żony, pierwszą z nich była Maria Obremba, córka cenionego lekarza i społecznika. To było bardzo zgodne, rozumiejące się małżeństwo. Mara, bo tak skracano jej imię, była powściągliwa i zadowalała się rolą pani domu, zatroskaną o warunki do tworzenia męża. Ten związek miał tragiczny finał, choroba nowotworowa uśmierciła żonę Mrożka. Po jej odejściu muza dramaturga milczała dwa lata. W Meksyku poznał Susanę Osorio. Zafascynowani sobą, pobrali się w Paryżu. To był skromny ślub i skromny obiad dla niewielu osób, ale ta decyzja pisarza, by jednak zdecydować się na małżeństwo, okazała się wręcz zbawienna. Zamieszkali w Krakowie. Susana doskonale zaaktywizowała się w nowym dla niej kraju. Miała kłopoty językowe, ale swego rodzaju językiem esperanto był angielski. Już dotknięty afazją, poddawał się zaleceniom rehabilitantki i w tej fazie przygotował książkę wspomnieniową. Wyjechali na południe Francji. Susana trwała przy nim z wielki oddaniem. Nie wyobrażała sobie życia bez Sławomira, ale człowiek potrafi sprostać swemu przeznaczeniu. O tym małżeństwie Marta Lipińska powiedziała, że był tok nadzwyczajny związek. „Czułość Susany, jej dbałość o zdrowie Sławka wydawały mi się imponujące”. Jak czas pokazał, oba małżeństwa Mrożka były nadzwyczaj udane.

Kiedy skupiłam się na małżeństwie Anny i Jarosławem Iwaszkiewiczów, przypomniałam sobie dwie myśli zapisane w sentencjach, które zwróciły moją uwagę. Jedna zawierała stwierdzenie, że wielkie miłości zdarzają się równie rzadko jak geniusze, a druga głosiła prawdę, że wielkie uczucie wymaga wielkiego charakteru. Pisarza i jego żonę połączyła wielka, trwała miłość, ale jej nie zniechęciła świadomość, że mąż ma homoseksualną orientację. Nie był jedynym pederastą w środowisku pisarzy i artystów, inni to między innymi Lechoń i Szymanowski, wymieniani w książce. Natomiast Annę zafascynowała zamężna aktorka Maria Morska, żona wówczas matematyka Knastera, ale nie sprostała jego wymaganiom co do wierności. Annę zafascynowała jej osobowość, zachwyciły piękne oczy, ale jak pisze autor „żon bogów”, to zauroczenie nie przyniosło fizycznej zdrady, choć było bardzo intensywne. Dziwne, ale pisarz chyba nie był świadom tej duchowej zdrady, bo był zazdrosny o Słonimskiego, ale ten wówczas kochał aktorkę Marię. Iwaszkiewiczowie hucznie obchodzili w Stawisku, ich siedzibie Złote Gody. Pierwsza odeszła do wieczności Anna po 58 latach pożycia. Po jej śmierci wyznawał Romanowi Jasińskiemu, że była jego jedynym skarbem, wszystkim, wokół czego splotło się całe jego życie. Jej coraz gorliwsza religijność była pisarzowi coraz trudniejsza do zaakceptowania, ale jak ona przyjmowała jego homoseksualizm, tak on trwał przy postępującej dewocji swojej żony.

Uważam, że aby poznać dziesięciolecia minionego i obecnego wieku, warto sięgnąć po książkę, którą Sławomir Koper poświęcił kobietom życia najwybitniejszych pisarzy tego okresu i bynajmniej nie z powodu orientacji seksualnej niektórych z nich, ale dla wnikliwego oddania ówczesnych problemów politycznych, społecznych, a przede wszystkim ukazania trendów w kulturze zmieniających się systemów.


Sławomir Kopeć, „żony bogów”, Harde Wydawnictwo, Warszawa 2022, nowe rozszerzone wydanie.

wtorek, 22 października 2024

Jadwiga Wierzbiłło poleca


Trudno się oderwać





Poniżej będę zachęcać do przeczytania powieści, która powstała półtora wieku temu. Zatem w czasie, od którego minęły dziesięciolecia i diametralnie zmieniły się gusty czytelników. Za męskim imieniem autora Henry Wood kryje się Ellen Price, brytyjska pisarka, która w swoim czasie, przybrawszy nazwisko męża, zdobyła wielką sławę, a napisała ponad 30 powieści i ponad 100 opowiadań. Nic dziwnego, jak można wyczytać w nocie wydawniczej, już na początku ósmego dziesięciolecia wieku dziewiętnastego „Błędnik”, o którym tutaj będzie mowa, zachwycił wybitnego rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja, który zarekomendował tę powieść wydawcy w carskiej Rosji. Najbardziej „rozbiegane” gusta czytelnicze, nawet teraz, kiedy toczą się wojny w Europie i Azji Mniejszej, będą zaspokojone. Kto lubi romanse, przeczyta historię wielkiej miłości. Kto żyje w skłóconej rodzinie, pozna dzieje dwóch braci, których charaktery diametralnie się różnią, a kto ma upodobanie w wątkach sensacyjnych, ze zdumieniem przeczyta o tym, jak ten jeden z braci dopuszcza się zabójstwa. Czytelnik od początku wręcz jest świadkiem zbrodni, procesu, wyroku, ale ta sytuacja rozdzieli zakochanych raz na zawsze. W ten wątek wplecie się postać zazdrosnej kobiety, starszej od pozytywnego bohatera, która zrobi wszystko, by wydrzeć z serca Lucy. Jej ukochany, bez pozycji, która pozwala mu starać się o jej rękę, składa deklarację niedoszłemu teściowi, że nie będzie bałamucił dziewczyny, bo nie ma ani majątku, ani miejsca w hierarchii układów, w których liczy się pozycja. Karl nie ma tych przymiotów, ale jest mężczyzną głębokiego honoru. A spokojne szczęście ukochanej, którego nie może zapewnić, jest dla niego największą wartością.

Oczywiście to nie są czasy, kiedy honor liczy się ponad wszystko, ale i teraz pojawiły się wielkie różnice majątkowe, a prawa serca pozostają niezmienione. Dlatego czytelnicy wykupują czasopisma, z których dowiadują się o skandalach w elitach władzy lub w kręgach artystycznych celebrytów. Zatem w tej powieści czytelnik znajduje i sytuacje psychologiczne, uwspółcześnione konflikty społeczne, niszczącą zazdrość i zawiść. Powieść liczy ponad 600 stron, ale nie ma ani jednego rozdziału, od którego można byłoby oderwać się bez żalu, że utracimy porywający wątek. Zapewniam, że do ostatnich stron ciekawość czytelnika zostanie utrzymana, ale tajemnice zostaną rozwiane na samym końcu. Ale o to właśnie chodzi w powieści, od której nie można się oderwać, chociaż powstała półtora wieku temu.


Mrs Henry Wood „Błędnik”, tłumaczył Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2021.

środa, 9 października 2024

Bronisław Krzemień poleca


Ze skarbca pamięci, słów i wyobraźni




Mam to szczęście w nieszczęście, że wiek i diagnozy znacznie ograniczyły moje zdolności ruchowe, organizm protestuje przeciwko wszelkiemu wysiłkowi fizycznemu i umysłowemu, ale na szczęście kunszt chirurgów oczu przywrócił zdolność czytania i nic bardziej pomyślnego nie mogło mnie w tej sytuacji spotkać. Zawsze lubiłem czytać i teraz ta właśnie pasja mi została. Powiem nieskromnie, że od początku tego roku miałem szczęście „pochłonąć” 53 pozycje, a najbardziej wartościowe rekomendowałem w różnych miejscach i na rozmaite sposoby. Z całą pewnością nie wszystko nadaje się do polecania Czytelnikom, ale tym razem dopuściłbym się grzechu straszliwego zaniedbania, gdybym pominął milczeniem „Skalnego olbrzyma” Rafała Froni. Na okładce ten tytuł jest anonsowany w odniesieniu do pisarza: autor bestsellerów „Anatomia góry” i „Rozmowa z górą”. Nie wątpię, że i ta książka wydana multimedialnie uzupełni tę rekomendację. Zawiera bowiem nie tylko znakomity, reportażowy tekst o zdobyciu kolejnego najwyższego szczytu świata, ale też obfitość fotografii miejsc, które pozostają poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika, a dodatek ikonki, które dzięki elektronice pozwalają niejako uczestniczyć w tych niezwykłych dokonaniach, które były udziałem Autora. Ten jeleniogórzanin jest maratończykiem, członkiem Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego, obdarzonym niesłychaną pamięcią i wyobraźnią, a przede wszystkim pasją utrwalania słowem i obiektywem tego, czego doświadcza jako podróżnik i uczestnik wypraw na najwyższe góry świata. Tak prawdę mówiąc, pisząc o szczycie Broad Peaka, powinienem, używając słowa góra, stosować tylko wielką literę, tak jak robi to Autor, gdyż personifikuje to dzieło natury.

Od pierwszych stron nie można oderwać oczu od tej lektury. Taka wyprawa na wielką Górą to jak stoczenie wojennej batalii, a przecież te batalie toczą się przecież na naszych oczach za pośrednictwem medialnych doniesień, a ich echo zawiera również ta świeżo wydana pozycja.

Dar przekazywania każdej chwili i umiejętność dostrzegania najmniejszego szczegółu to szczególne cechy Autora. Trzeba kochać swoją pasję i mieć hojność serca, by podzielić się nią z czytelnikiem. Ta dokumentalna książka ma wielowarstwowy charakter. Obok czystego reportażu spisywanego pod namiotem, z szumem wichru, z łoskotem spadających skał i hukiem wysokogórskich rzek powołanych do istnienia wskutek sił natury jest warstwą wspomnień z innych wypraw, z innych podróży, z innych zachwytów i doznań. Tym wspomnieniom towarzyszą głębokie refleksje nad tym, jak rodzi się pasja, co człowieka motywuje do podejmowania na pozór niewykonalnych zadań, czym właściwie jest sens życia i jak go odnaleźć, a nie zagubić w tym zawirowaniu, jakiego dostarcza życie. Proza miejscami zamienia się w poezję i dostarcza czytelnikowi wielkich wzruszeń.

Dlatego gorąco polecam „Skalnego pielgrzyma” Rafała Froni. To znakomita pozycja, od której nie można się oderwać. Nawet jeśli w życiu nie było się nigdy wyżej, niż na Śnieżce.

Rafał Fronia „Skalny pielgrzym”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2023.

środa, 25 września 2024

Rafał Brzeski poleca

Wypływ Bobru i napływ wspomnień.




Mój znajomy tuż przed wielką wodą wrócił z warszawskiego światowego kongresu semiotyków i zdumiony dzielił się wrażeniami, bo mając za sobą takie zdarzenia z ostatnich lat na różnych kontynentach, stwierdził, że właśnie w naszej stolicy ta konferencja była pod każdym względem najlepiej zorganizowana. A ponieważ właśnie trwa Rok Wańkowicza, przypomniałem sobie, że kiedy był w południowej Ameryce, odwiedził krewnych noszących jego nazwisko, a odnalazł je w internecie i korzystając ze wspomnianego wyjazdu, postanowił odwiedzić krewniaków, ci zaś w swoim mieście zaprowadzili go do muzeum, gdzie wyeksponowane były fotografie i wojenne wspomnienia dotyczące ich przodka, który ocalał po uczestnictwie w zwycięskiej walce o Monte Cassino. Mój znajomy nie wiedział, że i w biografii jego rodu zaistniał taki bohater. A ja właśnie zaopatrzyłam się w książki Wańkowicza i o Wańkowiczu i pochłaniałem jego „Szkice spod Monte Cassino”. A jak wyjaśnił autor w słowie wstępnym, jest to skondensowana zawartość wielostronicowej książki o tej historycznej batalii, w której uczestniczył osobiście jako polski reporter. Wcale się nie dziwię, że znajoma, której pożyczyłem Szkice na krótko, oddała mi je bardzo szybko, spłakana jak przysłowiowy bóbr. Nic dziwnego, to lektura głęboko wzruszająca, a opis kolejnych etapów batalii jest wstrząsający. Nasi ginęli, ale nie poddawali się, a ostatnie słowa konających brzmiały „Za Polskę”. Ranni resztką sił ratowali ciężko poszkodowanych. Kapelani udzielali ostatniego rozgrzeszenia umierającym. Walczyli i ginęli nie tylko żołnierze, ale też członkowie sił pomocniczych. Mój kontakt z tą książką zbiegł się z akcją ratunkową u powodzian. Ten niedawny uczestnik warszawskiego zdarzenia zdumiewał się, jak wiele osób zgłosiło się natychmiast do pomocy. I kiedy musiał skorzystać w moim mieszkaniu z lodówki i prysznica, dzielił się takimi uwagami. Jak to jest, że my Polacy pogardzamy sobą, opluwany się, szkodzimy własnemu krajowi na miejscu i za granicą, ale kiedy przychodzi zagrożenie, spieszymy sobie z pomocą.

Oto fragment jednego z bitewnych epizodów. „Giną w ataku 14 baonu strzelcy Gula i Mauer, ginie młodziutki ppor. Bednarski, zostaje ranny ppor. Król, sierżant. Czajkowski i wielu szeregowych. Wyskakuje z bunkra ratować rannych sierż. Szczepański i pada. Do konającego podbiega mjr. Bączkowski — Panie majorze, koniecznie trzeba się utrzymać — mówi Szczepański i umiera”.

Nie będę przytaczać innych fragmentów, kto weźmie do ręki tę pozycję, poczuje się dumny z tego, czego dokonali jego rodacy. I zawstydzi się, jeśli kiedyś pogardzał własnym narodem.

Mam już pożyczone prawie pięćsetstronicowe „Monte Cassino” i wiem, że to będzie wspaniała budująca lektura. Przecież jest obchodzone osiemdziesięciolecie tamtego zwycięstwa, w którym decydującą rolę odegrali nasi żołnierze tam, gdzie nie dały rady siły aliantów.

A na razie delektuję się „Zielem na kraterze” i jako człowiek z kresowym rodowodem podziwiam polszczyznę, jaką Wańkowicz ocalił dla tych, którzy jeszcze mają w pamięci zwroty zasłyszane od swoich babć kresowianek.

Melchior Wańkowicz „Szkice spod Monte Cassino”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1969.

niedziela, 8 września 2024

Anastazja Daniłowiczowa poleca


Straszne, ale prawdziwe





Ellen Marie Wiseman to amerykańska pisarka niemieckiego pochodzenia. Jak można wyczytać z notek od wydawcy, jej książki zostały przetłumaczone na siedemnaście języków, i nic dziwnego, bo to bestsellery, nagradzane i wysoko oceniane przez krytyków. „Zaginione z Willowbrook”, chociaż to powieść z fikcyjnymi postaciami, ale fakty, w które są „wplątane”, są zaczerpnięte z rzeczywistości, która miała miejsce na początku lat siedemdziesiątych w niewielkim mieście na Staten Island. Tam właśnie funkcjonowała Szkoła Publiczna, która wcale nie była placówką oświatową, tylko czymś w rodzaju przytułku dla osób z rozmaitymi przypadłościami fizycznymi, psychicznymi, umysłowymi bez dolnej i górnej granicy wieku. Przez wiele lat w skandalicznych warunkach bytowało tam ponad sześć tysięcy pacjentów. Ponieważ w tej miejscowości działały zakłady wydzielające szkodliwe substancje, niosły one taki skutek, że rodziły się tutaj dzieci z rozmaitymi upośledzeniami. Noworodki bywały porzucane lub przez służby socjalne lokowane w tym przytułku, gdzie nie było wystarczającej ilości personelu, a ci ludzie, którzy byli tutaj zatrudniani, miewali za sobą przeszłość kryminalną i sami okazywali się upośledzeni, na co nie zwracano uwagi, bo w razie zwolnienia nie było chętnych na ich miejsce. Alkoholizm, narkomania, nadużycia seksualne wobec dziewcząt i młodych kobiet to była tolerowana norma. Byle jak dawkowane leki psychotropowe, by wyciszyć nadpobudliwych pacjentów, niedostatki żywieniowe, brak higieny, szerzenie się zaraźliwych chorób, brud, niedostatek troski, z powodu czego pacjenci atakowali się wzajemnie bez możliwości ochrony. Niemożliwy był przepływ informacji, a zainteresowanie rodzin było zerowe, gdyż one czuły się uwolnione z dokuczliwego problemu. Nawet policja nie dochodziła, z jakich powodów w tym przytułku zdarzały się zgony, a bywało, że na rozległym terenie ośrodka lub w jego pobliżu znajdowano zwłoki.

Bohaterka należąca do dysfunkcyjnej rodziny przypadkowo dowiaduje się, że jej siostra bliźniaczka, pochowana rzekomo w czasie sfingowanego pogrzebu wciąż żyje i pozostaje w tym zakładzie opiekuńczym. Tylko że właśnie zniknęła, a kiedy szesnastolatka wyrusza do tej placówki, zostaje uznana za zaginioną kilka dni temu podopieczną. Bliźniaczki są tak łudząco podobne, że lekarz, personel i wszyscy, którzy znali Rosemary uznają, że szesnastolatka Sage nie jest jej bliźniaczką, tylko wychowanką, która wróciła z nieudanej ucieczki.

Oczami Sage czytelnik poznaje horror, w jakim żyją podopieczni. Nikt nie uznaje autentyczności tej bliźniaczki i jej opowiadania o zmarłej matce, niedającym znaku życia biologicznym ojcu dziewcząt i toksycznym ojczymie są uznane za majaczenia chorej psychicznie Rosemary.

Opisy starań szesnastolatki, by uznano jej tożsamość, są poruszające. Nikt jej nie wierzy. Dojechała tutaj autobusem, w którym okradziono ją z dokumentów. Nie ma nic, co dowiodłoby prawdziwości jej wersji. Trzeba przeczytać tę książkę, żeby wczuć się w sytuację osób niepełnosprawnych. Nie napiszę w tej relacji, jak dziewczyna dowiodła swojej tożsamości, bo bym odebrała emocje, jakie daje lektura tego dokumentu zamienionego w beletrystykę.

Dzięki staraniom rodzin, wolontariuszy, organizacji spieszących z pomocą osobom niepełnosprawnym zakład w Willowbrook został zamknięty, a tysiącom pensjonariuszy zapewniono opiekę z prawdziwego zdarzenia. Kiedy dzięki reportażowi opinia publiczna dowiedziała się o wszystkich wstrząsających faktach, okazało się, że w tych nieludzkich warunkach przebywało ponad 5400 pensjonariuszy. Wśród nich znalazł się zabójca kilkudziesięciu niepełnosprawnych żyjący w przekonaniu, że uśmiercając ich, dokonuje dzieła miłosierdzia, gdyż ci, którzy mogli wyartykułować swoje pragnienia, tylko śmierć uważali skuteczną ucieczkę z tego miejsca.

Gorąco polecam tę książkę, gdyż ona porusza wszystkie struny ludzkiej wrażliwości. I pokazuje, że i wśród bezdusznych i niegodziwych osób zdarzają się tacy, którzy próbują pomóc innym i naprawić świat daleki od doskonałości.


Ellen Marie Wiseman „Zaginione z Willowbrook”, przełożyła Ewa Borówka, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2023.


środa, 21 sierpnia 2024

Rafał Brzeski poleca

Udręczeni zza Oceanu



Autor książki, którą poniżej polecam, jest pisarzem, krytykiem i dziennikarzem, tak przedstawia go wydawca. Ten kulturoznawca jest Amerykaninem, mieszka w Nowym Yorku, więc nic dziwnego, że zbiór esejów, traktujących o twórcach, których dzieła są okupione cierpieniem, skupia się przede wszystkim na pisarzach, muzykach, aktorach i reprezentantach wszelkich innych artystycznych branż, którzy urodzili się w USA i tam spełniają się twórczo. Tych pochodzących z Europy jest zaledwie kilkoro. Wszystkich jednak łączy to, że mieli biografie naznaczone bólem duszy i ciała.
Pisząc o artystach, których los postawił na jednej drodze, w tym przypadku o Deanie Martinie i Jerrym Lewisie, autor konstatuje: „Biorąc pod uwagę skłonność udręczonych artystów do waśni, łatwo jest wyobrazić sobie, co dzieje się, gdy ścieżki kariery dwóch takich twórców splotą się ze sobą na stałe. Podobne sytuacje zwykle prowadzą do tarć, które z jednej strony niszczą łączące artystów relacje, z drugiej — stają się motorem napędzającym ich twórczość”. Ci dwaj byli komikami, ale napięcia między nimi były dla obu przez dziesięć lat nie do zniesienia. Dotyczy to również małżeństw ze świata sztuki. Najpierw parę łączy fascynacja, ale kiedy potrzeby różnej natury zostają zaspokojone, dochodzi do zdrad, niechęci, a nawet zawodowej rywalizacji. Dzieje się tak, bo artyści dotknięci są egocentryzmem, żądzą sukcesu, nienasyceniem w tym względzie i to rozbija pary. Niekiedy kończy się taki związek samobójstwem jej lub jego, ale najczęściej rozwodem, a dzieci pozostawiane są samym sobie.
Przytoczone biografie wskazują na to, że toksyczne osoby miały trudne dzieciństwo, że miały skłóconych rodziców, przeżyły rozmaite traumy, niekiedy niedające się pokonać do końca życia. A Tina Turner w jednym z wywiadów wyznała, że niejednokrotnie miała chęć użycia broni, żeby jej mąż Ike już nie funkcjonował w jej życiu. A szczególny splot niszczących okoliczności niszczył Vincenta van Gogha, który nie wierzył w swój geniusz, miewał napady szaleństwa, trwał w trudnych okolicznościach dzięki pomocy brata, a kiedy ten się ożenił, był bliski załamania. Należał do tych twórców, którzy sami szukali pomocy psychiatrycznej. W czasie pobytu w szpitalu namalował około trzystu dzieł.

Kiedy czytałem te poruszające teksty, doszedłem do przekonania, że Ameryka nie stwarzała wbrew mitom sprzyjających warunków do tworzenia i rozwoju. Artysta czuł się zobowiązany do sukcesu za wszelką cenę. A kiedy sukces nie przychodził, samopoczucie wzmacniały wszelkiego rodzaju używki, a ich nadmiar, a szczególnie połączenie kilku środków narkotycznych powodował zgon.

Kiedy czytelnik wertuje te krótkie biografie, odczuwa niedosyt, że relacje kończą się tak szybko, a wyobraźnię pobudzają portrety twórców autorstwa Robbiego Leeo.

Ten niedosyt może być zaspokojony dzięki mądrej konstrukcji książki. Jej dziewiątym rozdziałem jest kalendarium, które zaczyna się od rysunków naściennych z 25 tysiąclecia przed naszą erą, a kończy się na 2011 roku m.in. śmiercią Elizabeth Taylor, więc można prześledzić rodzaje twórczych frustracji, a na koniec sięgnąć do listy źródeł, a z niej wybrać pozycje szerzej traktujące o artystach, w książce krótko przedstawionych.

W spisie zawartości w lapidarnych sformułowaniach są wskazane źródła cierpienia i frustracji, między innymi trudne dzieciństwo, chorobliwa nieśmiałość, niespełniona miłość czy potrzeba dominowania za wszelką cenę. Po lekturze tej pozycji nachodzą czytelnika refleksje, jaka jest granica między szaleństwem a geniuszem.

Christopher Zara „Artyści udręczeni”, ilustracje Robbie Lee, tłum. Jakub Bartoszewicz, wydanie Burda Publishing, Polska Sp. z o. o., Spółka Komandytowa, Warszawa 2015.

środa, 14 sierpnia 2024

Bronisław Krzemień poleca


Problemy ponad czasem





Kristin Hannah, autorka książek, których nakład osiągnął milion, w „Słowiku” wraca do czasów drugiej wojny światowej, ale prolog i epilog wskazuje na to, że powieść powstawała w czasie, kiedy nękała nas pandemia. Relację snuje jedna z sióstr, które przeżyły wojnę. To siostry, Francuzki Isabelle i Vianne. Obie mają diametralnie różne charaktery, są poróżnione od czasu, kiedy ich ojciec przetrwał pierwszą wojnę, ale wrócił tak spustoszony, że córki nie mogły go poznać. Ze wspaniałego męża i ojca zamienił się w bezwzględnego alkoholika, a kiedy przedwcześnie zmarła matka dziewczynek, pozbył się córek, oddając je w nieżyczliwe ręce oschłej kobiety, a jedną do szkoły z internatem. O ile starsza Vianne uciekła w dziewczęcą miłość i wczesne macierzyństwo, o tyle młodsza uciekała z kolejnych szkół z internatem, gdzie nie znoszono jej trudnego, niepokornego charakteru. Isabelle nie mogła przebaczyć ojcu, jak je potraktował. Wojna rozdzieliła rodzinę. Wspaniały i odpowiedzialny mąż starszej z sióstr poszedł na front i znalazł się w obozie. Młodsza opuściła siostrę i siostrzenicę, obudził się w niej duch patriotyzmu. Nie mogąc znieść bezruchu, włączyła się do ruchu oporu.

Obce było jej poczucie lęku. Kiedy trzeba było pomóc zestrzelonym alianckim lotnikom, ona przeprowadzała ich przez Pireneje do Hiszpanii, gdzie byli ratowani w angielskim konsulacie. W tym czasie odszukała ojca, na siłę tym razem lokując się w jego paryskim mieszkaniu. Ze zgrozą dowiaduje się, że on pracuje w faszystowskim biurze. Tymczasem w mieszkaniu niewielkiego miasteczka koło Tours faszystowskie władze umieszczają niemieckiego oficera. On okazuje się przyzwoitym człowiekiem. Ustala, w jakim obozie przebywa mąż Vianne. Pomaga wysyłać mu paczki, a pomoc żywnościowa ratuje jego gospodynię od głodu. To miasteczko znajduje się w sąsiedztwie lotniska. Jego mieszkańców dotykają prześladowania Żydów. A Izraelitką jest sąsiadka i najbliższa przyjaciółka bohaterki. Kiedy próbuje przedostać się Racheli do bezpiecznej strefy, zostaje zastrzelona jej córeczka, a nasza bohaterka zabiera jej synka, ogłaszając, że to osierocone dziecko jej kuzynki. Z czasem w klasztorze lokuje żydowskie dzieci, urodzone ze Francji, ale oddzielane od rodziców.

W powieści mamy wątek miłości Isabelle i uczestnika ruchu oporu, jej ojciec okazuje się „wtyczką” w faszystowskim biurze, dzięki czemu ma dostęp do ważnych informacji. Niestety ratując lotnika, jej siostra zabija tego szlachetnego oficera, a jego miejsce zajmuje okrutny, bezwzględny faszysta, gwałcąc piękną Vianne. Owocem gwałtu jest ciąża, zbliża się koniec wojny, a jej siostra, osadzona w obozie dla politycznych wrogów ocaleje, kiedy alianci wyzwalają obóz.

Żydowska organizacja z USA zjawia się w miasteczku, by odzyskać ocalone dzieci, w tym również chłopczyka, którego Vianne wychowuje jak własnego synka przy pełnej akceptacji męża, który szczęśliwie wraca do rodziny. Powieść obfituje w dramatyczne sytuacje, wielkie uczucia, w tym pojednanie sióstr. Nim wojna się skończy, faszyści chcą ująć Słowika. To pseudonim Isabelle w konspiracji. Kiedy jej bezpieczeństwo jest zagrożone, ojciec przyznaje w więzieniu, że on jest Słowikiem i zostaje rozstrzelany na oczach córki. Miłość, heroizm, poświęcenie, wybaczenie, to tylko niektóre postawy, wspaniałe zilustrowane w powieści. Moja znajoma powiedziała mi, że płakała, czytając tę głęboko wzruszającą powieść. Wcale się nie dziwię i gorąco rekomenduję tę pozycję miłośnikom dobrej literatury. Zwłaszcza teraz, kiedy nie ustają wojny w Europie i na świecie.

Kristin Hannah „Słowik”, przełożyła Barbara Górecka, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2016.

czwartek, 8 sierpnia 2024

Jadwiga Wierzbiłło poleca


Nie tylko dla wierzących





Mam świadomość, że mamy taki okres, kiedy w mediach jest zapotrzebowanie na materiały zawierające opisy skandali, jakich dopuszcza się duchowieństwo, łącznie z innymi osobami konsekrowanym. Tymczasem ja z wielką przyjemnością będę tutaj polecać powieść, która idzie pod prąd wspomnianemu zapotrzebowaniu na afery z udziałem osób w sutannach lub habitach.

Kristian Hannah, autorka, jak pisze wydawca, cenionych bestsellerów, „Powrót do domu” poświęca dwóm braciom. Obaj pochodzą z dysfunkcyjnej rodziny, matka jest alkoholiczką, a na ojca nie ma co liczyć. Bracia rozstają się na kilkanaście lat, ale jeden ,pozytywny, stający w obronie brata, którego nikt nie jest w stanie okiełznać, bo pije, narkotyzuje się, awanturuje i nie ma za grosz zamiłowania do nauki, ucina z koleżanką z zasobnej, ambitnej rodziny krótki romans, którego owocem jest ciąża. Ojciec dziewczyny nakazuje aborcję i opłaca chłopaka, by wyraził zgodę na usunięcie ciąży. Nie wyobraża sobie, że jego córka może urodzić dziecko chłopaka ze slamsów. Dziewczyna ucieka ze szpitala, nie poddaje się zabiegowi. Wsparcie udziela jej pozytywny brat jej chłopaka, a ten, nagle wzbogacony, ucieka. Pomyślnym zbiegiem okoliczności robi karierę w Hollywood. Nie ma kontaktu ani z bratem, ani z ukochaną dziewczyną, która, wydziedziczona przez ojca, ale wspierana przez matkę i Francisa, tego pozytywnego brata Angela, kończy szkołę, potem studia medyczne, cały czas zajmując się Liną. Jej córce, brakującego ojca zastąpił jego brat, który miał powołanie i mimo środowiska, w którym musiał walczyć o przetrwanie, skończył seminarium i został kapłanem. Madelaine, ta samotna matka — lekarka jest nękana przez córkę, by wyznała, kim jest jej ojciec. Naturalnie nie zdradza jej jego tożsamości z lęku, by nie opuścił ani jej, ani jej córki. On nie wie, że jest ojcem. Tak jest do czasu, kiedy w krytycznym stanie trafia do rodzinnego miasta, bo konieczny jest przeszczep serca, a w szpitalu spotyka młodzieńczą miłość i dzięki niej odwiedza go brat w sutannie.

Kiedy trwa oczekiwanie na dawcę, brat aktora ulega wypadkowi i zostaje pobrane jego serce dla Angela, który nie jest świadom, kto jest dawcą. Następuje wielka zmiana w życiu aktora, lekarka wyjawia wreszcie Linie, kim jest jej ojciec, a obie są w rozpaczy po śmierci księdza, otoczonego za życia szacunkiem i miłością wiernych. Powieść traktuje o demoralizacji, nałogach, o egoizmie i poświeceniu, szlachetności, o sile miłości macierzyńskiej. Czyta się tę pozycję jednym tchem.


Kristin Hannah „Powrót do domu”, przełożyła Anna Zielińska, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2023.

środa, 7 sierpnia 2024

Daniel Rzepecki poleca

Powieść jak afrodyzjak




Teraz nie szokuje praca za granicą, a większe miasta mają siedziby międzynarodowych korporacji. Ale w czasie mojej młodości wyjazd na Zachód stanowił nie byle jakie wydarzenie, a mam na myśli wyjazd służbowy. Stał się on udziałem kolegi z naszej firmy, więc szczerze mu zazdrościliśmy i czekaliśmy nowin z innego świata po jego powrocie. Liczyliśmy też na jakieś drobne upominki. Tymczasem on po powrocie wyłożył na biurko pornusy, które wówczas widziałem pierwszy raz w życiu. Pięknie wydane, na doskonałym papierze z perfekcyjnie wykonanymi fotografiami par w erotycznych sytuacjach. Nasze panie były wyraźnie skrępowane, ale i one, jak koledzy, w końcu opanowały zażenowanie i zaczęły wertować te pornograficzne wydania. Potem wywiązała się dyskusja, jaki może być pożytek z takich pozycji, aż jeden z kolegów powiedział, że one mają charakter edukacyjny, bo prymitywna płeć brzydka może się douczyć, jak powinna wyglądać sztuka fizycznej miłości, która w naszej cywilizacji jest niedoceniana.

Więc kiedy czytałem „Maskaradę” Hannah Fielding, której powieści romansowe, zwłaszcza „Pieśń Nilu” były wielokrotnie nagradzane, pomyślałem sobie, że jest to pozycja, która doskonale wprowadzi czytelnika w arkana seksualnych doznań. Pouczy, jak je wyzwalać, jak doceniać pożądanie, które jest początkiem fizycznej fascynacji, która nie musi, ale może prowadzić do głębokiej i trwałej miłości.

Bohaterką powieści jest Luz, z pochodzenia Hiszpanka i Angielka, która wysłana edukacyjnie do Anglii wraca do kraju pochodzenia po ojcu i tu doznaje czegoś w rodzaju rozszczepienia uczuć. Ulega urokowi dwóch fascynujących mężczyzn, z których jeden jest Cyganem, a drugi należy do arystokratycznej i artystycznej bohemy. Proces zauroczenia i uwodzenia jest szczegółowo, wręcz fascynująco opisany, stąd ta zachęta, by powieść potraktować jako wprowadzenie do sztuki miłości, a jak czytelnik zwróci uwagę na wątek sensacyjny, na powikłania losów rodów, które połączyła miłość, to okaże się, że powieść przeczyta się jednym tchem do wyjaśnienia pod sam koniec zdumiewających zagadek.

Parę miesięcy temu przeczytałem na Waszej stronie rekomendację „Koncertu” tej samej autorki i okazało się, że to znakomity romans. A ta powieść, którą tutaj rekomenduję, w niczym nie ustępuje i tamtej nagradzanej pozycji.


Hannah Fielding „Maskarada”, tłumaczenie Piotr Art, druk Print Group. Sp.z o.o., Warszawa 2022.

niedziela, 21 lipca 2024

Rafał Brzeski poleca

Okrucieństwo czerwonej utopii





Jednym tchem przeczytałem „Rosyjską namiętność” Reyes Monfortne, ale uprzedzam, żeby nie nastawiać się na harlekinowe wątki, na romansowe dzieje pary bohaterów, a jest to para niezwykła, zaś zawarte w powieści sytuacje zawierają autentyczne opisy.

W Ameryce na jednej z imprez artystycznych Siergiej Prokofiew poznaje Linę. On już jest uznanym pianistą, kompozytorem, ona, czyli Lina to córka artystycznego małżeństwa. Po ojcu dziewczyna dziedziczy hiszpańskie pochodzenie, urodę i temperament, a mniej ma cech matki, Rosjanki. Wybitny muzyk zdołał opuścić kraj w roku, kiedy zaczęła szaleć rewolucja, a Lina wyjechała z rosyjskimi dziadkami jako kilkuletnia dziewczynka.

Na 145 stronie można przeczytać słowa Coco Chanel z paryskiego okresu Liny. Już tworzyli parę, ale jeszcze niezaślubioną. Coco powiedziała: „Rosjanie mają w sobie coś szczególnego. Ten wieczny sprzeciw wobec życia, namiętność, która próbują ukryć, sprzeczność między przyjemnością a cierpieniem, która ich utrzymuje w ciągłym napięciu…”. Prokofiew nieco odstaje od tego portretu. Treścią jego życia jest muzyka. Komponuje w wielkim skupieniu. Jego sława zapewnia mu zaproszenia na sale koncertowe największych ośrodków muzycznych na świecie. Jego partnerka, towarzysząca mu na koncertach, czuje dyskomfort jako członkini luźnego związku. Zapewniana przez kompozytora, że jest i pozostanie jego największą miłością, nie pojmuje tego oporu przed zalegalizowaniem związku. Poznaje matkę kompozytora, zjednuje jej podziw i miłość, jest przychylna matrymonialnym pragnieniom Liny. A jest ona wielką podporą twórczego Siergieja, który mimo geniuszu potrzebuje i umocnienia i wsparcia. W końcu biorą urzędowy ślub i ona czuje się spełniona. Rodzi geniuszowi dwóch synów.

Z Kraju Rad dochodzą coraz bardziej natarczywe zaproszenia. Sowieckie władze chcą mieć wsparcie w jego artystycznym autorytecie. Chcą, by świat uznawał Związek Radziecki za cywilizowany kraj, w którym szanuje się kulturę i wspiera artystów. Prokofiowowie wyjeżdżają do Moskwy. Tu witani są z olbrzymim entuzjazmem, władze stwarzają im optymalne warunki. Kompozytor nie ma w sobie ani odrobiny zainteresowania polityką. Tak jak na Zachodzie był głuchy na opowieści o ZSRR, tak i teraz puszcza mimo uszu informacje o zsyłkach, aresztowaniach, tłumieniu swobody myślenia i wypowiedzi. Nie zmienia postawy mimo kilkukrotnych wyjazdów do swojej ojczyzny i wreszcie postanawia tam zamieszkać i tworzyć.

Kiedy bielmo spada z jego oczu, kiedy coraz więcej pisarzy i artystów jest oskarżonych i osadzonych w więzieniu lub zesłanych na Syberię, kiedy coraz więcej twórców spotyka się z zakazem publikowania czy reżyserowania, on wiąże się z młodziutką komunistką, córką wysokiego funkcjonariusza partyjnego. Lina przypadkiem dowiaduje się o tej niewierności. Dziewczyna z całą bezwzględnością wkracza w życie rodziny. Staje się partnerką geniusza, a jego pozycja wzmacnia i jej sytuację w elitach komunistycznej władzy. Niektórzy sądzą, że muzyk wiąże się z córką czerwonego notabla, żeby zyskać dla siebie ochronę i bezpieczeństwo.

Synowie Prokofiewów dorastają, rozpaczają z powodu utraty ojca w rodzinie, który ostatecznie, po dwudziestu latach małżeństwa opuszcza swoją wielką miłość. Powieść, oparta na faktach, jest tak napisana, że moja znajoma zwierzyła mi się, że przepłakała niejedną stronę.

Lina, zapraszana na koncerty, spotkania, goszczona w ambasadach, zostaje uznana za wroga ludu, obwiniona o działalność szpiegowską i osadzona na Łubiance, a sama nazwa tego miejsca, którego się nie opuszcza, liczy daremnie na interwencję Siergieja, a niedawni przyjaciele dystansują się dla własnego bezpieczeństwa. Lina traktowana jest z całą bezwzględnością. Widzi po torturach inne więźniarki. Nie poddaje się, chce zachować godność. Nie poczuwa się do żadnej winy, co dla oprawców nie ma żadnego znaczenia. Osądzona, zostaje w strasznych warunkach wyekspediowana na zesłanie.

W obozie, jak wszyscy, znosi głód i dotkliwe zimno. Ale nawet w tym okrutnym miejscu zdarzają się odruchy człowieczeństwa. Dzieje się tak, kiedy w więźniarce niektórzy osadzeni rozpoznają żonę wybitnego kompozytora i dają wyraz podziwu dla jego osiągnięć.

Siergiej unieważnia legalnie zawarty na Zachodzie ślub i żeni się z dotychczasową znacznie młodą kochanką. Ci, którzy jeszcze są na wolności, po cichu dziwią się, jak geniusz zamienił kobietę z niezwykłą klasą, inteligencją, urodą na prymitywną, brzydką, ale za to ideową i młodą dziewczyną.

Stalin umiera. Zmiana na stanowisku partyjnego wodza przynosi pewną odmianę. Wyroki zostają skrócone, więc i Lina może wrócić do synów i stanąć przy grobie męża.

Przez radzieckie epizody powieści czytelnik poznaje okrucieństwo czerwonej utopii, która miała światu przynieść wolność, sprawiedliwość i godne życie. Jak pokazały dziesięciolecia, obietnice pozostały niespełnione.

Reyes Monforte „Rosyjska namiętność”, przełożył Zbigniew Zawadzki, Wydawnictwo WAM Kraków 2017.