Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Brzeski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Brzeski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2025

Rafał Brzeski poleca

A może jednak?



Grupa Wydawnicza Relacja donosi, że wprowadza czytelników w „fascynujący świat japońskich bestsellerów”. Poniżej rekomendacja serii prozatorskiej Toshikazu Kawaguchi, urodzonego w 1972 roku, którego wydawca przedstawia jako producenta, reżysera i dramatopisarza, a ja dodam, że jest też świetnym prozaikiem. Jedna z pozycji krótkich, opowiadaniowych form została rozwinięta w powieść i podbiła rynek czytelniczy nakładem trzech milionów egzemplarzy. Ten cykl objęty tytułem „Zanim wystygnie kawa” opowiada o niezwykłych zdarzeniach w niedużej, ciemnej kawiarence na wyspie, chętnie odwiedzanej, a zjawiają się tutaj ci, którzy wierzą, że mogą tutaj cofnąć się w czasie. Jest tutaj tylko kilka miejsc, ale jedno zawsze zajęte. Krzesło zostaje zwolnione tylko raz na dobę, kiedy tajemnicza osoba rusza do toalety. Niektórzy z obsługi wtajemniczają zainteresowanych gości, że jest to duch, który złamał obowiązujące tutaj zasady.

Żeby nie zdradzać tajemnicy, powiem, że Czytelnik, biorąc do ręki jedną z czterech pozycji tego cyklu, pozna te zasady. Krótko mówiąc, zainteresowani to ci, którzy wierzą w możliwość spotkania tutaj osoby już nieżyjącej, gdyż odeszła na zawsze, a trwają wciąż niezałatwione sprawy. Zwykle szukają tego kontaktu ludzie związani emocjonalnie z osobą nieżyjącą, bo czują się zobowiązani do spłacenia duchowego długu.

Kiedy już miałem za sobą lekturę tej prozy, przypadkowo w Internecie odczytałem materiały dwóch uczonych, umysłów ścisłych. Oni uważają, że śmierć fizycznego ciała nie kończy ludzkiego istnienia. Ono trwa w postaci swego rodzaje energii, gdyż ona jest niezniszczalna. Stąd zdarzające się sytuacje, kiedy nasi znajomi opowiadają o kontakcie z kimś nieżyjącym. Można mniemać, że uzyskali relację z energią, która trwa gdzieś we Wszechświecie.

Jesteśmy ludźmi, którzy cenią i szanują to, co racjonalne, co da się udowodnić doświadczalnie, ale popularność prozy japońskiego pisarza dowodzi, że pozostała w człowieku wiara w istnienie czegoś rozumowo niewytłumaczalnego. Pisarz zastrzega się, że te utwory nie traktują o autentycznych osobach i zdarzeniach, ale mimo wszystko pobudzają do refleksji. A może jednak istnieje coś, co lekceważymy, w co nie wierzymy, ale jednak przyjdzie moment, że i nauka potwierdzi te zagadkowe zjawiska.

Toshikazu Kawaguchi „Zanim się pożegnamy”, przełożyła z angielskiego Joanna Dżdża, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2024.


środa, 25 września 2024

Rafał Brzeski poleca

Wypływ Bobru i napływ wspomnień.




Mój znajomy tuż przed wielką wodą wrócił z warszawskiego światowego kongresu semiotyków i zdumiony dzielił się wrażeniami, bo mając za sobą takie zdarzenia z ostatnich lat na różnych kontynentach, stwierdził, że właśnie w naszej stolicy ta konferencja była pod każdym względem najlepiej zorganizowana. A ponieważ właśnie trwa Rok Wańkowicza, przypomniałem sobie, że kiedy był w południowej Ameryce, odwiedził krewnych noszących jego nazwisko, a odnalazł je w internecie i korzystając ze wspomnianego wyjazdu, postanowił odwiedzić krewniaków, ci zaś w swoim mieście zaprowadzili go do muzeum, gdzie wyeksponowane były fotografie i wojenne wspomnienia dotyczące ich przodka, który ocalał po uczestnictwie w zwycięskiej walce o Monte Cassino. Mój znajomy nie wiedział, że i w biografii jego rodu zaistniał taki bohater. A ja właśnie zaopatrzyłam się w książki Wańkowicza i o Wańkowiczu i pochłaniałem jego „Szkice spod Monte Cassino”. A jak wyjaśnił autor w słowie wstępnym, jest to skondensowana zawartość wielostronicowej książki o tej historycznej batalii, w której uczestniczył osobiście jako polski reporter. Wcale się nie dziwię, że znajoma, której pożyczyłem Szkice na krótko, oddała mi je bardzo szybko, spłakana jak przysłowiowy bóbr. Nic dziwnego, to lektura głęboko wzruszająca, a opis kolejnych etapów batalii jest wstrząsający. Nasi ginęli, ale nie poddawali się, a ostatnie słowa konających brzmiały „Za Polskę”. Ranni resztką sił ratowali ciężko poszkodowanych. Kapelani udzielali ostatniego rozgrzeszenia umierającym. Walczyli i ginęli nie tylko żołnierze, ale też członkowie sił pomocniczych. Mój kontakt z tą książką zbiegł się z akcją ratunkową u powodzian. Ten niedawny uczestnik warszawskiego zdarzenia zdumiewał się, jak wiele osób zgłosiło się natychmiast do pomocy. I kiedy musiał skorzystać w moim mieszkaniu z lodówki i prysznica, dzielił się takimi uwagami. Jak to jest, że my Polacy pogardzamy sobą, opluwany się, szkodzimy własnemu krajowi na miejscu i za granicą, ale kiedy przychodzi zagrożenie, spieszymy sobie z pomocą.

Oto fragment jednego z bitewnych epizodów. „Giną w ataku 14 baonu strzelcy Gula i Mauer, ginie młodziutki ppor. Bednarski, zostaje ranny ppor. Król, sierżant. Czajkowski i wielu szeregowych. Wyskakuje z bunkra ratować rannych sierż. Szczepański i pada. Do konającego podbiega mjr. Bączkowski — Panie majorze, koniecznie trzeba się utrzymać — mówi Szczepański i umiera”.

Nie będę przytaczać innych fragmentów, kto weźmie do ręki tę pozycję, poczuje się dumny z tego, czego dokonali jego rodacy. I zawstydzi się, jeśli kiedyś pogardzał własnym narodem.

Mam już pożyczone prawie pięćsetstronicowe „Monte Cassino” i wiem, że to będzie wspaniała budująca lektura. Przecież jest obchodzone osiemdziesięciolecie tamtego zwycięstwa, w którym decydującą rolę odegrali nasi żołnierze tam, gdzie nie dały rady siły aliantów.

A na razie delektuję się „Zielem na kraterze” i jako człowiek z kresowym rodowodem podziwiam polszczyznę, jaką Wańkowicz ocalił dla tych, którzy jeszcze mają w pamięci zwroty zasłyszane od swoich babć kresowianek.

Melchior Wańkowicz „Szkice spod Monte Cassino”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1969.

środa, 21 sierpnia 2024

Rafał Brzeski poleca

Udręczeni zza Oceanu



Autor książki, którą poniżej polecam, jest pisarzem, krytykiem i dziennikarzem, tak przedstawia go wydawca. Ten kulturoznawca jest Amerykaninem, mieszka w Nowym Yorku, więc nic dziwnego, że zbiór esejów, traktujących o twórcach, których dzieła są okupione cierpieniem, skupia się przede wszystkim na pisarzach, muzykach, aktorach i reprezentantach wszelkich innych artystycznych branż, którzy urodzili się w USA i tam spełniają się twórczo. Tych pochodzących z Europy jest zaledwie kilkoro. Wszystkich jednak łączy to, że mieli biografie naznaczone bólem duszy i ciała.
Pisząc o artystach, których los postawił na jednej drodze, w tym przypadku o Deanie Martinie i Jerrym Lewisie, autor konstatuje: „Biorąc pod uwagę skłonność udręczonych artystów do waśni, łatwo jest wyobrazić sobie, co dzieje się, gdy ścieżki kariery dwóch takich twórców splotą się ze sobą na stałe. Podobne sytuacje zwykle prowadzą do tarć, które z jednej strony niszczą łączące artystów relacje, z drugiej — stają się motorem napędzającym ich twórczość”. Ci dwaj byli komikami, ale napięcia między nimi były dla obu przez dziesięć lat nie do zniesienia. Dotyczy to również małżeństw ze świata sztuki. Najpierw parę łączy fascynacja, ale kiedy potrzeby różnej natury zostają zaspokojone, dochodzi do zdrad, niechęci, a nawet zawodowej rywalizacji. Dzieje się tak, bo artyści dotknięci są egocentryzmem, żądzą sukcesu, nienasyceniem w tym względzie i to rozbija pary. Niekiedy kończy się taki związek samobójstwem jej lub jego, ale najczęściej rozwodem, a dzieci pozostawiane są samym sobie.
Przytoczone biografie wskazują na to, że toksyczne osoby miały trudne dzieciństwo, że miały skłóconych rodziców, przeżyły rozmaite traumy, niekiedy niedające się pokonać do końca życia. A Tina Turner w jednym z wywiadów wyznała, że niejednokrotnie miała chęć użycia broni, żeby jej mąż Ike już nie funkcjonował w jej życiu. A szczególny splot niszczących okoliczności niszczył Vincenta van Gogha, który nie wierzył w swój geniusz, miewał napady szaleństwa, trwał w trudnych okolicznościach dzięki pomocy brata, a kiedy ten się ożenił, był bliski załamania. Należał do tych twórców, którzy sami szukali pomocy psychiatrycznej. W czasie pobytu w szpitalu namalował około trzystu dzieł.

Kiedy czytałem te poruszające teksty, doszedłem do przekonania, że Ameryka nie stwarzała wbrew mitom sprzyjających warunków do tworzenia i rozwoju. Artysta czuł się zobowiązany do sukcesu za wszelką cenę. A kiedy sukces nie przychodził, samopoczucie wzmacniały wszelkiego rodzaju używki, a ich nadmiar, a szczególnie połączenie kilku środków narkotycznych powodował zgon.

Kiedy czytelnik wertuje te krótkie biografie, odczuwa niedosyt, że relacje kończą się tak szybko, a wyobraźnię pobudzają portrety twórców autorstwa Robbiego Leeo.

Ten niedosyt może być zaspokojony dzięki mądrej konstrukcji książki. Jej dziewiątym rozdziałem jest kalendarium, które zaczyna się od rysunków naściennych z 25 tysiąclecia przed naszą erą, a kończy się na 2011 roku m.in. śmiercią Elizabeth Taylor, więc można prześledzić rodzaje twórczych frustracji, a na koniec sięgnąć do listy źródeł, a z niej wybrać pozycje szerzej traktujące o artystach, w książce krótko przedstawionych.

W spisie zawartości w lapidarnych sformułowaniach są wskazane źródła cierpienia i frustracji, między innymi trudne dzieciństwo, chorobliwa nieśmiałość, niespełniona miłość czy potrzeba dominowania za wszelką cenę. Po lekturze tej pozycji nachodzą czytelnika refleksje, jaka jest granica między szaleństwem a geniuszem.

Christopher Zara „Artyści udręczeni”, ilustracje Robbie Lee, tłum. Jakub Bartoszewicz, wydanie Burda Publishing, Polska Sp. z o. o., Spółka Komandytowa, Warszawa 2015.

niedziela, 21 lipca 2024

Rafał Brzeski poleca

Okrucieństwo czerwonej utopii





Jednym tchem przeczytałem „Rosyjską namiętność” Reyes Monfortne, ale uprzedzam, żeby nie nastawiać się na harlekinowe wątki, na romansowe dzieje pary bohaterów, a jest to para niezwykła, zaś zawarte w powieści sytuacje zawierają autentyczne opisy.

W Ameryce na jednej z imprez artystycznych Siergiej Prokofiew poznaje Linę. On już jest uznanym pianistą, kompozytorem, ona, czyli Lina to córka artystycznego małżeństwa. Po ojcu dziewczyna dziedziczy hiszpańskie pochodzenie, urodę i temperament, a mniej ma cech matki, Rosjanki. Wybitny muzyk zdołał opuścić kraj w roku, kiedy zaczęła szaleć rewolucja, a Lina wyjechała z rosyjskimi dziadkami jako kilkuletnia dziewczynka.

Na 145 stronie można przeczytać słowa Coco Chanel z paryskiego okresu Liny. Już tworzyli parę, ale jeszcze niezaślubioną. Coco powiedziała: „Rosjanie mają w sobie coś szczególnego. Ten wieczny sprzeciw wobec życia, namiętność, która próbują ukryć, sprzeczność między przyjemnością a cierpieniem, która ich utrzymuje w ciągłym napięciu…”. Prokofiew nieco odstaje od tego portretu. Treścią jego życia jest muzyka. Komponuje w wielkim skupieniu. Jego sława zapewnia mu zaproszenia na sale koncertowe największych ośrodków muzycznych na świecie. Jego partnerka, towarzysząca mu na koncertach, czuje dyskomfort jako członkini luźnego związku. Zapewniana przez kompozytora, że jest i pozostanie jego największą miłością, nie pojmuje tego oporu przed zalegalizowaniem związku. Poznaje matkę kompozytora, zjednuje jej podziw i miłość, jest przychylna matrymonialnym pragnieniom Liny. A jest ona wielką podporą twórczego Siergieja, który mimo geniuszu potrzebuje i umocnienia i wsparcia. W końcu biorą urzędowy ślub i ona czuje się spełniona. Rodzi geniuszowi dwóch synów.

Z Kraju Rad dochodzą coraz bardziej natarczywe zaproszenia. Sowieckie władze chcą mieć wsparcie w jego artystycznym autorytecie. Chcą, by świat uznawał Związek Radziecki za cywilizowany kraj, w którym szanuje się kulturę i wspiera artystów. Prokofiowowie wyjeżdżają do Moskwy. Tu witani są z olbrzymim entuzjazmem, władze stwarzają im optymalne warunki. Kompozytor nie ma w sobie ani odrobiny zainteresowania polityką. Tak jak na Zachodzie był głuchy na opowieści o ZSRR, tak i teraz puszcza mimo uszu informacje o zsyłkach, aresztowaniach, tłumieniu swobody myślenia i wypowiedzi. Nie zmienia postawy mimo kilkukrotnych wyjazdów do swojej ojczyzny i wreszcie postanawia tam zamieszkać i tworzyć.

Kiedy bielmo spada z jego oczu, kiedy coraz więcej pisarzy i artystów jest oskarżonych i osadzonych w więzieniu lub zesłanych na Syberię, kiedy coraz więcej twórców spotyka się z zakazem publikowania czy reżyserowania, on wiąże się z młodziutką komunistką, córką wysokiego funkcjonariusza partyjnego. Lina przypadkiem dowiaduje się o tej niewierności. Dziewczyna z całą bezwzględnością wkracza w życie rodziny. Staje się partnerką geniusza, a jego pozycja wzmacnia i jej sytuację w elitach komunistycznej władzy. Niektórzy sądzą, że muzyk wiąże się z córką czerwonego notabla, żeby zyskać dla siebie ochronę i bezpieczeństwo.

Synowie Prokofiewów dorastają, rozpaczają z powodu utraty ojca w rodzinie, który ostatecznie, po dwudziestu latach małżeństwa opuszcza swoją wielką miłość. Powieść, oparta na faktach, jest tak napisana, że moja znajoma zwierzyła mi się, że przepłakała niejedną stronę.

Lina, zapraszana na koncerty, spotkania, goszczona w ambasadach, zostaje uznana za wroga ludu, obwiniona o działalność szpiegowską i osadzona na Łubiance, a sama nazwa tego miejsca, którego się nie opuszcza, liczy daremnie na interwencję Siergieja, a niedawni przyjaciele dystansują się dla własnego bezpieczeństwa. Lina traktowana jest z całą bezwzględnością. Widzi po torturach inne więźniarki. Nie poddaje się, chce zachować godność. Nie poczuwa się do żadnej winy, co dla oprawców nie ma żadnego znaczenia. Osądzona, zostaje w strasznych warunkach wyekspediowana na zesłanie.

W obozie, jak wszyscy, znosi głód i dotkliwe zimno. Ale nawet w tym okrutnym miejscu zdarzają się odruchy człowieczeństwa. Dzieje się tak, kiedy w więźniarce niektórzy osadzeni rozpoznają żonę wybitnego kompozytora i dają wyraz podziwu dla jego osiągnięć.

Siergiej unieważnia legalnie zawarty na Zachodzie ślub i żeni się z dotychczasową znacznie młodą kochanką. Ci, którzy jeszcze są na wolności, po cichu dziwią się, jak geniusz zamienił kobietę z niezwykłą klasą, inteligencją, urodą na prymitywną, brzydką, ale za to ideową i młodą dziewczyną.

Stalin umiera. Zmiana na stanowisku partyjnego wodza przynosi pewną odmianę. Wyroki zostają skrócone, więc i Lina może wrócić do synów i stanąć przy grobie męża.

Przez radzieckie epizody powieści czytelnik poznaje okrucieństwo czerwonej utopii, która miała światu przynieść wolność, sprawiedliwość i godne życie. Jak pokazały dziesięciolecia, obietnice pozostały niespełnione.

Reyes Monforte „Rosyjska namiętność”, przełożył Zbigniew Zawadzki, Wydawnictwo WAM Kraków 2017.

niedziela, 21 maja 2023

Rafał Brzeski poleca


 Czy morderczyni może być sympatyczna?

 




Jeśli ktoś lubi, kiedy czytając kryminał doświadcza dreszczy albo boi się wejść do piwnicy, by tam nie zaatakował go jakiś złoczyńca, niech koniecznie weźmie do ręki „Neon”, którego autorka kryje się za wersalikami GS LOCKE. Notka od wydawcy informuje, że jest redaktorką, a specjalizuje się w tematyce związanej z rozmaitymi sposobami łamania prawa. Prywatnie jest matką, a lubi muzykę i gorzką czekoladę.

Powieść jest tak skonstruowana, że właściwie od początku czytelnik wie, kto jest seryjnym mordercą. W pewnym momencie pada nawet jego imię i nazwisko, ale zbrodnie, jakich się dopuszcza, są po prostu szokujące. Seryjny morderca wybiera piękne, szykowne i wiele znaczące kobiety ze świata, w którym są cenione i podziwiane. Znakomity policjant Matt Jackson prowadzi dochodzenie. Jedno łączy ofiary. Są spoza miasta, w którym pojawiają się ich ciała, miejsca ujawnienia zwłok są tłumnie odwiedzane, znakomicie oświetlone, można przypuszczać, że morderca nie może tam zjawić się niezauważony. Oczywiście śladów nie zostawia. Ambicją Matta jest wytropienie mordercy. Co jest trudne, bo skoro ofiary są z różnych miejsc, to i wskazanie potencjalnych morderców oraz ich motywów jest utrudnione. Jego to nie zniechęca, zwłaszcza zagadkowe jest to, że ciała są znajdywane w blasku neonów. Są jakby wkomponowane w kolory i przesłania reklamowe tych szalenie popularnych środków skupiania uwagi ludzi.

Matt kapituluje, kiedy we własnym domu znajduje ciało swojej własnej, ukochanej żony. Ta zbrodnia nie mieści się w dotychczasowych prawidłowościach. To nie jest ludne miejsce publiczne, nie centrum reklamy, tylko jedno jest wspólne, neon zamontowany w pokoju zmarłej kobiety. Oczywiście policjant, osobiście zaangażowany, jest odsunięty od prowadzenia sprawy. On powodowany podwójną stratą, czyli śmiercią żony i zawodową porażką postanawia popełnić samobójstwo, a ten akt samozagłady powierza płatnej morderczyni. Pracując w dziale, gdzie ma do czynienia z różnymi przestępstwami dociera do właściwej osoby i kieruje do niej anonimowe zlecenia. Jednak zanim umrze, chce zidentyfikować zbrodniarza, jakiegoś psychicznego dewianta, a zarazem człowieka obeznanego ze sztuką montowania neonów.

Czytelnik nie może się oderwać od śledzenia akcji. Autorka umożliwia mu obserwowanie poczynań policjanta, który łamie służbowy zakaz włączania się do dochodzenia; morderczyni, która musi dzięki temu zleceniu zdobyć pieniądze na kosztowną operację ratującą życie; no i nie pozwala spuścić z oczu seryjnego zabójcę. Kilka elektryzujących wątków skupia uwagę, trzyma nieustannie w napięciu, aż dochodzi do zaskakującego wyjaśnienia, dlaczego ofiarą zostaje żona policjanta.

Nie mam prawa wyłuszczenia piętrzących się zagadek, zostawiam to czytelnikowi, ale zapewniam, że lektura go nie rozczaruje ani przez moment.


GS LOCKE „Neon”, przełożyła Maciejka Mazan, Prószyński i Ska, Warszawa 2021.

czwartek, 10 listopada 2022

Rafał Brzeski poleca historię daleką i bliską.

 Gdy za wschodnią granicą wojna

 

 Piętro niżej zamieszkali uchodźcy z Ukrainy. Już od kilku lat u mojej znajomej pani mecenas sprzątała w regularnym rytmie ich rodaczka, ale kiedy wojska rosyjskie wkroczyły w jej rodzinne strony, natychmiast sprowadziła do Polski siostrę z trójką dzieci, kiedy szwagier poszedł na front. Piszę o tym, bo w mediach do tej pory śledziliśmy doniesienia o wojnach na Bliskim Wschodzie, o walkach plemiennych lub międzyreligijnych w Afryce, nawet poznaliśmy Czeczena, który trafił pod Karkonosze, kiedy i w rejonie Kaukazu zaistniały zamieszki, a teraz proszę mamy wojnę po sąsiedzku i nagle taka lektura jak "Czas wojny, czas miłości" nabiera niezwykłej aktualności. I dochodzimy do wniosku, że zawieruchy w Europie, jakie szalały w minionym stuleciu, dawno przebrzmiałe robią wrażenie, jakby zapętliła się historia.
Lena i Nora, siostrzane bohaterki powieści Victorii Gische przychodzą na świat w czasie, którego na pewno by nie wybrały, gdyby ktokolwiek z nas miał w tej kwestii wybór. Pełen uroku dworek w Nieczujowie od pokoleń należy do szlacheckiej rodziny a z lektury wynika, że jest to germanizowania część Wielkopolski. Najstarsza w rodzie Róża nie godzi się na ślub syna Henryka z Aleksandrą, ale młody mężczyzna nie dopuszcza jakichkolwiek protestów i poślubia ukochaną, zaś jego matka bardzo szybko przekonuje się, że jego wybór był doskonały, a przekonanie o tym, że synowa jest bezpłodna, okazuje się mylące, bo na świat przychodzą dwie dziewczynki w kilkuletnim odstępie, ale ich matka umiera przy drugim połogu. Norcia nie zachowa rodzicielki nawet we wspomnieniach, a będzie żyć w przekonaniu, że jej przyjście na świat spowodowało zgon położnicy. Ta sytuacja będzie źródłem napięć, poczucia odrzucenia przez rodzinę młodszej siostry i dopiero czas uleczy rany, ale nie do końca, bo i ojciec dziewczynek, kiedy korzystając z zaproszenia amerykańskich przyjaciół do podróży wsiada z rodziną do Titanica, znajdzie się wśród ofiar tej morskiej katastrofy, która przeszła do historii. Rodzi się domniemanie, że Henryk specjalnie nie wsiadł do ratunkowej szalupy, gdyż chciał dołączyć do Aleksandry, nieodżałowanej żony, matki Lenki i Norci.

Tym sposobem zdarzenia rozgrywają się i w Polsce, i w Ameryce, a kiedy wybucha pierwsza wielka wojna, już osiemnastoletnia Lena rusza do Europy, by tam jako sanitariuszka nadać sens swojemu życiu.

Pozna śmierć, ból, poświęcenie i doświadczy miłości do żołnierza, który jej zawdzięcza życie. Opuszcza go, kiedy Maria Skłodowska-Curie zaprosi ją do udziału w akcji realizowanej przez „rentgeny na kółkach”. Tym sposobem fikcja spłata się z faktami, więc nic dziwnego, że pierwszy rozdział powieści poprzedzony jest wykazem osób fikcyjnych i historycznych, więc i padają nazwiska polityków, Egiptologów oraz innych postaci łącznie z córką noblistki.

Nie mogę odbierać czytelnikom przyjemności i napięcia, jakie budzi śledzenie wątków romansowych. Historia wpłata w swoje okrutne prawa miłość, która ustępuje logice nienawiści i agresji. Bohaterowie muszą przywołać siłę charakteru, bo obowiązek wierności jest poddany rozmaitym próbom. Narracja sięga do czasów drugiej wojny światowej. Lektura pozwala poznać odkrycia w Egipcie i udział Leny w pracach archeologicznych, obyczaje w dworku szlacheckim, a nawet wykaz serwowanych potraw na spotkaniach towarzyskich czy weselach.

Książka dowodzi, że minione stulecie wciąż jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, dostarcza bogatego tworzywa literackiego. I daje okazję, by penetrować tajemnice natury ludzkiej. Bardzo podoba mi się zabieg, kiedy autorka kolejne rozdziały poprzedza sentencjami, a przywoływane maksymy pisarzy, myślicieli, a nawet nieznanych autorów pogłębiają sens literackiego przesłania i pobudzają do refleksji. Przez stulecia ludzkość doświadczała tych samych emocji, rozterek, wątpliwości i odkryć zagadek natury ludzkiej, więc poprzestanę tylko na jednej sentencji, w której mieści się odniesienie do zdarzeń na Ukrainie. Już Cyceron napisał: „Przystoi walczyć w obronie praw, wolności, ojczyzny” (str. 199).


Victoria Gische „Czas wojny, czas miłości”, Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus, Białystok 2019.

środa, 13 lipca 2022

Rafał Brzeski poleca gorące piaski Babilonu na upalne lato

 Królowa córka bogini

 

Jestem fanem twórczości Ewy Kassali. Do pewnego momentu myślałem, że są to pozycje warte rekomendowania kobietom. Powieści te mają taki walor, że zawierają wysoki ładunek afirmacji dla płci pięknej. Kiedy jednak przeczytałem książki o władczyniach Egiptu, a potem o bohaterkach, zainspirowanych lekturą Biblii, pomyślałem sobie, że się myliłem. Każdy mądry mężczyzna powinien wziąć do ręki dorobek tej pisarki. Z notki od wydawcy dowie się, że autorka jest wybitną działaczką na rzecz ruchu równouprawnienia kobiet. Wydawcy przypominają, że pisarka „Prowadziła programy telewizyjne, jest specjalistką od spraw równouprawnienia i autoprezentacji. (...) Jest znana z działań społecznych, co potwierdzają nagrody, a wśród nich między innymi Chapeau Bas, Soroptimist Internanational, Bizneswoman Roku...” i inne. ”Sprowadziła do Polski for Soccess- międzynarodową organizację non profit”. (powyższe cytaty pochodzą z „Semiramidy”) Dlatego uważam, że jej dorobek powinien być rekomendowany mężczyznom, żeby poznali psychikę kobiet, ich emocjonalne, duchowe oraz intelektualne potrzeby i ambicje. By nauczyli się je rozumieć, szanować i doceniać. Każda z historycznych bohaterek ilustruje te cechy płci, niesłusznie nazywanej słabą, a niekiedy piękną.

Niejeden czy niejedna z nas spotkała się albo w krzyżówkach, albo w publicystyce wzmiankę o ogrodach Semiramidy. No więc dziś zarekomenduję „Semiramidę”, władczynię Babilonu. Mniema się, że tam właśnie znajdował się biblijny Eden. Tam wznosiła się wieża Babel. To starożytna Mezopotamia. Jej powieściowa królowa ma zagadkową przeszłość.

Dawny żołnierz, teraz pasterz Simmas zostaje przybranym ojcem niemowlęcia. Simmach jako człowiek wojen bywał w niejednym kraju, może zdobywając kobiety posiał w niejednej z nich nasienie, ale nigdy nie poślubił żadnej z kobiet ani nie natrafił na ślad własnego dziecka, aż pewnego razu nad brzegiem morza znalazł kwilącego noworodka. Rzecz się dzieje w 800 roku przed naszą erą. Starzec uważa, że to dar bogów wyrzucony falą na brzeg. Troskliwie opiekuje się noworodkiem. Dziewczynkę chowa z czułością, ale wymagające metody byłego żołnierza czynią z niej tak zwaną chłopczycę. Rówieśnicy wyśmiewają się ze znajdy, krzywdzą ją, a wtedy Simmas uczy ją samoobrony. Wyrasta z niej śliczny żołnierz, jakbyśmy dziś powiedzieli — w spódnicy. Opiekun nie zaniedbuje jej duchowego, a także na owe czasy intelektualnego wychowania. Posyła ją na naukę do kapłanek. I kiedy dziewczyna staje się panną, nad morzem dostrzega ją generał Onnes. Zachwycony jej urodą i wdziękiem, odwagą, mądrością i pewnością siebie, zabiera na dwór, poślubia i przedstawia Ninusowi, królowi Asyrii i Babilonii. Żona generała natychmiast rozkochuje w sobie władcę, który bardzo szybko uśmierca generała i żeni się z wdową. Owocem tego mariażu jest syn, następca tronu. Ale dwór jest pełen intryg, zawiści, a najbardziej rozsierdzony jest brat nieżyjącej żony władcy, który niechybnie byłby następcą tronu, gdyby nie to, że przychodzi na świat prawowity spadkobierca władcy. Podłe intrygi doprowadzają do zgładzenia Ninusa, więc nienawiść szwagra przenosi się na jego syna. I to jest sytuacja, która pozwala wprowadzić na karty powieści postaci okrutne, chciwe, przewrotne, mściwe i zachłanne. Semiramida lokuje syna Ninasa w bezpiecznym oddaleniu od niegodziwców, a sama do jego pełnoletności sprawuje rządy. Potrafi być stanowcza, szlachetna, ale też we właściwych momentach okazuje się doskonałym strategiem.

Trudno jednak żyć bez miłości. Ale kiedy przychodzi czas na wielkie uczucie i burzliwą namiętność do syna króla sąsiedniego państwa, ona odrzuca jego oświadczyny, gdyż dobro jej mocarstwa jest dla niej najważniejsze. Wszyscy są przekonani, że władczyni istotnie jest córką bogini wyrzuconą na brzeg przez fale. Zresztą jeden z mitów opowiada, że bogini Atargatis przeżyła miłość, której owocem była dziewczynka, ale ponieważ nie mogła jej zachować, powierzyła niemowlę morskim odmętom. Więc łatwo było uwierzyć, że królowa jest córką Atargatis.

Powieść obfituje w znakomite odniesienia do starożytnego Babilonu. Sposoby walki, rządzenia, prawa, metody gospodarowania na podstawie spenetrowanych źródeł dają wielką obfitość wiedzy o starożytnym mocarstwie. Wtedy to Semiramida sprowadzała z różnych krajów sadzonki, nasiona, zakładała ogrody, korzystała z nowoczesnych na owe czasy metod nawadniania i z jej imieniem kojarzone były przez stulecia wiszące ogrody. Nawet ogrodnicy wezmą tę powieść do ręki z zainteresowaniem, tak dużo jest w niej praktycznych wskazówek, na przykład jak wykorzystać fazy księżyca do siewu, wegetacji roślin i zbioru plonów. Kobiety zaś zapamiętają wskazania wiecznie pięknej mimo upływu lat kapłanki, jak zachować zdrowie i urodę.

Zresztą co ja się będę rozpisywać. Powieść jest porywająca i popełni błąd każdy, kto nie zaopatrzy się w tę pozycję na urlopowe dni. A mamy dopiero połowę letniej kanikuły.

Ewa Kassala „Semiramida”, Wydawnictwa Videograf, Chorzów 2020.

niedziela, 10 kwietnia 2022

Rafał Brzeski poleca pozycję, z której wypływa wniosek, że 100 lat to za mało.

 Czarna strona rewolucji

 

Czas odmierzają godziny dzienników telewizyjnych. Czekam na najświeższe doniesienia z Ukrainy. Ostatnia informacja była wstrząsająca. Został na oczach matki zgwałcony dwunastoletni chłopiec. Właśnie w tym momencie przypomniałem sobie służbowy wyjazd do socjalistycznej Białorusi. To był czas komunizmu, w programie pobytu uwzględniono zwiedzanie miasta. Pod pomnikiem „pobiedy” stali w pozycji na baczność pionierzy. Nasza przewodniczka dała przykład patriotyzmu młodej pracownicy chlewni. Miała głodujące dzieci, a pilnowała świń. Jedna miała niebawem się oprosić. Kobieta mogła sprowokować wypadek, a padłe zwierzę przeznaczyć na ubój. Uświadomiła sobie, że jej dzieci jakoś przetrwają czas głodu, a maciora będzie miała prosięta, po nich następne i tym sposobem jej decyzja zapewni hodowlę tuczników dla walczącej ojczyzny. Jeśli jej dzieci poumierają z głodu, to ich śmierć ocali innych. Przewodniczka nie powiedziała, czy dzieci kobiety z chlewni przetrwały wojnę. Ona podziwiała wybór kobiety, dla której prosięta okazały się ważniejsze od dzieci. Zresztą w czasie mojej socjalistycznej edukacji uczyłem się rewolucyjnych wierszy na pamięć, a fragment jednego z nich pamiętam do dziś: jednostka bzdurą, jednostka zerem.

Teraz Białoruś jest niezależnym państwem, ale jak się dowiedziałem, z Baranowicz, przez które przejeżdżałem w czasie wspomnianej podróży pociągiem, właśnie wypuszczane są na Ukrainę śmiercionośne rakiety. Równolegle do tych zdarzeń kończyłem lekturę poruszającej powieści Marthy Hall Kelly „Rosyjskie róże”. Jest to opowieść o przyjaźni dwóch młodych kobiet, Amerykanki i Rosjanki. Kiedy kończy się Pierwsza Wojna Światowa, a zbliża się zwycięska proletariacka rewolucja, jedna z nich gości przyjaciółkę w Ameryce i po tej wizycie postanawia zwiedzić Petersburg, rodzinne miasto Luby.

Wcześniej poznały się w Europie, spotykały w Szwajcarii i Francji. Dziewczyna z Rosji jest z jedną z kuzynek carskiej rodziny. Goszcząc w domu amerykańskiej przyjaciółki w miejscowości położonej w stanie Nowy York Luba poznaje grupę Rosjan, zamożnych i wykształconych, którzy wyemigrowali jeszcze w czasach pokoju. Stamtąd wraca do Europy statkiem z Elizą, która oczekuje dziecka. Wyrusza w tę podróż mimo protestów lekarza. Wyruszają mimo obaw i rodzi się Max, Luba i jej siostra zostały osierocone przez matkę, a wdowiec poślubił Agnes, ale ona nie miała serca do pasierbic, więc im też trudno było obdarzyć macochę miłością. Luba postanawia pokazać Elizie życie rosyjskiej arystokracji i w trakcie pałacowego balu Amerykanka zostaje przedstawione carycy Aleksandrze. A kiedy powozami wracają do domu, przeżyją napaść rozjuszonych mężczyzn, którzy ograbiają damy z biżuterii, a znikąd nie nadchodzi pomoc

Jak się później okazało, to już po Petersburgu krążyły proletariackie grupki, zwiastujące zbliżanie się rewolucji. Eliza zdołała wrócić za ocean, Było coraz bardziej niespokojnie, więc ojciec dziewcząt zadecydował, że z eleganckiej willi w Petersburgu przeniosą się do letniego domu w pobliskiej wsi.

Już nie wróciły pod swój dach. Carska rodzina została uprowadzona, pałac splądrowany, podobnie jak inne pałace i wille bogaczy. Czego nie dało się ukraść, było niszczone i dewastowane bez zrozumienia, jaką wartość przedstawiają obrazy, rzeźby, porcelana, meble i inne wartościowe wyposażenie obiektów, które trafiły do rąk tych, którzy ich zagrabienie traktowali jako akt sprawiedliwości dziejowej. Kto z właścicieli zdołał, uciekał jak najdalej od terenów objętych rewolucyjnym wrzeniem. Szczęściem było dostać się do pociągu, do samochodu, do konnego zaprzęgu, na statek.

Rewolucja uczyła nienawidzić, rabować i pogardzać, za wroga uważać kogoś lepiej ubranego, wykształconego i posiadającego coś więcej, niż inni. Edukacja, jaką odebrałem w swoim czasie, rodziła we mnie głęboką niechęć do kapitalistów, choć ich nie znałem. Jakąś niechęć budzili za to w moim mieście tak zwani prywaciarze, którzy do wszystkiego doszli pracą i zapobiegliwością.

Powieść Marthy Hall została poprzedzona gruntownym rozpoznaniem losów białych rosyjskich uciekinierów, a także tym, jak byli przyjmowani w europejskich krajach, między innymi w Paryżu i w Ameryce, a także jaki obraz rewolucji zdołali przekazać, kiedy zjawili się tam ograbieni ze wszystkiego. Całkiem jak teraz uchodźcy z Ukrainy, którzy musieli zostawić swoje domy i dobytek. Chyba rewolucja rodzi długofalowe skutki. To, czego dopuszczają się najeźdźcy na Ukrainie, dowodzi, że toksyny nienawiści i pogardy, tudzież chciwości wobec tego, co ktoś wypracował, trwają już w kolejnym porewolucyjnym pokoleniu.

Martha Hall Kelly „Rosyjskie róże”, przełożyła Danuta Górska, Prószyński i Ska, Warszawa 1921

sobota, 5 marca 2022

Rafał Brzeski poleca mistrza thrillera psychologicznego - nie śpimy, dopóki nie skończymy czytać.

 Berlińskie demony

 

Z zainteresowaniem przeczytałem rekomendację thrillera „potworność dla masochisty” i jak tylko doczytałem do końca „Rosyjskie róże” o rewolucji widzianej i przeżywanej od strony „białych”, poprosiłem w mojej filii bibliotecznej o powieść Sebastiana Fitzka. Pani wyniosła z regału z książkami kilka pozycji tego autora. Ponieważ wiedziałem, że wszystkie są znakomite, ich stan sfatygowania wskazywał na to, że krążą z rąk do rąk. I tak zachłannie rozpocząłem lekturę „Ostatniego dziecka”. Niby tytuł nie jest porywający, ale wystarczy przerzucić kilka stron, żeby nie móc się oderwać. Zwłaszcza ktoś taki jak ja, którego fascynuje psychologią, medycyna niekonwencjonalna, psychotronika, reinkarnacja oraz inne nie do końca rozpoznane i „oswojone” zjawiska, otrzyma niesamowitą czytelniczą strawę.

Bohaterem jest wzięty berliński adwokat Robert Stern. Jego specjalnością jest obrona przestępców, obwinionych o rozmaite zbrodnie. Między innymi o pedofilię lub handel żywym towarem. Jest przenikliwy, wyćwiczony do perfekcji w swoim fachu i ma za sobą wiele sukcesów, które zwykły człowiek nie uzna za sukces, skoro wyciąga zza kratek ludzi, którzy łamią prawo. Ale wedle jurystyki, każdy ma prawo do obrony. Przestępca również.

Przyjaciółka umawia Roberta z klientem. W dziwnym, ustronnym miejscu, w popadającej w ruinę ni to fabryce, ni to magazynie. Dziewczyna przez dwa lata była jego kochanką. Próbował w ten sposób, zadając się atrakcyjną kobietą, zagłuszyć nękającą go od dziesięciu lat rozpacz. A źródłem tej rozpaczy jest śmierć synka. W szpitalu, gdzie na położnictwie przychodzi na świat tylko jedno niemowlę płci męskiej, dochodzi na nagłego zgonu noworodka. Położnica jest w rozpaczy, odchodzi od zmysłów, nie chce nikomu przekazać malutkie zwłoki, ale w końcu ojciec niemowlaczka przejmuje synka i po właściwej procedurze związanej z nagłym zgonem noworodka w doskonałych szpitalnych warunkach organizuje pogrzeb maleństwa. Małżeństwo płaci rozstaniem za ten cios. Ona zakłada drugą rodzinę i wydaje na świat bliźniaczki, on nigdzie nie znajduje pocieszenia, nawet w ramionach Cariny, która umawia go z klientem.

Klientem okazuje się dziesięcioletni pacjent szpitala, chory na guza mózgu. To on wskazał miejsce spotkania, twierdząc, że tam właśnie znajdą szczątki ofiary, którą on uśmiercił piętnaście lat temu. Adwokat jest przekonany, że to urojenie chorego na raka mózgu chłopca, ale ten dodaje, że kilka lat później uśmiercił też drugiego mężczyznę. A przecież ma zaledwie dziesięć lat, wychowywany jest w sierocińcu, nie ma nikogo, kto mógłby jakoś zweryfikować jego urojenia. Tylko że adwokat i towarzysząca mu pielęgniarka istotnie trafiają na zwłoki, w miarę łatwe do zidentyfikowania ze względu na warunki, w jakich zostały ukryte.

Pojawia się wątek reinkarnacji. Czy w ciele chłopca mieszka ktoś, kto dopuścił się zbrodni? Adwokat szuka literatury przedmiotu na temat wędrówki dusz. Autor przeplata narrację wypowiedzi autorytetów filozofii, psychologii, literatury i religii różnych wyznań. Nie jesteśmy bytem niepowtarzalnym. Kiedyś byliśmy i jeszcze kiedyś wrócimy na ziemię. Możemy być płazem, skałą lub innym człowiekiem. Dla prawnika – sceptyka i racjonalisty fenomen dziesięciolatka nie znajduje wytłumaczenia, tym bardziej że chłopiec zapowiada, że zgładzi następną osobę, a na dodatek wskazuje czas i miejsce.

Dosyć. Na tym kończę, czytelnik sam znajdzie w tej niesamowitej powieści wyjaśnienie tych zagadkowych zjawisk. A ja jutro oddam do wypożyczalni „Ostatnie dziecko” i pożyczę jeden z wcześniejszych thrillerów Sebastiana Fitzka. Na przykład „Odprysk” albo „Odcięci”. Zresztą zobaczę, co wybiorę.

Sebastian Fitzek „Ostatnie dziecko”, przekład Tomasz Brzeziński, Wydawnictwo Amber Sp. Z o.o. Warszawa 2017.


czwartek, 17 lutego 2022

Rafał Brzeski poleca - oddech włoskiego kryminału.

 Bagno i szambo

 

Pogoda jest zmienna, choć oszczędzają nas niskie temperatury, a kiedy pada śnieg, robi się bajkowo. Mój znajomy mawiał, że tydzień zimą na nartach znaczy dla zdrowia tyle, co trzy tygodnie latem nad morzem. W każdym razie dobrze, że zima nas oszczędza, nie ma silnych mrozów, bo podrożały nośniki energii i ludzie łapią się za głowy, kiedy przychodzą rachunki za gaz w ogrzewanych w ten sposób mieszkaniach i domach. Ale to uwaga na marginesie, bo mamy porę, kiedy mimo restrykcji kowidowych trwają ferie i ludzie zabierają dzieci na ferie w górach. A jeden mój znajomy student nawet planuje jechać w Alpy, bo ma uprawnienia instruktora narciarstwa. Więc tym wstępem chcę zachęcić miłośników białego szaleństwa, by wzięli dla rekreacji do ręki „Czarną trasę” Antonia Manziniego, scenarzysty filmów i seriali, który powołał do istnienia na łamach cyklu powieści kryminalnych Rocco Schiavonego, a powieść, tutaj polecana, inauguruje tę serię.

Bohaterem jest włoski policjant, znakomity tropiciel sprawców przestępstw, sam wcale nie taki kryształowo czysty, dlatego z Rzymu, choć uwielbia to miasto swojego dzieciństwa i młodości, zdegradowany karnie, oddelegowany zostaje na prowincję, a tu czeka go arcytrudne zadanie. Po czterech miesiącach nudnej według niego mieścinie ma okazję wykazać się swoim policyjnym geniuszem. Zdarzenie rozgrywa się w podalpejskim rejonie mu podległym, i tam właśnie musi zbadać zagadkową śmierć człowieka, którego zwłoki znaleziono na wysokości 1500 m. Nienawykły do śniegu i mrozu funkcjonariusz jedzie do wczasowiska w Alpach, żeby zbadać przebieg zdarzeń. Ciało zmiażdżone przez ratrak jest potwornie zmasakrowane, tak dalece, że nie sposób nawet określić płeć denata. Szybko zostaje ustalone, kto tej nocy nie wrócił do domu. A rzecz dotyczy właściciela, jakbyśmy powiedzieli, wysokogórskiego, doskonale wyposażonego schroniska. Leon, bo tak ma na imię denat, właściwie był współwłaścicielem tego obiektu, a to dzięki pożyczce, którą z poślubioną trzy lata wcześniej żoną Luisą, kobietą wielkiej urody, zaciągnęli od szefa bazy górskiego sprzętu, służącego do utrzymania stoków w doskonałym stanie.

W tej powieści każdy może być niewinny, ale każdy może okazać się zabójcą. Luisa jest w ciąży, powinna ją pochłaniać straszliwa rozpacz, ale okazuje dziwne opanowanie. Tropiciel mordercy domaga się od kierownika poczty przekazania wszelkiej korespondencji, która ma trafić do denata. I tu będzie klucz do wskazania, gdzie szukać sprawcy. Z przysłanych wyników badań wynika, że mąż Luisy nie może być ojcem dziecka, które nosi w łonie. Zatem mamy do czynienia ze zdradą, do wyjaśnienia pozostaje, z kim bohaterka miała romans i tym samym kto jest ojcem dziecka. Zatem rozszerza się krąg podejrzanych, w tym czasie namówiony przez przyjaciela policjant dopuszcza się przestępstwa, gotów do przejęcia przerzucanego przemytu wielkiej ilości narkotyków, a może na tym procederze zdobyć niemałą kasę.

Gdybym napisał, kto zamordował właściciela schroniska, kto przyprawił mu rogi i czy udało się policjantowi wejść w posiadanie zrzutu marihuany, a jak wynika z lektury, sam też palił skręty – do wyrzucenia przez redagującego kwalifikowałaby się ta rekomendacja, bo odebrałbym czytelnikowi całą przyjemność. A czytanie tego wartko napisanego kryminału ze świetnymi dialogami to czysta przyjemność. A tytuł tej rekomendacji wskazuje, że pracować w policji to jakby zanurzać się w bagnie i penetrować szambo. Do takiego przekonania dochodzi mundurowy bohater powieści.

Antonio Manzini „Czarna trasa”, przełożył Paweł Bravo, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2017.

środa, 9 lutego 2022

Rafał Brzeski poleca powieść psychologiczną "Znikasz".

 Obserwujmy bacznie

 


Sympatyczne małżeństwo wyrusza na Majorkę. To ma być krótki urlop. Opuszczają hotel, by zafundować sobie przejażdżkę malowniczą, ale górzystą i bardzo krętą, nadmorską trasą. Frederik prowadzi samochód, obok siedzi żona Mia, a stan „załogi” uzupełnia Nicolas, ich syn nastolatek. Nagle zaczyna się dziać coś niezwykłego. Kierowca niebezpiecznie przyśpiesza, nie reaguje na gwałtowne protesty żony. Również zaniepokojony nastolatek napomina ojca. W pewnym momencie auto zjeżdża, wbija się w murek z jednej strony, kierowca wyskakuje i staje, mając pod nogami przepaść. Ta scena jest poprzedzona awanturą, jakiej kobieta nie pamięta w ich dwudziestoletnim małżeństwie. Wymierza Frederikowi cios, który go powala. On spada, ocala go drzewo, które zapobiega przed stoczeniem się w przepaść.

Pogotowie, szpital, napięcie, powrót do domu. Tam kontynuacja badań i wychodzi na jaw, że mężczyzna na uszkodzony jeden płat mózgu. Ona zapisuje się na terapię dla partnerów osób z chorym mózgiem, on poddany jest leczeniu. Z narracji wynika, że nie wszystko w tym małżeństwie było sielankowe, ale kiedy wyruszyli w tę niedługą podróż, odnaleźli swoją miłość i związek znów był szczęśliwy. Trwało to krótko, gdyż wyszło na jaw, że on, ceniony i podziwiany dyrektor szkoły, zaciągnął tak gigantyczne kredyty, że tej placówce o wysokiej renomie grozi upadłość. On traci przyjaciół, ona z przerażeniem dowiaduje się, że na wekslach jest poręczenie jej sfałszowanym podpisem.

Mia konsultuje sytuację z neurologami, psychologami, obkłada się literaturą przedmiotu i rodzi się i u niej, i u lekarzy przypuszczenie, że kiedy dyrektor dopuścił się gigantycznego nadużycia, już jego mózg był chory. Teraz sąd ma rozstrzygnąć o skali jego winy, oczywiście podpierając się opinią biegłych lekarzy i zeznaniami świadków, którzy mogą potwierdzić albo wskazać, kiedy dostrzegli zmiany zachodzące w jego osobowości.

Mia postanawia trwać przy mężu bez względu na wszystko. Pobrali się z wielkiej miłości. Było kilka przypadków niewierności z jego strony, ale zdrada została wybaczona. Teraz zachodzi prawdopodobieństwo, że był to skutek zmiany osobowości spowodowanej procesem chorobowym. Tylko że Mia na terapii spotyka mężczyznę swoich marzeń. Uczestniczy w zajęciach, gdyż jest mężem chorej kobiety. Wszystko wskazuje na to, że jest opiekuńczym, kochającym, czułym mężem, i to właśnie zachwyca kiedyś zdradzaną Miję. Tych dwoje uczestników terapii zakochuje się w sobie. To pozwala Mii leczyć emocjonalne zranienia. I wtedy dowiaduje się, że jej nowy ukochany prowadził burzliwe życie erotyczne, a jego małżeńska czułość i troska to efekt jego umysłowej choroby.

Te skomplikowane psychologicznie sytuacje są tematem powieści „Znikasz”. Jej autorem jest Christian Jungersen. Na tytułowej stronie okładki widnieje dopowiedzenie pod tytułem „Nowe odkrycie w literaturze skandynawskiej? Ten duński pisarz jest autorem cenionych powieści, a jedna z nich – „Wyjątek” w plebiscycie została uznana z najlepszą duńską pozycję ćwierćwiecza”.

Kiedy czytałem tę powieść, zacząłem bacznie obserwować członków mojej rodziny, przyjaciół, znajomych, współpracowników, zwracając szczególną uwagę na ich dziwne czy wręcz niepokojące zachowania. Budziły się we mnie wątpliwości, czy to jest sprawa charakteru, czy klującej się zmiany w związku z rozwijającym się guzem mózgu?

Lekturę powieści w bardzo interesujący sposób pogłębiają fragmenty naukowych opracowań z zakresu neurologii i psychiatrii.

Jeżeli ktoś lubi książki psychologiczne, z całą pewnością znajdzie satysfakcję z tej lektury. Gorąco polecam, a sam w mojej dzielnicowej bibliotece odszukam tę pozycję, która zajęła pierwsze miejsce w plebiscycie.

Christian Jungersen „Znikasz”, tłumaczenie z języka angielskiego Mateusz Borowski, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015.

sobota, 4 grudnia 2021

Rafał Brzeski poleca - świat wojny, świat dzieci

 Myślałem, że dla dzieci

 

Na stronie tytułowej książki, którą polecam, widać sylwetki dwóch chłopców. A nadruk na tej fotografii informuje, że jest to powieść o wielkiej przyjaźni nastolatków. Akcja rozpoczyna się w sierpniu 1942 roku. U dziadka i cioci w Sienie przebywa Lorenzo, dwunastolatek z Trypolisu. Trwa wojna, rodzina chłopca mieszkała w tym mieście, ale matka przywiozła go do Sieny, a jej zamiarem było pojechać do Rzymu, by wyreklamować męża z wojska przy pomocy wysoko postawionego kuzyna. Co prawda z powodu uszkodzonego oka był niepełnosprawny, ale jako bardzo zdolny inżynier był przydatny w działaniach logistycznych na tyłach frontu. Lorenzo nie wie, że matka wraca do Trypolisu, a on dla bezpieczeństwa pozostanie u rodziny do końca wojny. A faszystowskie Włochy wysyłają swoje sojusznicze wojska na północ Afryki, gdzie trwają działania.

Czekając na powrót matki, Lorenzo obserwuje życie w Sienie. Sam jest entuzjastą faszyzmu i Mussoliniego. Wie, że kiedy ten doszedł do władzy, we Włoszech nastąpiło gospodarcze ożywienie, a zindoktrynowane społeczeństwo, w tym dzieci i młodzież wielbiły wodza.

Oczami dziecka autorka pozwala poznać faszystowskie Włochy. Podzielone społeczeństwo. Wzmagające się represje. Prześladowania Żydów. Pogłębia się nędza. Kwitnie czarny rynek. Żywność jest racjonowana. Żydowskie dzieci rugowane są ze szkół, aż nadchodzi moment, kiedy Izraelici są chwytani, więzieni, pociągami deportowani do obozów zagłady. Taki los spotyka rodziców Daniele, równolatka bohatera, ale kiedy trwa łapanka i rugowanie Żydów z ich mieszkań, niemiecki oficer przymyka oko na chłopca, który się chroni przed wywiezieniem. Znajduje opiekę ze strony Lorenza. Ten ukrywa go w rodzinnym domu, dzieli się jedzeniem, tak wszystko organizuje, by domownicy niczego nie zauważyli. Równocześnie ma innego kolegę, Franca z rodziny fanatycznych faszystów: ojca i stryja.

Fascynujące są w powieści opisy Sieny i okolic. Lorenzo dowiaduje się, że idą starania o to, by historyczna Siena została uznana za miasto otwarte, czyli wolne od nalotów aliantów ze względu na historyczną i kulturową wartość.

A Włosi są coraz bardziej podzieleni na fanatycznych faszystów i tych, którzy organizują ruch oporu przeciw rodzimym i niemieckim wrogom.

Jest również w powieści subtelny wątek romansowy, kiedy ciotka Lorenza, nauczycielka włączająca się do antyfaszystowskiego ruchu, zakochuje się w żydowskim lekarzu, a zwolniona ze szkoły, podejmuje pracę w szpitalu, do którego zwożone są setki rannych.

Żeby dowiedzieć się, czy Daniele ocalał, czy wojna oszczędziła jego rodziców i ojca oraz matkę Lorenza, trzeba wziąć do ręki powieść „Nikt nie wie, że tu jesteś”. Byłem we Włoszech pięć razy, ale dopiero lektura tej pozycji uświadomiła mnie, jak niewiele wiedziałem o faszystowskich Włoszech. Teraz patrzę na ten kraj zupełnie inaczej.

Nicoletta Giampietro „Nikt nie wie, że tu jesteś”, tłumaczenie z niemieckiego Anna Makowiecka, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2020.

środa, 17 listopada 2021

Rafał Brzeski - poleca ciekawą powieść psychologiczną dla trudnych rodzin.

 Rozwodnikom edukacyjnie

 

Moi rodzice się rozeszli. Mam doświadczenie wyrastania w rozbitej rodzinie. Nic dziwnego, że powieść Jane Green „Posklejana rodzina” zainteresowała mnie szczególnie, bo już sam tytuł dawał do zrozumienia, jaka będzie zawartość. Natychmiast sobie uświadomiłem, że w ostatnich dziesięcioleciach w bliskich mi familiach z kilkoma dziećmi zdarzył się przynajmniej jeden rozwód. A kiedy śledziłem newsy w ostatnich miesiącach, dowiadywałem się o dramatycznych zdarzeniach. Tu i ówdzie zostało skatowane lub niedopilnowane dziecko, nawet bardzo małe, jak dwulatek, który wypadł z okna lub w ostatniej chwili dzięki czujności sąsiadów uniknął wypadku. I jak media donoszą, takie zdarzenia mają miejsce właśnie w „posklejanych” rodzinach, w których konkubenci nie mają cierpliwości do nieswoich dzieci, a ich partnerki zamiast chronić latorośle, zachowują bierność, opowiadając się za oprawcami.

Takim parom gorąco polecam wspomnianą powieść. Jej bohater należy do mężczyzn, którzy nie z własnej winy tracą rodzinę. W tej historii on, czyli Ethan trafił na alkoholiczkę. Robił, co mógł, by uwolniła się z uzależnienia, ale to wszystko okazało się daremne. Więc po kilku latach poślubił Andi. Była niezamężna, ale szukała takiego kandydata na resztę życia, jakiego sobie wymarzyła. I znalazła partnera wręcz idealnego. Przystojny, szlachetny, rozważny, czuły, delikatny, kulturalny. Więc spełniał wszelkie parametry nakreślone w jej wyobrażeniach, ale miał dwoje dzieci. Ponieważ dobiegała czterdziestki, pragnęła jak najszybciej urodzić maleństwo, choć całym sercem była gotowa, by pasierbice pokochać i zastąpić im matkę alkoholiczkę. A to wcale nie było łatwe. Starsza z dziewczynek już była dotknięta charakteropatią, wywołaną rozejściem się rodziców i alkoholizmem matki, bo z jej strony nie doświadczyła ani miłości, ani troski. Zasądzone spotkania z biologiczną matką przynosiły rozczarowania. Dziewczynka wracała jak jeden kłębek nerwów. Nie akceptowała macochy i dawała jej to odczuć. Głowa tej rodziny znalazła się między młotem a kowadłem. Córka uznała, że Andi zawłaszczyła jej ojca. W sytuacji napięć, do jakich dochodziło, on chciał chronić dziewczynę, by nie odczuwała, że nie jest akceptowana, że jest odrzucana w nowym układzie, bo tak nie było. Partnerka ojca robiła wszystko, by spokojnie znosić napady furii nastolatki. Była łagodna, cierpliwa, czego tamta nie dostrzegała i nie doceniała. Znacznie lepiej układały się stosunki z młodszą dziewczynką, która pokochała drugą żonę ojca, garnęła się do niej i przyjmowała jej czułość i troskę. Sophia jest wspaniałym dzieckiem, niestety Emily stwarza coraz więcej kłopotów. Zadaje się z byle kim, sięga po narkotyki, po alkohol, wraca późno, a ojciec nie może wyegzekwować żądnej dyscypliny.

Wreszcie sytuacja zaczyna wszystkich przerastać. Nastolatka zachodzi w ciążę, ale nie ma pojęcia, kto jest ojcem. Dla Endi to nadzieja, że w rodzinie pojawi się dziecko. Co prawda urodzone przez pasierbicę, ale jednak to będzie maleństwo należące do rodziny. Emily nie akceptuje ciąży ani takiego rozwiązania.

Uważam, że każda rodzina zagrożona rozwodem powinna przeczytać tę powieść, podobnie jak każda „posklejana” familia, która nie może uładzić życia emocjonalnego przy zbuntowanym dziecku.

Powieść jest bardzo dobrze napisana, świetna w sferze obyczajowej i psychologicznej. Ma walor edukacyjny, adresowany do dorosłych, bo pokazuje, jak pozytywne uczucia i nastawienia potrafią zneutralizować bardzo negatywne emocje. Z oczywistych powodów nie napiszę, czy niemowlę, które ma przyjść na świat, zostanie zaakceptowane przez nieletnią matkę i czy spełni się marzenie jej macochy o dziecku, choćby urodzonym przez kogoś innego. Zresztą Andi prosiła męża o zgodę na adopcję, ale on mając dwie córki już czuł się za stary na to, by od początku podjąć się rodzicielskich trudów. Życie podyktuje swój scenariusz.

Jane Green „Posklejana rodzina” z angielskiego przełożyła Joanna Piątek, Wydawnictwo SONIA DRAGA Katowice 2013

niedziela, 1 sierpnia 2021

Rafał Brzeski - poleca

 Jeleniogórzanin w Nepalu

 

Doprawdy żałuję, że bywając wielokrotnie w Jeleniej Górze, nie miałem okazji spotkać Rafała Froni. To znakomity himalaista, a kiedy pod świeżym wrażeniem, jakie wywarła na mnie jego książka „Rozmowa z górą” dzieliłem się zachwytem z przyjacielem, zakorzenionym pod Karkonoszami, powiedział mi: „Ależ ja spotkałem tego człowieka Gór, słuchałem jego wystąpienia pod pomnikiem w Kotle Łomniczki, tam gdzie dziesiątki lat temu lawina pochłonęła radzieckich studentów.” I dodał, że to wystąpienie autora „O drodze, o poszukiwaniu siebie” (tak brzmi podtytuł książki) było ogromnie interesujące. Nic dziwnego. To, co ten człowiek przeżył w wysokich szczytach, może wystarczyć na niewyczerpaną opowieść.

Rafał Fronia najpierw wydał „Anatomię Góry”, uznaną za bestseller, a teraz tu rekomendowaną pozycję ze wspomnianym nadtytułem. To jest reportaż, dokument z wędrówki, uzupełniony fotografiami, które wraz z treścią natychmiast rodzą w czytelniku pragnienie, by wybrać się śladami autora. Zresztą pod koniec książki zachęca, by podjąć to wyzwanie i ruszyć na szczyty tego globu, najlepiej na te najbardziej wysokie i wyniosłe. Dopiero z tej perspektywy człowiek może zajrzeć w głąb siebie, rozpoznać, co zostawił tam na dole, inaczej spojrzeć na ziemię, w której zjawił się tu i teraz. Książka jest znakomita. Opisy szczytów zasnutych chmurami, schodzących lawin, szalejących zamieci, opisy Tybetańczyków obojga płci, którzy nie znają innego miejsca ani innego bytowania, jak służba górom i tym, którzy kochają je taką miłością, że ryzykują dla nich życie.

Autor opisuje wyprawę na Manaslu w Nepalu, na jeden z najwyższych i najtrudniejszych do zdobycia w Himalajach ośmiotysięczników. Autor pisze: „To Góra rozległa, groźna, trudna do zdobycia. Dla himalaistów dostępna dopiero od 50 lat zeszłego wieku, kiedy to miejscowe władze udzieliły pozwolenia na wejście na Manaslu”. Pierwsi dokonali tego Japończycy, ale musieli podjąć trzy próby, aż w maju 1956 roku dokonali tego skutecznie. Polacy przeżyli ten tryumf na przełomie roku 1983/84.

W pewnym momencie przy lekturze „Rozmowy z Górą” zabrakło mi kartek. Po prostu wiele fragmentów było tak pięknie napisanych, że zaznaczałem miejsca, by je potem łatwo odszukać i przenieść do mojego schowka w komputerze, gdzie lokuję najbardziej zdumiewające, piękne fragmenty i literatury pięknej, i dokumentalnej.

Chciałem i tutaj zacytować kilka opisów gór, wąwozów, potoków, lawin, a ponadto zachowań tubylców, rozległości przygotować do wyprawy, zdumiewająco obfitego wyposażenia, posiłków i surowców do ich przyrządzenia. Nic z tego, zająłbym całą pojemność tej strony internetowej, bo zawierają najczystszą poezję, a ponadto olbrzymią wiedzę podróżniczą i psychologiczne rozważania o naturze ludzkiej. O marzeniach człowieka i o niespełnieniach, ale też pozycja ta ma wartość edukacyjną, uczy samowiedzy, pozwala pojąć, że nie wszystko jest do sięgnięcia, a nie zawsze wystarczy życia na spełnienie marzeń. Ale marzyć trzeba.

Co wrażliwszy czytelnik może się żachnąć na dosadność niektórych sformułowań, na użycie wyrazów uznanych za obsceniczne lub wulgarne, ale trzeba wziąć poprawkę na ekstremalne warunki, w jakich przebiega wyprawa, na emocje, które wyzwala. Mnie osobiście te „przerywniki” nie rażą, bo wzmacniają emocje i dodają wyrazistości opisom sytuacji. Tym bardziej, że Rafał Fronia spisuje je na gorąco, korzystając z dobrodziejstwa elektroniki i pojemności nośników pamięci. Reszta została przywołana z pamięci już po powrocie, po dwóch miesiącach trwającej wyprawy. 

To jest imponujący warsztat pisarski.

Rafał Fronia „Rozmowa z Górą”, Wydawnictwo SON, Kraków 2019.

wtorek, 13 kwietnia 2021

Rafał Brzeski - poleca lekką książkę nie tylko dla intelektualistów

 Rewelacja, tylko się delektować

 

Anna Gavalda, urodzona w 1970 roku uznawana jest za świetną współczesną prozatorkę. Nic dziwnego. Na okładce z wydania jej „Pocieszenia” w roku 2009 można przeczytać, że jej powieści przetłumaczono na 38 języków i sprzedano w ponad pięciu milionach egzemplarzy. Nic dziwnego, doprawdy „Pocieszenie” jest napisane rewelacyjną prozą. Nie ma tutaj sztywnego gorsetu narracji odautorskiej, czytelnikowi pozostawiono absolutną swobodę śledzenia zdarzeń opowiadanych na różne sposoby raz to jako relacja głównego bohatera, innym razem są to niczym nieskrępowane dialogi; krótko mówiąc  autorka korzysta z absolutnej swobody, co fascynuje czytelnika, który  nie daje się prowadzić za rękę.

Książka zawiera znane nam realia z wszelkich dostępnych newsów. Pojawiają się ludzie biznesu, przedsiębiorcy przemieszczający się ze wschodu na zachód i z północy na południe. Naturalnie korzystają z lotów w klasie biznesowej, mają do dyspozycji na miejscu, na przykład w Moskwie, tłumaczy i samochody.

Nasz bohater jest architektem. Projektuje, wystawia na konkursy swoje projekty, zwycięża albo nie, a miejscem jego zakotwiczenia jest Paryż. Tu odwiedza rodziców i rozczula się na widok mieszkania, które nie zmienia wyglądu od czasu jego dzieciństwa, choć naturalnie czas odmienił i ojca, i matkę, i siostry, odmienił też życie i wygląd bohatera, który w przedstawianej płaszczyźnie czasowej ma lat 47.

Widzimy go w fazie frustracji. Owszem, jest w związku, ale nie potwierdzonym ani urzędowo, ani sakramentalnie. Ma córkę, ale to nastolatka z pierwszego związku jego partnerki. Ani to wielka miłość, ani udana kariera, ani fascynacja nowoczesną europejską architekturą. Wszystko rozmija się z marzeniami i pragnieniami. Jedno zostaje niewzruszone: miłość do matki najlepszego przyjaciela z dzieciństwa i młodości. Tylko pamięć o tej niezwykłej, ekscentrycznej kobiecie wnosi świeżość i głębię do jego życia. Tylko że ona już nie żyje, a wiadomość o jej śmierci dociera na tyle późno, że Charles  nie zjawia się na pogrzebie.

Anouk, ta jego miłość  jest pielęgniarką. Jej syn Alexis nie zostaje wybitnym muzykiem. Rozdziela  ich zawirowanie zdarzeń. Bohater traci też z oczu niezwykłego opiekuna Alexisa, który jest jeszcze bardziej ekscentryczny, niż matka chłopca. Jest w nim mieszanina klowna, aktora, artysty, ale te najbliższe mu osoby po prostu go kochają. Nazywają go Nianią. Niania też umiera.

Rozczarowany całokształtem otaczającej go rzeczywistości Charles stara się przynajmniej ocalić to, co jest do ocalenia: groby Anouk i Niani. I kiedy tropi te wątłe ślady, na południu Francji odnajduje to, co utracone. I odnajduje świat, o którym myślał, że nie istnieje. Dostaje porcję odtrutki od zgiełku wielkich zurbanizowanych  molochów. I tam, na wsi w zdumiewający sposób odnajduje to, za czym tęsknił. Miłość. I jakby inkarnację nieżyjącej Anouk. O ile ta chłopięca i młodzieńcza miłość była od niego o dwadzieścia lat starsza, o tyle ta dziewczyna, ta inkarnacja Anouk z fizycznego i duchowego piękna jest o kilkanaście lat młodsza od sfrustrowanego bohatera.

Oczywiście nie napiszę, czy wreszcie doświadczy Charles spełnionej miłości. Powiem tylko, że ja, stary chłop, miejscami ryczałem jak bóbr.

Powiem też, że dziwi mnie tytuł. „Pocieszenie”- na witrynie księgarni nie zwróciłby mojej uwagi. Jak to jednak dobrze, że powieść ta trafiła do moich rąk. Polecam ją każdemu. Zapóźnionym romantykom i zatwardziałym cynikom, starym i młodym. Powieść jest piękna.

Anna Gavalda „Pocieszenie”, tłum. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Świat Książki, Warszawa 2009.