Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronisław Wypych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronisław Wypych. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2024

Bronisław Wypych poleca

 

Urban wiecznie żywy




- I pan to czyta!? Tę czerwoną świnię, tego …, wstydziłby się sąsiad.

Krzyk rozniósł się po korytarzu. Wychodziłem właśnie z domu, zamykałem drzwi na klucz, pod pachą trzymałem biograficzną książkę o Jerzym Urbanie, którą musiałem szybko oddać do biblioteki, bo zapisy na nią są kilkumiesięczne. Nie przypuszczałem, że zmarły dwa lata temu naczelny redaktor tygodnika „Nie” może jeszcze wzbudzać w ludziach takie emocje. Kiedy schodziłem po schodach, zacząłem się zastanawiać. Sąsiad z boku jest ode mnie starszy, niewiele, czyli pamięta czasy PRL-u. I do dziś pielęgnuje w sobie nienawiść? Cóż, jeśli spojrzy się na dzisiejszą politykę, próżno się dziwić. Członkowie rodziny we własnym domu siadają po dwóch stronach stołu.

Książka Doroty Karaś i Marka Sterlingowa o Jerzym Urbanie jest naprawdę wspaniale napisania. Punktuje ubiegłe dekady, dla mnie już zacierające się we wspomnieniach, dla drugich bardzo żywe, jak u mojego sąsiada, a dla młodego pokolenia zupełnie obojętne. Któż z tego pokolenia nie pamięta kartek na mięso i cukier, zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, stanu wojennego 13 grudnia i wypowiedzi Urbana, gdy piastował stanowisko rzecznika prasowego rządu. Choć wszyscy się zarzekali, że go nie słuchają, to czekali na jego konferencje prasowe transmitowane w Dzienniku Telewizyjnym. Były inteligentne, krótkie i cyniczne, do historii przeszła fraza „rząd się sam wyżywi”, czy ogłoszenie o wysłaniu śpiworów dla Nowego Jorku, które nigdy tam nie dotarły. Urban został aktorem jednego planu, tak odmiennego od szarej wówczas rzeczywistości i twarzą tej epoki.

Nie wszyscy dziś wiedzą, lub nie chcą o tym wspominać, że do porozumień z opozycją pod koniec lat osiemdziesiątych przyłożył swoją grubą rękę. Mając dostęp do dokumentów SB, rozumiał złożoną polską scenę polityczną. Dwadzieścia lat później również. W październiku 2015 drukuje w tygodniku „Nie” artykuł pt. Polska kaput i uprzedza czytelników „że choć PiS zdobywa władzę w wyniku demokratycznych wyborów, nie odda jej w ten sam sposób.” Sprawdziło się to w roku 2023.

Może cynizm i ateizm chroniły go przed agresją i wyzwiskami, którymi obrzucali ludzie. Ale o dziwo, to również go napędzało, bo jak powiedział „Brak wrogów boleśniejszą tworzy pustkę niż ubytek przyjaciół. Wrogości są ożywcze.” Kiedy premier Mateusz Morawiecki na Facebooku nazywał go „kanalią stanu wojennego”, Urban odpowiedział mu w swoim stylu na YouTube: - Morawiecki powiedział, że jestem kanalią stanu wojennego. Mnie to nie uraża, bo on zawsze kłamie.

Z biografii „Urban” duetu Doroty Karaś i Marka Sterlingowa, którzy zebrali ogromny materiał, dowiemy się przede wszystkim, jak czytać dzisiejsze informacje telewizyjne, do kogo skierowano grę na emocjach. Czy się ustrzeżemy przed tą propagandową miazgą, nie wiem, mój sąsiad nie potrafi. Kiedy mijamy się na schodach moje „Dzień dobry sąsiedzie”, zbywa milczeniem. Natomiast książka, przepraszam, to Urban – pokazuje, jak należy kreować rzeczywistość w telewizji i w gazetach. Autorzy są dalecy od komentarza. Tę naukę wykorzystują dzisiejsi spece od pijaru w telewizji z byłym prezesem Telewizji Polskiej na czele, Jackiem Kurskim. Przy wystąpieniach byłego premiera w okularach zastanawiałem się, czy Jerzy Urban nie był bardziej inteligentny od niego, chociaż nie skończył żadnego uniwersytetu. Można powiedzieć – Urban wiecznie żywy.

Jerzy Urban pisał dużo, zrobił z tego sobie styl życia, poza tym, jak sam mówił, nic nie umiał robić. Jego artykuły drukowały, między innymi tygodnik „Polityka”, „Szpilki” i chociaż przez kilka lat miał zakaz publikacji, to pisał pod pseudonimami. Małgorzata Szejnert stwierdza „Jerzy Urban uważany jest za fonemem: nie ma chyba w Polsce drugiego dziennikarza, który pisząc tak dużo, pisałby jednocześnie tak dobrze, a zwłaszcza tak denerwująco.”

Bez pisania nie umiał żyć. Kiedy już nie chciano drukować jego artykułów, nie miał innej możliwości jak założyć w 1990 roku własny tygodnik „Nie”.

„Urban. Biografia”, Marek Sterlingow, Dorota Karaś, Kraków 2023, Wydawnictwo Znak.

czwartek, 9 czerwca 2022

Bronisław Wypych poleca książkę o potworze

 Horror i do tego prawdziwy

 

W czasie pandemii zanikły nawyki społeczne z czytaniem książek włącznie. Biblioteki w połowie opustoszały i tylko fani czarno-białej strony odwiedzali ostatnie wolne przybytki kultury. Po zniesieniu obostrzeń powoli odradza się nawyk, więc po wybuchu wojny na Ukrainie 24 lutego 2022 r., pomyślałem że bez problemów zdobędę książkę, która pozwoli mi zrozumieć ten obłęd. Niestety większość poszła tym samym tokiem rozumowania, bo „Tajemnice Rosji Putina. Wowa, Wołodia, Władymir” jest od kilku tygodni najbardziej poszukiwaną pozycją. Ludzie myślący starają się zrozumieć, pomimo że oglądają telewizję, słuchają radia, czytają w internecie artykuły i wyciągają wnioski, to jednak potrzebują głębszej analizy.

Książkę czyta się jak kryminał, i gdyby nie fakt, że w tym gatunku zło zostaje pokonane, można by odetchnąć z ulgą. Należałoby tę książkę czytać jak literaturę faktu, tak dziś popularną z angielska zwaną non fiction, gdyby nie tragizm wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach.

Czeczenia to mały kraj w Azji. Ledwo go widać na mapie, tam zawsze tlił się konflikt, uważano w latach dziewięćdziesiątych gdzieś w Hiszpanii, Niemczech. Jeszcze wówczas współodczuwano biednym ludziom, ponieważ dostęp do tych terenów mieli dziennikarze, którzy nagłośnili I wojnę w Czeczenii (1994-1996). Rosjanom, Czeczeńsko-Inguska Autonomiczna Socjalistyczna Republika Radziecka, też mało mówiła, ponieważ w kraju Puszkina i Czajkowskiego panowała bieda i totalny chaos, najpierw Michaił Gorbaczow wprowadził pierestrojkę, a potem głasnost (czego Rosjanie do tej pory nie mogą mu wybaczyć), następnie pojawił się na scenie Borys Jelcyn i pucz Janajewa. Swoją drugą prezydenturę schorowany Jelcyn powierzył Rodzinie, w grudniu zrezygnował a na swojego następcę pobłogosławił nikomu nieznanego Władimira Putina.

Kim jest ten Putin? Rosja potrzebuje silnego prezydenta, mówią Rosjanie.

I po to była druga wojna z Czeczenią (1999-2009), po to nagle we wrześniu 1999 roku Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku separatyści czeczeńscy (tak podają rządowe media a prawda jest zupełnie inna) dokonują zamachów bombowych, aby pokazać silnego przywódcę Rosji, z tym że już Putin nie popełnia błędu Jelcyna i zabrania dostępu dziennikarzom na teren wojny, jedyną wiedzę z rozgrywającej się tragedii świat czerpie z rządowych mediów rosyjskich.

Ale kim naprawdę jest Putin? Tę wiedzę, z wielkim wysiłkiem, zdobywają tylko nieliczni dziennikarze, i to w latach kiedy był jeszcze dostęp do źródeł. Ponieważ już wtedy wszelkie ślady o przywódcy zacierają służby FSB.

Na 780 stronach autorka z drobiazgowością opisuje fakty, do których dotarła m.in. dzięki pomocy opozycyjnych dziennikarzy rosyjskich, jak zastrzelona Anna Politkowska. Większość osób interesujących się prywatnym życiem Putina, działalnością służb specjalnych, korupcją, na skalę której zwykły śmiertelnik nie jest w stanie pojąć, tragicznie ginęła w Rosji.

Autorka 14 lat pracowała jako dziennikarka w Rosji, potem 3 lata zajęło jej pisanie biografii Putina, która na Zachodzie przez wiele lat była przemilczana. Ot, jeszcze jeden „wymyślony życiorys”. Dziś, po 8 latach od opublikowania książki, potwierdzają się „wymyślone” teorie np. w sprawie dostaw gazu i ropy, i w jaki sposób macki Putina ogarnęły Europę i świat.

Dzisiejsza wojna w Ukrainie ma jeszcze jeden charakterystyczny wymiar, jest inna niż te w Czeczeni, i ta największa – II wojna światowa. Dziś nie czekamy już na słowa papieża aż ukaże się gazeta, nie siedzimy przy głośniku radia, dziś mamy ją w bezpośrednio na ekranie telewizyjnym i w mediach społecznościowych, konfrontujemy na bieżąco wydarzenia. Doprawdy przerażająco się czyta książkę w tym momencie historii.

Krystyna Kurczab-Redlich „Tajemnice Rosji Putina. Wowa, Wołodia, Władymir”, Grupa Wydawnicza Foksal Sp.z o.o., 2014.

sobota, 3 kwietnia 2021

Bronisław Wypych - 45 lat ROD "Krokus"

Piękna książka na 45-lecie Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Krokus”


W zbliżających się latach wiele Rodzinnych Ogrodów Rodzinnych w Polsce będzie obchodziło okrągłe rocznice powstania. Podobnie jest w Jeleniej Górze, nie wiadomo czy hucznie i z pompą zarządy ogrodów postanowią uczcić jubileusze z uwagi na panującą pandemię, czy też po prostu o tym nie wiedzą, ponieważ większość a niekiedy w całości ich dokumentacji została już dawno przeznaczona na makulaturę.

Wydana w tym roku „Historia Ogrodu Rodzinnego Krokus w Jeleniej Górze – 45 lat”, przypomina o tym „dziwnym zjawisku społecznym”, jakim są ogródki działkowe, o czym wszyscy mówią a, o czym włodarze miast nie chcą słyszeć. W krótkiej, przystępnej formie autor przypomina początki tworzenia ogrodów, ich przemianę oraz odkrywa nieznane fakty dotyczące Jeleniej Góry.

W Niemczech dużą popularność, obok Armengärten (ogrody dla ubogich), zdobyły również tzw. ogrody Schrebergärten, od nazwiska Daniela Gottloba Moritza Schrebera, ortopedy i wykładowcy na uniwersytecie w Lipsku, propagatora ruchu na świeżym powietrzu. W roku 1900 w Niemczech funkcjonowało ich ponad 10 tys.

W Jeleniej Górze przed II wojną światową funkcjonowały oba typy ogrodów. W roku 1939 zarejestrowanych zostało dziesięć, chociaż prawdopodobnie było ich więcej:

  1. Sonnenland” – Schrebergarten, to pierwszy ogród za starym cmentarzem przy ul. Sudeckiej, obecnie należy do ROD „Południe”.

  2. Waldfrieden” – przy ul. Łomnickiej, zaraz za lotniskiem, zlikwidowany w 2014 r.

  3. Am Linkeweg” – Schrebergarten, przy ul. Powstańców Śląskich, zlikwidowany.

  4. Abendfrieden” – drugi ogród za starym cmentarzem przy ul. Sudeckiej, obecnie należy do ROD „Południe”.

  5. Krautland” – przy ul. Zielnej i ul. Mlecznej Drodze przy rzece Kamiennej (obecnie „Jeleniogórskie Błonia”), zlikwidowany.

  6. Am Hausberg” – Schrebergarten – między ul. Władysława Jagiełły i al. Bolesława Krzywoustego, zlikwidowany.

  7. Eichengrund” – ogród założony w 1918 r. przy rzece Kamiennej między ul. Nadbrzeżną i ul. Wolności, zlikwidowany.

  8. Krebsbachtal” – przy basenie „Rakownica”, ul. Zgorzelecka.

  9. Am Zacken” – przy rzece Kamiennej i Pijawniku, między ul. Powstania Styczniowego i ul. Jana Kasprowicza, obecnie należy do ROD „Zachód”.

  10. Ludwigkolonie” – brak lokalizacji.

Dokładną datę powstania ogrodu „Krokus” znamy dzięki prowadzonej przez komisję socjalną od 1983 r. do 1991 r. kronice, która w zapomnieniu przeleżała trzydzieści lat między dokumentami i niedawno została odnaleziona.

16 czerwca 1976 r. decyzją Urzędu Miasta postanowiono grunty rolne przy ul. Działkowicza przekształć w ogrody działkowe i przydzielić je zakładom pracy. Tak powstały Pracownicze Ogrody Działkowe „Krokus”, „Tulipan, „Zabobrze” i „Wiarus”.

Już rok później 9 stycznia w Wojewódzkim Domu Kultury (do 1975 r. klub „Kwadrat”) zebrali się członkowie ogrodów z siedmiu zakładów pracy, którym przydzielono określoną ilość działek. Były to: Karkonoskie Zakłady Papiernicze, Zakład Energetyczny, Państwowa Komunikacja Samochodowa, Spółdzielnia Inwalidów „Karkonosze”, Spółdzielnia Inwalidów „Simet”, Zakłady Mechaniczno-Odlewnicze ZREMB, Spółdzielnia „Elektromet”.

To właśnie pomoc zakładów pracy, a konkretnie ideowców, bez których nie byłoby możliwości przekucia tej pomocy w czyn, spowodowała że w latach osiemdziesiątych XX wieku Pracowniczy Ogród Działkowy Krokus” stał się najbogatszym i najbardziej zaangażowanym społecznie ogrodem w Jeleniej Górze.

11 września 1985 r. zorganizowano na terenie ogrodu „Krokus” Wojewódzkie Święto Plonów, które opisał Henryk Stobiecki w „Nowinach Jeleniogórskich”. Mniej oficjalną wersję tego wydarzenia, a ciekawą z punktu widzenia na przykład historyka, znajdziemy w sprawozdaniu ówczesnego prezesa Czesława Cecha: „(…) Większość wydatków związanych z dożynkami pokrył zarząd wojewódzki PZD. Część jednak to nasze nakłady, tzn. opłaty za rzeczy, które i tak zostają w ogrodzie. Wykonaliśmy piękne dekoracje, napisy i hasła z myślą, że będą nam służyć długie lata. Tymczasem wszystkie te dekoracje zostały rozkradzione przez pijaków z naszego ogrodu. Część udało się odzyskać tzn. wielkie elementy dekoracyjne i część ukradzionych stołów. Większość jednak przepadła bezpowrotnie. (…)

Dziś już wiekowi działkowicze z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy na ogrodzie organizowano imprezy z okazji Dnia Kobiet, Dnia Dziecka, i gdy na specjalnie do tego celu wybudowanym podium przygrywała kapela podczas Dożynek. Przełom wieku XX i XXI to walka o przetrwanie ogrodu w nowej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Imprezy organizuje się rzadziej i nie z tak wielką pompą. 19 sierpnia 2017 r. odbyła się Biesiada Literacka „Pod Jabłonką” zorganizowana przez Stowarzyszenie Literackie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej. Ciekawym „rodzynkiem” w książce jest wspomnienie działkowiczki, Marii Sucheckiej pt. „Z powodu agrarnych genów czyli wyznania działkowej pionierki.”

Jak potoczyły się dalej losy Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Krokus”, można przeczytać w wydanej historii z okazji 45-lecia, którą zebrał i opracował Robert Bogusłowicz.




Strona tytułowa odnalezionej Kroniki Pracowniczego Ogrodu "Krokus".

Dożynki w roku 1990.
Biesiada Literacka "Pod Jabłonką" zorganizowana przez Stowarzyszenie Literackie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej w 2017 r.
Widok ogrodu z torów kolejowych


Wejście na ogród.
Fragment Referatu Sprawozdawczego z działalności zarządu ogrodu "Krokus" za okres 1985/1986 sporządzony przez prezesa Czesława Cecha.
Jak można się doczytać, problem ze śmieciami na terenie ogrodu nie jest nowy, a raczej był on od samego początku. I to dzisiejszym prezesom ogrodów zajmuje większość czasu.

Transparent uratowany z płomieni w 1985 r.
Legitymacja





środa, 6 lutego 2019

Bronisław Wypych o "Ziarnach historii"


Zbieranie ostatnich ziaren historii



Na jeleniogórskim rynku wydawniczym w roku 2018 ukazało się kilka pozycji związanych z setną rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę. Jedna z nich szczególnie zasługuje na uwagę. Jest to almanach „Ziarna historii”, wydany przez Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej, które w ubiegłym roku zorganizowało kilka imprez kulturalnych.
W roku upamiętniającym setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości my ludzie pióra w ostatnich dniach sierpnia wyruszyliśmy w literacką podróż na Warmię i Mazury. Z Marią Duchnik, mieszkanką ziemi górowskiej, w Kandytach zorganizowałyśmy seminarium literackie pt. „Dotknąć historii”, w którym uczestniczyli oprócz przedstawicieli naszego stowarzyszenia, Bartoszycka Grupa Literacka Barcja oraz Gminna Biblioteka i Centrum Kultury z siedzibą w Górowie Iławeckim. (...)
A już w dniach 7 - 8 września z Krystyną Sławińską, liderką Grupy Literackiej „Nurt”, w drugim projekcie zorganizowałyśmy seminarium literackie pod hasłem „Niepodległa na dotknięcie słowa”. – napisała Danuta Mysłek, Prezes stowarzyszenia, w słowie wprowadzającym do almanachu.
Na książkę składają się utwory poetyckie i prozatorskie 31 autorów. Ta różnorodna forma zaproponowana przez redaktorów, Danutę Mysłek i Roberta Bogusłowicza, sprawdziła się doskonale, ponieważ pokazuje, jak duży wachlarz emocjonalny tkwi wciąż w poezji i opowiadaniach ludzi młodych i starszych, którzy opisują minione lata.
Znajdziemy tu wspomnienie autentycznych wydarzeń rozgrywanych na oczach uczestników, dziś osiemdziesięcioletnich; fragmenty rodzinnych sag, przekazywanych sobie z ust do ust, bo nikt nie miał czasu ich zapisać i dopiero teraz, przy okazji wydania almanachu, ktoś spróbował przelać je na papier. Często są to biografie jednostkowe, dramatyczne, tak jak historia Polski, jednak losów naszych bohaterów nie znajdziemy w żadnym podręczniku: oni walczyli anonimowo. Dlatego tak ważne jest dla ich dzieci i wnuków, żeby życie, pełne tragicznych wątków, nie zostało zapomniane. Należy napomknąć o drugiej stronie medalu, wiele z rodzinnych historii wciąż czeka na utrwalenie, nie każdy ma w sobie, nawet po latach, dość siły i odwagi, aby opowiedzieć bez wzruszeń i łez o śmierci najbliższych.
Zaprezentowane utwory poetyckie, są dowodem, – pisze we wstępie Robert Bogusłowicz – że każde pokolenie próbuje rozliczyć się z traumatycznymi wydarzeniami rodzinnymi i historycznymi. Jest to pierwsza grupa, która w formie poetyckiej próbuje zawrzeć emocje. Formę prozatorską należy podzielić na dwie części. Literacko-dokumentalną, która zawiera opis autentycznych faktów utrwalonych w formie literackiej, i dokumentalną, gdy autor zachowuje daty, nazwiska i miejsca wydarzeń. Spotykamy się tutaj z fragmentem sagi czy pamiętnika, krótkiego, ze względu na wymogi wydawnicze almanachu, lecz bardzo wymownego. Bowiem autorzy, spisujący historię rodzinny do szuflady, posiadający stare dokumenty, zdają sobie sprawę, że jest to ostatnia chwila, aby została zachowana pamięć o dziadkach i ojcach dla pozostałych pokoleń.”

Jeśliby ktoś sądził, że książka zainteresuje tylko rodziny autorów, grubo by się pomylił, znalazło się tutaj kilka utworów ujętych w formę literacką, całkiem sprawnie opowiedzianych i ciekawych. W almanachu znalazły się również dwa debiuty, Ryszarda Bilskiego „Mój pierwszy rejs” i Barbary Baltyn „Wspomnienie o Pani Profesor Irenie Czerskiej”.

sobota, 15 grudnia 2012

"Bożydar" część 12.


- Prywatnie nie szukam odpowiedzi, dlaczego pan zabił Makucha!? Mam to w dupie. Ale muszę coś wpisać w papiery. Bo nie został pan kierownikiem w hipermarkecie? Czy chciał się pan na nim zemścić za krzywdę, jaką wyrządził siostrze? Akurat o to pana nie podejrzewam, jest pan takim samym tchórzem jak ona.
- Ja nie zabiłem? – zaprzeczył nieśmiało.
- Dobra, dobra, powiem panu, co mnie dręczyło – oparł się wygodnie o krzesło. – Jak to się stało, że jeden facet znajduje się w dwóch miejscach? Bogiem nie jest, prawda? Jedno głupie pytanie może człowiekowi zatruć dzień i noc. Noce są najgorsze – spojrzał na Bożydara.
- Teraz powinieneś zadać pytanie – Bożydar odchylił się i zawiązał ręce na brzuchu. - Dlaczego noce są najgorsze?
- Dlaczego noce są najgorsze? – wydukał cicho Krzysiek.
- Bo noce należą do mnie i do nikogo innego, nawet żona nie ma do nich dostępu. A ty każesz mi myśleć. Ale to dobrze, bo stwierdziłem, że źle postawiłem pytanie, powinno ono brzmieć; skoro Dyduch jest winien, to dlaczego nie ma jego śladów na ubraniu Makucha. Ale to też jest złe pytanie. Dziś przestępcy nie są idiotami, wiedzą co to mikroślady. Dlatego gdy znalazłem DNA Makucha, Dyducha i pańskie na dresie Katarzyny Jasińskiej, zapytałem. Jak? Odpowiem panu, bo nudzi mnie już rozmowa z takim gadem jak pan. Podmienił pan dres siostry tego wieczoru, bo przypuszczał, że nikt go nie znajdzie, skoro za godzinę wyjeżdża z miasta, a za kilka godzin leci do Anglii.
- Pan się myli. Przecież mnie pan widział.
- Owszem, gdy szedł pan pijany do leżaka. Była to godzina osiemnasta i widzieliśmy tylko nogi. Był pan zasłonięty parasolem.
- Potem byłem w piwnicy.
- I to też się zgadza. Siostra potwierdza, że przez tych kilka tygodni, kiedy przebywaliście razem w domu schodził pan do piwnicy i przesiadywał do późnej nocy. Nie pytała dlaczego, rozumiała, że potrzebuje pan samotności tak jak i ona. W piwnicy jest małe okienko, przez które pan wyszedł.
- To bzdura.
- Jest świadek, który widział ją o godzinie dwudziestej w mieszkaniu, i jest koleżanka, z którą rozmawiała w trakcie, gdy pan mordował. To ona załatwiła jej pracę w Anglii. Siostra nie wychodziła z domu, bo się wstydziła po tym, co zrobił jej Makuch. Złożyła doniesienie, ale po szantażu je wycofała. Wyszła raz, jedyny, obejrzeć cud w Kuźnicy i wtedy kamerzysta ją sfilmował.
- Jest bardzo religijna.
- I bardzo kocha swego brata. A pan? – pytanie pozostało bez odpowiedzi. - Kupił pan ten dres, tak jak połowa miasta, więc nawet nie potrzebował się pan specjalnie kamuflować. Wiedział pan, że kamery zamontowane wokół hipermarketu go zarejestrują. Po morderstwie ucieka pan i nagle spotyka w uliczce Dyducha. Próbował go pan zaskoczyć, ale się nie udało. Został zamroczony na kilka sekund i to wystarczyło, żeby zabrać mu klucze i podrzucić nóż do domu. Pomysł z kamerą nie jest zły, trzeba było na tym poprzestać. Jak to było… - znowu spojrzał na Bożydara.
- Brak umiaru…
- Nie, nie, to przedobrzenie. Po powrocie zauważył pan krew na dresie, trzeba się go szybko pozbyć a pieca nie ma. Siostra właśnie się pakuje i wyjeżdża, a więc zamienia pan dresy, ona go wypierze. A jak nie, to gdzieś zaginie w odmętach Wielkiej Brytanii. Nikt nie będzie pana podejrzewał, człowiek w depresji przecież nie jest zdolny do morderstwa i ma pan alibi. Siostra przekonywała mnie, że pan nigdzie nie wychodził. Całe szczęście, że zagubiono bagaż, i nikt do niego nie zaglądał od momentu zapakowania. Wie pan gdzie był? Łatwiej powiedzieć gdzie nie był. Obleciał Malezję, Japonię, Rosję, Anglię i wrócił do Polski. Trzeba było sprawiedliwość zostawić w rękach policji. Mówi się, że zemsta to kropla w morzu cierpienia. Zabrać go! – krzyknął Dominik do stojących na korytarzu salowych. – Wbrew temu, co pan ogląda na filmie, zostanie pan odtransportowany na szpitalkę w jeleniogórskim więzieniu. Lekarz stwierdził, że może pan tam odbywać karę nawet bez nóg i bez rąk.
Bożydar z Dominikiem obojętnie patrzyli na salowych, którzy z anielską cierpliwością podnosili wijącego się w tłumaczeniach i zaprzeczeniach Krzysztofa Jasińskiego. Gdy zostali sami, wsłuchiwali się w kojącą dusze ciszę.
- Czarny wyjechał na urlop - odezwał się pierwszy Dominik - pewnie to dla niego cios, po którym się nie podniesie.
- Politycy hodowani są na bawolej skórze – zaprzeczył Bożydar. - A co z Jackiem?
- Powinien odpowiadać z zniszczenie mienia, tylko trudno mu udowodnić szkodę, skoro szybę zabrał proboszcz od św. Marcina. I nie ma zamiaru jej oddać. Nie będziemy się o nią bić – ziewnął.
- Zemsta to kropla w morzu cierpienia. Co to było?
- To z jakiejś gry. Nie mogłem się oprzeć – położył się na łóżku, które zajmował Jasiński. – A teraz idę spać, dziękuję za pomysł z MMS-em do Jasińskiej – i zachrapał.
Popołudniowa rozmowa z Filipem przebiegała na tematy ekonomiczne. Nawet Bożydar stwierdził, że jest to nudne, mogłoby zainteresować Barbarę i na pewno wymieniłaby z nim kilka ważkich uwag, gdyby nie wyjechała służbowo w delegację. Z opresji wysłuchania dalszych fascynujących momentów na niwie ekonomicznej wybawił go syn.
- Dobra ojciec, dosyć na temat pieniędzy. Kaśka to cicha, zastraszona dziewczyna, jej portret psychologiczny nie daje jej szans na popełnienie morderstwa. - Bożydar aż skrzywił się. – Słowo psychologia wciąż ci nie przechodzi przez gardło, ale taka jest prawda. Wiesz, że jako jedyny widziałem ten dres po morderstwie. Na lotnisku we Wrocławiu przepakowała torbę, gdy czekaliśmy na samolot. Widziałem krew, ale wziąłem ją za brud, dopiero później dotarło do mnie, co to może być.
- Synu to niezdrowo w twoim wieku interesować się trupami.
- W lokalnej gazecie tak nie uważają, biorą ode mnie każdy artykuł. Trup to trup, szanowny ojcze.
- Przestań się tak do mnie zwracać, wyprowadzasz mnie z równowagi. Albo coś bierzesz, albo znowu siedzisz w baroku?
- Czytam Budrewicza. Koochaany móój oojczee.
Filip się rozłączył. Barbara widziała w nocy Dominika rozlepiającego kartki na słupach. Na drugi dzień wspomniała o tym Bożydarowi. Gdy przeczytał ulotkę, wszedł na odpowiednią stronę w internecie, dodał dwa do dwóch i wyszło. Filip skończył niedawno studia, interesował się kupionymi pracami magisterskimi do swojej powieści kryminalnej, nawet spotkał się w tej sprawie ze znajomym, który wspomniał mu o radnym Czarnym. Przekazał te informacje Dominikowi, koledze z ławy szkolnej. Były to rzeczy kompromitujące, ale nic poza tym. Bożydar uważał, że trzeba przeciąć tę dziecinadę. Potrzebował mocnego argumentu, żeby uciszyć radnego. W kraju, w którym aż jedenaście instytucji ma prawo podsłuchiwać jednego obywatela, to jest proste, tym bardziej w małej mieścinie, gdzie wszyscy się znają. Trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać. Skontaktował się ze starym znajomym, którego jedynym zadaniem jest podsłuchiwanie. Z materiałów operacyjnych otrzymał mały wycinek nagrania. Wykosztował się tylko na MP-3, miał nadzieję, że Czarny zapłaci więcej.
KONIEC