Grupa Wydawnicza Relacja donosi, że wprowadza czytelników w „fascynujący świat japońskich bestsellerów”. Poniżej rekomendacja serii prozatorskiej Toshikazu Kawaguchi, urodzonego w 1972 roku, którego wydawca przedstawia jako producenta, reżysera i dramatopisarza, a ja dodam, że jest też świetnym prozaikiem. Jedna z pozycji krótkich, opowiadaniowych form została rozwinięta w powieść i podbiła rynek czytelniczy nakładem trzech milionów egzemplarzy. Ten cykl objęty tytułem „Zanim wystygnie kawa” opowiada o niezwykłych zdarzeniach w niedużej, ciemnej kawiarence na wyspie, chętnie odwiedzanej, a zjawiają się tutaj ci, którzy wierzą, że mogą tutaj cofnąć się w czasie. Jest tutaj tylko kilka miejsc, ale jedno zawsze zajęte. Krzesło zostaje zwolnione tylko raz na dobę, kiedy tajemnicza osoba rusza do toalety. Niektórzy z obsługi wtajemniczają zainteresowanych gości, że jest to duch, który złamał obowiązujące tutaj zasady.
wtorek, 3 czerwca 2025
Rafał Brzeski poleca
Grupa Wydawnicza Relacja donosi, że wprowadza czytelników w „fascynujący świat japońskich bestsellerów”. Poniżej rekomendacja serii prozatorskiej Toshikazu Kawaguchi, urodzonego w 1972 roku, którego wydawca przedstawia jako producenta, reżysera i dramatopisarza, a ja dodam, że jest też świetnym prozaikiem. Jedna z pozycji krótkich, opowiadaniowych form została rozwinięta w powieść i podbiła rynek czytelniczy nakładem trzech milionów egzemplarzy. Ten cykl objęty tytułem „Zanim wystygnie kawa” opowiada o niezwykłych zdarzeniach w niedużej, ciemnej kawiarence na wyspie, chętnie odwiedzanej, a zjawiają się tutaj ci, którzy wierzą, że mogą tutaj cofnąć się w czasie. Jest tutaj tylko kilka miejsc, ale jedno zawsze zajęte. Krzesło zostaje zwolnione tylko raz na dobę, kiedy tajemnicza osoba rusza do toalety. Niektórzy z obsługi wtajemniczają zainteresowanych gości, że jest to duch, który złamał obowiązujące tutaj zasady.
środa, 25 września 2024
Rafał Brzeski poleca
Mój znajomy tuż przed wielką wodą wrócił z warszawskiego światowego kongresu semiotyków i zdumiony dzielił się wrażeniami, bo mając za sobą takie zdarzenia z ostatnich lat na różnych kontynentach, stwierdził, że właśnie w naszej stolicy ta konferencja była pod każdym względem najlepiej zorganizowana. A ponieważ właśnie trwa Rok Wańkowicza, przypomniałem sobie, że kiedy był w południowej Ameryce, odwiedził krewnych noszących jego nazwisko, a odnalazł je w internecie i korzystając ze wspomnianego wyjazdu, postanowił odwiedzić krewniaków, ci zaś w swoim mieście zaprowadzili go do muzeum, gdzie wyeksponowane były fotografie i wojenne wspomnienia dotyczące ich przodka, który ocalał po uczestnictwie w zwycięskiej walce o Monte Cassino. Mój znajomy nie wiedział, że i w biografii jego rodu zaistniał taki bohater. A ja właśnie zaopatrzyłam się w książki Wańkowicza i o Wańkowiczu i pochłaniałem jego „Szkice spod Monte Cassino”. A jak wyjaśnił autor w słowie wstępnym, jest to skondensowana zawartość wielostronicowej książki o tej historycznej batalii, w której uczestniczył osobiście jako polski reporter. Wcale się nie dziwię, że znajoma, której pożyczyłem Szkice na krótko, oddała mi je bardzo szybko, spłakana jak przysłowiowy bóbr. Nic dziwnego, to lektura głęboko wzruszająca, a opis kolejnych etapów batalii jest wstrząsający. Nasi ginęli, ale nie poddawali się, a ostatnie słowa konających brzmiały „Za Polskę”. Ranni resztką sił ratowali ciężko poszkodowanych. Kapelani udzielali ostatniego rozgrzeszenia umierającym. Walczyli i ginęli nie tylko żołnierze, ale też członkowie sił pomocniczych. Mój kontakt z tą książką zbiegł się z akcją ratunkową u powodzian. Ten niedawny uczestnik warszawskiego zdarzenia zdumiewał się, jak wiele osób zgłosiło się natychmiast do pomocy. I kiedy musiał skorzystać w moim mieszkaniu z lodówki i prysznica, dzielił się takimi uwagami. Jak to jest, że my Polacy pogardzamy sobą, opluwany się, szkodzimy własnemu krajowi na miejscu i za granicą, ale kiedy przychodzi zagrożenie, spieszymy sobie z pomocą.
Melchior Wańkowicz „Szkice spod Monte Cassino”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1969.
środa, 21 sierpnia 2024
Rafał Brzeski poleca
Autor książki, którą poniżej polecam, jest pisarzem, krytykiem i dziennikarzem, tak przedstawia go wydawca. Ten kulturoznawca jest Amerykaninem, mieszka w Nowym Yorku, więc nic dziwnego, że zbiór esejów, traktujących o twórcach, których dzieła są okupione cierpieniem, skupia się przede wszystkim na pisarzach, muzykach, aktorach i reprezentantach wszelkich innych artystycznych branż, którzy urodzili się w USA i tam spełniają się twórczo. Tych pochodzących z Europy jest zaledwie kilkoro. Wszystkich jednak łączy to, że mieli biografie naznaczone bólem duszy i ciała.
Christopher Zara „Artyści udręczeni”, ilustracje Robbie Lee, tłum. Jakub Bartoszewicz, wydanie Burda Publishing, Polska Sp. z o. o., Spółka Komandytowa, Warszawa 2015.
niedziela, 21 lipca 2024
Rafał Brzeski poleca
Jednym tchem przeczytałem „Rosyjską namiętność” Reyes Monfortne, ale uprzedzam, żeby nie nastawiać się na harlekinowe wątki, na romansowe dzieje pary bohaterów, a jest to para niezwykła, zaś zawarte w powieści sytuacje zawierają autentyczne opisy.
niedziela, 21 maja 2023
Rafał Brzeski poleca
Czy morderczyni może być sympatyczna?
Jeśli ktoś lubi, kiedy czytając kryminał doświadcza dreszczy albo boi się wejść do piwnicy, by tam nie zaatakował go jakiś złoczyńca, niech koniecznie weźmie do ręki „Neon”, którego autorka kryje się za wersalikami GS LOCKE. Notka od wydawcy informuje, że jest redaktorką, a specjalizuje się w tematyce związanej z rozmaitymi sposobami łamania prawa. Prywatnie jest matką, a lubi muzykę i gorzką czekoladę.
Powieść jest tak skonstruowana, że właściwie od początku czytelnik wie, kto jest seryjnym mordercą. W pewnym momencie pada nawet jego imię i nazwisko, ale zbrodnie, jakich się dopuszcza, są po prostu szokujące. Seryjny morderca wybiera piękne, szykowne i wiele znaczące kobiety ze świata, w którym są cenione i podziwiane. Znakomity policjant Matt Jackson prowadzi dochodzenie. Jedno łączy ofiary. Są spoza miasta, w którym pojawiają się ich ciała, miejsca ujawnienia zwłok są tłumnie odwiedzane, znakomicie oświetlone, można przypuszczać, że morderca nie może tam zjawić się niezauważony. Oczywiście śladów nie zostawia. Ambicją Matta jest wytropienie mordercy. Co jest trudne, bo skoro ofiary są z różnych miejsc, to i wskazanie potencjalnych morderców oraz ich motywów jest utrudnione. Jego to nie zniechęca, zwłaszcza zagadkowe jest to, że ciała są znajdywane w blasku neonów. Są jakby wkomponowane w kolory i przesłania reklamowe tych szalenie popularnych środków skupiania uwagi ludzi.
Matt kapituluje, kiedy we własnym domu znajduje ciało swojej własnej, ukochanej żony. Ta zbrodnia nie mieści się w dotychczasowych prawidłowościach. To nie jest ludne miejsce publiczne, nie centrum reklamy, tylko jedno jest wspólne, neon zamontowany w pokoju zmarłej kobiety. Oczywiście policjant, osobiście zaangażowany, jest odsunięty od prowadzenia sprawy. On powodowany podwójną stratą, czyli śmiercią żony i zawodową porażką postanawia popełnić samobójstwo, a ten akt samozagłady powierza płatnej morderczyni. Pracując w dziale, gdzie ma do czynienia z różnymi przestępstwami dociera do właściwej osoby i kieruje do niej anonimowe zlecenia. Jednak zanim umrze, chce zidentyfikować zbrodniarza, jakiegoś psychicznego dewianta, a zarazem człowieka obeznanego ze sztuką montowania neonów.
Czytelnik nie może się oderwać od śledzenia akcji. Autorka umożliwia mu obserwowanie poczynań policjanta, który łamie służbowy zakaz włączania się do dochodzenia; morderczyni, która musi dzięki temu zleceniu zdobyć pieniądze na kosztowną operację ratującą życie; no i nie pozwala spuścić z oczu seryjnego zabójcę. Kilka elektryzujących wątków skupia uwagę, trzyma nieustannie w napięciu, aż dochodzi do zaskakującego wyjaśnienia, dlaczego ofiarą zostaje żona policjanta.
Nie mam prawa wyłuszczenia piętrzących się zagadek, zostawiam to czytelnikowi, ale zapewniam, że lektura go nie rozczaruje ani przez moment.
GS LOCKE „Neon”, przełożyła Maciejka Mazan, Prószyński i Ska, Warszawa 2021.
czwartek, 10 listopada 2022
Rafał Brzeski poleca historię daleką i bliską.
Gdy za wschodnią granicą wojna
Piętro niżej zamieszkali uchodźcy z Ukrainy. Już od kilku lat u mojej znajomej pani mecenas sprzątała w regularnym rytmie ich rodaczka, ale kiedy wojska rosyjskie wkroczyły w jej rodzinne strony, natychmiast sprowadziła do Polski siostrę z trójką dzieci, kiedy szwagier poszedł na front. Piszę o tym, bo w mediach do tej pory śledziliśmy doniesienia o wojnach na Bliskim Wschodzie, o walkach plemiennych lub międzyreligijnych w Afryce, nawet poznaliśmy Czeczena, który trafił pod Karkonosze, kiedy i w rejonie Kaukazu zaistniały zamieszki, a teraz proszę mamy wojnę po sąsiedzku i nagle taka lektura jak "Czas wojny, czas miłości" nabiera niezwykłej aktualności. I dochodzimy do wniosku, że zawieruchy w Europie, jakie szalały w minionym stuleciu, dawno przebrzmiałe robią wrażenie, jakby zapętliła się historia. Lena i Nora, siostrzane bohaterki powieści Victorii Gische przychodzą na świat w czasie, którego na pewno by nie wybrały, gdyby ktokolwiek z nas miał w tej kwestii wybór. Pełen uroku dworek w Nieczujowie od pokoleń należy do szlacheckiej rodziny a z lektury wynika, że jest to germanizowania część Wielkopolski. Najstarsza w rodzie Róża nie godzi się na ślub syna Henryka z Aleksandrą, ale młody mężczyzna nie dopuszcza jakichkolwiek protestów i poślubia ukochaną, zaś jego matka bardzo szybko przekonuje się, że jego wybór był doskonały, a przekonanie o tym, że synowa jest bezpłodna, okazuje się mylące, bo na świat przychodzą dwie dziewczynki w kilkuletnim odstępie, ale ich matka umiera przy drugim połogu. Norcia nie zachowa rodzicielki nawet we wspomnieniach, a będzie żyć w przekonaniu, że jej przyjście na świat spowodowało zgon położnicy. Ta sytuacja będzie źródłem napięć, poczucia odrzucenia przez rodzinę młodszej siostry i dopiero czas uleczy rany, ale nie do końca, bo i ojciec dziewczynek, kiedy korzystając z zaproszenia amerykańskich przyjaciół do podróży wsiada z rodziną do Titanica, znajdzie się wśród ofiar tej morskiej katastrofy, która przeszła do historii. Rodzi się domniemanie, że Henryk specjalnie nie wsiadł do ratunkowej szalupy, gdyż chciał dołączyć do Aleksandry, nieodżałowanej żony, matki Lenki i Norci.
Tym sposobem zdarzenia rozgrywają się i w Polsce, i w Ameryce, a kiedy wybucha pierwsza wielka wojna, już osiemnastoletnia Lena rusza do Europy, by tam jako sanitariuszka nadać sens swojemu życiu.
Pozna śmierć, ból, poświęcenie i doświadczy miłości do żołnierza, który jej zawdzięcza życie. Opuszcza go, kiedy Maria Skłodowska-Curie zaprosi ją do udziału w akcji realizowanej przez „rentgeny na kółkach”. Tym sposobem fikcja spłata się z faktami, więc nic dziwnego, że pierwszy rozdział powieści poprzedzony jest wykazem osób fikcyjnych i historycznych, więc i padają nazwiska polityków, Egiptologów oraz innych postaci łącznie z córką noblistki.
Nie mogę odbierać czytelnikom przyjemności i napięcia, jakie budzi śledzenie wątków romansowych. Historia wpłata w swoje okrutne prawa miłość, która ustępuje logice nienawiści i agresji. Bohaterowie muszą przywołać siłę charakteru, bo obowiązek wierności jest poddany rozmaitym próbom. Narracja sięga do czasów drugiej wojny światowej. Lektura pozwala poznać odkrycia w Egipcie i udział Leny w pracach archeologicznych, obyczaje w dworku szlacheckim, a nawet wykaz serwowanych potraw na spotkaniach towarzyskich czy weselach.
Książka dowodzi, że minione stulecie wciąż jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, dostarcza bogatego tworzywa literackiego. I daje okazję, by penetrować tajemnice natury ludzkiej. Bardzo podoba mi się zabieg, kiedy autorka kolejne rozdziały poprzedza sentencjami, a przywoływane maksymy pisarzy, myślicieli, a nawet nieznanych autorów pogłębiają sens literackiego przesłania i pobudzają do refleksji. Przez stulecia ludzkość doświadczała tych samych emocji, rozterek, wątpliwości i odkryć zagadek natury ludzkiej, więc poprzestanę tylko na jednej sentencji, w której mieści się odniesienie do zdarzeń na Ukrainie. Już Cyceron napisał: „Przystoi walczyć w obronie praw, wolności, ojczyzny” (str. 199).
Victoria Gische „Czas wojny, czas miłości”, Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus, Białystok 2019.
środa, 13 lipca 2022
Rafał Brzeski poleca gorące piaski Babilonu na upalne lato
Królowa córka bogini
Niejeden czy niejedna z nas spotkała się albo w krzyżówkach, albo w publicystyce wzmiankę o ogrodach Semiramidy. No więc dziś zarekomenduję „Semiramidę”, władczynię Babilonu. Mniema się, że tam właśnie znajdował się biblijny Eden. Tam wznosiła się wieża Babel. To starożytna Mezopotamia. Jej powieściowa królowa ma zagadkową przeszłość.
Dawny żołnierz, teraz pasterz Simmas zostaje przybranym ojcem niemowlęcia. Simmach jako człowiek wojen bywał w niejednym kraju, może zdobywając kobiety posiał w niejednej z nich nasienie, ale nigdy nie poślubił żadnej z kobiet ani nie natrafił na ślad własnego dziecka, aż pewnego razu nad brzegiem morza znalazł kwilącego noworodka. Rzecz się dzieje w 800 roku przed naszą erą. Starzec uważa, że to dar bogów wyrzucony falą na brzeg. Troskliwie opiekuje się noworodkiem. Dziewczynkę chowa z czułością, ale wymagające metody byłego żołnierza czynią z niej tak zwaną chłopczycę. Rówieśnicy wyśmiewają się ze znajdy, krzywdzą ją, a wtedy Simmas uczy ją samoobrony. Wyrasta z niej śliczny żołnierz, jakbyśmy dziś powiedzieli — w spódnicy. Opiekun nie zaniedbuje jej duchowego, a także na owe czasy intelektualnego wychowania. Posyła ją na naukę do kapłanek. I kiedy dziewczyna staje się panną, nad morzem dostrzega ją generał Onnes. Zachwycony jej urodą i wdziękiem, odwagą, mądrością i pewnością siebie, zabiera na dwór, poślubia i przedstawia Ninusowi, królowi Asyrii i Babilonii. Żona generała natychmiast rozkochuje w sobie władcę, który bardzo szybko uśmierca generała i żeni się z wdową. Owocem tego mariażu jest syn, następca tronu. Ale dwór jest pełen intryg, zawiści, a najbardziej rozsierdzony jest brat nieżyjącej żony władcy, który niechybnie byłby następcą tronu, gdyby nie to, że przychodzi na świat prawowity spadkobierca władcy. Podłe intrygi doprowadzają do zgładzenia Ninusa, więc nienawiść szwagra przenosi się na jego syna. I to jest sytuacja, która pozwala wprowadzić na karty powieści postaci okrutne, chciwe, przewrotne, mściwe i zachłanne. Semiramida lokuje syna Ninasa w bezpiecznym oddaleniu od niegodziwców, a sama do jego pełnoletności sprawuje rządy. Potrafi być stanowcza, szlachetna, ale też we właściwych momentach okazuje się doskonałym strategiem.
Trudno jednak żyć bez miłości. Ale kiedy przychodzi czas na wielkie uczucie i burzliwą namiętność do syna króla sąsiedniego państwa, ona odrzuca jego oświadczyny, gdyż dobro jej mocarstwa jest dla niej najważniejsze. Wszyscy są przekonani, że władczyni istotnie jest córką bogini wyrzuconą na brzeg przez fale. Zresztą jeden z mitów opowiada, że bogini Atargatis przeżyła miłość, której owocem była dziewczynka, ale ponieważ nie mogła jej zachować, powierzyła niemowlę morskim odmętom. Więc łatwo było uwierzyć, że królowa jest córką Atargatis.
Powieść obfituje w znakomite odniesienia do starożytnego Babilonu. Sposoby walki, rządzenia, prawa, metody gospodarowania na podstawie spenetrowanych źródeł dają wielką obfitość wiedzy o starożytnym mocarstwie. Wtedy to Semiramida sprowadzała z różnych krajów sadzonki, nasiona, zakładała ogrody, korzystała z nowoczesnych na owe czasy metod nawadniania i z jej imieniem kojarzone były przez stulecia wiszące ogrody. Nawet ogrodnicy wezmą tę powieść do ręki z zainteresowaniem, tak dużo jest w niej praktycznych wskazówek, na przykład jak wykorzystać fazy księżyca do siewu, wegetacji roślin i zbioru plonów. Kobiety zaś zapamiętają wskazania wiecznie pięknej mimo upływu lat kapłanki, jak zachować zdrowie i urodę.
Zresztą co ja się będę rozpisywać. Powieść jest porywająca i popełni błąd każdy, kto nie zaopatrzy się w tę pozycję na urlopowe dni. A mamy dopiero połowę letniej kanikuły.
Ewa Kassala „Semiramida”, Wydawnictwa Videograf, Chorzów 2020.
niedziela, 10 kwietnia 2022
Rafał Brzeski poleca pozycję, z której wypływa wniosek, że 100 lat to za mało.
Czarna strona rewolucji
Czas odmierzają godziny dzienników telewizyjnych. Czekam na najświeższe doniesienia z Ukrainy. Ostatnia informacja była wstrząsająca. Został na oczach matki zgwałcony dwunastoletni chłopiec. Właśnie w tym momencie przypomniałem sobie służbowy wyjazd do socjalistycznej Białorusi. To był czas komunizmu, w programie pobytu uwzględniono zwiedzanie miasta. Pod pomnikiem „pobiedy” stali w pozycji na baczność pionierzy. Nasza przewodniczka dała przykład patriotyzmu młodej pracownicy chlewni. Miała głodujące dzieci, a pilnowała świń. Jedna miała niebawem się oprosić. Kobieta mogła sprowokować wypadek, a padłe zwierzę przeznaczyć na ubój. Uświadomiła sobie, że jej dzieci jakoś przetrwają czas głodu, a maciora będzie miała prosięta, po nich następne i tym sposobem jej decyzja zapewni hodowlę tuczników dla walczącej ojczyzny. Jeśli jej dzieci poumierają z głodu, to ich śmierć ocali innych. Przewodniczka nie powiedziała, czy dzieci kobiety z chlewni przetrwały wojnę. Ona podziwiała wybór kobiety, dla której prosięta okazały się ważniejsze od dzieci. Zresztą w czasie mojej socjalistycznej edukacji uczyłem się rewolucyjnych wierszy na pamięć, a fragment jednego z nich pamiętam do dziś: jednostka bzdurą, jednostka zerem.
Teraz Białoruś jest niezależnym państwem, ale jak się dowiedziałem, z Baranowicz, przez które przejeżdżałem w czasie wspomnianej podróży pociągiem, właśnie wypuszczane są na Ukrainę śmiercionośne rakiety. Równolegle do tych zdarzeń kończyłem lekturę poruszającej powieści Marthy Hall Kelly „Rosyjskie róże”. Jest to opowieść o przyjaźni dwóch młodych kobiet, Amerykanki i Rosjanki. Kiedy kończy się Pierwsza Wojna Światowa, a zbliża się zwycięska proletariacka rewolucja, jedna z nich gości przyjaciółkę w Ameryce i po tej wizycie postanawia zwiedzić Petersburg, rodzinne miasto Luby.
Wcześniej poznały się w Europie, spotykały w Szwajcarii i Francji. Dziewczyna z Rosji jest z jedną z kuzynek carskiej rodziny. Goszcząc w domu amerykańskiej przyjaciółki w miejscowości położonej w stanie Nowy York Luba poznaje grupę Rosjan, zamożnych i wykształconych, którzy wyemigrowali jeszcze w czasach pokoju. Stamtąd wraca do Europy statkiem z Elizą, która oczekuje dziecka. Wyrusza w tę podróż mimo protestów lekarza. Wyruszają mimo obaw i rodzi się Max, Luba i jej siostra zostały osierocone przez matkę, a wdowiec poślubił Agnes, ale ona nie miała serca do pasierbic, więc im też trudno było obdarzyć macochę miłością. Luba postanawia pokazać Elizie życie rosyjskiej arystokracji i w trakcie pałacowego balu Amerykanka zostaje przedstawione carycy Aleksandrze. A kiedy powozami wracają do domu, przeżyją napaść rozjuszonych mężczyzn, którzy ograbiają damy z biżuterii, a znikąd nie nadchodzi pomoc
Jak się później okazało, to już po Petersburgu krążyły proletariackie grupki, zwiastujące zbliżanie się rewolucji. Eliza zdołała wrócić za ocean, Było coraz bardziej niespokojnie, więc ojciec dziewcząt zadecydował, że z eleganckiej willi w Petersburgu przeniosą się do letniego domu w pobliskiej wsi.
Już nie wróciły pod swój dach. Carska rodzina została uprowadzona, pałac splądrowany, podobnie jak inne pałace i wille bogaczy. Czego nie dało się ukraść, było niszczone i dewastowane bez zrozumienia, jaką wartość przedstawiają obrazy, rzeźby, porcelana, meble i inne wartościowe wyposażenie obiektów, które trafiły do rąk tych, którzy ich zagrabienie traktowali jako akt sprawiedliwości dziejowej. Kto z właścicieli zdołał, uciekał jak najdalej od terenów objętych rewolucyjnym wrzeniem. Szczęściem było dostać się do pociągu, do samochodu, do konnego zaprzęgu, na statek.
Rewolucja uczyła nienawidzić, rabować i pogardzać, za wroga uważać kogoś lepiej ubranego, wykształconego i posiadającego coś więcej, niż inni. Edukacja, jaką odebrałem w swoim czasie, rodziła we mnie głęboką niechęć do kapitalistów, choć ich nie znałem. Jakąś niechęć budzili za to w moim mieście tak zwani prywaciarze, którzy do wszystkiego doszli pracą i zapobiegliwością.
Powieść Marthy Hall została poprzedzona gruntownym rozpoznaniem losów białych rosyjskich uciekinierów, a także tym, jak byli przyjmowani w europejskich krajach, między innymi w Paryżu i w Ameryce, a także jaki obraz rewolucji zdołali przekazać, kiedy zjawili się tam ograbieni ze wszystkiego. Całkiem jak teraz uchodźcy z Ukrainy, którzy musieli zostawić swoje domy i dobytek. Chyba rewolucja rodzi długofalowe skutki. To, czego dopuszczają się najeźdźcy na Ukrainie, dowodzi, że toksyny nienawiści i pogardy, tudzież chciwości wobec tego, co ktoś wypracował, trwają już w kolejnym porewolucyjnym pokoleniu.
Martha Hall Kelly „Rosyjskie róże”, przełożyła Danuta Górska, Prószyński i Ska, Warszawa 1921
sobota, 5 marca 2022
Rafał Brzeski poleca mistrza thrillera psychologicznego - nie śpimy, dopóki nie skończymy czytać.
Berlińskie demony
Z zainteresowaniem przeczytałem rekomendację thrillera „potworność dla masochisty” i jak tylko doczytałem do końca „Rosyjskie róże” o rewolucji widzianej i przeżywanej od strony „białych”, poprosiłem w mojej filii bibliotecznej o powieść Sebastiana Fitzka. Pani wyniosła z regału z książkami kilka pozycji tego autora. Ponieważ wiedziałem, że wszystkie są znakomite, ich stan sfatygowania wskazywał na to, że krążą z rąk do rąk. I tak zachłannie rozpocząłem lekturę „Ostatniego dziecka”. Niby tytuł nie jest porywający, ale wystarczy przerzucić kilka stron, żeby nie móc się oderwać. Zwłaszcza ktoś taki jak ja, którego fascynuje psychologią, medycyna niekonwencjonalna, psychotronika, reinkarnacja oraz inne nie do końca rozpoznane i „oswojone” zjawiska, otrzyma niesamowitą czytelniczą strawę.
Bohaterem jest wzięty berliński adwokat Robert Stern. Jego specjalnością jest obrona przestępców, obwinionych o rozmaite zbrodnie. Między innymi o pedofilię lub handel żywym towarem. Jest przenikliwy, wyćwiczony do perfekcji w swoim fachu i ma za sobą wiele sukcesów, które zwykły człowiek nie uzna za sukces, skoro wyciąga zza kratek ludzi, którzy łamią prawo. Ale wedle jurystyki, każdy ma prawo do obrony. Przestępca również.
Przyjaciółka umawia Roberta z klientem. W dziwnym, ustronnym miejscu, w popadającej w ruinę ni to fabryce, ni to magazynie. Dziewczyna przez dwa lata była jego kochanką. Próbował w ten sposób, zadając się atrakcyjną kobietą, zagłuszyć nękającą go od dziesięciu lat rozpacz. A źródłem tej rozpaczy jest śmierć synka. W szpitalu, gdzie na położnictwie przychodzi na świat tylko jedno niemowlę płci męskiej, dochodzi na nagłego zgonu noworodka. Położnica jest w rozpaczy, odchodzi od zmysłów, nie chce nikomu przekazać malutkie zwłoki, ale w końcu ojciec niemowlaczka przejmuje synka i po właściwej procedurze związanej z nagłym zgonem noworodka w doskonałych szpitalnych warunkach organizuje pogrzeb maleństwa. Małżeństwo płaci rozstaniem za ten cios. Ona zakłada drugą rodzinę i wydaje na świat bliźniaczki, on nigdzie nie znajduje pocieszenia, nawet w ramionach Cariny, która umawia go z klientem.
Klientem okazuje się dziesięcioletni pacjent szpitala, chory na guza mózgu. To on wskazał miejsce spotkania, twierdząc, że tam właśnie znajdą szczątki ofiary, którą on uśmiercił piętnaście lat temu. Adwokat jest przekonany, że to urojenie chorego na raka mózgu chłopca, ale ten dodaje, że kilka lat później uśmiercił też drugiego mężczyznę. A przecież ma zaledwie dziesięć lat, wychowywany jest w sierocińcu, nie ma nikogo, kto mógłby jakoś zweryfikować jego urojenia. Tylko że adwokat i towarzysząca mu pielęgniarka istotnie trafiają na zwłoki, w miarę łatwe do zidentyfikowania ze względu na warunki, w jakich zostały ukryte.
Pojawia się wątek reinkarnacji. Czy w ciele chłopca mieszka ktoś, kto dopuścił się zbrodni? Adwokat szuka literatury przedmiotu na temat wędrówki dusz. Autor przeplata narrację wypowiedzi autorytetów filozofii, psychologii, literatury i religii różnych wyznań. Nie jesteśmy bytem niepowtarzalnym. Kiedyś byliśmy i jeszcze kiedyś wrócimy na ziemię. Możemy być płazem, skałą lub innym człowiekiem. Dla prawnika – sceptyka i racjonalisty fenomen dziesięciolatka nie znajduje wytłumaczenia, tym bardziej że chłopiec zapowiada, że zgładzi następną osobę, a na dodatek wskazuje czas i miejsce.
Dosyć. Na tym kończę, czytelnik sam znajdzie w tej niesamowitej powieści wyjaśnienie tych zagadkowych zjawisk. A ja jutro oddam do wypożyczalni „Ostatnie dziecko” i pożyczę jeden z wcześniejszych thrillerów Sebastiana Fitzka. Na przykład „Odprysk” albo „Odcięci”. Zresztą zobaczę, co wybiorę.
Sebastian Fitzek „Ostatnie dziecko”, przekład Tomasz Brzeziński, Wydawnictwo Amber Sp. Z o.o. Warszawa 2017.
czwartek, 17 lutego 2022
Rafał Brzeski poleca - oddech włoskiego kryminału.
Bagno i szambo
Pogoda jest zmienna, choć oszczędzają nas niskie temperatury, a kiedy pada śnieg, robi się bajkowo. Mój znajomy mawiał, że tydzień zimą na nartach znaczy dla zdrowia tyle, co trzy tygodnie latem nad morzem. W każdym razie dobrze, że zima nas oszczędza, nie ma silnych mrozów, bo podrożały nośniki energii i ludzie łapią się za głowy, kiedy przychodzą rachunki za gaz w ogrzewanych w ten sposób mieszkaniach i domach. Ale to uwaga na marginesie, bo mamy porę, kiedy mimo restrykcji kowidowych trwają ferie i ludzie zabierają dzieci na ferie w górach. A jeden mój znajomy student nawet planuje jechać w Alpy, bo ma uprawnienia instruktora narciarstwa. Więc tym wstępem chcę zachęcić miłośników białego szaleństwa, by wzięli dla rekreacji do ręki „Czarną trasę” Antonia Manziniego, scenarzysty filmów i seriali, który powołał do istnienia na łamach cyklu powieści kryminalnych Rocco Schiavonego, a powieść, tutaj polecana, inauguruje tę serię.
Bohaterem jest włoski policjant, znakomity tropiciel sprawców przestępstw, sam wcale nie taki kryształowo czysty, dlatego z Rzymu, choć uwielbia to miasto swojego dzieciństwa i młodości, zdegradowany karnie, oddelegowany zostaje na prowincję, a tu czeka go arcytrudne zadanie. Po czterech miesiącach nudnej według niego mieścinie ma okazję wykazać się swoim policyjnym geniuszem. Zdarzenie rozgrywa się w podalpejskim rejonie mu podległym, i tam właśnie musi zbadać zagadkową śmierć człowieka, którego zwłoki znaleziono na wysokości 1500 m. Nienawykły do śniegu i mrozu funkcjonariusz jedzie do wczasowiska w Alpach, żeby zbadać przebieg zdarzeń. Ciało zmiażdżone przez ratrak jest potwornie zmasakrowane, tak dalece, że nie sposób nawet określić płeć denata. Szybko zostaje ustalone, kto tej nocy nie wrócił do domu. A rzecz dotyczy właściciela, jakbyśmy powiedzieli, wysokogórskiego, doskonale wyposażonego schroniska. Leon, bo tak ma na imię denat, właściwie był współwłaścicielem tego obiektu, a to dzięki pożyczce, którą z poślubioną trzy lata wcześniej żoną Luisą, kobietą wielkiej urody, zaciągnęli od szefa bazy górskiego sprzętu, służącego do utrzymania stoków w doskonałym stanie.
W tej powieści każdy może być niewinny, ale każdy może okazać się zabójcą. Luisa jest w ciąży, powinna ją pochłaniać straszliwa rozpacz, ale okazuje dziwne opanowanie. Tropiciel mordercy domaga się od kierownika poczty przekazania wszelkiej korespondencji, która ma trafić do denata. I tu będzie klucz do wskazania, gdzie szukać sprawcy. Z przysłanych wyników badań wynika, że mąż Luisy nie może być ojcem dziecka, które nosi w łonie. Zatem mamy do czynienia ze zdradą, do wyjaśnienia pozostaje, z kim bohaterka miała romans i tym samym kto jest ojcem dziecka. Zatem rozszerza się krąg podejrzanych, w tym czasie namówiony przez przyjaciela policjant dopuszcza się przestępstwa, gotów do przejęcia przerzucanego przemytu wielkiej ilości narkotyków, a może na tym procederze zdobyć niemałą kasę.
Gdybym napisał, kto zamordował właściciela schroniska, kto przyprawił mu rogi i czy udało się policjantowi wejść w posiadanie zrzutu marihuany, a jak wynika z lektury, sam też palił skręty – do wyrzucenia przez redagującego kwalifikowałaby się ta rekomendacja, bo odebrałbym czytelnikowi całą przyjemność. A czytanie tego wartko napisanego kryminału ze świetnymi dialogami to czysta przyjemność. A tytuł tej rekomendacji wskazuje, że pracować w policji to jakby zanurzać się w bagnie i penetrować szambo. Do takiego przekonania dochodzi mundurowy bohater powieści.
Antonio
Manzini „Czarna trasa”, przełożył Paweł Bravo, Warszawskie
Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2017.
środa, 9 lutego 2022
Rafał Brzeski poleca powieść psychologiczną "Znikasz".
Obserwujmy bacznie
Pogotowie, szpital, napięcie, powrót do domu. Tam kontynuacja badań i wychodzi na jaw, że mężczyzna na uszkodzony jeden płat mózgu. Ona zapisuje się na terapię dla partnerów osób z chorym mózgiem, on poddany jest leczeniu. Z narracji wynika, że nie wszystko w tym małżeństwie było sielankowe, ale kiedy wyruszyli w tę niedługą podróż, odnaleźli swoją miłość i związek znów był szczęśliwy. Trwało to krótko, gdyż wyszło na jaw, że on, ceniony i podziwiany dyrektor szkoły, zaciągnął tak gigantyczne kredyty, że tej placówce o wysokiej renomie grozi upadłość. On traci przyjaciół, ona z przerażeniem dowiaduje się, że na wekslach jest poręczenie jej sfałszowanym podpisem.
Mia konsultuje sytuację z neurologami, psychologami, obkłada się literaturą przedmiotu i rodzi się i u niej, i u lekarzy przypuszczenie, że kiedy dyrektor dopuścił się gigantycznego nadużycia, już jego mózg był chory. Teraz sąd ma rozstrzygnąć o skali jego winy, oczywiście podpierając się opinią biegłych lekarzy i zeznaniami świadków, którzy mogą potwierdzić albo wskazać, kiedy dostrzegli zmiany zachodzące w jego osobowości.
Mia postanawia trwać przy mężu bez względu na wszystko. Pobrali się z wielkiej miłości. Było kilka przypadków niewierności z jego strony, ale zdrada została wybaczona. Teraz zachodzi prawdopodobieństwo, że był to skutek zmiany osobowości spowodowanej procesem chorobowym. Tylko że Mia na terapii spotyka mężczyznę swoich marzeń. Uczestniczy w zajęciach, gdyż jest mężem chorej kobiety. Wszystko wskazuje na to, że jest opiekuńczym, kochającym, czułym mężem, i to właśnie zachwyca kiedyś zdradzaną Miję. Tych dwoje uczestników terapii zakochuje się w sobie. To pozwala Mii leczyć emocjonalne zranienia. I wtedy dowiaduje się, że jej nowy ukochany prowadził burzliwe życie erotyczne, a jego małżeńska czułość i troska to efekt jego umysłowej choroby.
Te skomplikowane psychologicznie sytuacje są tematem powieści „Znikasz”. Jej autorem jest Christian Jungersen. Na tytułowej stronie okładki widnieje dopowiedzenie pod tytułem „Nowe odkrycie w literaturze skandynawskiej? Ten duński pisarz jest autorem cenionych powieści, a jedna z nich – „Wyjątek” w plebiscycie została uznana z najlepszą duńską pozycję ćwierćwiecza”.
Kiedy czytałem tę powieść, zacząłem bacznie obserwować członków mojej rodziny, przyjaciół, znajomych, współpracowników, zwracając szczególną uwagę na ich dziwne czy wręcz niepokojące zachowania. Budziły się we mnie wątpliwości, czy to jest sprawa charakteru, czy klującej się zmiany w związku z rozwijającym się guzem mózgu?
Lekturę powieści w bardzo interesujący sposób pogłębiają fragmenty naukowych opracowań z zakresu neurologii i psychiatrii.
Jeżeli ktoś lubi książki psychologiczne, z całą pewnością znajdzie satysfakcję z tej lektury. Gorąco polecam, a sam w mojej dzielnicowej bibliotece odszukam tę pozycję, która zajęła pierwsze miejsce w plebiscycie.
Christian Jungersen „Znikasz”, tłumaczenie z języka angielskiego Mateusz Borowski, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015.
sobota, 4 grudnia 2021
Rafał Brzeski poleca - świat wojny, świat dzieci
Myślałem, że dla dzieci
Na stronie tytułowej książki, którą polecam, widać sylwetki dwóch chłopców. A nadruk na tej fotografii informuje, że jest to powieść o wielkiej przyjaźni nastolatków. Akcja rozpoczyna się w sierpniu 1942 roku. U dziadka i cioci w Sienie przebywa Lorenzo, dwunastolatek z Trypolisu. Trwa wojna, rodzina chłopca mieszkała w tym mieście, ale matka przywiozła go do Sieny, a jej zamiarem było pojechać do Rzymu, by wyreklamować męża z wojska przy pomocy wysoko postawionego kuzyna. Co prawda z powodu uszkodzonego oka był niepełnosprawny, ale jako bardzo zdolny inżynier był przydatny w działaniach logistycznych na tyłach frontu. Lorenzo nie wie, że matka wraca do Trypolisu, a on dla bezpieczeństwa pozostanie u rodziny do końca wojny. A faszystowskie Włochy wysyłają swoje sojusznicze wojska na północ Afryki, gdzie trwają działania.
Czekając na powrót matki, Lorenzo obserwuje życie w Sienie. Sam jest entuzjastą faszyzmu i Mussoliniego. Wie, że kiedy ten doszedł do władzy, we Włoszech nastąpiło gospodarcze ożywienie, a zindoktrynowane społeczeństwo, w tym dzieci i młodzież wielbiły wodza.
Oczami dziecka autorka pozwala poznać faszystowskie Włochy. Podzielone społeczeństwo. Wzmagające się represje. Prześladowania Żydów. Pogłębia się nędza. Kwitnie czarny rynek. Żywność jest racjonowana. Żydowskie dzieci rugowane są ze szkół, aż nadchodzi moment, kiedy Izraelici są chwytani, więzieni, pociągami deportowani do obozów zagłady. Taki los spotyka rodziców Daniele, równolatka bohatera, ale kiedy trwa łapanka i rugowanie Żydów z ich mieszkań, niemiecki oficer przymyka oko na chłopca, który się chroni przed wywiezieniem. Znajduje opiekę ze strony Lorenza. Ten ukrywa go w rodzinnym domu, dzieli się jedzeniem, tak wszystko organizuje, by domownicy niczego nie zauważyli. Równocześnie ma innego kolegę, Franca z rodziny fanatycznych faszystów: ojca i stryja.
Fascynujące są w powieści opisy Sieny i okolic. Lorenzo dowiaduje się, że idą starania o to, by historyczna Siena została uznana za miasto otwarte, czyli wolne od nalotów aliantów ze względu na historyczną i kulturową wartość.
A Włosi są coraz bardziej podzieleni na fanatycznych faszystów i tych, którzy organizują ruch oporu przeciw rodzimym i niemieckim wrogom.
Jest również w powieści subtelny wątek romansowy, kiedy ciotka Lorenza, nauczycielka włączająca się do antyfaszystowskiego ruchu, zakochuje się w żydowskim lekarzu, a zwolniona ze szkoły, podejmuje pracę w szpitalu, do którego zwożone są setki rannych.
Żeby dowiedzieć się, czy Daniele ocalał, czy wojna oszczędziła jego rodziców i ojca oraz matkę Lorenza, trzeba wziąć do ręki powieść „Nikt nie wie, że tu jesteś”. Byłem we Włoszech pięć razy, ale dopiero lektura tej pozycji uświadomiła mnie, jak niewiele wiedziałem o faszystowskich Włoszech. Teraz patrzę na ten kraj zupełnie inaczej.
Nicoletta
Giampietro „Nikt nie wie, że tu jesteś”, tłumaczenie z
niemieckiego Anna Makowiecka, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2020.
środa, 17 listopada 2021
Rafał Brzeski - poleca ciekawą powieść psychologiczną dla trudnych rodzin.
Rozwodnikom edukacyjnie
Takim parom gorąco polecam wspomnianą powieść. Jej bohater należy do mężczyzn, którzy nie z własnej winy tracą rodzinę. W tej historii on, czyli Ethan trafił na alkoholiczkę. Robił, co mógł, by uwolniła się z uzależnienia, ale to wszystko okazało się daremne. Więc po kilku latach poślubił Andi. Była niezamężna, ale szukała takiego kandydata na resztę życia, jakiego sobie wymarzyła. I znalazła partnera wręcz idealnego. Przystojny, szlachetny, rozważny, czuły, delikatny, kulturalny. Więc spełniał wszelkie parametry nakreślone w jej wyobrażeniach, ale miał dwoje dzieci. Ponieważ dobiegała czterdziestki, pragnęła jak najszybciej urodzić maleństwo, choć całym sercem była gotowa, by pasierbice pokochać i zastąpić im matkę alkoholiczkę. A to wcale nie było łatwe. Starsza z dziewczynek już była dotknięta charakteropatią, wywołaną rozejściem się rodziców i alkoholizmem matki, bo z jej strony nie doświadczyła ani miłości, ani troski. Zasądzone spotkania z biologiczną matką przynosiły rozczarowania. Dziewczynka wracała jak jeden kłębek nerwów. Nie akceptowała macochy i dawała jej to odczuć. Głowa tej rodziny znalazła się między młotem a kowadłem. Córka uznała, że Andi zawłaszczyła jej ojca. W sytuacji napięć, do jakich dochodziło, on chciał chronić dziewczynę, by nie odczuwała, że nie jest akceptowana, że jest odrzucana w nowym układzie, bo tak nie było. Partnerka ojca robiła wszystko, by spokojnie znosić napady furii nastolatki. Była łagodna, cierpliwa, czego tamta nie dostrzegała i nie doceniała. Znacznie lepiej układały się stosunki z młodszą dziewczynką, która pokochała drugą żonę ojca, garnęła się do niej i przyjmowała jej czułość i troskę. Sophia jest wspaniałym dzieckiem, niestety Emily stwarza coraz więcej kłopotów. Zadaje się z byle kim, sięga po narkotyki, po alkohol, wraca późno, a ojciec nie może wyegzekwować żądnej dyscypliny.
Wreszcie sytuacja zaczyna wszystkich przerastać. Nastolatka zachodzi w ciążę, ale nie ma pojęcia, kto jest ojcem. Dla Endi to nadzieja, że w rodzinie pojawi się dziecko. Co prawda urodzone przez pasierbicę, ale jednak to będzie maleństwo należące do rodziny. Emily nie akceptuje ciąży ani takiego rozwiązania.
Uważam, że każda rodzina zagrożona rozwodem powinna przeczytać tę powieść, podobnie jak każda „posklejana” familia, która nie może uładzić życia emocjonalnego przy zbuntowanym dziecku.
Powieść jest bardzo dobrze napisana, świetna w sferze obyczajowej i psychologicznej. Ma walor edukacyjny, adresowany do dorosłych, bo pokazuje, jak pozytywne uczucia i nastawienia potrafią zneutralizować bardzo negatywne emocje. Z oczywistych powodów nie napiszę, czy niemowlę, które ma przyjść na świat, zostanie zaakceptowane przez nieletnią matkę i czy spełni się marzenie jej macochy o dziecku, choćby urodzonym przez kogoś innego. Zresztą Andi prosiła męża o zgodę na adopcję, ale on mając dwie córki już czuł się za stary na to, by od początku podjąć się rodzicielskich trudów. Życie podyktuje swój scenariusz.
Jane Green „Posklejana rodzina” z angielskiego przełożyła Joanna Piątek, Wydawnictwo SONIA DRAGA Katowice 2013
niedziela, 1 sierpnia 2021
Rafał Brzeski - poleca
Jeleniogórzanin w Nepalu
Doprawdy żałuję, że bywając wielokrotnie w Jeleniej Górze, nie miałem okazji spotkać Rafała Froni. To znakomity himalaista, a kiedy pod świeżym wrażeniem, jakie wywarła na mnie jego książka „Rozmowa z górą” dzieliłem się zachwytem z przyjacielem, zakorzenionym pod Karkonoszami, powiedział mi: „Ależ ja spotkałem tego człowieka Gór, słuchałem jego wystąpienia pod pomnikiem w Kotle Łomniczki, tam gdzie dziesiątki lat temu lawina pochłonęła radzieckich studentów.” I dodał, że to wystąpienie autora „O drodze, o poszukiwaniu siebie” (tak brzmi podtytuł książki) było ogromnie interesujące. Nic dziwnego. To, co ten człowiek przeżył w wysokich szczytach, może wystarczyć na niewyczerpaną opowieść.
Rafał Fronia najpierw wydał „Anatomię Góry”, uznaną za bestseller, a teraz tu rekomendowaną pozycję ze wspomnianym nadtytułem. To jest reportaż, dokument z wędrówki, uzupełniony fotografiami, które wraz z treścią natychmiast rodzą w czytelniku pragnienie, by wybrać się śladami autora. Zresztą pod koniec książki zachęca, by podjąć to wyzwanie i ruszyć na szczyty tego globu, najlepiej na te najbardziej wysokie i wyniosłe. Dopiero z tej perspektywy człowiek może zajrzeć w głąb siebie, rozpoznać, co zostawił tam na dole, inaczej spojrzeć na ziemię, w której zjawił się tu i teraz. Książka jest znakomita. Opisy szczytów zasnutych chmurami, schodzących lawin, szalejących zamieci, opisy Tybetańczyków obojga płci, którzy nie znają innego miejsca ani innego bytowania, jak służba górom i tym, którzy kochają je taką miłością, że ryzykują dla nich życie.
Autor opisuje wyprawę na Manaslu w Nepalu, na jeden z najwyższych i najtrudniejszych do zdobycia w Himalajach ośmiotysięczników. Autor pisze: „To Góra rozległa, groźna, trudna do zdobycia. Dla himalaistów dostępna dopiero od 50 lat zeszłego wieku, kiedy to miejscowe władze udzieliły pozwolenia na wejście na Manaslu”. Pierwsi dokonali tego Japończycy, ale musieli podjąć trzy próby, aż w maju 1956 roku dokonali tego skutecznie. Polacy przeżyli ten tryumf na przełomie roku 1983/84.
W pewnym momencie przy lekturze „Rozmowy z Górą” zabrakło mi kartek. Po prostu wiele fragmentów było tak pięknie napisanych, że zaznaczałem miejsca, by je potem łatwo odszukać i przenieść do mojego schowka w komputerze, gdzie lokuję najbardziej zdumiewające, piękne fragmenty i literatury pięknej, i dokumentalnej.
Chciałem i tutaj zacytować kilka opisów gór, wąwozów, potoków, lawin, a ponadto zachowań tubylców, rozległości przygotować do wyprawy, zdumiewająco obfitego wyposażenia, posiłków i surowców do ich przyrządzenia. Nic z tego, zająłbym całą pojemność tej strony internetowej, bo zawierają najczystszą poezję, a ponadto olbrzymią wiedzę podróżniczą i psychologiczne rozważania o naturze ludzkiej. O marzeniach człowieka i o niespełnieniach, ale też pozycja ta ma wartość edukacyjną, uczy samowiedzy, pozwala pojąć, że nie wszystko jest do sięgnięcia, a nie zawsze wystarczy życia na spełnienie marzeń. Ale marzyć trzeba.
Co wrażliwszy czytelnik może się żachnąć na dosadność niektórych sformułowań, na użycie wyrazów uznanych za obsceniczne lub wulgarne, ale trzeba wziąć poprawkę na ekstremalne warunki, w jakich przebiega wyprawa, na emocje, które wyzwala. Mnie osobiście te „przerywniki” nie rażą, bo wzmacniają emocje i dodają wyrazistości opisom sytuacji. Tym bardziej, że Rafał Fronia spisuje je na gorąco, korzystając z dobrodziejstwa elektroniki i pojemności nośników pamięci. Reszta została przywołana z pamięci już po powrocie, po dwóch miesiącach trwającej wyprawy.
To jest imponujący warsztat pisarski.
Rafał Fronia „Rozmowa z
Górą”, Wydawnictwo SON, Kraków 2019.
wtorek, 13 kwietnia 2021
Rafał Brzeski - poleca lekką książkę nie tylko dla intelektualistów
Rewelacja, tylko się delektować
Anna Gavalda, urodzona w 1970 roku uznawana jest za świetną współczesną prozatorkę. Nic dziwnego. Na okładce z wydania jej „Pocieszenia” w roku 2009 można przeczytać, że jej powieści przetłumaczono na 38 języków i sprzedano w ponad pięciu milionach egzemplarzy. Nic dziwnego, doprawdy „Pocieszenie” jest napisane rewelacyjną prozą. Nie ma tutaj sztywnego gorsetu narracji odautorskiej, czytelnikowi pozostawiono absolutną swobodę śledzenia zdarzeń opowiadanych na różne sposoby raz to jako relacja głównego bohatera, innym razem są to niczym nieskrępowane dialogi; krótko mówiąc autorka korzysta z absolutnej swobody, co fascynuje czytelnika, który nie daje się prowadzić za rękę.
Książka zawiera znane nam realia z wszelkich dostępnych newsów. Pojawiają się ludzie biznesu, przedsiębiorcy przemieszczający się ze wschodu na zachód i z północy na południe. Naturalnie korzystają z lotów w klasie biznesowej, mają do dyspozycji na miejscu, na przykład w Moskwie, tłumaczy i samochody.
Nasz bohater jest architektem. Projektuje, wystawia na konkursy swoje projekty, zwycięża albo nie, a miejscem jego zakotwiczenia jest Paryż. Tu odwiedza rodziców i rozczula się na widok mieszkania, które nie zmienia wyglądu od czasu jego dzieciństwa, choć naturalnie czas odmienił i ojca, i matkę, i siostry, odmienił też życie i wygląd bohatera, który w przedstawianej płaszczyźnie czasowej ma lat 47.
Widzimy go w fazie frustracji. Owszem, jest w związku, ale nie potwierdzonym ani urzędowo, ani sakramentalnie. Ma córkę, ale to nastolatka z pierwszego związku jego partnerki. Ani to wielka miłość, ani udana kariera, ani fascynacja nowoczesną europejską architekturą. Wszystko rozmija się z marzeniami i pragnieniami. Jedno zostaje niewzruszone: miłość do matki najlepszego przyjaciela z dzieciństwa i młodości. Tylko pamięć o tej niezwykłej, ekscentrycznej kobiecie wnosi świeżość i głębię do jego życia. Tylko że ona już nie żyje, a wiadomość o jej śmierci dociera na tyle późno, że Charles nie zjawia się na pogrzebie.
Anouk, ta jego miłość jest pielęgniarką. Jej syn Alexis nie zostaje wybitnym muzykiem. Rozdziela ich zawirowanie zdarzeń. Bohater traci też z oczu niezwykłego opiekuna Alexisa, który jest jeszcze bardziej ekscentryczny, niż matka chłopca. Jest w nim mieszanina klowna, aktora, artysty, ale te najbliższe mu osoby po prostu go kochają. Nazywają go Nianią. Niania też umiera.
Rozczarowany całokształtem otaczającej go rzeczywistości Charles stara się przynajmniej ocalić to, co jest do ocalenia: groby Anouk i Niani. I kiedy tropi te wątłe ślady, na południu Francji odnajduje to, co utracone. I odnajduje świat, o którym myślał, że nie istnieje. Dostaje porcję odtrutki od zgiełku wielkich zurbanizowanych molochów. I tam, na wsi w zdumiewający sposób odnajduje to, za czym tęsknił. Miłość. I jakby inkarnację nieżyjącej Anouk. O ile ta chłopięca i młodzieńcza miłość była od niego o dwadzieścia lat starsza, o tyle ta dziewczyna, ta inkarnacja Anouk z fizycznego i duchowego piękna jest o kilkanaście lat młodsza od sfrustrowanego bohatera.
Oczywiście nie napiszę, czy wreszcie doświadczy Charles spełnionej miłości. Powiem tylko, że ja, stary chłop, miejscami ryczałem jak bóbr.
Powiem też, że dziwi mnie tytuł. „Pocieszenie”- na witrynie księgarni nie zwróciłby mojej uwagi. Jak to jednak dobrze, że powieść ta trafiła do moich rąk. Polecam ją każdemu. Zapóźnionym romantykom i zatwardziałym cynikom, starym i młodym. Powieść jest piękna.
Anna
Gavalda „Pocieszenie”, tłum. Magdalena Kamińska-Maurugeon,
Świat Książki, Warszawa 2009.









