Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humoreska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humoreska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 czerwca 2013

"Złoty karp" - Robert Bogusłowicz, część 2

Na drugi dzień zapukano do drzwi. Otworzyłem. W progu elegancki mężczyzna zapraszał mnie do stojącego na ulicy wspaniałego srebrnego Mercedesa. Po dziesięciu minutach zajechałem przed budynek z napisem „Sum, ergo cogito”. Powinien być karp, ale widać sum to ważniejsza ryba i przygotowała dla mnie stanowisko pracy. Moje biuro znajdowało się na ostatnim piętrze z widokiem na Karkonosze. Sekretarka o wyglądzie uczennicy zaprowadziła mnie do gabinetu. Jej talię mógłbym objąć dwoma palcami, obawiałem się nawet, że złamie się w połowie niosąc kawę i ciastka. Kiedy usiadła i założyła nogę na nogę, wyjaśniła.
- Mam na imię Dorota. Proszę się nie sugerować moim wyglądem, jestem doświadczona; mam cztery fakultety, znam sześć języków, mam licencję pilota, uprawiam jeździectwo i biegi, znam judo i kung-fu, strzelam i pływam.
- Kiedy pani pracuje?
Pominęła uwagę milczeniem.
- Za godzinę ma pan spotkanie z inwestorami. Budujemy nowe centrum handlowe.
- Jeszcze jedno? W tym, które już mamy ceny takie jak w Paryżu.
- To nie ma znaczenia, nas interesuje teren, na którym stoi stara kamienica. Dzisiaj w nocy konserwator zabytków zgodził się w końcu na wprowadzone przez nas zmiany. Nie obeszło się bez łapówki. Wszystko zależy od grubości portfela – tłumaczyła chłodno i bez emocji, jakby czytała instrukcje obsługi wędki.
Ciężkie jest życie karty przetargowej, westchnąłem tylko.
- Nie lepiej te pieniądze wpłacić na konto? – zmieniłem tok myślenia.
- Pieniądze są po to, żeby pracowały. Gdyby pan wpłacił do banku, po pięciu latach nie wiadomo, czy starczyłoby na rolkę papieru toaletowego. To był żart – podpowiedziała widząc, że się nie śmieję. - Teren zawsze można sprzedać. Po spotkaniu jedzie pan obejrzeć postępy prac.
- A kiedy obiad? – zapytałem, bo już poczułem się głodny.
- Lunch zje pan ze mną, wprowadzę pana w temat. Wracając do naszego spotkania z inwestorami. Pan się jeszcze nie orientuje w naszych sprawach, wobec tego ja będę prowadziła negocjacje, musi pan zwracać na mnie uwagę, kiedy potrę palcem po nosie ma pan odpowiedzieć, tak właśnie myślę. Gdy poprawię włosy pan powie, w ogóle o tym nie myślę.
Dorota poprowadziła spotkanie sprawnie, podpierając się argumentami i pocierając nos albo poprawiając włosy. Inwestorzy bardzo się spierali ile własnego wkładu mają zostawić na ziemi jeleniogórskiej, ale chyba tylko dla przyzwoitości, bo pod koniec podpisaliśmy dokumenty. Czyli że właściwe negocjacje odbyły się już wcześniej. Potem pojechałem się przebrać do swojego nowego domu. Wielki basen, w którym miałem ochotę się wykąpać, ledwie zdążyłem zarejestrować, ponieważ Dorota wciąż mnie pospieszała. Wizytacja na placu budowy, też odbyła się w rekordowym tempie. Kamienica została rozebrana bez mojego udziału do ostatniej cegły, postawiliśmy już pierwsze piętro. Rozmawiałem chyba z każdym pracownikiem i przywitałem się przynajmniej ze dwa razy, już nie pamiętam. Potem zjadłem lunch, nie wiem co to było, ale od stołu wstałem głodny. Dorota cały czas trajkotała, aż rozbolała mnie głowa. Do domu wróciłem dopiero przed północą. Nawet nie miałem siły się wykąpać w wannie. Padłem na łóżko zmęczony.
Dwa dni po takiej bieganinie zadzwonił telefon.
- Cześć stary. To ja Krzysiek, pamiętasz mnie? - rozległ się w słuchawce tubalny głos. – Chodziliśmy razem do jednej klasy.
Do której? Skończyłem podstawówkę i zawodówkę, więc chłopaków pamiętam wszystkich.
- W podstawówce pomagałem ci w matematyce.
- A tak teraz sobie przypominam – to ten grubas, któremu zawsze zabierałem kanapki, przepraszam dbałem o jego kondycję. - Co słychać?
- Jest OK. Prowadzę biznes. Słyszę właśnie, że zostałeś właścicielem dużej firmy. Spotkajmy się dziś wieczorem, w moim skromnym domu, powspominamy stare dobre czasy. Może w przyszłości zrobimy jakiś biznes.
- Czemu nie.
- Mój szofer przyjedzie po ciebie o piątej.
- Nie wiesz gdzie mieszkam?
- Ależ mój drogi, ludzie z naszej sfery wiedzą o sobie wszystko.
Szofer przyjechał, limuzyną długą jak wąż boa. Ubrałem się w garnitur z metką od jakiegoś Armaniego i wyglądałem jak dyrektor banku. Skromny dom Krzyśka był rezydencją z kolumnami, tarasami, basenem i stajnią na dziesięć koni. Musiał z pewnością częściej chodzić na ryby, a już na pewno łowić w oceanie. W drzwiach przywitał mnie obleśnie gruby jegomość.
- Kopę lat – starał się mnie objąć, ale tylko otarliśmy się brzuchami. – Przedstawiam cię mojej żonie. Chodź tutaj kochanie.
Zza kolumny wyłoniła się bogini. Szczuplutka, nieśmiała blondyneczka, zamrugała długimi rzęsami i podała mi delikatną dłoń. Jak oni to robią w łóżku, przebiegły po mnie kosmate myśli. Wieczór upłynął miło i gdyby pan domu nie pochłaniał takiej ilości jedzenia, z pewnością starczyłoby i dla dwóch armii bezdomnych. Ania natomiast skubnęła trochę sałatki, upiła łyk wina i skromnie siedziała, towarzysząc nam przy wspomnieniach. Szofer odwiózł mnie późną nocą do mojej skromniejszej willi.
Nazajutrz w biurze Dorota oświadczyła z kwaśną miną, że jakaś gąska przyszła do mnie.
- Nie wpuściłabym jej gdyby nie garsonka od Diora, rubin na palcu i nazwisko. Zobacz czego chce, dziś nie mamy zbyt dużo czasu. Jesteśmy umówieni w sprawie budowy autostrady, a później …
- Już dobrze, bo mnie zamęczysz na śmierć. Wpuść ją.
Ania weszła do mojego gabinetu. Nie, raczej wpłynęła jak nimfa wodna. Zdenerwowana usiadła na brzegu fotela.
- Bardzo cię przepraszam, że cię nachodzę w pracy, ale przechodziłam tu niedaleko. Dopiero niedawno się sprowadziliśmy w Karkonosze, do tej pory mieszkaliśmy we Francji. Nie mam tutaj w ogóle przyjaciół ani znajomych. Myślałam, że zjemy normalny obiad. W Paryżu Krzysiek pracował, a ja całymi dniami przebywałam sama w mieszkaniu. Teraz nie jest inaczej. Widziałeś, wielki dom, pełno służby i ja samotna, czekam na męża jak Penelopa na Odysa.
Piękna kobieta, skromna, cicha i lubi te same filmy historyczne co ja. Jej podoba się Brad Pitt, mnie Diane Kruger.
- Mam dziś kilka spraw do załatwienia – zastanawiając się jak pogodzić obowiązek wobec kobiety z kierowaniem firmą.
Ania jakby czytała mi w myślach. Co za niezwykła kobieta.
- Krzysiek powierza prowadzenie firmy ludziom. Mówi, że pieniądze i tak robią pieniądze. Jesteś szefem. A ja mam tak wielką ochotę na schabowego z kapustą, a nie te obrzydlistwo w rodzaju homarów, ślimaków i tych ciężkich francuskich win.
No nareszcie, ktoś, kto je normalnie.
- Masz rację.
Powiedziałem Dorocie, że wychodzę.
Dzień spędziliśmy uroczo na obchodzeniu starówki. Obiad zjedliśmy w normalnej restauracji ze schabowym, kapustą i piwem. Po południu przyjechaliśmy do mojej willi, nareszcie miałem okazję wykapać się w basenie. Nie sam, dołączyła Ania. Opowiedziała mi o swojej nieopisanej słowami samotności. To prawda słowami nie potrafiłaby tego opisać, pokazała. W łóżku zachowywała się jak tygrysica, ja byłem tygrysem. W następne dni do firmy wstępowałem podpisać dokumenty, Dorota prowadziła firmę sprawnie, musiała nawet kogoś zatrudnić, bo i ona nie miała czasu. Ja również. Z Anną objeżdżaliśmy pałace i zamki Dolnego Śląska, nawet nie wiedziałem że w naszej kotlinie jest ich tyle. Tydzień spędzaliśmy w innym.
Po miesiącu przyszedłem podpisać papiery, za moim biurkiem siedział, a raczej ledwo się mieścił Krzysiek. Dorota przyniosła mu kawę i ciastka.
- Mój drogi nie wiem jak to się stało, ale moi ludzie przejęli twoją firmę. Zamiast centrum handlowego wybudujemy wieżowiec, tak wielu ludzi nie ma w dzisiejszych czasach gdzie mieszkać. Stworzymy nowe miejsca pracy. Prawda Dorotko?
- Tak, już nowi pracownicy są sprowadzani z Podlasia. Pan tu już nie pracuje – powiedziała lodowato jak syberyjski wiatr. I podrapała się po nosie.
Pot zimny mnie oblał. Poczułem nadchodzący niepokój bezrobotnego. Dopiero po tygodniu zebrałem się w sobie i pojechałem nad staw, uklęknąłem nad wodą i błagalnym głosem zawołałem.
- Złota rybko! Karpiku, złota rybko.
- Czego! – powiedziała jakaś ryba wystawiając pyszczek.
- Ach! Złota rybko. Jestem taki nieszczęśliwy, pierwszej pracy nie szanowałem, z drugiej mnie wyrzucili, ale to nie była moja wina, w trzeciej mnie oszukano. Ach, daj mi jeszcze jedną szansę, obiecuję poprawę.
- Już nie spełniam życzeń. Cały staw przewróciłeś do góry nogami. Zostałem zdegradowany do płotki. Jak chcesz, to możesz mnie zjeść?
Cóż, spełniłem ostatnie życzenie złotej rybki. Płotka to też ryba.
Koniec

sobota, 15 czerwca 2013

"Złoty karp" Robert Bogusłowicz, część 1


     Część 1
      Co może robić bezrobotny od wiosny do zimy? Zbierać grzyby, które dzięki hojności stwórcy są wciąż darmo, lub łowić ryby, za tę przyjemność trzeba niekiedy już słono zapłacić. Dlatego z samego ranka wyciągnąłem rower z piwnicy, nasmarowałem i pojechałem nad staw. Ukryłem się w krzakach, żeby dozorca nie mógł mnie wypatrzyć, zarzuciłem wędkę i czekałem. Jedni oglądają seriale, inni czytają tomy książek, a ja wolę posiedzieć nad wodą: to mnie uspokaja. Myśli biegną bez zakłóceń miejskiego zgiełku i potrafię sobie wyobrazić jakby to było, gdybym miał pieniądze lub mieszkał na jakiejś bezludnej wyspie. Tak iż, nawet gdy nic nie złowię, dzień nie jest stracony.
Zbliżało się południe, a ja nie miałem jeszcze żadnej ryby. W brzuchu zaczynało mi już burczeć, więc postanowiłem wrócić do domu, gdy nagle spławik się zanurzył. Szybko podciąłem i ujrzałem na końcu żyłki dużego, lśniącego karpia. Przewrócił oczami i przemówił.
- Wypuść mnie dobry człowieku, a spełnię twoje trzy życzenia.
- Jakie życzenia? - zapytałem zaskoczony.
- Nie słyszałeś o złotej rybce?
- W dzienniku nic o niej nie mówili.
- Jestem rybą, która spełnia życzenia.
- Wszystkie!?
- Nie, tylko trzy – odparł niecierpliwie. – Umiesz liczyć do trzech?
- Do szkoły chodziłem.
- Więc, jeśli mnie uwolnisz muszę je spełnić. Rozumiesz?
- Co mam nie rozumieć – i zacząłem się szybko zastanawiać. - Od kilku miesięcy nie mogę znaleźć pracy?
- Nie chciałbyś czegoś innego? Biletu do teatru, pierścionka dla dziewczyny?
- Teatr to bzdura. Z klasą poszliśmy kiedyś, jeden facet chodził po scenie i głośno gadał, że zabije ojczyma za to, że ożenił się z jego matką.
- Ależ mi się trafiło – westchnął karp.
- Pierścionek sam kupię, gdy będę miał pieniądze, będzie mnie stać…
- Dobrze, już dobrze, bo mnie zagadasz na śmierć. Musisz poczekać, spełnienie takiego życzenia wymaga czasu. Masz internet?
- Mam komputer, za internet muszę płacić.
- Wiesz jak trudno mi stąd wysłać list? Muszę zatrudnić dodatkowe siły. Idź do domu i czekaj. A teraz wrzuć mnie do stawu, od gadania zaschło mi w gardle.
Wypuściłem rybę do wody i wróciłem do domu. Po tygodniu w skrzynce na listy znalazłem wiadomość. Nazajutrz miałem zgłosić się do rozbiórki domu w centrum miasta. Z energią nagromadzoną przez wolne miesiące zabrałem się do pracy. Po tygodniu przyszła refleksja? Dlaczego mając złotą rybkę muszę w pocie czoła burzyć starą kamienicę. W niedzielę zaraz po śniadaniu pojechałem nad staw, pochyliłem nad wodą i zawołałem.
- Złota rybko! Karpiku! Złota rybko.
Zabulgotało i wynurzył się pyszczek.
- Słucham cię, czy pracujesz? Czy jesteś zadowolony? Nie musisz mi dziękować, Bóg z tobą.
- Ale nie jestem zadowolony? – krzyknąłem nim zdążył się schować. - To ciężka robota. Wstaję o piątej, potem dziesięć godzin pracuję, wracam do domu tak zmęczony, że nigdzie nie chce mi się wyjść wieczorem.
- To tak jak u mnie.
- Mam prośbę. Czy moja praca nie mogłaby być lżejsza i w budynku, idą mrozy.
- Praca to praca. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężko było ją zorganizować.
- Ale mam jeszcze dwa życzenia, prawda? – upewniłem się.
- Owszem, ale zachowaj je na ciężkie czasy.
- Kiedy one nadejdą?
- Wkrótce.
- A to z twojego punktu widzenia, czy z mojego? Bo widzisz, tak sobie pomyślałem, jak złowi cię jakiś głupol, któremu nie potrafisz dokładnie wytłumaczyć…
Karp rozdziawił pyszczek.
- Już dobrze, robota mnie goni. Skoro takie jest twoje życzenie, będziesz miał lżejszą pracę. Tylko tym razem musisz dłużej poczekać. Stawiasz co raz bardziej wygórowane żądania, tego nie da się załatwić, o tak, jak machnięciem ogonem. Wracaj do domu.
Czekałem, jeden dzień, drugi dzień... tydzień. Zacząłem się już niepokoić, czy życzenie zostanie spełnione. Jednak po dwóch tygodniach przyszła wiadomość, że mam zgłosić się w biurze konserwatora zabytków.
Kierownik przyjął mnie serdecznie, prawie po ojcowsku.
- Nawet nie ma pan pojęcia ilu ludzi ubiega się o to miejsce. A to dlatego, że panuje u nas bardzo miła, koleżeńska atmosfera – i przedstawił mnie dwóm paniom. – Angaż ma pan na trzy miesiące, to standardowa procedura, potem to tylko formalność.
Posadził mnie przy biurku i odszedł. Przerzucanie przychodzącej poczty to praca spokojna, jednostajna i śpiąca, gdyby nie moje koleżanki, które zapraszały mnie na kawę i ciastka pewnie bym zasnął na blacie biurka. Wciąż wypytywały o mojego patrona, jak mu się powodzi, ile ma pieniędzy i gdzie go poznałem. Odpowiadałem zgodnie z prawdą na rybach. One śmiały się tylko, jak z dobrego dowcipu i nie bardzo rozumiałem, dlaczego wciąż biegają do kierownika, również z kawą i ciastkami, gdy przy mnie obgadują go od najgorszych. Ale pewnie za krótko pracowałem. Po trzech miesiącach zostałem wezwany do szefa.
- Nie mogę panu przedłużyć umowy – powiedział ledwo oderwałem dłoń od klamki. - Ja wiem, od kogo pan jest, ale jak wszędzie i u nas są ważni i ważniejsi. Kazano mi przekazać, że pański patron nie wywiązał się z umowy. Bardzo mi przykro – i wręczył mi wymówienie.
I znowu byłem bez pracy. Rozgniewany pojechałem nad staw, schyliłem się nad wodą i krzyknąłem.
- Ej, karpiu! Ej, rybo! Pokaż się.
Karp wynurzył pyszczek.
- Słucham cię, cóż cię do mnie sprowadza?
- Tak jakbyś nie wiedział. Miałem mieć pracę.
- I miałeś.
- Kierownik nie przedłużył mi umowy.
- A, to już nie ode mnie zależy. O pracę trzeba dbać, nie tylko przychodzić punktualnie, ale ciasteczko kierownikowi przynieść, kawusię koleżankom postawić….
- Nie odwracaj ryby ogonem. Ten cały kierownik powiedział, że nie wywiązałeś się z jakieś umowy.
- Konkurencja jest wszędzie. Są małe rybki, grube ryby i wieloryby.
- Mam jeszcze trzecie życzenie, prawda? Tym razem chciałbym pracować dla siebie. Chcę mieć firmę, konto w banku, tylko nie jakieś tam marne złotówki, tylko porządne z dolarami, frankami i euro, ładną sekretarkę, która mówi kilkoma językami, limuzynę z szoferem i barkiem, biuro duże, w najlepszym miejscu Jeleniej Góry z widokiem na Śnieżkę. Zapamiętałeś?
- Co miałbym nie zapamiętać, też chodziłem do szkoły.
- I jeszcze jedno, żadnego czekania miesiącami. Firmę mam mieć na wczoraj.
- Coraz drożej kosztuje mnie wolność. – Karp pokiwał łbem i szybko się schował.
Wróciłem do domu, zdenerwowany czy tym razem nie przesadziłem.

sobota, 29 września 2012

Raport Kosmity - Robert Bogusłowicz



 „Przypominam Wysokiej Komisji, że badanie Trzeciej Planety od Słońca odziedziczyłem po rodzicach, których postawiono na posterunku, gdy opuszczono Czwartą Planetę w celu poszukiwania innego miejsca do życia. Niebieska Planeta wytwarza ogromne ilości gazu, który działa na jednostki naszego gatunku, niepokojąco: wpadają w stan dziwnego upojenia. Mój ojciec poświęcił się eksplorując nieznane ustępy pobliskiej okolicy. Już niewielkie ilości powodowały, że popadał w stan osobliwego zamroczenia i niepodobna się było z nim porozumieć. W chwilach przytomności bełkotał o jakimś wyzwoleniu. Czego, od kogo, nigdy z matką nie mogliśmy pojąć, ponieważ jego język nie pozwalał mu się do końca wysłowić.
Zgodnie z artykułem pierwszym, paragrafu drugiego, podpunktu trzeciego, mówiącym, że „Badaną Planetę należy zostawić w stanie nienaruszonym”, moja matka również złożyła swoje czcigodne czułki na niwie nauki. Wychodziła z naszej podziemnej kryjówki w celu pobrania próbek do badań naukowych tylko w porach nocnych i wracała w stanie wskazującym na działanie tego gazu. W moim raporcie, który wysłałem przed kilku setkami lat, czasu tej Planety, do Centralnego Wydziału Międzyplanetarnego na Alfa Centaurię, na promieniu świetlnym przyspieszonym pięciokrotnie, zaznaczyłem, że gaz ten ma na nasz gatunek działanie mroczne. Z trwogą pisałem o swojej przyszłości w tej części kosmosu. Do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi.
Po wielu próbach z narażeniem życia, walką z samym sobą, ascezą mentalną i fizyczną, jestem dostosowany. Wdycham go bez szkody dla mojego organizmu i wydalam go w takiej samej ilości, żeby pozostawić Planetę w stanie nienaruszonym. Rozpocząłem również penetrację otaczającego mnie środowiska i odkryłem, niestety ze smutkiem, że moja ścieżka rozwoju zaprzepaściła inne aspekty badań. Mieszkańcy tej Planety mają jakiś błąd genetyczny. Pobierając ten gaz, przetwarzają go w ogromne ilości dwutlenku węgla, który większych dawkach jest dla nich zabójczy. Rozpocząłem już prace eksperymentalne nad tym zjawiskiem, zgodnie z artykułem drugim, paragrafu trzeciego, podpunktu czwartego o „Dostosowaniu się do otaczającego środowiska”.
Nawiązałem również kontakt z jednostką rodzaju żeńskiego. Pojawiam się systematycznie w jej ogrodzie. Jest tak wzruszona tymi odwiedzinami, że za każdym razem mdleje. Jednostka żeńska zwana tutaj kobietą, wzywa inne jednostki i opowiada im o spotkaniu z duchem jej zmarłego męża. Donoszę, że nie rozpoznaje mnie, bo wdziewam na siebie ten biały, zelżały strój, w którym mój ojciec chodził po zamku. Uważam, że osiągnąłem sukces, zgodnie z artykułem pierwszy i drugim, oprócz tego nie zostałem rozpoznany i jednostka bierze mnie za członka rodziny. W związku z tym, proszę o dopuszczenie mnie do penetracji nad tymi jednostkami w stopniu czwartym, ponieważ aby wypełnić artykuł trzeci, paragrafu czwartego, podpunktu piątego, mówiący „O przedłużeniu gatunku” potrzebuję prolongaty. Muszę wejść w kolizję z artykułem pierwszym, który mówi o pozostawieniu przedmiotu badań w stanie nienaruszonym. Swoją prośbę uzasadniam tym, że w tej części Wszechświata jestem już ostatnim przedstawicielem naszego gatunku.

„Ostatni Marsjanin”
Robert Bogusłowicz