Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Bogusłowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Bogusłowicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2026

O gustach się nie dyskutuje, ale o modzie... jak najbardziej!

Robert Bogusłowicz


Karolina Żebrowska w swojej książce UGLY. Encyklopedia brzydkiej mody w niezwykle przystępny i dowcipny sposób przypomina, jakimi to koszmarkami nasi przodkowie potrafili ozdabiać własne ciała. Co wiek, to absolutnie nowy pomysł na to, jak utrudnić sobie codzienne funkcjonowanie.

Oto trzy osobliwe trendy, które idealnie pokazują fantazję dawnych elegantów:

Puszyste i sztywne kryzy (XVI wiek) – monumentalne, krochmalone i usztywniane kołnierze, które w XVI wieku stały się wyznacznikiem najwyższego statusu społecznego. Aby zobaczyć ten trend z bliska, nie trzeba przeglądać wyłącznie muzealnych ryciny – wystarczy udać się do kościoła pw. św. Jadwigi w Gryfowie Śląskim. Znajduje się tam odrestaurowana kaplica nagrobna rodu Schaffgotschów z 1545 roku. Na wykutym z piaskowca, polichromowanym epitafium Hans II Schaffgotsch (1496–1584) – kanclerz księstwa świdnicko-jaworskiego – wraz ze swoją rodziną został uwieczniony w strojach z epoki, zdobionych właśnie misternymi kryzami.

Jednoczęściowa skarpeta na całe ciało – charakterystyczny męski kombinezon bieliźniany zakrywający sylwetkę od kostek aż pod szyję. Ten zapomniany już dzisiaj krój odzieży spodniej stał się nieodłącznym atrybutem klasycznych amerykańskich westernów, kojarzonym bezbłędnie z pionierami Dzikiego Zachodu.

Podwiązki do skarpet i ekranowe gafy – element męskiej garderoby zaprojektowany wyłącznie po to, by utrzymywać skarpety na odpowiedniej wysokości. Służył mężczyznom przez dziesięciolecia, zanim opanowaliśmy elastan, ale potrafił też stać się źródłem niezłej komedii. Klasycznym przykładem jest film Cyrk (1928), w którym przebrany za dżentelmena Charlie Chaplin balansuje na linie i walczy z małpami, a te bezczelnie zsuwają z niego strój, odsłaniając ukryte pod spodniami podwiązki.

Karolina Żebrowska, Ugly: encyklopedia brzydkiej mody: szalona podróż przez wieki koszmarnych trendów / Karolina Żebrowska nie dość, że napisała, to przetłumaczyła. - Wydanie I. Kraków: Znak Horyzont, 2026.

piątek, 7 sierpnia 2026

Zabobrze – sypialnia Jeleniej Góry, wielka płyta i codzienność między 4. piętrem a dyskontem

Robert Bogusłowicz


Niewielka książeczka autorstwa Michała Guza i Pawła Krzaczkowskiego pt. Zabobrze. Przewodnik artystyczny, wydana w 2011 roku, przynosi wiele ciekawych, choć dziś już nieco zapomnianych lub zdeaktualizowanych szczegółów.

Kiedy myślimy o blokowiskach z epoki PRL-u, często przed oczami mamy szare, powtarzalne betonowe bryły. Jednak w przypadku Zabobrza w Jeleniej Górze sprawa jest znacznie bardziej złożona. To największa dzielnica mieszkaniowa miasta, w której żyje kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Miejsce zaprojektowane jako gigantyczna „sypialnia” tworzy dziś fascynujący, wielowarstwowy mikrokosmos – z wszystkimi swoimi zaletami oraz barierami architektonicznymi.

Historyczny rodowód i założenia urbanistyczne

Nazwa Zabobrze mówi sama za siebie – to tereny położone za rzeką Bóbr. Historycznie obszar ten obejmował dawne wsie (m.in. Straupitz/Strupice i Raszyce), które z biegiem dekad oraz wskutek gwałtownej rozbudowy w latach 60., 70. i 80. przeobraziły się w największe założenie urbanistyczne Jeleniej Góry. Głównym założeniem projektantów było stworzenie czystej przestrzeni do życia i odpoczynku – funkcji typowo mieszkaniowej, do której wraca się po pracy w fabrykach czy centrum miasta.

Mimo że Zabobrze kojarzy się z wielką płytą, ma niesamowity atut – tereny zielone. Kluczową rolę w krajobrazie dzielnicy odgrywają Rodzinne Ogrody Działkowe („Krokus”, „Tulipan”, „Wiarus” „Nad Potokiem” czy „Zabobrze”). To tętniący życiem ekosystem i naturalny „bufor” podmiejski. Działki stanowią zielony azyl, pozwalając mieszkańcom na kontakt z naturą bez konieczności wyjeżdżania poza obrzeża osiedla. Razem z pobliskimi terenami nadbobrzańskimi tworzą przestrzeń, która skutecznie przełamuje surowość betonowej architektury. 

Zmiana dynamiki: Centrum vs. Zabobrze
Zabobrze idealnie wpisuje się w ideę „sypialni” miasta. Szerokie przestrzenie między blokami, oddalenie od głośnego centrum oraz bliskość terenów rekreacyjnych sprawiają, że dzielnica ta naturalnie pełni rolę strefy odpoczynku.

Co ciekawe, to, co w przeszłości uważano za wadę, z czasem stało się atutem. Kiedyś Stare Miasto tętniło życiem, podczas gdy Zabobrze zmagało się z problemami komunikacyjnymi, niedoborem sklepów i monotonią. Dziś proporcje się odwróciły: Stare Miasto często zamiera po godzinie 16:00, natomiast Zabobrze tętni życiem do późnego wieczora. 

Wyzwania starzejącego się osiedla

Wielkopłytowa sypialnia kryje jednak w sobie wyzwania, które z biegiem lat stają się coraz bardziej widoczne:

Normy z lat 70. i 80.: Budując bloki w tamtym okresie, stosowano przepis, według którego budynki do 4 pięter (pięciokondygnacyjne) nie wymagały instalacji wind. Projektowano je z myślą o młodych rodzinach i dzieciach.

Bariera 4. piętra: Dziś osiedla się zestarzały wraz ze swoimi pierwszymi mieszkańcami. Dla seniorów brak windy na wyższych kondygnacjach staje się niewidzialnym więzieniem.

Ograniczenia mobilności: Dla wielu starszych osób granicą możliwości staje się pokonanie pierwszego piętra lub kilku stopni przed klatką schodową. Każde wyjście na zewnątrz zamienia się w wyprawę wymagającą znacznego wysiłku.

Brak uniwersalnego projektowania sprzed dekad sprawia, że dawny standard techniczny dziś skutkuje wykluczeniem architektonicznym. Na szczęście modernistyczna urbanistyka miała też ogromny plus – samowystarczalność funkcjonalną. Zabobrze zaprojektowano tak, aby podstawowe usługi znajdowały się w zasięgu ręki.

Mieszkańcy mają blisko do lokalnych dyskontów, targowiska i punktów usługowych. Senior, który pokona schody swojej klatki, na dole znajduje wszystko, co niezbędne do codziennego życia. Dodatkowo bliskość Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego daje poczucie bezpieczeństwa medycznego – wartość nie do przecenienia dla starszego pokolenia.

Zabobrze to przestrzeń pełna kontrastów: z jednej strony zielone ogrody, rzeka i wygodna infrastruktura, z drugiej – wyzwania starzejącej się społeczności. Osiedle to udowadnia jednak, że modernistyczna „sypialnia” wciąż ma potencjał, by być dobrym miejscem do życia – pod warunkiem stałego dostosowywania jej do potrzeb wszystkich generacji.

Bar Kubuś to dziś jedna z chętniej odwiedzanych i lepszych gastronomii na osiedlu. Po dawnym zakładzie papierniczym nie ma już śladu – miejsce nie straszy ruinami, ponieważ zostały wyburzone, pozostawiając pusty plac. Z kolei charakterystyczny pałacyk/zameczek Fullera został odnowiony i dziś tętni życiem, mieszcząc w swoich wnętrzach Osiedlowy Dom Kultury (ODK). 

Od publikacji przewodnika minęło już piętnaście lat. Pojawia się więc naturalne pytanie: jak Zabobrze będzie wyglądało za kolejne piętnaście? Czy osiedle zdoła przeprowadzić niezbędną modernizację architektoniczną i przystosować się do potrzeb starzejących się mieszkańców, czy też wyzwania wielkiej płyty zaczną przeważać nad jego dotychczasowymi zaletami?

M. Guz, P. Krzaczkowski, Zabobrze. Przewodnik artystyczny, Stowarzyszenie JAK – Jeleniogórska Alternatywa Kulturalna, Jelenia Góra 2011. (projekt dofinansowano ze środków miasta Jelenia Góra)

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Robert Bogusłowicz - poleca "Życie na Missisipi" Marka Twaina

„Dowcip i niedelikatność lepiej na ogół konserwują literaturę niż świętobliwość”

Mark Twain 



Siedziałem u sąsiada, którym opiekowałem się po operacji biodra. Rozmawialiśmy o literaturze. On – obecnie zapalony czytelnik kryminałów, choć w młodości czytał absolutnie wszystko. Ja – zakorzeniony w literaturze regionalnej, choć dziś sięgający po bardzo różne gatunki. Właśnie kończyłem jedną z książek Marka Twaina.

— Wszystkie jego pozycje przeczytałem! Przygody Hucka Finna, Toma Sawyera... Ale to w młodości — odpowiedział sąsiad, nieco zdumiony moją lekturą.

— Ja teraz czytam Życie na Missisipi z serii „Epos rzeki” — wyjaśniłem.

— Czytałem… dawno temu — pokiwał z nostalgią głową.

Książkę wypożyczyłem z Książnicy Karkonoskiej. Trafił mi się czwarty tom z kultowej serii wydawniczej PIW-u – nosi on tam zbiorczy tytuł „Epos rzeki Missisipi”. To genialna rzecz, którą autor wydał pierwotnie w 1883 roku, a ja mam już za sobą poprzednie trzy tomy tej serii. W tej książce znajdziemy absolutnie wszystko, z czego słynie pisarz: są tu wątki biograficzne, błyskotliwe humoreski, zacięcie dziennikarskie i świetna dokumentacja epoki.

Dziś wiemy, że Missisipi ma około 3766 kilometrów długości. Za czasów Twaina rzeka była jednak dłuższa i – przede wszystkim – zupełnie nieprzewidywalna. Pisarz żartował nawet, że tak namiętnie skraca swój bieg poprzez prostowanie zakoli, iż za kilkaset lat Nowy Orlean połączy się z miastem Cairo, a ona sama całkowicie zniknie.

To idealnie pokazuje, z jak kapryśnym żywiołem musieli mierzyć się dawni piloci. Żeby w tamtych latach chwycić za stery parowca, trzeba było poznać tę rzekę... na pamięć. Trudno sobie wyobrazić, jak w dzisiejszych czasach – bez komputerów, radarów i nowoczesnych pomiarów – nawigowano by po tym żywiole. Bo przecież ta potęga bezustannie zmieniała koryto, tworzyła nowe mielizny i podwodne wyspy. Ówczesny pilot, jak plastycznie opisuje Twain, całą tę dynamiczną mapę musiał nosić we własnej głowie. Nic dziwnego, że w momencie przejęcia sterów stawał się najważniejszym człowiekiem na pokładzie – ważniejszym nawet od samego kapitana.

Z tą rzeczną profesją wiąże się zresztą najsłynniejsza tajemnica pisarza. W 13. rozdziale książki Samuel Clemens (bo tak naprawdę nazywał się autor) wyjaśnia, skąd wziął się jego pseudonim. W żargonie marynarzy z Missisipi zawołanie „Mark twain!” oznaczało ni mniej, ni więcej, jak bezpieczną głębokość dwóch sążni (około 3,6 metra) pod kilem. Gwarantowało to, że potężny parowiec nie uderzy o dno. Co ciekawe, Twain z właściwym sobie humorem przyznaje, że... „ukradł” ten podpis staremu kapitanowi, Isaiah Sellersowi, który pod tym pseudonimem publikował w gazetach nudne rzeczne kroniki, ale prawdziwe. Młody Clemens napisał na niego ostrą satyrę, po której zawstydzony kapitan zamilkł na zawsze. Gdy Sellers zmarł, wyrzuty sumienia pchnęły przyszłego mistrza literatury do przygarnięcia tego osieroconego podpisu.

Tym mocniej uderza finał tej historii. Gdy Twain po dwudziestu latach wraca nad Missisipi, odkrywa, że ten fascynujący, romantyczny świat odszedł w zapomnienie. Rolę głównego środka transportu bezwzględnie przejęła kolej żelazna. Ta zmiana całkowicie odmieniła rzekę oraz leżące nad nią miasta, miasteczka i wsie. Dawne, gwarne nabrzeża portowe bezpowrotnie straciły swój dawny blask, ulegając potędze nowoczesności.

Pisarz ze skrupulatnością godną reportera notuje nazwiska spotkanych ludzi i ich osobiste historie. Opisuje domy oraz ich wnętrza – wciąż pachnące minioną, nieco zapomnianą już drobnomieszczańską troskliwością. To właśnie ten dualizm czasowy, to nieustanne zderzanie przeszłości z teraźniejszością, stanowi nieodparty urok tej książki.

Życie na Missisipi to nie tylko świetna rozrywka, ale też piękny, momentami rzewny dokument o świecie, który zniknął na zawsze. Gorąco polecam – nie tylko na długie wieczory!

Mark Twain, Epos rzeki Missisipi, [w:] Utwory wybrane, t. 4, tłum. Zofia Siwicka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022.

niedziela, 16 lutego 2025

Robert Bogusłowicz poleca

Tym razem nie było słońca





Kto się chce oderwać od czarnych kryminałów i mrocznych opowieści północy powinien przeczytać kryminał "Morze błota" Andrea Cammilleriego z komisarzem Salvo Montalbano w roli głównej.

Tym razem w fikcyjnym sycylijskim miasteczku Vigata nie świeci słońce, tym razem leje jak z cebra, niebo rozświetlają błyskawice, słychać grzmoty, które nie dają spać, a błoto na placach budowach przybiera monstrualnych rozmiarów. Właśnie na takim placu budowy, w tunelu wodociągu, znaleziono w samej bieliźnie księgowego Giugiu Nicotra. Czy trafiony kulą w plecy trup chciał coś powiedzieć? Komisarz Montalbano uważa, że tak.

Jego tok myślenia i znalezionych poszlak potyka się co rusz o typowo włoskie przekręty, mafijną zmowę i morderstwa. Czytelnik powoli śledzi zagadkę, zadaje sobie pytania, natrafia na fałszywe tropy i podąża za komisarzem, który jest typem południowca, impulsywnego Włocha, jego krewkość wyczuwa się w dialogach napisanych z werwą i zacięciem. Poza tym spotykamy tu znane postacie drugoplanowe, jak ukochana Livia, która tym razem jest chora i przygarnia suczkę, współpracowników Mimiego, Catarellę, Fazia i Galluzza. Oczywiście nie może zabraknąć sycylijskiej kuchni, przy której komisarz celebruje każdą potrawę.

Jest to kolejna powieść kryminalna napisana przez reżysera teatralnego i pisarza, Andrea Cammilleriego. Zmarły w roku 2019 autor pozostawił po sobie nie tylko wiele kryminałów z ulubionym bohaterem, ale też kilka opowiadań np. "Miesiąc z komisarzem Montalbano".

We Włoszech nakręcono aż 37 odcinków cieszących się ogromnym powodzeniem. W roli głównej wystąpił Luca Zingaretti. W naszej telewizji, chociaż minęło już ćwierć wieku, serial jest rzadko pokazywany.

Wydawnictwo Noir Sur Blanc postarało się, aby czytelnik nawet ze słabym wzrokiem mógł mieć przyjemność zapoznania się z włoskim komisarzem, jego temperamentem i sycylijską kuchnią.

Andrea Camilleri „Morze błota”, wyd. Noir Sur Blanc, z włoskiego przełożyła Monika Woźniak, 2024.

wtorek, 18 czerwca 2024

17 czerwca w Muzeum Karkonoskim



odbyła się promocja książki dr Stefanii Żelasko „Jeleniogórskie szkoły koronki igłowej”. Spotkanie otworzyła dyrektor muzeum Julita Zaprucka.

Autorka przepięknie wydanej, bogatej w zdjęcia archiwalne, dwujęzycznej książki (polsko-niemieckiej) omówiła zebraną dokumentację, nad którą przez wiele lat pracowała. Jest kierownikiem Działu Szkła Artystycznego Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze.

W XIX i XX wieku powstały w Jeleniej Górze szkoły koronkarstwa, ta wiedza nie jest powszechna, a dzięki tej publikacji jesteśmy nieco bliżej poznania naszego regionu. 
Robert Bogusłowicz






 

sobota, 13 stycznia 2024

Willa Maxa Erfurta znowu przyjmuje gości


Tylko dziś, 13 stycznia można było oglądać z przewodnikiem odrestaurowaną willę Maxa Erfuta, czyli potocznie zwany przez jeleniogórzan „zameczek” na Zabobrzu, przed oddaniem go w ręce Osiedlowego Domu Kultury.

Dom powstał w roku 1903, w miejscu, tu trzeba posłużyć się wyobraźnią, gdzie wokół rozciągały się pola, a drzewa nie przysłaniały pięknego widoku na Karkonosze i Śnieżkę. Miejsce było szczególne jeszcze pod jednym względem, stąd prowadziła droga na Wrocław i Szklarską Porębę. Stąd również wyjeżdżał powozem, później automobilem, drogą, którą kazał wybudować (dziś ulica Różyckiego), właściciel willi i przemysłowiec do swojej fabryki papieru, niestety już nieistniejącej, przy ulicy Wiejskiej.

Secesyjny klimat willa zachowała dzięki staraniom konserwatorów. Największe wrażenie robi duży hol z kominkiem, sztukateria i schody. Wtedy właśnie tak budowano okazałe domy. Kto nie był jeszcze w domu Gerharta Hauptmanna w Jagniątkowie, dziś to Muzeum Miejskie „Dom Gerharta Hauptmanna”, powinien jak najszybciej nadrobić zaległości.

Od marca w zameczku zagości jeleniogórski ODK, przenosząc się z niewygodnego blaszaka. Mam nadzieję, że wkrótce i członkowie Stowarzyszenia w Cieniu Lipy Czarnoleskiej rozpoczną tam spotkania z cyklu ars poetica.

Robert Bogusłowicz


 

 











 














niedziela, 3 kwietnia 2022

Robert Bogusłowicz - Kanon jeleniogórskich lektur.

 No, nareszcie!

W Książnicy Karkonoskiej odbyło się spotkanie z Józefem Zapruckim, tłumaczem książki „Między murami i wieżami” (Zwischen Mauern und Türmen. Ein Roman aus dem 18. Jahrhundert ).

Jest to już czwarta powieść Fedora Sommera (1864-1930), po „Rokokowym sekretarzyku i innych opowiadaniach” (Das Rokoko-Pult und Anderes) (2011), „Zillertalczykach” (Die Zillertaler) (2017), „Schwenkfeldystach” (Die Schwenckfelder. Roman aus der Zeit der Gegenreformation) (2018), przetłumaczona przez prof. J. Zapruckiego, germanistę na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej w Jeleniej Górze.

Trzeba zauważyć, że w ostatniej dekadzie nastąpił wysyp wielu artykułów, tłumaczeń, książek i różnych publikacji dotyczących historii Kotliny Jeleniogórskiej, to między innymi dzięki powstaniu Karkonoskiej Nagrody Literackiej, która docenia autorów piszących o Śląsku. W roku 2021 nagrodę specjalną otrzymał Marcin Wawrzyńczak tłumacz i wydawca. Jego oficyna „Wielka Izera” zapoznaje nas z wieloma autorami, których dzieła o naszym regionie zostają ponownie odkrywane. Do tego grona należy również Książnica Karkonoska z jej przebogatą Biblioteką Cyfrową, Archiwum Miejskie w Jeleniej Górze, Muzeum Karkonoskie, wiele innych instytucji oraz stowarzyszeń literackich.

Książka „Między murami i wieżami” była długo wyczekiwana przez regionalistów i mieszkańców interesujących się miastem i historią. Jest pozycją wyjątkową, o ile do tej pory mogliśmy poznawać świat XVIII wieku poprzez dokumenty archiwalne, tłumaczenia, analizy czy wizualizację miasta dokonaną przez Eugeniusza Gronostaja, to o tyle dziś otrzymujemy do ręki świat przedstawiony z jego autentycznymi bohaterami, z ich zmaganiami, słabostkami i psychologicznymi aspektami. Czyli powieść.

Wjazd do miasta przypomina nam krajobraz znany z niewielu rycin; Góry Olbrzymie, poniżej miasto obwarowane murami a wkoło nich płótna suszące się w słońcu. Akcja powieści toczy się w latach 1720-1748 i porusza liczne wątki społeczne, religijne i obyczajowe.

Każde dzieło Fedora Sommera oparte było na wydarzeniach autentycznych i długich studiach: tak jest i tym razem. Już na pierwszych stronach zapoznajemy się z Dawidem Zellerem autorem „Jeleniogórskich ciekawostek” (Hirschbergischer Merckwürdigkeiten tłumaczenie Tomasza Prylla znajduje się w Książnicy Karkonoskiej) oraz 12 tomowej kroniki dziejów Jeleniej Góry oraz spisu praw, tzw. Weichbildu Jeleniogórskiego (odczytanie rękopisu i zapis cyfrowy zamieszczony w Bibliotece Cyfrowej Książnicy Karkonoskiej zawdzięczamy Ullrichowi Junkerowi).

Dwa lata poświęcił tłumacz na przekład 444 stronicowej książki, co wydaje się i tak ekspresowym tempem, przy różnych trudnościach, jak np. przełożenie dialektu dolnośląskiego, z którym nawet ówcześni Dolnoślązacy mieli problem przy komunikacji. Niekiedy sam Fedor Sommer w swoich powieściach w nawiasie zostawiał tłumaczenie po niemiecku. Jak bardzo dialekt był związany kulturowo z regionem może świadczyć fakt, że Gerhart Hauptmann „Tkaczy” najpierw napisał w dialekcie dolnośląskim, i dopiero później, gdy już przeniósł na język niemiecki sztuka stała się sławna. Tłumacz użył dialektu górnośląskiego z pewnymi modyfikacjami, żeby oddać istotę ówczesnego języka np. proste zdanie - mamo chodź jeść, po niemiecku - mutta kommt essen - w dialekcie dolnośląskim brzmiało - mutta kuma asa.

Książkę czyta się na różnych poziomach, śląski pisarz i pedagog pozostawił nam możliwość odwiedzenia miejsc, które opisywał, i którymi chodził, np. Kościół Łaski (Gnadenkirche, dziś Kościół Garnizonowy), co jak wiemy po trzystu latach jest raczej rzadkością. Jego plastyczne opisy gór, przyrody, zachodów słońca zapadają na długo w wyobraźni czytelnika.

Niezwyczajna jest również przedmowa tłumacza, oprócz krótkiego biogramu autora, znajdziemy w ostatnim akapicie: Mam nadzieję, że w myśl słów Fedora Sommera zamieszczonych na stronie tytułowej tej powieści „Miastu Jelenia Góra w darze”, będzie ona również darem dla wszystkich jeleniogórskich czytelników.

Tym samym autor i tłumacz, tak jak m.in. Tomasz Pryll serią „Kronik jeleniogórskich”, weszli do kanonu lektur obowiązkowych miasta Jelenia Góra.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej w Jeleniej Górze w 2022 roku.























Drugi dzień Konferencji „Tolerancja a procesy międzykulturowej komunikacji. Fedora Sommera dzieło i życie dla tolerancji i literackiej suwerenności".

„Fedor Sommer, pisarz i pedagog ”- otwarcie wystawy w Muzeum Miejskim „Dom Gerharta Hauptmanna” w Jeleniej Górze - Jagniątków 13 października 2014