Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jadwiga Wierzbiłło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jadwiga Wierzbiłło. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2025

Jadwiga Wierzbiłło poleca

Rekomendacja dla pragnących długowieczności

Gorąco rekomenduję „Okinawę”




W tytule umieściłam nazwę jednej z wysp na południu Japonii. Od dwunastu lat jest to miejsce, w którym spełnia się życie Nati Ishigaki. Za tym nazwiskiem autorki kryje się Polka, rodowita poznanianka, którą los, a właściwie miłość i małżeństwo sprowadziło wraz z mężem i czwórką ich dzieci na Okinawę. O ile my Polacy już od wielu lat możemy bez trudu, zdobywając paszporty, a nawet posługując się niekiedy tylko Dowodem Osobistym, podróżować po całej Europie, po obu Amerykach i po północy Afryki, a nawet po części i po Azji, mamy swoje kolekcje fotografii, filmików, przewodników i wszelkich publikacji, o tyle Wschód azjatycki pozostaje mniej rozpoznany. Tymczasem studia w innych krajach owocują poszerzeniem znajomości, dzięki czemu zaprzyjaźniona ze mną rodzina odbyła czteropokoleniową podróż do Japonii. Kilka miesięcy wcześniej zamówili bilety lotnicze, a w Tokio nie troszczyli się o nic, gdyż na lotnisku czekał na nich kolega z poznańskich studiów, gdzie kończył japonistykę, więc w Kraju Kwitnącej Wiśni bez trudu dostał pracę i powitał gości z rodzinnego kraju. Dzięki niemu poruszali się i po stolicy, i docierali na wyspy wypożyczonym samochodem, na zakończenie żegnała ich para zaprzyjaźnionych przyjaciół, czyli Piotr po japonistyce i jego narzeczona, córka Japonki i ojca z Tajlandii. To oni zafascynowali mnie Japonią, więc mając biblioteczny wybór, skorzystałam z zachęty pani w mojej filii bibliotecznej i w domu jednym tchem przeczytałam „Okinawę”.

To z jednej strony jest autobiograficzna powieść byłej poznanianki, a jednocześnie zbiór reportaży z wyspy położonej na południu kontynentalnej części kraju. Jej mieszkańcy posługują się tutejszym językiem, a ci, którzy opuszczają Okinawę, zatrudniając się w samej Japonii lub innych krajach Azji, obu Ameryk czy Europy, poznają inne języki, a potem pracując w różnych biznesach lub nauczając w szkołach różnego stopnia. Nati też uczyła angielskiego i podobnie jak jej mąż zajmowała się różnymi biznesami, właśnie na tej wyspie. Zafascynowała ją tutejsza ludność, przywiązana do tradycji, wierzeń, bardzo aktywna do późnych lat życia, a w tym miejscu należy dodać, że w Matayoshi jest wiele osób, pracujących nawet po przekroczeniu 70 i 80 roku życia. Nic więc dziwnego, że ta wyspa wymieniana jest w grupie zaledwie kilku rejonów na świecie, gdzie znacznie przekroczona jest ilość stulatków.

Nati zwróciła uwagę, że stosunkowo niewielu badaczy, intelektualistów historyków oraz osób innych specjalności zajmuje się tym demograficznym fenomenem. Sama autorka wiele uwagi poświęca historii, relacji wyspy z innymi pobliskimi krajami, opisuje zdarzenia sprzed dziesięcioleci, które sprowadziły na Okinawę armię USA i do chwili obecnej pobyt żołnierzy nikogo nie dziwi ani nie razi, choć tubylcy mają wiele pożytków z tej koegzystencji. Spodziewając się, że Czytelnicy zainteresują się rekomendowaną pozycją, nie będę tutaj przytaczać elementów z przeszłości archipelagu Riukiu, zacytuję tylko końcowe fragmenty książki, bo one dotyczą fenomenu długowieczności tutejszej społeczności.

Autorka pisze: „Można utrzymywać najlepszą dietę, uprawiać sporty i mieć pasjonujące hobby. Można też być otoczonym wspaniałą rodziną i grupą przyjaciół. Ale bez możliwości doceniania i cieszenia się z tego, co się ma, najsłodsze desery zamieniają się w popiół, a najwspanialsi przyjaciele zanudzają na śmierć. Jeśli mogłabym przekazać jedną lekcję z Okinawy, kraju długowieczności, to byłaby to właśnie ta: akceptacja i wdzięczność za to, co się ma. Bez względu na to, jak jesteśmy traktowani przez los, życie to cud, a świat dookoła nas jest piękny”. Jednym z walorów rekomendowanej tutaj książki jest bogactwo starannie dobranych fotografii, które przybliżają wielowarstwową zawartość tej pozycji.



Nati Ishigaki „Okinawa”, Lekcje z japońskiej wyspy długowieczności, Wydawnictwo Pascal sp. z o. o. Bielsko-Biała.

wtorek, 3 grudnia 2024

Jadwiga Wierzbiłło poleca

Sekrety polskiego Parnasu




Wydawca rekomenduje Sławomira Kopra jako najpopularniejszego pisarza historycznego w Polsce, który wydał ponad siedemdziesiąt książek, a sprzedano ich ponad milion egzemplarzy. Tu rekomendowana pozycja nosi kuszący tytuł, pisany z małej litery, „żony bogów”, z podtytułem muzy wielkich literatów. Nie pomniejszając dorobku innych znakomitych poetów i prozaików, z książki czytelnik dowie się o miłościach, romansach i małżeństwach Gombrowicza, Mrożka, Miłosza, Witkacego oraz Iwaszkiewicza. Moja edukacja filologiczna przypadała na lata, kiedy po ulicach jeszcze nie paradowały grupy zwolenników mniejszości seksualnych, zatem na wykładach z literatury nawet szeptem nie wspominało się, kto z autorów o uznanej sławie pozostawał dłużej lub krócej w męsko - męskich lub damsko - damskich związkach, chociaż o tych drugich w rekomendowanej pozycji jest skromna wzmianka.

Co więc łączyło partnerki wspomnianych pisarzy? Przede wszystkim były bardzo piękne, ogromnie inteligentne, pełne uroku i oddania mężczyznom, z którymi dzieliły los im sławę, choć zdarzało się, że potrafiły pozostawać w tak zwanym cieniu sławnych autorów, ale czasami przeczuwały, że nie prędzej, to później na razie niedostrzegany przez krytykę i inne środowiska opiniotwórcze talent zabłyśnie i podbije czytelników.

Skromna objętość tych rekomendacji, zamieszczanych na łamach niniejszego portalu nie pozawala prześledzić losów par, o których mowa jest w „żonach bogów”, ale warto wspomnieć choćby o niektórych. Rita, żona Witolda Gombrowicza, była Kanadyjką. To ona trwała z nim do końca i zatroszczyła się o jego spuściznę literacką. Choć twórca poślubił ją po długo trwającym związku, to małżeństwo miało wielką siłę, choć Rita musiała zmierzyć się ze skłonnością pisarza do atrakcyjnych i młodych mężczyzn.

Sławomir Mrożek miał dwie żony, pierwszą z nich była Maria Obremba, córka cenionego lekarza i społecznika. To było bardzo zgodne, rozumiejące się małżeństwo. Mara, bo tak skracano jej imię, była powściągliwa i zadowalała się rolą pani domu, zatroskaną o warunki do tworzenia męża. Ten związek miał tragiczny finał, choroba nowotworowa uśmierciła żonę Mrożka. Po jej odejściu muza dramaturga milczała dwa lata. W Meksyku poznał Susanę Osorio. Zafascynowani sobą, pobrali się w Paryżu. To był skromny ślub i skromny obiad dla niewielu osób, ale ta decyzja pisarza, by jednak zdecydować się na małżeństwo, okazała się wręcz zbawienna. Zamieszkali w Krakowie. Susana doskonale zaaktywizowała się w nowym dla niej kraju. Miała kłopoty językowe, ale swego rodzaju językiem esperanto był angielski. Już dotknięty afazją, poddawał się zaleceniom rehabilitantki i w tej fazie przygotował książkę wspomnieniową. Wyjechali na południe Francji. Susana trwała przy nim z wielki oddaniem. Nie wyobrażała sobie życia bez Sławomira, ale człowiek potrafi sprostać swemu przeznaczeniu. O tym małżeństwie Marta Lipińska powiedziała, że był tok nadzwyczajny związek. „Czułość Susany, jej dbałość o zdrowie Sławka wydawały mi się imponujące”. Jak czas pokazał, oba małżeństwa Mrożka były nadzwyczaj udane.

Kiedy skupiłam się na małżeństwie Anny i Jarosławem Iwaszkiewiczów, przypomniałam sobie dwie myśli zapisane w sentencjach, które zwróciły moją uwagę. Jedna zawierała stwierdzenie, że wielkie miłości zdarzają się równie rzadko jak geniusze, a druga głosiła prawdę, że wielkie uczucie wymaga wielkiego charakteru. Pisarza i jego żonę połączyła wielka, trwała miłość, ale jej nie zniechęciła świadomość, że mąż ma homoseksualną orientację. Nie był jedynym pederastą w środowisku pisarzy i artystów, inni to między innymi Lechoń i Szymanowski, wymieniani w książce. Natomiast Annę zafascynowała zamężna aktorka Maria Morska, żona wówczas matematyka Knastera, ale nie sprostała jego wymaganiom co do wierności. Annę zafascynowała jej osobowość, zachwyciły piękne oczy, ale jak pisze autor „żon bogów”, to zauroczenie nie przyniosło fizycznej zdrady, choć było bardzo intensywne. Dziwne, ale pisarz chyba nie był świadom tej duchowej zdrady, bo był zazdrosny o Słonimskiego, ale ten wówczas kochał aktorkę Marię. Iwaszkiewiczowie hucznie obchodzili w Stawisku, ich siedzibie Złote Gody. Pierwsza odeszła do wieczności Anna po 58 latach pożycia. Po jej śmierci wyznawał Romanowi Jasińskiemu, że była jego jedynym skarbem, wszystkim, wokół czego splotło się całe jego życie. Jej coraz gorliwsza religijność była pisarzowi coraz trudniejsza do zaakceptowania, ale jak ona przyjmowała jego homoseksualizm, tak on trwał przy postępującej dewocji swojej żony.

Uważam, że aby poznać dziesięciolecia minionego i obecnego wieku, warto sięgnąć po książkę, którą Sławomir Koper poświęcił kobietom życia najwybitniejszych pisarzy tego okresu i bynajmniej nie z powodu orientacji seksualnej niektórych z nich, ale dla wnikliwego oddania ówczesnych problemów politycznych, społecznych, a przede wszystkim ukazania trendów w kulturze zmieniających się systemów.


Sławomir Kopeć, „żony bogów”, Harde Wydawnictwo, Warszawa 2022, nowe rozszerzone wydanie.

wtorek, 22 października 2024

Jadwiga Wierzbiłło poleca


Trudno się oderwać





Poniżej będę zachęcać do przeczytania powieści, która powstała półtora wieku temu. Zatem w czasie, od którego minęły dziesięciolecia i diametralnie zmieniły się gusty czytelników. Za męskim imieniem autora Henry Wood kryje się Ellen Price, brytyjska pisarka, która w swoim czasie, przybrawszy nazwisko męża, zdobyła wielką sławę, a napisała ponad 30 powieści i ponad 100 opowiadań. Nic dziwnego, jak można wyczytać w nocie wydawniczej, już na początku ósmego dziesięciolecia wieku dziewiętnastego „Błędnik”, o którym tutaj będzie mowa, zachwycił wybitnego rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja, który zarekomendował tę powieść wydawcy w carskiej Rosji. Najbardziej „rozbiegane” gusta czytelnicze, nawet teraz, kiedy toczą się wojny w Europie i Azji Mniejszej, będą zaspokojone. Kto lubi romanse, przeczyta historię wielkiej miłości. Kto żyje w skłóconej rodzinie, pozna dzieje dwóch braci, których charaktery diametralnie się różnią, a kto ma upodobanie w wątkach sensacyjnych, ze zdumieniem przeczyta o tym, jak ten jeden z braci dopuszcza się zabójstwa. Czytelnik od początku wręcz jest świadkiem zbrodni, procesu, wyroku, ale ta sytuacja rozdzieli zakochanych raz na zawsze. W ten wątek wplecie się postać zazdrosnej kobiety, starszej od pozytywnego bohatera, która zrobi wszystko, by wydrzeć z serca Lucy. Jej ukochany, bez pozycji, która pozwala mu starać się o jej rękę, składa deklarację niedoszłemu teściowi, że nie będzie bałamucił dziewczyny, bo nie ma ani majątku, ani miejsca w hierarchii układów, w których liczy się pozycja. Karl nie ma tych przymiotów, ale jest mężczyzną głębokiego honoru. A spokojne szczęście ukochanej, którego nie może zapewnić, jest dla niego największą wartością.

Oczywiście to nie są czasy, kiedy honor liczy się ponad wszystko, ale i teraz pojawiły się wielkie różnice majątkowe, a prawa serca pozostają niezmienione. Dlatego czytelnicy wykupują czasopisma, z których dowiadują się o skandalach w elitach władzy lub w kręgach artystycznych celebrytów. Zatem w tej powieści czytelnik znajduje i sytuacje psychologiczne, uwspółcześnione konflikty społeczne, niszczącą zazdrość i zawiść. Powieść liczy ponad 600 stron, ale nie ma ani jednego rozdziału, od którego można byłoby oderwać się bez żalu, że utracimy porywający wątek. Zapewniam, że do ostatnich stron ciekawość czytelnika zostanie utrzymana, ale tajemnice zostaną rozwiane na samym końcu. Ale o to właśnie chodzi w powieści, od której nie można się oderwać, chociaż powstała półtora wieku temu.


Mrs Henry Wood „Błędnik”, tłumaczył Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2021.

czwartek, 8 sierpnia 2024

Jadwiga Wierzbiłło poleca


Nie tylko dla wierzących





Mam świadomość, że mamy taki okres, kiedy w mediach jest zapotrzebowanie na materiały zawierające opisy skandali, jakich dopuszcza się duchowieństwo, łącznie z innymi osobami konsekrowanym. Tymczasem ja z wielką przyjemnością będę tutaj polecać powieść, która idzie pod prąd wspomnianemu zapotrzebowaniu na afery z udziałem osób w sutannach lub habitach.

Kristian Hannah, autorka, jak pisze wydawca, cenionych bestsellerów, „Powrót do domu” poświęca dwóm braciom. Obaj pochodzą z dysfunkcyjnej rodziny, matka jest alkoholiczką, a na ojca nie ma co liczyć. Bracia rozstają się na kilkanaście lat, ale jeden ,pozytywny, stający w obronie brata, którego nikt nie jest w stanie okiełznać, bo pije, narkotyzuje się, awanturuje i nie ma za grosz zamiłowania do nauki, ucina z koleżanką z zasobnej, ambitnej rodziny krótki romans, którego owocem jest ciąża. Ojciec dziewczyny nakazuje aborcję i opłaca chłopaka, by wyraził zgodę na usunięcie ciąży. Nie wyobraża sobie, że jego córka może urodzić dziecko chłopaka ze slamsów. Dziewczyna ucieka ze szpitala, nie poddaje się zabiegowi. Wsparcie udziela jej pozytywny brat jej chłopaka, a ten, nagle wzbogacony, ucieka. Pomyślnym zbiegiem okoliczności robi karierę w Hollywood. Nie ma kontaktu ani z bratem, ani z ukochaną dziewczyną, która, wydziedziczona przez ojca, ale wspierana przez matkę i Francisa, tego pozytywnego brata Angela, kończy szkołę, potem studia medyczne, cały czas zajmując się Liną. Jej córce, brakującego ojca zastąpił jego brat, który miał powołanie i mimo środowiska, w którym musiał walczyć o przetrwanie, skończył seminarium i został kapłanem. Madelaine, ta samotna matka — lekarka jest nękana przez córkę, by wyznała, kim jest jej ojciec. Naturalnie nie zdradza jej jego tożsamości z lęku, by nie opuścił ani jej, ani jej córki. On nie wie, że jest ojcem. Tak jest do czasu, kiedy w krytycznym stanie trafia do rodzinnego miasta, bo konieczny jest przeszczep serca, a w szpitalu spotyka młodzieńczą miłość i dzięki niej odwiedza go brat w sutannie.

Kiedy trwa oczekiwanie na dawcę, brat aktora ulega wypadkowi i zostaje pobrane jego serce dla Angela, który nie jest świadom, kto jest dawcą. Następuje wielka zmiana w życiu aktora, lekarka wyjawia wreszcie Linie, kim jest jej ojciec, a obie są w rozpaczy po śmierci księdza, otoczonego za życia szacunkiem i miłością wiernych. Powieść traktuje o demoralizacji, nałogach, o egoizmie i poświeceniu, szlachetności, o sile miłości macierzyńskiej. Czyta się tę pozycję jednym tchem.


Kristin Hannah „Powrót do domu”, przełożyła Anna Zielińska, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2023.

wtorek, 21 marca 2023

Jadwiga Wierzbiłło poleca

  Poza czasem niesamowita wizja

 


Wielokrotnie nagradzany Radek Rak wydał „Aglę”, a na okładce można przeczytać, że była to długo oczekiwana książka tego autora. Kiedy zaczęłam czytać, nieodparcie ta lektura kojarzyła mi się z „Rokiem 1984” Orwella. Na długo przed podbojem przez socjalizm wielu krajów pisarz pokazał, do czego prowadzi totalitaryzm. Co prawda do autora już docierały wiadomości o tym, co robi z człowiekiem komuna, choć miała przynieść sprawiedliwość i równość. Zatem tamten wizjoner miał już racjonalne przesłanki, by zbudować wizję, świata, w którym kłamstwo zamienia się w prawdę, a człowiek człowiekowi staje się wilkiem, lisem, tropicielem.

Radek Rak pokazuje świat, w którym dokonały się niesamowite zmiany. Mam prawo mniemać, że to, co dzieje się z gatunkiem ludzkim, jest skutkiem wielorakich eksperymentów generycznych, które człowieka potrafiły zmienić na stwory, identyczne jak z meblem, drewnem, skałą, stwory, które można uczłowieczyć na pewien czas, by służyły, by szczątkowo myślące i działające nie mogły o sobie decydować. Tym światłem rządzi Car. Naród go nie widzi, ale słyszy o nim i żyje w strachu przed jego mocą. Na usługach Cara jest służba bezpieczeństwa, siły policyjne, sieć podglądaczy i donosicieli. Czytelnik widzi, jak syn jednego z funkcjonariuszy zaczyna rozumieć okrucieństwo systemu i współtworzy ruch do jego obalenia. Oczywiście nie ma szans. Ruch tworzą młodzi idealiści. Gdzieś tam na dnie społecznej drabiny przetrwali, egzystujący w najgorszych slamsach i najbardziej obskurnej dzielnicy ci, którzy wyznają jakąś powszechnie pogardzaną wiarę.

W tym paskudnym świecie stara się poradzić sobie córka uczonego. A tak nawiasem mówiąc, w tym systemie funkcjonują najrozmaitsze, hojnie finansowane instytuty, które z nauką w naszym pojęciu nie mają nic wspólnego.

Sofja, córka uczonego Kluka korzysta z pomieszczeń użytkowanych w instytucie przez ojca, który wyruszył na skutą lodem północ z programem naukowych badań, jak wydedukowałam, mających wyjaśnić tajemnice czy też zasady działania istot biologicznych. W tym miejscu warto dodać, że są też takie uczelnie, które zajmują się światłem duchowym.

Uczony daje nikłe znaki życia, docierają słuchy, że włączył się do opozycji i odbywa karę w łagrze. Córka traci opiekę instytutu, który ją żywił i kwaterował, ale wciąż płynące wynagrodzenia jej ojca pozwalają opłacić jej kurs u mistrzyni życia duchowego.

Powieść jest niesamowita. Sofja wdaje się w homoseksualny romans z kimś w rodzaju asystentki swojej mistrzyni. Nauczona przez mistrzynię, sprowadza groźną istotę z innego świata. Ta zagadkowa, ukochana dziewczyna Sofie ginie, podobnie jak wiele innych osób. Dziewczyny z tych zaginionych są uprowadzane do uprawiania nierządu.

Z posłowia czytelnik dowiaduje się, że w następnej książce można będzie dowiedzieć się, jak potoczyły się losy dziewczyny. Wyznam, że nie będę mogła doczekać się kontynuacji tych niesamowitych wątków.


Radek Rak „Agla”, Ilustracje Igor Myszkiewicz, Powergraph, Warszawa 202

sobota, 21 stycznia 2023

Jadwiga Wierzbiłło

 Powrót na ziemię przodków

 



Kiedy idąc do biblioteki z książkami do wymiany, nieraz mijam mecenasa z parteru mojej klatki schodowej. To miłe spotkania, bo też i człowiek przesympatyczny, cały w uśmiechach i życzliwościach, a na dodatek zawsze zagadnie, co oddaję do książnicy i na co aktualnie poluję. Ostatnio jednak zapytał „A Silva rerum”, czytałaś? Przystanęłam, bo systematycznie z łaciny uciekaliśmy, toteż moja znajomość „esperanta” wieków średnich jest nikła, czego w tym momencie pożałowałam. Na użytek szanownych, ewentualnych Czytelników podaję, że słowa te znaczą las rzeczy, a nazwa ta od szesnastego do osiemnastego wieku była używana na oznaczenie prowadzonych przez poszczególne rody kronik nie tylko zdarzeń rodzinnych, sąsiedzkich, ale też wszystkiego, co się działo wokół osoby spisującej rzeczy godne uwiecznienia. Bohater powieści, która nosi taki właśnie tytuł, który jest którymś członkiem szlacheckiego rodu, który przechowywał księgę i na bieżąco uzupełniał o tym, co się zdarzyło.

Jan Maciej Narwojsz ożeniony z Elżbietą Siedleszczyńską de domo, takiego jak on sam stanu, czyli szlachcianką nie może uznać się za wybrańca losu. Z cudem uciekli z kozackiej masakry. Uratowali majątek, z czasem Elżbieta doprowadziła dwór do świetności, ale pogrążona została w rozpaczy, kiedy zmarło jej dzieciątko. To była Anna Magdalena ochrzczona w 1659 roku, co po łacinie odnotował w rodowej księdze Jan Maciej. Na szczęście zachowały się przy życiu bliźnięta, Urszula i Kazimierz, nadzieja na kontynuację dziejów rodu Narwojszów.

Jak się okazało, panienka poczuła powołanie do stanu zakonnego i żadne perswazje nie zdołały dziewczynie wybić z głowy tego pomysłu, toteż cała czwórka pojechała na kilka miesięcy do Wilna, by rozpoznać, w jakim zgromadzeniu będzie dziewczynie najlepiej. Dokonali wyboru, mieszkając w domu owdowiałego Francuza, który posiadł umiejętność produkowania urządzeń strzelniczych. Mamy wiek siedemnasty, proch już został wynaleziony, fach cudzoziemca okazał się pożyteczny i dochodowy. Urszula znalazła się w nowicjacie, a jej brat bliźniaczy podjął edukację w kolegium jezuickim, na ówczesne czasy będącym wyższą uczelnią.

Porywające są opisy Wilna dźwigającego się z ruin. Autorką powieści jest Kristina Sabaliauskaite, mieszkająca w Londynie Litwinka o polskich korzeniach. Jest doktorem historii sztuki. Zdumiewa dociekliwość, z jaką dociera do wszelakich źródeł, które pozwalają jej odtworzyć dzieje Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Czytelnik, zwłaszcza o kresowym rodowodzie, tak jak ja, dowie się, że Wilno było ośrodkiem nauki, kultury, które ściągało mądrych ludzi z Zachodu, kształciło nie tylko w teologii, ale w prawie cywilnym również, a studenci wprowadzali malowniczy koloryt w ocalałe i odbudowywane mury miasta. Ponieważ już reformacja zrobiła swoje, więc i nie tylko katolicyzm, ale i protestanckie wyznania miały tutaj coś do powiedzenia.

Wracając do rodzinnego wątku, trzeba powiedzieć, że czego nie dokonały perswazje ojca i matki, zrealizowało jedno spojrzenie nowicjuszki w twarz szaławiły, przyjaciela bliźniaka, który natychmiast odwzajemnił płonące uczucie Urszuli i dzięki tej płomiennej miłości temperamentnej dziewczyny opuściła ona klasztor, wręcz błyskawicznie poślubiając Jana Kirdeja Bironta. I właśnie ta dziewczyna pozwoli uleczyć rany w pamięci studenta, który jako dziecko, błyskawicznie schowany przez ojca, był świadkiem okrutnej śmierci rodziców. Kozacy zostali zapamiętani jako bestialscy oprawcy niewinnej ludności.

Nie tylko dlatego, że powieść pozwala mi wrócić na ziemie moich przodków, ale przede wszystkim dla walorów poznawczych, patriotycznych, psychologicznych i romansowych gorąco rekomenduję powieść, w której nie ma ani jednego dialogu. Kiedy pełna emocji skończyłam lekturę, powiedziałam synowi, który turystycznie jeszcze przed pandemią pojechał do Wilna, że oto zakończyłam czytanie najpiękniejszej książki, jaką miałam w rękach w moim długim życiu. Nie wiem, czy uwierzył, ale wciąż jestem pod wrażeniem. Z tym większym zapałem zabrałam się za „Zapomniane Kresy. Ostatnie polskie lata” Sławomira Kopera, podarowane pod choinkę przez moją progeniturę, która zna moją fascynację okresem Rzeczypospolitej Dwojga Narodów.

Kristina Sabaliauskaite „Silva rerum” przełożyła Izabela Korybut Daszkiewicz, Wydawnictwo Znak Kraków 2015.

wtorek, 22 listopada 2022

Jadwiga Wierzbiłło poleca

 U których rozpoznano rak

 

Myślę, że różne książki powinny być polecane rozmaitym czytelnikom. Kiedy wzięłam do rąk „Jedno życzenie” Nicholasa Sparksa, w miarę śledzenia kolejnych stron w mojej pamięci wracały zdarzenia z ostatnich lat. Najpierw sygnały na skórze. Potem wizyta u onkologa. Pierwsze pytanie dotyczyło tego, czy ktoś w rodzinie chorował na raka. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nowotwór uśmiercił bardzo młodo najpierw mojego Brata, potem Ojca, ale ten zdołał przeżyć lat 70, potem po przekroczeniu 50 i 60 roku życia zmarła Siostra, a po Niej Brat mojej Mamy. Dermatolog skierował mnie do chirurga, ten wykonał zabieg, a usunięta tkanka została wysłana do specjalistycznych badań. W kolejnej fazie onkolog trzymając wynik w ręce powiedział „Ma pani raka”. Struchlałam, bo to oznaczało dla mnie wiadomy wyrok. Zapadło milczenie, a lekarz widząc moja reakcję, dodał spokojnie: „Ale to jest nowotwór niezłośliwy”. Nie da się opisać ulgi, jakiej doświadczyłam. Lekarz polecił obserwować bliznę i reagować na wszelkie zmiany w organizmie. Więc obserwuję radując się każdym dniem. I podziwiając Bratanicę, u której w trakcie rutynowych badań ciążowych rozpoznano nowotwora. Doczekano do bezpiecznej fazy rozwoju płodu, po czym najpierw drogą cesarskiego cięcia wydobyto noworodka i ulokowano w inkubatorze, a młodą Mamę poddano operacji. To działo się kilkanaście lat temu, starsze rodzeństwo wybrało imię dla Braciszka, a na ich Mamę dziewięć miesięcy czekał etat na wygrane w konkursie stanowisko. Nie znam drugiej osoby obdarowanej taką radością życia, jak ona, która pokonała raka.

Bohaterkę wspomnianej powieści spotkało to samo. Tylko że niestety jej historia nie zakończyła się happy endem. Maggie Dawes, szczęśliwa, ale nie za bardzo nastolatka żyje w przekonaniu, że rodzice jej nie kochają, bo dziewczynę przyćmiewa jej starsza siostra, która ma same zalety i ani jednej wady. Śliczna, zdolna, wygrywająca konkursy, adorowana przez chłopaków, po prostu prymuska. Więc kiedy Maggie otrzymuje zgodę na pozostanie u koleżanki na prywatce, a tam zwraca na nią uwagę chłopak, za którym uganiają się wszystkie dziewczyny, kiedy on składa jej erotyczne awanse i nakłania do seksualnego aktu, ona uznaje to za niebywały sukces, który w tej chwili leczy jej kompleks niższości. Ale owocem tej chwili zapomnienia i tryumfu jest ciąża. Dzwoni do jednodniowego kochanka, ale ten nawet nie poznaje jej głosu. Więc ona rzuca słuchawkę i przystaje na rozwiązanie zaproponowane przez rodziców. Nikt nie dowie się o tej ciąży, zawiozą ją do ciotki na odległej wyspie Ocrakoce. To rybacka wysepka, a ciotka to była zakonnica. Wprowadzona w sytuację, postanawia pomóc bratanicy. Jej przyjaciółka, która w swoim czasie też porzuciła klasztor, za jego murami opiekowała się ciężarnymi nastolatkami i odbierała ich porody, W tym czasie procedura adopcyjna zapewniała rodziców dla noworodków, niechcianych na tym świecie, pod warunkiem, że zostanie zachowana pełna anonimowość.

Przez kilka miesięcy ciąża jest nierozpoznawalna. Potem odmienny stan tuszuje odpowiedni ubiór. A w miarę upływu czasu dziewczyna poznaje rewelacyjnego chłopaka z wyspy. Jest szalenie inteligentny. Maggie uczy się zdalnie, ciotka zamawia u Bryce,a korepetycje. Korepetytor sam przygotowuje się do prestiżowej uczelni. Domyśla się powodów „zesłania” dziewczyny do tej rybackiej wyspy. Ma niepełnosprawną matkę na wózku inwalidzkim. I ona, i jej syn pasjonują się fotografiką. Ta umiejętność staje się pasja bohaterki. Bryce chce ją poślubić, ale ona nie chce blokować mu rozwoju i wymarzonej kariery. Badania rozpoznają, że ma urodzić się dziewczynka.

Noworodek trafia do rodziny przysposabiającej dziecko. Ona wraca do swojego miasta. Nikt niczego się nie domyśla, ale przez rodziców jest traktowana jako ta gorsza. Więc opuszcza dom. Uprawia fotografię. Dużo podróżuje. Nawet zdobywa sławę, zakłada swoją galerię wespół z ekstrawaganckim plastykiem. I zostaje u niej rozpoznany czerniak czwartego stopnia. Wszyscy wiemy, że to najgroźniejsza postać nowotworu. W tym czasie zwalnia się miejsce w galerii, a do pracy aspiruje pełen pasji młody człowiek. Bohaterka na zawsze wykreśliła ze swojego życia i Bryce,a, i oddane do adopcji dziecko.

Tylko że losu nie da się oszukać.

Odrzucone niemowlę dorasta w szczęśliwej rodzinie, a ono pragnie poznać biologiczną matkę. Zapewniam, że ostatnie strony powieści doprowadzą czytelników do łez.

Książki Sparksa przekroczyły w nakładach ponad 105 min egz. Niektóre zostały sfilmowane. W tych ekranizacjach wystąpili znakomici aktorzy, między innymi Richard Gere. Cieszę się, że mogłam w tym miejscu zarekomendować jedną ze znakomitych książek tego autora.

Gorąco polecam

Nicholas Sparks „Jedno życzenie”, tłum. Anna Dobrzańska, Wydawnictwo Albatros Poznań 2022.


poniedziałek, 27 czerwca 2022

Jadwiga Wierzbiłło poleca przepowiednie, miłości w gorących piaskach.

 

 

Kiedyś wracałam z Białorusi i na warszawskim dworcu zajęłam miejsce koło dwóch pań, jak okazało się, a było to kilka lat temu, że rozmawiają po rosyjsku i zerkają na wielkie „czemadany”. Domyśliłam się, że wracają do siebie po opróżnieniu walizek na naszym wielkim stadionie, pełniącym role targowiska, i napełniwszy je wszystkim, co u nich może okazać się atrakcyjne. Znając język, ze zdumieniem słuchałam, jak powołując się na przepowiednie Saby, mówią, jak świat jest opleciony rozmaitymi spiskami, że wszyscy jesteśmy zagrożeni, że mafie polityczne i kryminalne mogą doprowadzić do zagłady. I nie ma w tym nic dziwnego, że zapowiedź klęsk już była zawarta w przepowiedniach Saby, z których wiele się spełniło. Potem jeszcze niejeden raz słyszałam o przepowiedniach nie tylko Saby z odległej starożytności, ale i z ust znacznie późniejszych wizjonerów. Kiedy więc wyczytałam na okładce jednej z powieści Ewy Kassali, że pisarka ta sięga nie tylko do przeszłości Egiptu, ale napisała też powieści inspirowane niezwykłymi kobietami, o których mowa jest w Piśmie Świętym i Starego, i Nowego Testamentu. Nie zwlekają zamówiłam w mojej filii Książnicy Karkonoskiej wymieniane tytuły. Mam już za sobą lekturę „Marii Magdaleny” , „Semiramidy”, ale w tym miejscu zarekomenduję „Królową Saby” i powtórzę zastrzeżenie autorki, żeby nie używać w mianowniku określenia królowa Saba, gdyż nie nosiła takiego imienia, tylko tak nazywał się kraj, którego została władczynią.

Zanim zdobyła koronę, zaistniały na dworze jej ojca tragiczne wydarzenia. Na kartach książki pojawia się zagadkowa, mroczna postać. Zjawia się i znika niepostrzeżenie, ale sieje śmierć używając trucizny lub sztyletu. Tym sposobem ginie zarówno władca Saby, jak i jego syn, czyli spodziewamy następca tronu. Może władać Sabą jego córka Makeda. Dziewczynka była bardzo mądra, miewała rozmaite wizje, przewidywała przyszłość, widziała siebie u boku władcy, widziała spełnioną wielką miłość, a także mające nadejść dzieje rozmaitych państw.

Do Saby należały ziemie leżące po wschodniej i zachodniej części najwęższego przesmyku Morza Czerwonego” - możemy przeczytać w powieści. Częścią kraju było Aksum, a władający nią książę marzył o tym, by zostać władcą Saby i w swoje plany wprowadził syna Dena, by gdy jego zabraknie, wiedział, jak zdobyć tron Saby. Stad spiski, skrytobójstwa i inne wrogie działania. Makeda wiedziała, że może zostać królową, ale pod warunkiem zachowania dziewictwa.

Tymczasem bogowie przewidzieli dla niej i miłość, i macierzyństwo, i koronę, ale wcześniej wielką podróż i poznanie najpotężniejszego wówczas władcy Izraela. Kraj ten, podobnie jak król Salomon, słynęli z siły, bogactwa, wiary w jednego Boga i z wielkiej mądrości panującego. Było wiadomo, że ma trzysta żon, nie licząc nałożnic, a Makeda postanowiła wyprawić się wielką karawaną do intrygującego ją i kraju, i króla. Czytelnik z wypiekami może śledzić realizację tego planu i jej skutki. Makeda zdobędzie serce Salomona, wróci jako brzemienna kobieta, ale nietrudno było wmówić, że dziecko jest owocem interwencji bóstw.

Oczywiście, jak w innych powieściach Kassali, miłość dla bohaterki „Królowej Saby” jest wielką wartością, ale jeszcze większą poczucie odpowiedzialności za kraj i naród. I równie ważną jest mądrość. Jakie skutki niosą te wybory, łatwo się przekonać czytając powieść. Makeda nie dozna porażki i spełni swoje pragnienia. Wystarczy siła charakteru i wierność pryncypiom.

Ewa Kassala „Królowa Saby”, Wydawnictwo Videogfaf S.A Chorzów 2019.


wtorek, 10 maja 2022

Jadwiga Wierzbiłło poleca: dlaczego muzyka Bacha pozwala godnie przejść przez życie.

 Uratowana przez Bacha

 

 Dziwnym zbiegiem okoliczności wypożyczyłam „Moje życie pełne cudów”, kiedy zbliżała się 79 rocznica wybuchu powstania w warszawskim Getcie. Żydzi chwycili za broń 19 kwietnia 1943 roku. Nie mieli złudzeń co do finału tej walki. Wiedzieli, że nie odzyskają wolności, Ważne natomiast było to, że ocalą godność, szacunek do samych siebie i wymierzą karę dla zbrodniarzy. Książka, którą tutaj przywołuję, nie dotyczy polskich Żydów. „Moje życie pełne cudów” to wspaniała biografia, wzruszająca do łez i przywracająca wiarę w miłość, przyjaźń, która uczy wierności sobie i pielęgnowania tego, czym człowiek jest przez los obdarowany. Bohaterką książki jest jedna z najwybitniejszych klawesynistek świata minionego i trwającego stulecia. To ona, Zuzanna Ruzickova, czeska Żydówka odkryła piękno i wartość tego instrumentu, zrehabilitowała go dla muzyki i doczekała się następców wirtuozerii gry na klawesynie, którego świetność należała do epoki Bacha.

Historia chciała odebrać jej pasje, zniweczyć nadzieję na rozwój talentu, ale jak twierdzi bohaterka tej autobiograficznej opowieści, to Bach ocalił ją w każdym tego słowa znaczeniu. Z racji pochodzenia, kiedy faszystowskie Niemcy zagarniały europejskie kraje, jej bliscy, jej rówieśnicy, jej przyjaciele byli skazani na zagładę. Ona zaś dożyła lat dziewięćdziesięciu, zmarła w Pradze w 2017 roku. Wyrastała nie tyle w laicyzującej, co wyzwalającej się z judaistycznych rytuałów tradycji, nie była zmuszana i nieprowokowana do religii przodków. Wendy Holden – angielska dziennikarka i pisarka w jednej osobie zdołała za życia artystki spisać jej niezwykłe dzieje i z pomocą bohaterki w pewnym sensie przygotować dzieło do druku. Artystka dzięki znakomitej pamięci i szczególnej wrażliwości zachowała mnóstwo wyrazistych wspomnień z pobytu w trzech obozach (Auschwitz, Bergen Belsen, Teresin, a ponadto przeżyła roboty przymusowe w Niemczech). Późniejsza wielka wirtuozka doświadczyła wszystkich koszmarów obozowych, było zagrożone jej życie, traciła najbliższych, były zniszczone jej ręce, bez których niemożliwy był kontakt z klawiaturą. W tych piekielnych warunkach chroniła skutecznie matkę i dane było im obu dzielić radość wyzwolenie. Czytamy w książce, że człowiek ma niewielki wpływ na to, co dostaje od losu. I jednocześnie artystka przywołuje doświadczenia z muzyką w słowach „Bach mówi nam, że nad nami, czy też przy nas, tkwi zawsze źródło skończonego sensu. Mówi: nie rozpaczajcie. Życie ma sens. Świat ma sens. Tylko nie zawsze go dostrzegamy”. Człowieka ratuje potęga ducha.

O Bachu artystka pisze, że był kimś w rodzaju mistyka. "Gdy komponował, nie pozostawał wierny żądnemu konkretnemu Kościołowi. Tworzył muzykę z pasji i w duchu sprzeciwu. Ten duch, duch Bacha, był ze mną zawsze i utrzymywał mnie przy życiu".

Artystka przetrwała reżym faszystowski, reżym komunistyczny, nawet rasowy, kiedy okazało się, że w komunistycznej Pradze uznano, że za dużo dwóch Żydów w orkiestrze. A tym drugim Izraelitą był jej mąż Viktor Kalabis, z którym łączyła ich wielka miłość na całe życie. Mąż też był muzykiem i wybitnym kompozytorem.

Wojna zabrała im wiele, ale też zdecydowała, że postanowili nie mieć dzieci. Uznali, że nie można przywoływać nowe istnienia z ryzykiem, że doświadczą takich koszmarów, jak oni.

To jest lektura, po którą warto sięgnąć, aby odzyskać wiarę w człowieka mimo wszystkiego, co dzieje się za wschodnią granicą.

Zuzanna Ruzickowa i Wendy Holden, „Moje życie pełne cudów”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2021, tłum. Ewa Borówka.

środa, 15 grudnia 2021

Jadwiga Wierzbiłło poleca - prawdziwą historię miłosną w czasie wojny.

 Lektura na czas napięć

 

Z napięciem siadam przed telewizorem. Śledzę dzienniki, na których najbardziej interesuje mnie, co z Turowem, co z pieniędzmi, których skąpi nam Unia uznając, że funta kłaków warta jest nasza praworządność, ale kiedy nie mogę z powodu wyjazdu czy wyznaczonych w określonym dniu badań i nie obejrzę  newsów, zamartwiam się, czy ci zza granicy nie powalili zasieków i czy, nie daj Boże, nie pojawiły się jakieś zwłoki z jednej czy drugiej strony naszej wschodniej granicy. Rozglądam się, czy w moim blokowisku nie zmieściłoby się trochę tych koczujących nieboraków.

Kiedy jednak nie zamartwiam się sytuacją w Polsce, Europie i na świecie, wybieram wypożyczone książki, a nie żadne tam harlekiny ani kryminały, tylko pozycje dotyczące wojen. Przez kilka dni, kiedy tak padało, a temperatura spadała poniżej zera, obsesyjnie wracałam ze scen z powieści „Żona więźnia”, której autorką jest Maggie Brookes. Gdyby nie informacja od autorki, można byłoby pomyśleć, że niemożliwe jest to, co w niej zawarte, że to czysta fikcja literacka. A jednak to wszystko się zdarzyło. A więc – cytuję ze wstępu: „Do 1944 roku, gdy zaczyna się ta opowieść, Niemcy zdążyli założyć wiele dużych obozów jenieckich na terenach Polski i Czechosłowacji, aby przetrzymywać pojmanych aliantów jak najdalej od ojczyzny i rodziny. Szacuje się, że brytyjskich jeńców było 200 000”. Byli traktowani jako darmowa siła robocza. Kiedy było ich za dużo do obsługi fabryk produkujących dla wojska, byli kierowani do gospodarstw. I właśnie jeden z nich, Anglik z Londynu, pracuje przy obsłudze maszyn rolniczych, a wszystkiego musi się nauczyć od podstaw. Właścicielka czeskiego gospodarstwa została z córką i kilkuletnim synem, bo mąż i starszy syn zbiegli do partyzantki. Bill, jeniec zakochuje się w Izabeli z tej farmy. Miłość  jest potężna, ale dziewczyna nie chce jej ulec. Oboje wiedzą, że to potężne uczucie jest na całe życie, które może trwać bardzo krótko. Ona wybłaga księdza, by udzielił ślubu bez zapowiedzi. Kapłan się wzbrania, ale wyjednuje zgodę biskupa. W absolutnej konspiracji sakrament zostaje udzielony, a małżeństwo skonsumowane. Ona przebiera się za chłopaka, on udaje nagłą chorobę i opuszcza obóz, po czym uciekają. Nocami wędrują, w dzień chronią się, gdzie popadło. Po kilku dniach zostają wytropieni i osadzeni do obozu o szczególnym rygorze, wymyślonym dla zbiegów.

Czy uda się Izabeli uchronić identyfikacji płci? Jak zachowa reżim sanitarny w okresie miesiączki? Bill chroni swoją żonę na wszystkie sposoby. Front coraz bliżej. Głód, insekty, lęk przed zdemaskowaniem, piekło na ziemi.

Czy Bill uchroni żonę, czy uznawana za młodziutkiego żołnierza uniknie gwałtu, na który gotów jest hitlerowski strażnik o homoseksualnej orientacji?

Czytelnik odpowie sam, czytając opis tych wstrząsających zdarzeń. Gorąco polecam ze względu na obfitość faktów, które pisarka zgromadziła, sięgając do dokumentów, pamiętników, wysłuchując opowieści uczestników wojny i wykorzystując literaturę przedmiotu, wymienioną w bibliografii.

Zamiast rozwodzić się z byle powodu, niech czytelnicy dowiedzą się, jak docenić i chronić miłość.

Maggie Brookes „Żona więźnia”, przełożyła Urszula Gardner, Wydawnictwo Kobiece Białystok 2021.

czwartek, 25 listopada 2021

Jadwiga Wierzbiłło - poleca miłość w czasach drugiej wojny światowej. I to historie pięciu kobiet!

 Tylko pamięć

 

Kiedy czytałam „Oblubienice wojny”, uświadomiłam sobie, jaką wartość ma moje pokolenie. Powiedzmy, posługując się modnym określeniem, że jest to pokolenie siedemdziesiąt plus vat. Kiedy nas zabraknie, zostaną tylko dokumenty, fotografie, odręczne lub na maszynie spisane listy, nagrania utrwalone w nośnikach obrazu i dźwięku. Powieść, której tytuł przywołałam, jest debiutem Helen Bryan. Co prawda urodziła się w USA, ale jej życie spełnia się w Anglii. Jest prawniczką, która poznała wiele relacji uczestników wojny.

Mam wrażenie, że przez całe moje życie interesowałam się polską martyrologią, a mniej wiedziałam, co tamte lata przyniosły innym krajom Europy. Gdyby nie zasoby pamięci tych wszystkich ludzi, których autorka poznała, nie powstałby taki wnikliwy obraz życia Wielkiej Brytanii. Oczywiście to nie jest dokument, fabuła książki jest wysnuta z wyobraźni pisarki, ale nie można byłoby ją zbudować bez sięgania do pamięci odchodzącego pokolenia.

Akcja zaczyna się pięćdziesiąt lat po zwycięstwie sprzymierzonych sił nad faszystowskimi Niemcami. I właśnie ta rocznica sprowadza do Londynu kobiety, które połączył wojenny los. Jest to Amerykanka, Żydówka, Angielka, córka wysoko postawionego oficera armii brytyjskiej i już nieżyjącej Francuzki, a ten kwartet dopełnia dziewczyna z londyńskich slamsów.

Ewageline to Amerykanka, która, choć ma być zaręczona z mężczyzną swojej klasy, zakochuje się w kuzynie, którego czarna matka została uwiedziona przez krewnego. I z jej synem zachodzi Ewangelina w ciążę, co było nie do pomyślenia. Więc kiedy na raucie zjawia się atrakcyjny oficer z Anglii, postanawia zbałamucić go i uciec do Europy, biorąc ślub na statku. Rzecz w tym, że ten oficer w Anglii był zaręczony z Alice, córką pastora. Dziewczyna musi skonfrontować się ze zdradą i porzuceniem, ale w grę wchodzą jeszcze inne dwie młode osoby. Ta z matką Francuską ma na imię Frances, a ta ze slamsów to Elsie. A Tanni to Żydówka, która zdołała zbiec z Austrii prawie w ostatniej chwili biorąc ślub z robiącym w Anglii naukową karierę Bruno. Do niej mają dojechać siostrzyczki bliźniaczki specjalnym transportem wywożącym dzieci z Austrii, ale Tanni nie doczeka się ich przyjazdu.

Na tle ich losów pokazana jest przygotowująca się do hitlerowskiej inwazji Anglia. Czytamy opisy przygotowania do samoobrony, racjonowania żywności, zaciemniania domów i inne akcje, podejmowane przez powstające grupy samoobrony. A dzieci z matkami wywożone są do bezpiecznych wiosek.

Moje pokolenie przy tej lekturze może cofnąć się wspomnieniami do czasów okupacji i powojennych lat. Może zrozumieć, że nie tylko nasz kraj był tak zagrożony. Zresztą w powieści pojawiają się polonica, kiedy trafiamy na opis deportacji rodziców Tanni do oświęcimskiego obozu. I równolegle z opisem spodziewanej inwazji czytelnik śledzi losy młodych ludzi, ich miłości, ich zaślubin, kiedy poddają się prawom uczucia na przekór wszystkim zagrożeniom.

Kiedy piszę te słowa, nasi mundurowi bronią wschodniej granicy. To wywołuje napięcia i niepokoje. Tym bardziej warto wziąć tę powieść, by jeszcze raz uświadomić sobie, jaką wartością jest pokój i docenić bezpieczeństwo, które jest naszym udziałem.

Helen Bryan „Oblubienice wojny”, tłumaczenie Olga Kwiecień, Gliwice 2016, Wydawnictwo Helion.

sobota, 9 października 2021

Jadwiga Wierzbiłło - czym jest honor i godność?

 Łzy na każdej stronie

 

Do rekomendacji powieści o powstaniu w Getcie warszawskim zainspirowała mnie zamieszczona na tej stronie internetowej recenzja pozycji poświęconej obozowemu tatuażyście. Można zajrzeć do tej analizy powieści autorki z Australii, opartej na faktach, żeby zrozumieć, dlaczego czytelnik po tej lekturze szuka innych książek o Holokauście. Jest to o tyle ważne, że teraz Izrael oczekuje zmiany ustawy, która pozwoli odzyskiwać mienie utracone na polskiej ziemi. Ale prawda jest taka, że mienie utracili i nasi rodacy, repatriowani zza Bugu, i ci Polacy, których domy, sklepy i fabryki splądrowali okupanci, Żydzi również, kiedy spotkała ich, jak wielu naszych rodaków, wojenna zagłada.

Gorąco polecam wydaną w tym roku powieść Roberta Żółtka „Ogień i pył. Ostatnia wiosna Mordechaja Anielewicza”. Obie książki traktują o niezwykłym heroizmie i o miłości silniejszej niż śmierć, ale o ile tatuażysta Lelo przetrwał obóz, ocalił w warunkach obozowych swoją ukochaną, o tyle od początku powieści Roberta Żółtka czytelnik ma świadomość, że Mordechaj i jego ukochana Mira Fuchrer zginą, na co są przygotowani. Zginą, ale ocalą honor i godność „podludzi”, jak faszyści określali ich pobratymców.

Mordechaj dokonał rzeczy niebywałej. Był w Będzinie, poza Warszawą. Nie należał do osób stłoczonych w warszawskim Getcie, gdzie w 1940 roku zgromadzono ponad 400 tysięcy Żydów. Za dwa lata zaczęła się selekcja. Silni, młodzi i zdrowi byli potrzebni do zatrudnienia w fabrykach, produkujących na potrzeby okupantów i wojny. Pozostałych stopniowo wywożono do Treblinki. Mordechaj przedostał się do tego piekła z fałszywymi dokumentami i bronią. Miał jeden cel: utworzyć oddział zbrojny, oprócz tej grupy, która już w Getcie działała, ale która nie zapobiegła wywożeniu Żydów do obozu, gdzie nastąpiła ich zagłada w piecach krematoryjnych. Nie chciał pozostawać bezczynny. Historia mówi, że zbrojny zryw w Getcie był pierwszym w Europie miejskim powstaniem. Kiedy lidera ostrzegano, że to pomysł, który nie ma szans powodzenia, że jego uczestników czeka niechybna śmierć, odpowiadał, że zginąć w walce jest lepsze od upodlenia, a każdy zabity niemiecki żołnierz osłabia siły okupanta, i tak w istocie się stało. Ale zanim do tego doszło, bojowcy postarali się o pieniądze zza muru, zakupili broń, zorganizowali szkolenie, jak się nią posługiwać. I kiedy 19 kwietnia 1943 roku Niemcy skierowali do Getta olbrzymie siły, spotkało ich zdumiewające zaskoczenie – zbrojny opór. Bojowcy mieli broń, mieli wyprodukowane własnym sumptem granaty, a także butelki wypełnione wybuchającą substancją. Zanim doszło do tego starcia, Żydzi zorganizowali szpital, przeszkolili dziewczyny do pomocy rannym, kopali pod kamienicami bunkry i schrony.

Opisy walki, poświęcenia, bohaterstwa, są wstrząsające. Niemcy burzyli dom po domu, niszczyli ogniska oporu, miotali napalmy, skierowali do walki ciężką artylerię i czołgi. Bojowców, kobiety, dzieci, mężczyzn spotkały tortury ran, chorób, głodu, ciasnoty, braku powietrza i to wszystko, co w warunkach nierównej, a dzielnej walki musieli Żydzi znosić. Granaty miotali nawet kilkunastoletni chłopcy, a strzelano do nich, a nawet do małych dzieci z okrutną bezwzględnością. Bohaterowie giną w bunkrze, Wielu z nich, w tym Mordechaj i Mira popełniają w bunkrze, jak inni, samobójstwo. Godność i ocalenie honoru okazały się ważniejsze od utraty życia.

Powieść napisana jest pięknym językiem, opisy budzącego się dnia i zapadającej ciemności nad budynkami trawionymi ogniem, a przede wszystkim przeżyć ludzi skazanych na zagładę są wstrząsające. Koniecznie trzeba tę powieść, gdzie jest dużo materiału źródłowego, wziąć do ręki, żeby docenić, czym jest pokój i jak niszcząca jest pogarda i nienawiść.

Robert Żółtek „Ogień i pył. Ostatnia wiosna Mordechaja Anielewicza” ,Wydawnictwo MG, Kraków 2021.

wtorek, 6 lipca 2021

Jadwiga Wierzbiłło - poleca zadumę na wakacje

 Świecka katecheza

 

Lubię, jak w najbliższej filii bibliotecznej Panie, oddzielone bezpieczną taflą od moich wirusów a jednocześnie chroniące mnie od zakażenia z ich strony rekomendują mi wybrane przez siebie pozycje, a jeszcze nie zdarzyło się, by zaproponowały jakieś nudne gnioty. Tym razem jednym tchem pochłonęłam „Lekarstwo dla duszy”. Mam w moim życiu duchowym mieszaninę prawosławia po jednych dziadkach i katolicyzmu po drugich, a więc nic dziwnego, że interesuje mnie chrześcijaństwo, ale też inne religie i wierzenia również.

Tymczasem zbiór felietonów, mini esejów i króciutkich reportaży jak najbardziej odpowiadają na to moje zapotrzebowanie, choć prawdę mówiąc moja babcia katoliczka, była Sybiraczka byłaby zaniepokojona tą moją lekturą, bo na łamach książki surowo, choć sprawiedliwie pokazani są księża pedofile tudzież zakonnice, które powinny być aniołami dla dzieci skrzywdzonych przez los, a przebywających w zakładach opiekuńczych, ale dopuszczający się bezwzględnych nikczemności, krzywdząc podopiecznych i pozostawiając w ich psychice niezatarte ślady.

Autorka, Justyna Kopińska jest dziennikarką, socjolożką, a jawi się też w tych opisanych sytuacjach jako przenikliwy psycholog. W notce na okładce czytam, że „Zajmuje się problematyką kryminalną i społeczną, tematami związanymi z prawem karnym, sądami i więziennictwem.” Wraca do wyroków, które uważa za niesłuszne, wnika w motywy, które prowadziły skazanych do łamania prawa, banalne na pozór sytuacje, rozmowy, spotkania w niereżyserowanych dialogach odkrywają jej prawdę o człowieku, której żaden z nich nie wyjawiłby przed mikrofonem czy kamerą.

Zastrzega się, że nie ocenia swoich bohaterów, nie interesuje dziennikarki ich pozycja w hierarchii społecznej czy politycznej. W ewangelicznym perykopie przeczytalibyśmy, iż „po owocach ich poznacie”, czyli po skutkach tego, czego się dopuszczają.

Kolejne, wartko napisane bloki tematyczne zapowiadają teksty inspirowane najczęściej drażniącymi lub pożądanymi postawami, na przykład nienawiść, zło, agresja, fałsz, albo życzliwość, dobro, łagodność, zaufanie itp. Autorka pisze: „W naszej przestrzeni publicznej pojawia się wiele słów pogardy. Wynikają one z ogromnej potrzeby władzy nad innymi. Naród, który czuje się słaby i skrzywdzony, potrzebuje zadać ból. Nie ma znaczenia, jakie ktoś ma poglądy polityczne czy wyznanie, ludzie podzielą się na próbujących zrozumieć innego człowieka i na tych, którzy nieustannie ranią." Sprzyjają temu wielkie możliwości internetowe, kiedy anonimowo ukryci opluwają w hejtach, kogo się da, a często im marniejsza persona, tym więcej w niej jadu i pogardy.

Już na jednej z ostatnich stron dziennikarka pisze: „Sztuka, kamera, słowo potrafią przyjąć nasze uczucia. Mogą stanowić lekarstwo na ból”, a wcześniej podkreśla: „Na zło uwrażliwiają nas książki i sztuka”. Justyna Kopińska niewątpliwie robi bardzo dobry użytek ze słowa, skoro przyznano tej autorce wiele prestiżowych nagród za jej publicystykę. I dobrze, kiedy w krótkich tekstach, kiedy czytelnik czuje niedosyt faktów, autorka zamieszcza odniesienia do własnych publikacji książkowych, w których dana sytuacja została szerzej przedstawiona. A te książki to między innymi „Polska odwraca oczy” i „Obłęd”.

Justyna Kopińska „Lekarstwo dla duszy”, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020.

poniedziałek, 29 marca 2021

Jadwiga Wierzbiłło - poleca kryminał: skomplikowane życie uczuciowe tajnego agenta.

 Zagubiona tożsamość

 

Zaczynam czytać powieść i nabieram przekonania, że mam do czynienia z zabójcą. Czytam dalej i niepokoję się o wszystkich, z którymi bohater będzie miał do czynienia.

Rzecz dzieje się w niewielkim amerykańskim miasteczku. Powiedzmy, że jak na realia tego kontynentu, to miasteczko znajduje się w takiej odległości od Filadelfii, że łatwo ją pokonać samolotem, a samochodem to też niewielka wyprawa. Miejscowe liceum zatrudnia nowego trenera, które jest zarazem nauczycielem nauki o społeczeństwie. Nie ma żony, nie ma dzieci, więc stara się nawiązać dobre relacje z uczniami, z nauczycielami również.

W pewnym momencie czytelnik widzi go w zupełnie nowej roli, jako agenta tajnych służb. A zawód nauczyciela ma ułatwić mu zapobieżenie groźnej akcji terrorystycznej. Powieść to fikcja, ale my dobrze wiemy, że fikcja ociera się o rzeczywistość. Nie ma miesiąca, a czasami i dekady, byśmy dzięki błyskawicznej relacji internetowej nie dowiadywali się o zamachowcach – samobójcach, o strzałach oddanych do spokojnych ludzi, robiących zakupy  w zatłoczonych marketach, o szkołach, w których giną uczniowie. Resztę czytelnik może sam odtworzyć w pamięci.

Chris Brennan w Central Valley podaje dyrekcji szkoły zmyślone dane. Nie może zostać zdekonspirowany, bo jego misja spełznie na niczym. Ciekawe jest to, że autorka ze znawstwem socjologa i psychologa portretuje uczniów, ich sytuacje rodzinne, przynależność do biedniejszej albo średnio sytuowanej klasy społecznej. To prawdziwe amerykańskie realia, to rzeczywiste cechy dorastającej młodzieży, która na całym świecie popełnia te same błędy, pokonuje albo i nie te same pokusy i też marzy o sukcesach w dorosłym życiu.

Wreszcie dowiadujmy się, który uczeń jest zwerbowany do terrorystycznej akcji i, z którą piękną nauczycielką ma romans. Młodą osobę łatwo zmanipulować i oszukać. Po kolei autorka wymienia, jakie mogą być motywy akcji: nienawiść do systemu, krzywdzące uregulowania prawne, rasistowskie uprzedzenia, religijne również.

Kiedy dochodzi do rozstrzygnięcia splotu intryg, kiedy Chris musi ujawnić swoją tożsamość, kiedy ulega urokowi jednej z samotnych matek, kiedy próbuje uratować niesłusznie obwinionego przyjaciela jej syna, w błyskawicznym tempie rozgrywają się zdarzenia, które czytelnika, zwłaszcza czytelniczki, tak jak mnie, doprowadzają do łez.

Chris nigdy w swojej działalności agenta nie przyznawał się do swojej prawdziwej tożsamości. Ustawicznie musiał wcielać się w kogoś innego, Już nie potrafił przeżywać ani przyjaźni, ani miłości, nie licząc jednego współpracownika, też agenta, który ubolewał, że Chris dobiega czterdziestki, a nie ma ani żony, ani dzieci. I tylko czasami pogrzeje się w cieple ich udanej, szczęśliwej rodziny.

Gorąco polecam „Kłamstwo doskonałe”, gdyż jak się okazuje, czasami kłamstwo służy czemuś dobremu.

Lisa Scottoline „Kłamstwo doskonałe”, przełożyła Magdalena Rychlik, wydawca Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2018.

sobota, 2 stycznia 2021

Jadwiga Wierzbiłło - początek roku z lekkim kryminałem.

 Z dziećmi na feriach

 

 Takiej długiej zimowej przerwy nie było. Na stoki wybrać się nie można, świetlice, kluby i kina pozamykane, a tymczasem podczas wydłużonych ferii wolnych godzin co niemiara. I dzieci, i młodzieży, i rodziców również, jeśli pobrali urlopy. Wobec tego wszystkim pokoleniom rekomenduję kryminalną powieść Roberta van Gulika, holenderskiego dyplomaty, sinologa, miłośnika literatury i sztuki chińskiej. Co prawda w Waszym cyklu rekomendowanych pozycji literackich już przedstawialiście dorobek tego autora, ale zapewniam, że van Gulika nigdy za wiele, zwłaszcza kiedy obrzydną komuś seriale i gadające przemądrzałe głowy na telewizyjnych ekranach albo w Internecie.

Gulik napisał kilkanaście powieści inspirowanych postacią sędziego Di Ren Jie, który żył w siódmym stuleciu w Chinach za panowania dynastii Tang. Niesamowite walory tego skośnookiego jurysty zadziwiały współczesnych, obrosły dziesiątkami opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie a potem wykorzystywanych w literaturze kryminalnej.

Wszystkie wspomniane powieści mają tytuły zaczynające się od Di, nazwiska sędziego, po którym podany jest skrótowo główny wątek. Tym razem tytuł zapowiada, że treścią powieści będzie „Sędzia Di i morderstwo w Kantonie”. W poprzednich powieściach tego cyklu Di pełnił rozmaite ważne funkcje, a dla swoich zasług awansował coraz wyżej, by tym razem pojawić się jako przewodniczący Sądu Stołecznego, czyli człowiek pełniący najwyższą funkcję w prawniczej hierarchii. Przyjeżdża do dużego portowego miasta. Tu, w Kantonie, ma wyjaśnić, co stało się z cesarskim cenzorem, który wcześniej miał służbowo skontrolować miasto.

Di ma przy sobie dwóch asystentów. Zachowują w konspiracji cel tej misji, ale starają się wytropić, którędy podążał cenzor. Tylko że on już nie żyje, podobnie jak towarzyszący mu lekarz.

Na scenie zdarzeń pojawia się i zostaje zamordowana Zummurud, bardzo piękna arabska tancerka, korzystająca z opieki zagadkowego sponsora. Podobny los spotyka żonę prefekta Kantonu. Czytelnik zastanawia się, kim jest niewidoma dziewczyna, która sprzedaje świerszcze i jaką rolę odegrają szesnastoletnie śliczne bliźniaczki.

Mężczyźni, skłonni do bigamii, chętnie sobie poczytają o notablach posiadających po kilka żon i nawet jeszcze więcej oficjalnych konkubin, nie licząc niewolnic. Młodzi czytelnicy z wypiekami na twarzy będą śledzić skomplikowane intrygi, a chyba wszyscy z przyjemnością poznają realia odległej epoki, czyli VII wieku w Chinach. Zobaczą, jakie napięcia rodzi kontakt Chińczyków z Arabami i z na pozór prymitywnym, sponiewieranym, ale sprytnym plemieniem bytującym na rzecznych barkach. Każda nacja ma swoje charakterystyczne cechy, negatywni bohaterowie są podli i nikczemni, a pozytywni odznaczają się odwagą i mądrością. Dzieci przeczytają tę powieść jak bajkę, a lekturę ułatwi umieszczony na początku spis bohaterów, zaś w kolejnych rozdziałach czarno-białe ilustracje, wspomagające obraz postaci.

Na pewno powieść sinologa ma walor poznawczy i z całą pewnością zapewni lekką rekreację. Więc warto wybrać się po nią do najbliższej biblioteki.

Robert van Gulik „Sędzia Di i morderstwo w Kantonie”, przełożyła Katarzyna Komorowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007.

wtorek, 3 listopada 2020

Jadwiga Wierzbiłło - poleca: im mniej, tym lepiej.

 Nic czyli wszystko

Cywilizacja to nieograniczone mnożenie niepotrzebnych potrzeb.” 

Mark Twain

Pandemia nie odpuszcza. W każdej chwili można stracić zdrowie, pracę, dochody, nawet rodzinę i przyjaciół, którzy będą musieli zatrzymać się w drzwiach szpitala. A tymczasem Dominique Loreau przekonuje, że nawet jeśli nie masz nic, możesz mieć wszystko, a ten dziwny stan posiadania zależy tylko od ciebie. Taka sugestia rozłożona jest na wszystkich 200 stronach jej obszernych rozważań zawartych w „Sztuce minimalizmu w codziennym życiu”. Jej autorka, Francuzka od lat mieszka w Japonii. Zatem nic dziwnego, że zafascynowana jest obyczajami, doktrynami i religiami czy też jak ktoś chce - wierzeniami tego skośnookiego narodu, jednak najczęściej przywołuje nauki zawarte w zen. Bogata bibliografia wskazuje jednak na to, że prześledziła rożne prądy etyczne, jakie powstały przez stulecia i przekazując swoje przemyślenia, posiłkuje się mądrością wielu myślicieli, między innymi Seneki, Aureliusza, Nietzschego, a nawet Engelsa. Jej narracja uzupełniana jest cytatami z ich dzieł, co dowodzi, że już setki i tysiące lat temu ludzkość odkryła niebezpieczeństwo, jakie niesie żądza posiadania.

Naturalnie napięcia, wojny, klęski żywiołowe, choroby nękały ludzkość od stuleci, a jednocześnie towarzyszyły im postawy altruizmu, empatii, poświęcenia i szlachetności, zaś wielkie księgi, takie jak choćby Koran i Pismo Święte zachęcały do dobroczynności i chwaliły wartość wyrzeczenia.

Żyjemy w czasach rozszalałego konsumpcjonizmu. Reklamy kuszą na wielkich bilbordach, na ekranach i stronach wszystkich mediów, rodząc przekonanie, że posiadanie tych wskazywanych dóbr zapewni radość, szczęście, nawet zdrowie i młodość. Nawet seniorzy na tych reklamach są piękni, zadbani i emanują poczuciem pełni życia.

Tymczasem Dominique Loreau dowodzi, że posiadanie stanowi iluzję szczęścia, a mnożenie przedmiotów zbytku więzi człowieka i ogranicza. Jest odpowiedzią na niepohamowaną żądze posiadania, choć wiemy, że nawet najbardziej zamożni pragną mieć jeszcze więcej. „Prawdziwy luksus polega na posiadaniu rzeczy, których naprawdę potrzebujemy, które lubimy i których harmonii nic nie zakłóca”. Te słowa pochodzą od autorki, która nieco dalej pisze, że „posiadając niewiele, docenimy naprawdę wszystko, czym się w życiu posługujemy”.

Siłą napędową pragnienia posiadania jest egoizm, o którym pisarka mówi: „Prawdziwa wolność to całkowity brak zainteresowania sobą. A najlepszym sposobem osiągnięcia tego jest obdarzenie zainteresowaniem innych”.

Rzeczy materialne są ulotne, a ich stan posiadania nietrwały. Jest taka japońska koncepcja, nazywa się mujo, która głosi, „...że wszelka pewność jest czymś nietrwałym, że wszystkie rzeczy, z których możemy w życiu korzystać, są ulotne. Mujo znaczy żyć w sposób naturalny, beztroski, uwolniony od wszelkiego ciężaru, żyć bezpiecznie i wygodnie”. Przytłoczenie rzeczami ...”kradnie część naszego serca i pozbawia dobroci, łagodności, romantyzmu, beztroski i spontaniczności”.

Rekomendację „Sztuki minimalizmu” zakończę radą zaczerpniętą z tej książki :”Żyj w teraźniejszości i dbaj o to, by każda chwila była wyjątkowa i niepowtarzalna”. Zrezygnowałam natomiast z rad, zawartych w książce, jak dokonać selekcji rzeczy zbędnych i jak uwolnić z nich przestrzeń, zapewniając sobie czystość i piękno kryjące się w prostocie.

Dominique Loreau „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” przełożyła Angelina Waśko-Bongiraud, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015.


poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Jadwiga Wierzbiłło - poleca chińską serię krymianalną Roberta von Gulika

Trzy w jednym


Kiedyś przeczytałam zdanie, że każdy z nas nosi w sobie dziecko, którym był każdy z nas bez wyjątku. I właśnie jeśli połączymy dorosłą istotę z owym dzieckiem, śmiało możemy przypuszczać, że zachwyci go lektura serii książek, której bohaterem jest sędzia Di. Co więcej, pojawi się on w tytule każdej książki w czarnej obwolucie, tak jak mroczne i ciemne są zdarzenia w nich opisane. Czytelnik znajdzie tam sumę wiedzy o starożytnych Chinach siódmego wieku za panowania dynastii Tang. Bohater nie jest fikcyjną postacią. Sędzia Di żył właśnie w tym okresie, a pamięć o jego niezwykłych dokonaniach przetrwała przez stulecia, utrwalona najpierw w opowieściach gawędziarzy, a potem w literaturze. Więc czytelnik znajdzie tam bogatą wiedzę o Państwie Środka, pozna mnóstwo frapujących przygód, które uwielbiają, zwłaszcza chłopcy, a także miłosnych opowieści, które lubią dziewczynki, zaś dorosłych amatorów kryminałów zadziwią detektywistyczne wątki, rozsupłane po mistrzowsku przez sędziego Di. Więc autor, którym jest Robert van Gulik - sinolog, holenderski dyplomata, tłumacz i znawca chińskiej historii, literatury i sztuki zawarł w tych książkach trzy w jednym: przygody, romanse i sensacje. A chociaż dzieje się wszystko w zamierzchłej przeszłości, współczesny czytelnik ani przez moment nie dozna nudy, gdyż postaci są wyraziście zarysowane, narracja wartka, a intrygi tudzież zagadki rozwiązywane są po mistrzowsku. Książki, które miałam przyjemność pochłonąć jednym tchem, pojawiły się na rynku w latach 2006 - 2010, a rok 2006 ma szczególne znaczenie, gdyż, jak przeczytałam w nocie od wydawcy, wówczas to PIW obchodził „...sześćdziesiąte urodziny, zamyka więc cykl pięciu dwunastek. Sześćdziesięciolecie jest na Wschodzie sprzyjającym okresem do odrodzenia się”. Wydawca oddał do rąk czytelników lekturę, która dostarcza wiedzy o cywilizacji imperium w okresie największego rozkwitu poezji i muzyki, kiedy to „...łączyły się wpływy konfucjańskie, taoistyczne i buddyjskie, kwitł czan (w Japonii znany jako zen)”.
Autor, wytrawny znawca Chin, podaje zaskakujące dla laika informacje, na przykład taką, że w roli współczesnego zegarka, a nawet wiele wieków pełniącej swą rolę klepsydry starożytni Chińczycy używali kadzidełkowego czasomierza. Długość wypalonej trociczki wskazywała upływ czasu. Inna ciekawostką są rytuały, sposoby leczenia, zasady kojarzenia małżeństw, kupowania i sprzedawania kurtyzan, dozwolona ilość żon i konkubin. Sędziemu na przykład przysługiwało posiadanie czterech żon.
Pisarz, sięgając do źródeł, raportów, protokołów przesłuchań zyskał znakomitą wiedzę o rozmaitych przestępstwach. Jeden ze złoczyńców chwali się sędziemu: „Jestem doskonale obeznany z fałszowaniem dokumentów i pieczęci, ze spisywaniem niejasnych umów i sporządzaniem fałszywych deklaracji. Umiem otwierać wszelkie zwyczajne i sekretne drzwi, okna oraz metalowe kasy. Jestem również ekspertem w wyszukiwaniu tajemnych przejść, pułapek i tym podobnych wynalazków. Co więcej, potrafię odczytać z ruchu warg, co mówią ludzie znajdujący się daleko ode mnie...”
Autor nie tylko pisze swoje powieści i opowiadania, ale też obficie je ilustruje scenkami rodzajowymi, zamieszcza mapy i diagramy. Przedstawia też i objaśnia chiński zodiak. Każda książka zaczyna się spisem osób, co przy chińskich imionach i nazwiskach ułatwia śledzenie perypetii bohaterów i poznanie ich wzajemnych relacji.
Jeżeli nasi czytelnicy frasują się, co zaplanować na urlop, radzę zaopatrzyć się w książki Roberta van Gulika.

Robert van Gulik „Sędzia Di i parawan z laki”, „Sędzia Di małpa i tygrys”, „Sędzia Di i tajemnica jeziora”, przełożyła Ewa Westwalewicz-Mogilska, Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 2006,; Sędzia Di. „Naszyjnik i tykwa”. Przełożyła Teresa Lechowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007,; „Zagadki sędziego Di”. Przełożyła Ewa Westwalewicz-Mogilska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.

wtorek, 25 czerwca 2019

Jadwiga Wierzbiłło - poleca


Kiedy mężczyzna dużo starszy od partnerki



Niektórzy faceci unikają mnie jak ognia. Nie trawią głoszonych w ich obecności poglądów, że w układzie damsko-męskim ona powinna być starsza od niego. Lubię rozwijać tę myśl dodając, że mężczyźni szybciej się starzeją, częściej chorują, łysieją, brzydną i wyprzedzają swoje partnerki w szybkiej wędrówce na tamten świat. Mam na to taki dowód, że na liście singielek mam więcej pozycji damskich, a lista singli jest znacznie szczuplejsza. Prowadzę taką statystykę, bo czasami mam kaprys wyręczania biura matrymonialnego i kojarzenia par. Niestety jest to zadanie coraz trudniejsze, bo lista panów do wyswatania kurczy się. Natomiast czas dla kobiet potrafi się zatrzymać dzięki farbom i lakierom do włosów, dzięki szminkom, podkładom, pudrom i innym kosmetykom, a także salonom urody.
Dziś jednak zrehabilituję się w oczach tych, którym potrafię dopiec do żywego twierdząc, że mężczyzna powinien być młodszy od kobiety, i zarekomenduję powieść, w której mężczyzna jest dwa razy starszy od ukochanej. I jest tak, że prawdą w tym przypadku okazuje się fakt, że mężczyźni zachowują długo formę, o czym utwierdzają świat pokolenia płci brzydkiej. Powieść Sandry Brown ma niezbyt porywający tytuł „Następny świt”, ale zapewniam, że napisana jest wartko, obfituje w liczne dialogi, kryje tajemnice i zagadki, trzymając czytelnika w napięciu do ostatnich stron. Ta pisarka jest autorką ponad 70 romansów, powieści kryminalnych i historycznych, jej książki były wydane w ponad 80 milionach egzemplarzy, a tłumaczone na ponad trzydzieści języków. I coś w tym musi być, bo wybrany przeze mnie egzemplarz był mocno „zaczynany”, a kiedy próbowałam przedłużyć termin oddania, pani w bibliotece powiedziała, że jest to niemożliwe, gdyż już ktoś na tę powieść czeka.
Nie rozczaruje się ta osoba z kolejki. Bohaterka Banner już w kościele gotowa do ślubu musi przeżyć szokującą niespodziankę. Pada strzał, nikt nie ginie, ale okazuje się, że ojciec innej dziewczyny nie chce dopuścić do tego mariażu, gdyż narzeczony zniewolił jego córkę i ta jest brzemienna. Zatem ją powinien poślubić, by zmyć hańbę. Hańba natomiast pokryje zdradzoną dziewczynę. A w jej obronie stanie przyjaciel rodziny, znający pannę od dziecka i zakochany platonicznie w jej matce. Ma na imię Jake. Jest od Banner dwa razy starszy. Szalenie przystojny, powiedzielibyśmy dziś – wysportowany, w powszechnej opinii – zabijaka, hulaka, kobieciarz, odwiedzający co lepsze teksaskie burdele, mężczyzna, któremu kobieta nie może się oprzeć. Jednak w miarę czytania powieści dowiadujemy się o innych jego cechach, o naturze szlachetnej i nawet czystej. Potrafi być czuły, opiekuńczy, odważny i bezkompromisowy. Zdobywa serce młodziutkiej dziewczyny tak szybko, że to zmutowane uczucie, zmutowane, bo wcześniej kochała go jak starszego brata i przyjaciela, ruguje doświadczony zawód i upokorzenie niedoszłego ślubu.
Prawdę mówiąc ktoś, kto lubi erotykę, tak zwane momenty, znajdzie w tej książce wiele sytuacji, które pokazują, czym jest seks, jak zbliża mężczyznę i kobietę, ile daje szczęścia i radości. Seksu jest w tej powieści bardzo dużo, ale mowa jest o tej sferze ludzkiego życia z wielką delikatnością.
Z powodu wartkiej akcji, warstwy psychologicznej, elementów sensacyjnych, smaczków obyczajowych z czasów, kiedy nie znano automobilów ani telefonów (ale pociągi już jeździły) jest dostatecznie dużo, by z zainteresowaniem chłonąć opisy życia w większych i mniejszych farmach, w miastach, które były etapami przegonów wielkich stad i miejscem rozrywki kowbojów. Świetna lektura na urlopowe wieczory.

Sandra Brown „Następny świt”, tłum. z języka angielskiego Franciszek Skomski, Świat Książki, Warszawa 2016.

wtorek, 19 marca 2019

Jadwiga Wierzbiłło - poleca

Przede wszystkim dla filologów, prozaików, poetów i dziennikarzy



W rekomendowanej książce występuje literacko „nawiedzony” Peruwiańczyk. To z jego ust padną w powieści słowa, które na pewno przypadną do gustu ludziom pióra: Może nie być Peruwiańczyków, ale zawsze będzie poezja.
Kiedy czytelnik weźmie do rąk powieść „Oszuści”, to zadziwi się misterną konstrukcją całości. A całość ta spina okres ponad stulecia, a wprowadza trzech bohaterów z różnych miejscowości i krajów. Wszystkie te postacie łączy literacka pasja. Jeden to szacowny niemiecki sinolog, drugi to pochodzący z południowej Ameryki paryski dziennikarz, a trzeci z nich to filolog, poeta, pisarz, który marzy o tym, by napisać wielkie dzieło, które zapewni mu sławę. Niestety jak dotychczas to, co się ukazuje na rynku, jest wydawane za jego własne pieniądze, a w księgarniach jego pozycje nie są rozchwytywane, a jeśli trafiają do uniwersyteckich bibliotek w obu Amerykach, to dlatego, że ma w tych uczelniach zaprzyjaźnionych akademików. A ci z życzliwości albo w nadziei na rewanż lokują przekazane gratisy w uczelnianych zbiorach.
Przedziwny zbieg okoliczności sprawia, że w tym samym czasie z rozmaitych przyczyn i w różnych celach wylatują do Pekinu.
Niemiecki profesor Gisber Klauss przypadkiem natrafił u nadsekwańskiego bukinisty na książkę, która go zafascynowała. Otóż francuski oficer Pierre Loti odbył podróż do Chin, kiedy właśnie kończyło się powstanie Bokserów. Ten oficer wydał dziennik rejestrujący przebieg ekspedycji, w której uczestniczył.
W Chinach działały sprzymierzone siły Japonii, Niemiec, Francji, Włoch i Rosji. Powstanie upadło, ale jego uczestnicy w tej liczbie, jaka ocalała, przekazali idee następnym pokoleniom i za sto lat w Chinach działały w konspiracji różne stowarzyszenia kontynuujące ideały Bokserów. Zafascynowany dziennikiem profesor postanowił odbyć podróż do Pekinu, by dotrzeć do książek Wanga Miana.
Peruwiańczyk Nelson Chouchen Otalor też jest filologiem, intelektualistą, o którym była mowa na początku, ożenionym z Metyską, której nie dochowywał wierności, by podbudować swoje ego. U studentki Portorykanki po upojnej nocy zobaczył porzuconą książkę chińskiego pisarza. Jej autorem był Wang Shuo. Wtedy Nelson przypomniał sobie, że jego dziadek był Chińczykiem i zapragnął dotrzeć do ziemi przodków.
Trzeci z bohaterów też pochodził z południowej Ameryki, Suarez Salcedo urodził się w Bogocie, ale już 20 lat mieszkał w Paryżu, pracując we francuskim radiu publicznym. Tam właśnie otrzymuje zlecenie, by poleciał do Pekinu i nagrał materiał o sytuacji katolików w tym kraju. Każdy z nich dowie się o tajemniczym rękopisie „Dalekie przejrzystości powietrza”. To dzieło zostało powielone w stu egzemplarzach, a zawierało spisany przez Wanga Miana manifest ideowy Bokserów. Był traktowany jak święta księga. Nic dziwnego, że zostało spalone, by idee unicestwić raz na zawsze. Cudem ocalał rękopis. Z narażeniem życia strzeże go katolicki duchowny. Ideowi spadkobiercy Bokserów chcą odzyskać go za wszelką cenę. On zapewni władanie duszami i umysłami Chińczyków, zapewni władzę i dominację nad innymi.
Jak bohaterowie zostaną uwikłani w intrygę, czytelnik dowie się śledząc zaskakujące sytuacje.
Zanim dojdzie do rozwikłania intrygi, pojawią się poważne zagrożenia dla bohaterów, pojawi się gwałtowna miłość i kusząca, piękna rosyjska prostytutka, studentka medycyny, zaś Nelson okaże się stryjecznym wnukiem wodza powstania i wedle członków tajnego stowarzyszenia jest w pełni uprawniony do zajęcia pozycji lidera.
Ambicje literackie oraz intelektualne przedstawione są z zabawnym przymrużeniem oka i choć powieść traktuje o poważnych politycznych sprawach, przekazuje historyczne fakty sprzed ponad stu lat, jest napisana lekko, z humorem i stanowi godną polecenia pozycję. Zaś ludzie o niespełnionych ambicjach literackich przejrzą się w niej jak w lustrze.
Tym, którzy wszystko stawiają na jedną kartę, warto zadedykować zawarte w książce pouczenie, że nie można zaniedbać żadnego z aspektów życia pod pretekstem udoskonalenia i wzmocnienia innego, gdyż zubaża to całość naszej egzystencji, a więc i ten aspekt, który chcielibyśmy uwypuklić.

Santiago Gamboa „Oszuści”, przełożyła Anna Trznadel-Szczepanek, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA Warszawa 2005