Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Rzepecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Rzepecki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 kwietnia 2025

Daniel Rzepecki poleca

Klęska miłości i niszczycielska siła polityki





Wydawnictwo Sonia Draga wydało powieść irańskiej pisarki. Z notki dowiadujemy się, że Parinoush Saniee to bardzo wykształcona irańska socjolożka i psycholożka, a doskonałą orientację o realiach politycznych oraz społecznych nabyła, kierując Działem Badań Najwyższej Rady Koordynacyjnej Edukacji Zawodowej i Technicznej Ministerstwa w Iranie. Bohaterką powieści jest Masuma, a czytelnik śledzi jej losy od wieku nastolatki po już dojrzałe lata kobiety. Dziewczyna jest bardzo zdolna i chłonna wiedzy, co docenia jej ojciec, a irytuje matkę i rodzeństwo, a, ściśle mówiąc, braci. Jeden z nich jest żarliwym wyznawcą islamu. Szanuje wszystkie nakazy wiary, pozostaje bezkrytyczny i od siostry wymaga religijnego podporządkowania się zasadom. Dotyczy to też nauki, gdyż środowisko, jakie reprezentują, uznaje, że przeznaczeniem kobiety jest posłuszeństwo mężowi i potulne wykonywanie zadań gospodyni domowej. Nakrywanie głowy, zasłanianie włosów, unikanie kontaktów z chłopcami i mężczyznami, powściągliwość w zachowaniu to tylko niektóre nakazy dziewcząt i kobiet. Małżeństwa są aranżowane, miłość nie gra większej roli w kojarzeniu związków. Na swoje nieszczęście Masuma zwraca uwagę na asystenta kierownika apteki i budzi jego zainteresowanie.

Kiedy dziewczyna skręciła nogę, a w aptece w drodze do szkoły udzielono jej pomocy, o którą poprosiła przyjaciółka Masumy Parwana, brat poszkodowanej Ahmad uznał, że siostra dopuściła się czynu nierządnego i postanowił wymierzyć sprawiedliwość Saiidowi z apteki. Napadniętemu udzielili pomocy przechodnie, ale zła sława okryła i Masumę, i całą rodzinę, więc postanowiono ją wydać za mąż, a pomówionemu o uwiedzenie dziewczyny poradzono, by wyjechał, chroniąc się przed zemstą. Mąż Masumy też został zmuszony do małżeństwa, choć nie brał pod uwagę możliwości posiadania dzieci. Okazał się przyzwoitym człowiekiem, komunistą, związanym z ruchem zmierzającym do zmiany ustroju. Ostatecznie pogodził się z tym, że żona urodziła mu trójkę dzieci, ale życie rodzinne nie interesowało go w żadnym stopniu. Żył dla idei, dla zmiany ustroju. W końcu dostał się do więzienia i został stracony. Kobieta musiała sprostać bardzo trudnej sytuacji, ale ratowała ją miłość do dzieci i siła charakteru.

Opisywane zdarzenia obejmują pół wieku. Iran przeżywa wojnę z Irakiem. Młodzi mężczyźni giną na froncie. Niektórym udaje się uciec na Zachód. Opłacenie przemytników bardzo dużo kosztuje, ale nasza bohaterka zdoła wysłać jednego z synów przez zieloną granicę.

Prawdę mówiąc, powieść obejmującą pół tysiąca stron czyta się jednym tchem. Może dlatego, że o Iranie wiemy tyle, ile doniosą nam media. Natomiast „Księga przeznaczenia” przybliża ten odległy kraj w takim stopniu, że to, co Polakowi wydaje się trudne do zniesienia w naszym skłóconym kraju, w porównaniu z tym, co przez dziesięciolecia działo się w Iranie, wydaje się czymś innym w porównaniu z tamtymi realiami.

Rekomendowana tu powieść stała się światowym bestsellerem. Dalsze pozycje tej autorki czekają na zezwolenie cenzury. Gorąco polecam tę lekturę, która poszerza horyzonty czytelnicze.

Parinoush Saniee „Księga przeznaczenia”, z języka angielskiego przełożyła Monika Popławska, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2013.


środa, 7 sierpnia 2024

Daniel Rzepecki poleca

Powieść jak afrodyzjak




Teraz nie szokuje praca za granicą, a większe miasta mają siedziby międzynarodowych korporacji. Ale w czasie mojej młodości wyjazd na Zachód stanowił nie byle jakie wydarzenie, a mam na myśli wyjazd służbowy. Stał się on udziałem kolegi z naszej firmy, więc szczerze mu zazdrościliśmy i czekaliśmy nowin z innego świata po jego powrocie. Liczyliśmy też na jakieś drobne upominki. Tymczasem on po powrocie wyłożył na biurko pornusy, które wówczas widziałem pierwszy raz w życiu. Pięknie wydane, na doskonałym papierze z perfekcyjnie wykonanymi fotografiami par w erotycznych sytuacjach. Nasze panie były wyraźnie skrępowane, ale i one, jak koledzy, w końcu opanowały zażenowanie i zaczęły wertować te pornograficzne wydania. Potem wywiązała się dyskusja, jaki może być pożytek z takich pozycji, aż jeden z kolegów powiedział, że one mają charakter edukacyjny, bo prymitywna płeć brzydka może się douczyć, jak powinna wyglądać sztuka fizycznej miłości, która w naszej cywilizacji jest niedoceniana.

Więc kiedy czytałem „Maskaradę” Hannah Fielding, której powieści romansowe, zwłaszcza „Pieśń Nilu” były wielokrotnie nagradzane, pomyślałem sobie, że jest to pozycja, która doskonale wprowadzi czytelnika w arkana seksualnych doznań. Pouczy, jak je wyzwalać, jak doceniać pożądanie, które jest początkiem fizycznej fascynacji, która nie musi, ale może prowadzić do głębokiej i trwałej miłości.

Bohaterką powieści jest Luz, z pochodzenia Hiszpanka i Angielka, która wysłana edukacyjnie do Anglii wraca do kraju pochodzenia po ojcu i tu doznaje czegoś w rodzaju rozszczepienia uczuć. Ulega urokowi dwóch fascynujących mężczyzn, z których jeden jest Cyganem, a drugi należy do arystokratycznej i artystycznej bohemy. Proces zauroczenia i uwodzenia jest szczegółowo, wręcz fascynująco opisany, stąd ta zachęta, by powieść potraktować jako wprowadzenie do sztuki miłości, a jak czytelnik zwróci uwagę na wątek sensacyjny, na powikłania losów rodów, które połączyła miłość, to okaże się, że powieść przeczyta się jednym tchem do wyjaśnienia pod sam koniec zdumiewających zagadek.

Parę miesięcy temu przeczytałem na Waszej stronie rekomendację „Koncertu” tej samej autorki i okazało się, że to znakomity romans. A ta powieść, którą tutaj rekomenduję, w niczym nie ustępuje i tamtej nagradzanej pozycji.


Hannah Fielding „Maskarada”, tłumaczenie Piotr Art, druk Print Group. Sp.z o.o., Warszawa 2022.

czwartek, 18 maja 2023

Daniel Rzepecki poleca

 Pod prąd swobodzie seksualnej

 


Firmy mają zwyczaj organizować imprezy integracyjne. Oczywiście, jak dobrze prosperują i mogą zafundować uczestnikom zakwaterowanie, doskonałe jedzenie, program merytoryczny i wiele innych atrakcji, co zależy od inwencji głównego organizatora. Zwykle obowiązuje swoboda obyczajowa, oprócz tego nadarza się okazja do przygód damsko-męskich. Są to doraźnie eksplodujące romanse. Pamiętam atrakcyjną brunetkę na turnusie rehabilitacyjnym, czule żegnaną przez męża przy autokarze, a potem jeszcze czulej witaną z naręczem kwiatów, kiedy rozstawała się z grupą. Mąż zapewne nigdy nie dowiedział się o jej turnusowym zagranicznym romansie ze smagłolicych kelnerem. No, mniejsza z tym, to był rekreacyjny wyjazd, inny natomiast, właśnie integracyjny, pozwolił mi obalić utrwalone przekonanie, że inicjatywa należy do mężczyzny. Nic podobnego. Na własne oczy widziałem, jak jedna z pań szybko zarzuciła sieć na bardzo przystojnego uczestnika i rankiem chyłkiem opuszczała jego pokój. Ona zamężna, on żonaty, oboje pokazywali zdjęcia bardzo udanych dzieci.

Piszę o tym, bo jestem pod wrażeniem powieści Amy Harmon „Biegając boso”. Już dawno nie czytałem tak pięknej, romantycznej, a współczesnej powieści. To historia osieroconej dziewczynki, która po śmierci matki musiała przejąć rolę pani domu, opiekunki ojca i braci, dziewczynki z powodu obowiązków przedwcześnie dojrzałej do wysiłku, przekraczającego jej siły i możliwości. Sprostała temu wyzwaniu, a ojciec nie szukał pocieszenia w ramionach innej.

Bohaterka, dojeżdżając szkolnym autobusem na zajęcia, poznała i zaprzyjaźniła się z lekceważonym przez rówieśników chłopcem. Josie Jensen, bardzo wrażliwa, pełna empatii wzięła kolegę w obronę, a on, Samuel Yazzie, był synem Indianki z plemienia Nawano, i białego ewangelizatora, który wyruszył nawracać Indian. Sam był owocem tej miłości, ale ojciec osierocił go wcześnie, natomiast matka postanowiła zostać wśród swoich i tam również wychowywała synka, aż biali dziadkowie postanowili wnuka zabrać, by zapewnić mu wykształcenie.

Pasjonujący jest opis wierzeń i obyczajów członków plemienia Nawaho, interesujące dla europejskiego chrześcijanina niezłomne zasady mormonów, a tam, gdzie rozgrywa się akcja, skupili się członkowie tej wspólnoty religijnej. Pisarka pochodzi z miasteczka Levan, które opisuje, jest autorką powieści o tematyce chrześcijańskiej, jej proza doczekała się uznania czytelników: rekomendowana w tym miejscu powieść figuruje na liście bestsellerów New York Timesa. Z tej powieści można uczyć się wierności uczuć, odpowiedzialności, powściągliwości w erotycznych porywach, dokonywać wyborów między tym, co jest dla nas dobre, a tym, co służy innym ludziom. Ta powieść idzie pod prąd seksualnemu rozpasaniu, pod prąd egoizmu i hedonizmu, które każą zaspokajać wszelkie zachcianki. Jak się okazuje, trudne wybory służą tym, którzy się na nie decydują.


Amy Harmon „Biegając boso” tłumaczenie Joanna Sugiero, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2018.

środa, 9 listopada 2022

Daniel Rzepecki poleca, który czyta się z zapartym tchem.

 Temat nieśmiertelny, czyli o miłości

 


Każdy akt fizycznej miłości wiąże się z ryzykiem. Jeśli jest spontaniczny i omija zabezpieczenia znane od starożytności, może skutkować nieplanowaną ciążą, chorobą weneryczną albo ryzykiem AIDS. Będę w tym miejscu rekomendować powieść, której autorka Hanna Fielding chwalona jest za porywające pozycje o miłości. Teraz romanse częściej nazywane są harlekinami, ale jak je zwał, tak zwał, na jedno wychodzi: on i ona albo oni lub one mają się ku sobie z nieprzepartą siłą. O ile druga i trzecia konfiguracja nie wiąże się z nieplanowanym rodzicielstwem, o tyle ta pierwsza… i owszem, jak przekonała się Catriona. Na pierwszych stronach romansu poznajemy ją jako bardzo wziętą psycholożkę o specjalności muzykoterapii, do której znacznie wcześniej trzeba umawiać terminy konsultacji, a do której pokonując wszystkie przeszkody dociera znakomita śpiewaczka Calandra Rolando Monteverdi, zresztą włoska hrabina z posiadłości nad jeziorem Como. Teraz internet jest za najlepszego przewodnika, więc ona uznaje, że tylko ta specjalistka potrafi pomoc jej synowi, który w wypadku samochodowym stracił wzrok. To jedyny syn divy operowej, znakomity pianista i kompozytor. Już jest rozrywany po obu stronach oceanu. Ma za sobą po wypadku próbę samobójczą, a cały świat leżał u jego stóp. Był sławny i bogaty, a tak przystojny, że mógł przebierać w kobietach jak w ulęgałkach. Który mężczyzna nie pragnąłby takiego losu? A która matka nie zrobiłaby wszystkiego, by ratować tak utalentowanego potomka? Przypadkiem trafia na fotografię, na której widzi syna z dziewczyną. Po nitce do kłębka ustala, że ta z fotografii sprzed lat to właśnie znakomita terapeutka.
Narracja cofa się o dziesięć lat. Osiemnastolatka ulega urokowi pianisty, wybiera się na jego recital, a sama aspiruje do słynnej akademii muzycznej, gdzie będzie kształcony jej fenomenalny sopran. Sprawy tak się potoczą, że spędzi upojną noc z wirtuozem. To jej pierwsze erotyczne doświadczenie. On zdumiewa się, że oto pozbawił studentkę dziewictwa.
A czytelnik ma przyjemność przeczytać na okładce, że „Koncert” to „Jedna z najbardziej romantycznych powieści, jakie kiedykolwiek powstały…”. Nic dodać, nic ująć. Opisy scen miłosnych są wzruszające i dowodzą, że wszelkie zauroczenie zaczyna się od pierwszego wrażenia, jakie robi późniejszy obiekt uwielbienia. A czytelnik odnosi wrażenie, jakby przyroda południowej Francji i północnych Włoch sprzyjała tej fascynacji. Jak się okaże, upojna noc zaowocuje ciążą, do której dziewczyna nie przyzna się pianiście, który wyruszył na atrakcyjne tournée do Ameryki. Ona nie chce stanąć na drodze jemu do jeszcze bardziej błyskotliwej kariery. A jemu ten seksualny epizod zapada gdzieś daleko w zakamarki pamięci.
Umberto, ta pierwsza miłość i pierwsze seksualne doznanie, pozostaje przez dziesięć lat jedynym emocjonalnym doświadczeniem Catriony. Już żaden mężczyzna nie zdobędzie jej serca. Ono należy do Umberto i do synka. Obaj nie wiedzą o swoim istnieniu. Ona udaje, że jest wdową. Rezygnuje dla dziecka z kariery śpiewaczki. Jej ojciec nie żyje, wielkim oparciem jest matka. Nie potępia córki, która oszukuje, że ojcem dziecka jest przygodny turysta.

W miarę postępującej lektury, a rekomendowana pozycja liczy sobie 551 stron, pomijając bardzo interesujący wywiad z autorką, napięcie czytelnika rośnie. Szuka odpowiedzi na pytania: czy bohaterka zdecyduje się na wyjazd do Włoch, czy zostawi synka, matkę i założone przez siebie centrum rehabilitacji na całe trzy miesiące? Czy pozwoli, zjawiając się pod zmienionym nazwiskiem, na rozpoznanie przez dawną miłość? Czy wyjawi mu, że jest ojcem, czy synkowi odkryje mistyfikację, że jego ojciec nie osierocił go, bo jest tym ociemniałym wirtuozem? Matka namawia ją do wyjawienia prawdy, gdyż ojciec ma prawo wiedzieć o istnieniu syna, a chłopiec o tym, że nie jest półsierotą?

Recenzenci mają rację, to porywająca, a na dodatek optymistyczna lektura. Traktuje o tym, że wierność jest możliwa, a częste, ale płytkie przygody na zagłuszą prawdziwej, głębokiej miłości. Gorąco polecam „Koncert” miłośnikom pięknej prozy, a ci, którzy lubią wątki sensacyjne, też się nie zawiodą. Autorka zdobyła liczne nagrody za swoje romanse.

Hannah Fielding „Koncert” tłumaczenie Anna Esden-Tempska, Michał Ignar, London Wall Publishing (pierwsze wydanie w Polsce), sp.z o.o, Warszawa 2020

czwartek, 25 sierpnia 2022

Daniel Rzepecki poleca: nietolerancja ma różne oblicza i jest wciąż aktualna.

  Odszukać własną tożsamość

 



Brit Bennett jest młodą afroamerykańską pisarką. Zdarzenia przedstawione w tej pozycji w perspektywie kilku dziesięcioleci pokazują problem dyskryminacji kolorowych w Ameryce. Powieściowa akcja początkowo toczy się w maleńkim miasteczku, którego nazwy nie ma na żadnej mapie ani w żadnym atlasie, a zamieszkują tę mieścinę „wybieleni” przedstawiciele kiedyś sprowadzonych do USA czarnych niewolników. Mieszanie ras powoduje, że kolejne pokolenia jeszcze czują się nacją kolorową, a w biografiach rodów trwają okrucieństwa i prześladowania wyrządzane przez białych. I nawet jeśli ich skóra jest wybielona jak mleko, wciąż czują się tą gorszą częścią małej społeczności. Doświadczają pogardy i lekceważenia, rewanżując się strachem i nienawiścią. Jedna tak blada dziewczyna, że nie dało się jej odróżnić od białych, po prostu uciekła z tej mieściny, gdzie nie miała szans ani na awans, ani na wykształcenie. Zazdrościła jej jedna z „wybielonych” bliźniaczek. Obie niespełna dziesięcioletnie dziewczynki, Stella i Desiree były świadkami, jak ich ojciec został przez białych wywleczony z domu i zamordowany. Uczestniczyły w jego pogrzebie, nie mogąc pojąć, dlaczego obcy ludzie uśmiercili ich ojca, który był dla nich i żony najlepszym człowiekiem pod słońcem.

Desiree nie chciała pozostać w tym tragicznym miejscu. Pragnęła uciec i podporządkowała tej decyzji bliźniaczą siostrę, o kilka minut młodszą. Uciekły, jedna poślubiła czarnego, druga białego, odcinając się od kolorowej rodziny. Czarny, wykształcony prawnik, kochał „wybieloną” Desiree, ale traktował ją okrutnie. Urodziła się Jude, czarna jak noc córeczka, ale jego stosunek do żony nie poprawił się, więc uciekła do mieściny, z której pochodziła. Jej siostra, a obie były śliczne, zatarła wszystkie ślady za sobą, poślubiła zamożnego człowieka biznesu i urodziła białą córkę, nie wyjawiając ani dziecku, ani mężowi prawdy o porzuconej rodzinie. Twierdziła, że wszyscy już nie żyją. Mallard, to miejscowość, do której wróciła maltretowana przez męża bliźniaczka, nie mogąc znieść bezwzględnego okrucieństwa. Stella urodziła śliczną, białą dziewczynkę, otrzymała imię Kennedy. Niewątpliwie miała charakter czupurnej, niesamowicie samodzielnej cioci, o której istnieniu nic nie widziała.

Desiree tęskniła za swoją drugą połówką, ale gdzie mała ją szukać w wielkim kraju? A kiedy uciekła od męża, była przekonana że zostanie tydzień lub dwa, góra miesiąc, ale przetrwała tam dwa dziesięciolecia, bo przecież musiała zaopiekować się matką. Znalazła pracę w śniadaniowni, posłała córeczkę do szkoły, a kiedy okazało się, że to czarne dziecko jest zdolne i fizycznie bardzo sprawne, sportem wywalczyła sobie prawo dostania się na wybrany kierunek. To był sukces, gdyż „wybieleni” rówieśnicy traktowali córkę Sesiree z pełną okrucieństwa pogardą, jakby sami byli autentycznie biali bez przymieszki czarnej krwi.

Drugie pokolenie różniło się ogromnie, Kennedy czuła się białą dziewczyną, Jude była czarna jak heban i wiedziała, że to ogranicza jej możliwości. A jednak rozkochała w sobie białego pięknego chłopca, a z czasem musiała przyjąć do wiadomości, że to fizycznie dziewczyna z męską psychiką i organizmem, ale by odszukać swoja męską tożsamość, musiała kupować i zażywać hormony. Kiedy przyszła pora na usunięcie piersi, czarna dziewczyna udzielała mu szczerego wsparcia.

Murzynka miała w sobie potrzebę odszukania rodziny, a jej ciotka robiła wszystko, by ślad o nich zaginął. Drugie pokolenie bliźniaczek przemieszczało się do Bostonu, do Los Angeles, do Nowego Jorku, do innych miast, z tym że Jude wiedziała, że ma rodzinę, a Kennedy nie miała o tym pojęcia do momentu, kiedy przypadkiem spotkała kuzynkę.

Stelli z trudem udawało się zgubić murzyńską tożsamość, Kennedy miała już znacznie bardziej liberalne poglądy. Tak bardzo, że związała się z czarnym studentem. Czując, że jej życie kryje jakąś tajemnicę, porzuciła ciemnoskórego chłopaka i wyjechała na jakiś czas do Europy.

Gorąco namawiam do lektury tej powieści, żeby poznać, kto w niej odszukał swoją tożsamość i jak toczyła się walka o równouprawnienie rasowe w Ameryce. Kiedy oglądamy relacje internetowe w sprawie rozwiązania napięcia w Ukrainie, jak na coś normalnego patrzymy na pojawiającego się czarnego dostojnika USA u boku prezydenta tego kraju. Połączenie losów bliźniaczek ze zmianami w USA dostarcza czytelnikowi wiele napięcia. Nic dziwnego, że powieść była uznana za najlepszą pozycję prozatorską ostatnich lat.

Brit Bennett „Moja znikająca połowa”, przełożył Jarek Westermark, wydawnictwo Agora, Warszawa 2020.

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Daniel Rzepecki poleca lekturę o Kleopatrze. Na wiosnę jak znalazł.

 Afrodyzjak na wiosnę

 

Jeden z moich kolegów jeszcze za komuny wystarał się o wyjazd na Zachód i pokwitował należną ilość dolarów. Głęboko zastanawiał się, na co wydać „zielone”, by sprawić bliskim choćby drobną radość, ale te rozterki nie wyhamowały jego chęci nabycia pornograficznego albumu. Ponieważ nigdy nie był zachłannym egoistą, pożyczył mi tę kontrabandę. Co prawda nigdy nie gustowałem w pornusach, ale ten album był wydrukowany na wspaniałym papierze, z doskonałymi fotografiami i nasyciłem oczy w czasie ukradkowych oględzin „apetycznych” stron, jak dzieci uganiały się pod blokiem na placu zabaw. Przypomniałem sobie tę rozrywkę, a wyznam, że pożyczoną przez kolegę literaturę zaniosłem nawet do pracy ku radości kolegów i ku zgorszeniu pruderyjnych koleżanek. Przywołałem w pamięci tę sytuację, kiedy czytałem „Żądze Kleopatry”. Mamy wiosnę, hormony buzują, więc pomyślałem sobie, że zamiast pornusów zarekomenduję tę pozycję moim równolatkom, którym młodość została tylko we wspomnieniach, ale erotyczne apetyty bynajmniej nie wygasły.

Zamówiłem w najbliższej filii bibliotecznej pierwszą część egipskiej trylogii Ewy Kassali. „Żądze Kleopatry”, która poprzedziła rekomendowaną na tym portalu „Hatszepsut”. Kleopatra, ta niezwykła władczyni Egiptu była żoną Juliusza Cezara, a po nim Marka Antoniusza, których, jak ich zapewniała, darzyła wielką miłością, ale już w dziewczęcych czasach jej sercem zawładnął syn arcykapłana. Czas pokazał, jak wielka była pojemność jej uczuć, a jedna, druga, czy trzecia fascynacja nie konkurowały ze sobą. Juliuszowi Cezarowi urodziła Cezariusza, Markowi Antoniuszowi trójkę jego dzieci. Taki stan rzeczy bardzo podobałby się współczesnym feministkom, które walczą o prawo do swobodnego wyboru partnerów. Jak dowodzi historia, ich potrzeby były znane i przed setkami, i tysiącami lat, a nie były tłumione ani względami religijnymi, ani obyczajowymi. Również zwolenniczki LGBT w tej powieści znajdą fascynujące opisy zbliżeń damskiej pary, którą tworzą dwie kapłanki, lesbijki Kama i Nanu.

Bardzo interesującym wątkiem jest miłość przyjaciółki księżniczki Eiras i świątynnego strażnika oraz opiekunki księżniczki Charmion i oddanego, dozgonnego strażnika Kleopatry Apollodora. Kleopatra zapewnia swoich kolejnych mężczyzn o ogromnej miłości, co nie przeszkadza jej utwierdzać arcykapłana Atu-Anchpachereda w przekonaniu, że to właśnie on przez całe życie jest panem jej serca. Ale na początku poślubia brata Ptolemeusza, by dynastia trwała. Takie mariaże rodzeństwa były w starożytnym Egipcie, jak to się mówi, na porządku dziennym, jeśli tego wymagała racja stanu.

Podobna swoboda właściwa była rzymskim wodzom. Na przykład Juliusz Cezar przywozi Kleopatrę do Rzymu, nie bacząc na obecność swojej prawowitej małżonki, ta zaś ze spokojem znosi obecność konkurentki. Podobnie zachowuje się Marek Antoniusz, dziś nazwany byłby niepoprawnym kobieciarzem, który nie może się oprzeć pięknym kobietom, a cóż dopiero mówić o przepięknej Kleopatrze.

Zdumiewające, z jaką finezją i subtelnością pisarka opisuje sytuacje, które współcześnie nazywane są momentami. Zresztą powieść zaczyna się od przygotowania do przyszłych obowiązków dwunastoletniej księżniczki. Młodziutka Kleopatra ogląda pouczający spektakl. Przedstawieni jej są piękni mężczyźni wszystkich ras, a potem następuje prezentacja spółkowania tychże mężczyzn z prześlicznymi niewolnicami. Współcześnie nastolatki edukują się wybranymi stronami w internecie, ale ten wspomniany na początku mój kolega dowodził, że zarówno książkowe wydawnictwa, jak i erotyczne filmy mają edukacyjny charakter, bo pokazują pożądane wzory seksualnych zachowań. Zaś ja na całe życie zachowałem w pamięci zdanie Emila Zegadłowicza: „Gdzie jest wielkie kochanie, tam jest wielkie pożądanie”.

Wracam do Kleopatry i poświęconej jej powieści. Nie chwaląc się powiem, że dużo w życiu pochłonąłem książek, ale tak pięknych, wyrafinowanych, wręcz poetyckich opisów erotyki chyba jeszcze nie czytałem. Naturalnie w powieści zawarta jest ogromna wiedza o starożytnym Egipcie, zatem powieść Ewy Kassali ma wiele pięter walorów. Gorąco polecam nie tylko na wiosnę.

A na koniec cytat z jednej z powieści Ewy Kassali „...nie jest sztuką uwieść. Sztuką jest zatrzymać. I sprawić, by mężczyzna chciał być na wieki twój”.

Ewa Kassala „Żądze Kleopatry”. Wydawnictwo SONIA DRAGA, Katowice 2021.

środa, 11 sierpnia 2021

Daniel Rzepecki - poleca ucieczkę od złych dni

 Wrażliwość romantyka


 Marek Grechuta 

ur. 10 grudnia 1945 w Zamościu, zm. 9 października 2006 w Krakowie

Komu znudzi się bylejakość, niech weźmie do ręki na resztę wakacji monografię poświęconą Markowi Grechucie. Książkę napisał Wojciech Majewski, syn jazmanna Henryka, brat Roberta, kompozytora i trębacza, a sam jest muzykiem, zauroczonym poetą, piosenkarzem, który wywarł wpływ na jego pokolenie. Kiedy muzyk pisze o innym muzyku, wiadomo, że wprowadzi czytelnika w piękno i bogactwo tej dziedziny sztuki. Kto nie jest melomanem, a pozostaje pod urokiem Grechuty, w trakcie tej lektury wzbogaci się o wiedzę muzyczną.

Im dłużej żyję, tym głębszego przekonania nabieram, że ludzie dzielą się na cyników i romantyków. Trywialność tych pierwszych odbiera radość życia, a wrażliwość tych drugich pozwala szukać wokół nas tego, co jest piękne. Marek Grechuta właśnie taki był. Romantyk. Czytelnik poznaje bogactwo jego osobowości nie tylko z autorskiej relacji zdarzeń i opisów postawy tego wszechstronnego artysty, ale również z cytowanych opinii, które Majewski przytacza ustami tych, którzy Grechutę poznali, zauroczyli się nim, wzbogacili swoją własną osobowość. Majewski przytacza między innymi opinie Jana Pawła Pawluśkiewicza, Grzegorza Turnaua, Krystyny Jandy, Jerzego Stuhra i Maryli Rodowicz. Wypowiedzi samego Grechuty wskazują na to, czym dla niego była sztuka. Wybierając kierunek studiów, postanowił zostać architektem, gdyż ta specjalność łączy w sobie różne dziedziny piękna. Okazało się jednak, że ona nie wyczerpuje możliwości talentu przyszłego piosenkarza, poety i malarza.

Twórczość Marka Grechuty zdumiewa i zachwyca tym, że szukając własnego wyrazu artystycznego, nie odrzuca klasycznej spuścizny. Potrafi zainspirować się Mickiewiczem i Chopinem a także innymi twórcami z przeszłości, a sięgając do późniejszych tekstów literackich, dociera do Witkacego i odkrywa jego rewelacyjną nowoczesność wyrazu. Moje pokolenie pozostawało pod urokiem repertuaru zespołu ANAWA, który był jego dziełem. Rozstając się z architekturą, którą w końcu i tak ukończył, doskonale rozwinął swoje możliwości twórcze. Komponował muzykę do tekstów, które go urzekły, pisał własne słowa, zdobywał nagrody festiwalowe, miał szeroki krąg fanów, takich jak on wrażliwych romantyków, głodnych piękna w życiu i sztuce. W końcu te liczne występy spustoszyły siłę artysty, chronił się od natłoku doznań w malarstwie. Ulubionym motywem jego obrazów był kwiaty. Zresztą już wcześniej malarstwo dostarczało mu inspiracji, stąd piosenki „wyzwolone” twórczością wybitnych malarzy początku minionego stulecia.

Jan Kanty Pawluśkiewicz powiedział o Grechucie: „W wieku 22 lat Grechuta był już świadomym artystą wielkiej klasy, który w ciągu jednego roku wykreował styl utrzymywany przez całe życie. Gdy graliśmy koncert, już po dwóch utworach na sali panowało całkowite skupienie. Marek miał w sobie cały kosmos, emanował czymś trudnym do opisania”. A dalej Majewski pisze od siebie: „Grechuta (...) skłaniał się ku ucieczce od rzeczywistości, a nie kontestacji. Wybierał świat wykreowany przez siebie samego – krainę poezji, miłości, fantazji”. I zbudował taki świat, poślubiając dziewczynę, którą kochał całe życie.

Podobnie jak wszystko, co piękne. Mówił: „Sztuka pozwala człowiekowi oderwać się od rzeczywistości. Staje się azylem, odnawia duchowo... Ja zawsze traktowałem moje koncerty jako ucieczkę od złych dni. Myślę, że podobny mechanizm działał u mojej publiczności – ludzie przychodzący na koncert szukali innych barw, uczuć, których nie znajdowali w codziennym życiu”.

Wojciech Majewski „Marek Grechuta. Portret artysty”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2006.

niedziela, 13 czerwca 2021

Daniel Rzepecki - proponuje na czas urlopowy tajemniczą siłę miłości.

 Sidła

 

Moja córka miała koleżankę. Nie będę podawał jej mienia, powiem tylko, że była śliczna i utalentowana, wychowywała ją matka, bo ojciec wyjechał za granicę. Jak często bywa, dziewczyna odczuwała brak ojca i szukała wartości zastępczej za miłość, której nie doznała od najbliższej osoby. Nic dziwnego, że trafiła do sekty, o której głośno było w Polsce. Nawet kiedyś przyjechała do mojej córki i usiłowała zjednać ją do tej wspólnoty, ale ta stanowczo odmówiła. Moja córka była wstrząśnięta, kiedy dowiedziała się, że jej przyjaciółka nie żyje. Nie dowiedziała się, jakie były okoliczności tej śmierci, podobno wypadła z okna wieżowca, więc brano pod uwagę domniemanie samobójstwa.

Przypomniałem sobie tę historię sprzed lat, kiedy zacząłem czytać „Sektę z wyspy mgieł” pochodzącej ze Szwecji Mariette Lindstein. Autorka tego bestselleru sama spędziła wiele lat w Ameryce, w ruchu scjentologicznym. Była z tą wspólnotą związana od dziewiętnastego roku życia. Zdołała uwolnić się z kościoła scjentologicznego, a była w samym centrum jego dowodzenia, z siedzibą w Los Angeles. Przez 25 lat nosiła w sobie pamięć traumatycznych doświadczeń, jakie były jej udziałem w tej sekcie, aż postanowiła je spisać. Powzięła tę decyzję pod wpływem pisarza Lawrence'a Wrighta, laureata Nagrody Pulitzera, Mamy do czynienia z beletrystyką, ale ta powieść oparta jest na faktach, stąd autorka z doskonałą znajomością rzeczy potrafi oddać reguły, jakie rządzą życiem sekty. To jest debiutancka powieść tej autorki, która zrealizowała cały cykl pozycji poświęconych sektom. A życie podarowało Mariette Lindstein tak obfite tworzywo, że mogła z niego czerpać z wielkim literackim pożytkiem.

Bohaterką powieści jest studentka Sofia Bauman, która właśnie przeżywa kryzys w związku ze swoim chłopakiem. Zdarzenia rozgrywają się w Szwecji. Sofia trafia na spotkanie z bardzo charyzmatycznym Franzem Oswaldem. Jest młody, bardzo przystojny, a nieodparty urok zjednuje mu liczne wielbicielki. Porywająco mówi o zagrożeniach cywilizacyjnych, między innymi o zatruciu środowiska, o niezdrowej żywności i temu podobnych sprawach, i dodaje, że na wyspie u zachodniego wybrzeża Szwecji funkcjonuje Via Terra, grupa, która znalazła sposób na uratowanie globu i ludzkości, na uwolnienie od toksyn, stresów i wszystkiego, co nęka ludzkość. Lider, czyli Oswald zwraca uwagę na atrakcyjną dziewczynę i zaprasza ją na wyspę.

Sofia udaje się na wskazane miejsce. Jest oczarowana tym, co tam zastaje. Wolontariusze świadczą usługi dla gości, którzy szukają tutaj nowego sposobu na życie. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar przypłynąć promem na to magiczne miejsce, przygotowują dodatkowe apartamenty. Nowicjuszka, oczarowana ideą Oswalda, programem, koncepcją zbudowania lepszego świata podejmuje pracę, podpisując umowę na dwa lata. Zobowiązuje się zachować tajemnicę na temat tego, co tutaj zaobserwuje, wyzbywa się telefonu i komputera. Te media pozostają tylko za pozwoleniem „wodza” do dyspozycji personelu i na użytek służbowy aktywu. Jej powierzono zorganizowanie biblioteki, czyli zgromadzenie księgozbioru i katalogów. Zostaje uprzedzona, że treść gromadzonych pozycji nie może pozostawać w niezgodzie z ideami, które w Via Terra są głoszone i realizowane.

Czas biegnie, a Zofia przekonuje się, że popadła w coraz większe uzależnienie od swojego guru. Powoli odkrywa reguły, jakie rządzą wspólnotą. Posłuszeństwo, subordynacja, podporządkowanie, dyscyplina, kara za łamanie zasad, kary bardzo drastyczne – wszystko zaczyna ją przerażać. Spacery po wyspie pozwalają na rozmowy ze stałymi mieszkańcami. Dowiaduje się o mrocznych i zagadkowych zdarzeniach, o tajemniczej śmierci hrabiny, małżonki właściciela dworu, teraz użytkowanego przez sektę.

Bohaterka dostaje pozwolenie na zamieszkanie w jednym pokoju z tu pozyskanym partnerem. Okazuje się, że i on jest poniekąd zniewolony przez Oswalda, a kiedy Sofia namawia go do starannie przemyślanej ucieczki, on wyjawia ich zamiary temu guru. Już nie opowiadam, za co i on zostaje ukarany. Już inni doświadczyli tej kary, polegającej na rzuceniu się ze stromego klifu wspieniony nurt zatoki. Wykonuje groźny skok i nie wypływa.

Narracja powieści przebiega dwutorowa. Zwykłym liternictwem opowiadane są doświadczenia bohaterki, a kursywą spisane dziwne zdarzenia z udziałem chłopca, który z każdym rozdziałem staje się starszy.

Via Terra zyskuje zainteresowanie mediów, starannie podsycane przez twórcę grupy. Nie wszyscy dziennikarze dają się zwieść wizji, którą rysuje Oswald. Ośrodek zostaje otoczony drutami pod napięciem. Nikt niepowołany nie może się tutaj dostać, ale też nikt z Via Terra nie jest w stanie opuścić dworu. A jednak kierowniczce biblioteki udaje się tego dokonać. Już na stałym lądzie Sofia jest tropiona i przeżywa nieopisany strach. Guru wszędzie wypuszcza swoje niebezpieczne macki.

Powieść jest mrożącym krew w żyłach thrillerem. Czyta się ją jednym tchem z wypiekami na Twarzy. To świetne ostrzeżenie przed sezonem urlopowym. W czasie kanikuły łatwo można dać się zmanipulować „apostołom” werbującym do sekt.

Mariette Lindstein „Sekta z wyspy mgieł”, przełożyła ze szwedzkiego Urszula Pacanowska-Skogqvist, Wydawnictwo Bykowy Las Sp. z o o., Wrocław 2017

czwartek, 24 grudnia 2020

Daniel Rzepecki - niekończąca się walka o władzę: wczoraj, dziś, jutro.

 Po prostu niewyobrażalne

 „Czynienie dobra łączy, czynienie zła rozłącza”.

(Michel Houellebecq)

 

Kiedy Polacy cieszyli się transformacją, uwalniali się od komunistycznych obciążeń, a wszystko odbywało się w zasadzie pokojowo, południowa Ameryka wstrząsana była oporem przeciwko rządom dyktatorów. W niewielkim kraju, jakim jest Gwatemala, trzydzieści sześć lat trwała wojna domowa. Panowały tutaj chaos i anarchia. Siła była w rękach wojska, kolejne skorumpowane rządy nie panowały nad sytuacją, polityczne mordy eliminowały każdego, kto próbował przeciwstawić się wręcz kryminalnym porządkom. Ale i tam nie zabrakło ludzi zdeterminowanych i odważnych, którzy chcieli pokazać światu przemoc, nędzę i bezprawie. Oni to właśnie połączywszy siły opracowali raport „Gwatemala. Nigdy więcej”.

To czterotomowe opracowanie liczyło 1400 stron. Raport zawiera wstrząsające relacje. Oto jedna z nich: „Zarąbali ich meczetami, udusili lub zastrzelili. Dzieci chwytali za nóżki i roztrzaskiwali o drzewo, a drzewo, o które roztrzaskiwali dzieci, uschło...”

W rzetelnym, poprzedzonym gruntownymi dziennikarskimi dociekaniami „Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa” Francisco Goldmana można przeczytać, że wspomniany raport zawiera podsumowanie „zaginięć, masakr, morderstw, tortur i codziennej przemocy (…). Szacuje się, że w czasie tej wojny zginęło około dwustu tysięcy cywili”. Teoretycznie wojna zakończyła się porozumieniem w grudniu 1996 roku pod nadzorem ONZ. W gruncie rzeczy oportunistyczne siły funkcjonowały w dalszym ciągu i wywierały wpływ na sytuację w kraju. Potęgowała się przestępczość. Grasowały gangi narkotykowe, porywano ludzi dla okupu, kradziono samochody, zabójstwa na zlecenie były na porządku dziennym.

Do sił, które zabiegały o opanowanie chaosu i bezprawia należał Kościół Katolicki, który powołał Gwatemalskie Archidiecezjalne Biuro Praw Człowieka. Jego liderem był biskup Juan Gerardi, a kiedy fetował w pałacu arcybiskupim wraz z innymi współtwórcami raportu ukończenie prac nad tym obszernym dokumentem, miał lat 65. I to był ostatni dzień jego życia. Został zamordowany w przykościelnym garażu o godzinie 22, w niedzielę 26 kwietnia 1998 roku.

Amerykański dziennikarz Francisco Goldman był synem mieszkanki Gwatemali i nowojorskiego Żyda. Badaniu tego politycznego morderstwa poświęcił osiem lat.

Ani rząd, ani armia nie zamierzały uznać, że zabójstwo miało związek z wolnościową działalnością biskupa. Preparowano poszlaki, mające wskazać na homoseksualne i kryminalne podłoże tragedii. Ten wątek powiązano z wikariuszem posługującym w parafii św. Sebastiana, gdzie biskup był proboszczem. Misternie i odważnie prowadzone śledztwo dowodziło jednak zaangażowania elit ze sfer rządowych i wojskowych. Świadków albo zastraszano, albo likwidowano. Jak się okazało, biskup był inwigilowany od wielu miesięcy, w miarę jak postępowały prace nad raportem. Jego śmierć już wcześniej była postanowiona.

Czytelnik wraz z autorem przedziera się przez gąszcz rozmaitych śladów, dociera do rozmaitych świadków, drży o bezpieczeństwo zarówno tych, którzy mieliby coś do powiedzenia, jak prokuratorów i sędziów. Podziw budzi dziennikarka, nieprzekupna i odważna, która funkcjonuje w samym epicentrum zdarzeń. Claudia Mendez Arriaza, bo o niej mowa, była redaktorką „El Periodico”. Podobnych do niej było więcej, pozbawionych strachu i ryzykujących utratę życia.

To ich zasługą jest to, że w ostateczności winni zostają osadzeni dla odbycia kary, choć należą do sfer ludzi bogatych i ustosunkowanych, ale poza prawem pozostają ci, którzy mają możliwości zakonspirowania się w sposób nie do zdemaskowania. Bezpieczeństwo zapewniają im pieniądze i wpływy.


Francisco Goldman „Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa”. Przełożył Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.

środa, 9 grudnia 2020

Daniel Rzepecki - poleca zbuntowane lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku

Powrót do młodości moich rodziców
 

Mój ojciec należy do pokolenia, które nazywano bitnikami. Jego burzliwa młodość przypadała na lata, kiedy nastąpiło wyzwolenie ze wszystkiego, co człowieka pęta i zniewala. Kto wie, jakby się potoczyło jego życie, gdyby na jednym ze spotkań na polanie, przy ognisku, nie spotkał dziewczyny z włosami jak u Mariny Vlady, w kwiecistej szerokiej spódnicy i z talią jak u osy. Dobrze się czuła wśród chłopaków z gitarami, ale miała dystans do luzu, jaki ją otaczał, więc wróciła do swojego uporządkowanego życia, a zakochany chłopak podążył za nią, bo nie miała ochoty dzielić go z żadną inną dziewczyną.

Ojciec nieraz opowiadał o tych szalonych latach, jak mama nie słyszała, ale jak coś jej wpadło w ucho, to mówiła, że koloryzuje.

Kiedy więc dowiedziałem się, że jest książka o młodzieńczym ruchu wyzwolenia, szybko znalazłem tę pozycję i pochłonąłem jednym tchem. A przy okazji dowiedziałem się, że jej autor napisał też znakomitą powieść „W drodze”, ale po nią sięgnę w następnej kolejności.

Jack Kerouac w autobiograficznej powieści z absolutną szczerością opisuje egzystencję beat generation. Zbuntowane pokolenie odrzuca wszelkie tabu. Za nic ma religię, drobnomieszczańskie obyczaje, kołtuńskie zasady, które krępują swobodę i radość życia. A jeśli można ją czerpać uprawiając wolną miłość, wyrafinowany seks, zażywając narkotyki i upijając się do woli, odrzucając rygory, jakich wymaga praca, dająca zysk i stabilizację, to hulaj dusza, piekła nie ma. Ten styl życia pociąga zwłaszcza dusze artystyczne, bo wszelkie rygory krępują natchnienie i udaremniają twórcze eksperymenty, zaś absolutna swoboda nie stawia ograniczeń dla treści i formy.

Szukając wrażeń i podniet wyzwoleni ludzie opuszczają domy, rodziny, miejsca urodzenia i wzrastania, spotykają podobnych sobie, urządzają pikniki, artystyczne party, festiwale, jakbyśmy dziś powiedzieli, dzielą się muzyką, plastyką, twórczością literacką. A ponieważ młody człowiek nie zadowala się byle czym, szukają prawdy, między innymi w buddyzmie. Kerouac dał swojej powieści tytuł „Włóczędzy dharmy”. A dharma to prawda. W swoich włóczęgach jego bohaterowie naśladują azjatyckich mnichów. Pragną żyć blisko natury, najchętniej w górach, uciekając od materialnych aspektów życia, w absolutnej pustce szukają ducha, substancji najczystszej, niematerialnej, ale najprawdziwszej, gdyż cała reszta jest ułudą, która człowieka zwodzi. Lasy, góry, szczyty, potoki, doliny, łąki kipiące zapachem i barwami kwiatów - to wszystko włóczędzy dharmy spotykają na swoich autostopowych trasach lub przemierzając setki mil samowolnie na dachach lub buforach towarowych pociągów. Podróżują z plecakiem, którego zawartość zapewnia samowystarczalność: sen, gotowanie, jedzenie, ochronę przed chłodem lub spiekotą.  Taka forma sprawia, że można żyć „...w całkowitej samotności i wyciszyć umysł, by osiągnąć stan całkowitej pustki i być zupełnie bezstronnym wobec wszelkich idei ...” i modlić się, gdyż, jak pisze autor, „...modlitwa stanowi jedyną przyzwoitą działalność, jaka pozostała ludzkości”.

W powieści przedstawione są autentyczne postaci amerykańskiego środowiska literackiego, jak i autentyczne zdarzenia. Takim było spotkanie literatów, które miało miejsce w San Francisco jesienią 1955 roku, uznawane za początek ruchu Beat Generation, na którym Allen Ginsberg odczytał po raz pierwszy swój głośny poemat „Skowyt”. W samym USA poemat ten osiągnął pół miliona nakładu. Wiersze tego poety trafiły też do polskiego czytelnika.

Myślę, że powieść „Włóczędzy dharmy” znajdzie zainteresowanie u ludzi pióra, nie tylko tych spod znaku związków, skupiających profesjonalistów, ale też u członków licznych grup i klubów literackich o ambicjach twórczych. Mnie zainteresowały wspaniałe opisy przyrody i wszystkie fragmenty, które traktują o buddyzmie. Sam, jeden z głównych bohaterów powieści, prywatnie przyjaciel autora Gary Snyder (w książce Japhy Ryder) od dziesięcioleci praktykuje zen. W klimat tamtej dekady doskonale wprowadzają przypisy, a czytelnicy zainteresowani buddyzmem i innymi wywodzącymi się z Azji wierzeniami i praktykami medytacyjnymi w dołączonym słowniku znajdą podstawowe, związane z nimi pojęcia.

Jack Kerouac „Włóczędzy Dharmy”, przełożył Marek Obarski, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2012, wydanie III.

piątek, 4 września 2020

Daniel Rzepecki - poleca

 Jawnogrzesznica, czyli najstarszy zawód świata

 

Czytam w Internecie (Polsatnews), że Margot deklaruje, iż jest chrześcijanką. I dodaje, że nie czuje się ani mężczyzną, ani kobietą. W moim kraju wyraźnie odczuwam coś w rodzaju zbiorowego rozdwojenia jaźni. Jedni bronią swojej katolickiej tożsamości, drudzy zajadle zwalczają religię i manifestują pogardę do wierzących, do duchowieństwa, do instytucji Kościoła Katolickiego. Czegoś takiego nie obserwowałem nawet w czasach komuny, a przeżyłem jej wszystkie fazy. Więc postanowiłem zarekomendować naszym Czytelnikom „Marię Magdalenę” Gordona Thomasa. Gdyż może zainteresować i jedną, i drugą zantagonizowaną grupę. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Zauważyłem, że wiele osób to imię Maria przypisuje kilku ewangelicznym niewiastom. Wszak to imię nosi Matka Jezusa, jedna z sióstr Łazarza, a także kobieta prowadząca się w gorszący sposób; raz umywa nogi Jezusa, innym razem, przyłapana na cudzołóstwie, zostaje uchroniona przed ukamieniowaniem. Gordon Thomas porządkuje to pomieszanie z poplątaniem. Rzecz jasna opiera się w głównej mierze na Nowym Testamencie, ale sięga też do apokryfów i do źródeł historycznych, co pozwala mu nakreślić i nader interesujący portret kobiety, jak i odtworzyć obyczaje, realia, historyczne zdarzenia z pierwszego stulecia naszej ery.

Prostytucję określa się jako najstarszy zawód świata. W Palestynie sprzed dwóch tysięcy lat uznawano tę profesję za pożyteczną, co jednak pozwalało nierządnice osądzać surowo, a cudzołóstwo karać kamieniowaniem. Zaś pożytek z tych kobiet był taki, że w okresie, kiedy wypadały żonie tak zwane dni nieczyste, wedle prawa uniemożliwiające im współżycie, mężczyźni mogli skorzystać z cielesnych uciech właśnie u ówczesnych prostytutek. Opłacali sowicie tę usługę, a jak zabrakło stosownych monet, gratyfikację stanowiły stroje, kosztowne wonności, biżuteria oraz inne dobra, które czyniły nierządnice osobami zamożnymi. Zwłaszcza, że z ich usług korzystali też kupcy z przemierzających tę ziemię karawan.

Ta sfabularyzowana biografia jednej z ewangelicznych postaci poszerza wiedzę czytelnika o rzymskiej okupacji ówczesnego Izraela, pokazuje napięcia polityczne i społeczne, a także przybliża ideologię, jaką głosił Chrystus, srodze rozczarowując tych Żydów, którzy widzieli w nim zwycięskiego przywódcę, mającego uwolnić naród od rzymskiego jarzma. A nie miała ta nacja szczęścia, bo nękali ją i Grecy, i Syryjczycy, i Egipcjanie, o niewoli babilońskiej nie wspominając. Zresztą w księgach Starego Testamentu można naczytać się o tym, jakie dzieje przez stulecia miotały narodem wybranym.

Są takie książki, które poszerzają naszą wiedzę w jakimś zakresie, ale potrafią znużyć i znudzić. „Maria Magdalena” nie rozczaruje, ta biografia nawróconej jawnogrzesznicy, jak słusznie zaopiniowano w notce na ostatniej stronie okładki, „fascynuje, frapuje i intryguje”. To nie jest jedyna inspirowana Ewangelią pozycja tego autora. Zamieszczona na początku książki informacja podaje, że Gordon Thomas wychował się w Palestynie, studia biblistyczne skończył w Anglii, na Bliskim Wschodzie był korespondentem, więc ten rejon świata u styku trzech kontynentów poznał tak gruntownie, że zaowocowało to wydaniem 35 książek, których był autorem lub współautorem. Czasy, które dały początek Kościołowi Katolickiemu, opisał w pozycji „Proces. Życie i ukrzyżowanie Chrystusa”.


Gordon Thomas „Magdalena”, a w podtytule „Ona naprawdę kochała Jezusa”. Z angielskiego przełożył Sebastian Musielak, KDC (Klub Dla Ciebie), Warszawa 2006.

piątek, 15 maja 2020

Daniel Rzepecki - poleca

Mój przyjaciel gej

Znam kilku homoseksualistów, a żadnej lesbijki. To są uroczy ludzie, powinienem pisać w czasie przeszłym, gdyż dwóch z nich już nie żyje. Z jednym się przyjaźnię. Ujmuje mnie jego kultura i wdzięk osobisty. Przyjaciółka mojej żony jest niepocieszona, gdyż jako singielka liczyła na jakiś udany z nim związek, ale próby skojarzenia ich spełzły na niczym. Myślałem o nim nieustannie, śledząc gejowskie wątki na 614 stronach „Obcego dziecka” Alana Hollinghursta (ur. w 1954 r.). O powieści tej na okładce napisano „to klasa mistrzowska w sztuce powieściopisarstwa”. (Times Literary Supplement). Książka ta w roku 2011 była nominowana do Nagrody Bookera, a brytyjscy księgarze uznali Alana Hollinghursta za autora roku 2011. Mówi się również, że śmiało będzie go można uznać za najlepszego współczesnego pisarza Anglii, co zresztą potwierdzają trzy prestiżowe nagrody.
A dlaczego w trakcie lektury tej pozycji nieustannie myślałem o moim przyjacielu? Bo autor pisze o homoseksualistach na przestrzeni całego ubiegłego stulecia, a nawet zdarzenia przenoszą się na początek XXI wieku. Książkę gorąco polecam nie tylko gejom, oni zapewne ją znają, ale też krytykom literackim, pisarzom, poetom, filologom, artystom oraz intelektualistom. Bohaterowie powieści należą do tych grup. Zaczyna się od gorącego romansu Cecila i George'a, studentów, z których pierwszy to zamożny arystokrata, a drugi to młodzieniec stojący o stopień niżej w hierarchii społecznej. George zaprasza Cecila do rodzinnego domu, a tu szesnastoletnia Dafne, jego siostra ulega urokowi przyjaciela swojego brata. Przyjaciel w kręgu akademickim uznany jest za zdolnego poetę, którego czeka wielka przyszłość. Dziewczyna nie jest świadoma, jakiej natury związek łączy tych dwóch studentów, a kiedy poeta poproszony o wpis do sztambuchu Dafne tworzy tam poemat „Dwa akry”, a tak nazywa się posiadłość Sawleów, znacznie skromniejsza niż dwór i włości Valaceów, ona nabiera przekonania, że Cecil odwzajemnia jej uczucie.
Mariaż połączy dwa rody, ale to nie Cecila poślubi Dafne, tylko jego brata. Nim czytelnik dotrze do ostatniej strony, dowie się, jak potoczą się losy członków obu rodów. A na kartach powieści pojawią się jeszcze inne męskie fascynacje. Literatura często czerpie tematy z wielkiej miłości mężczyzny do kobiety i odwrotnie. Tu mamy zgoła inne sytuacje. Jedno spojrzenie pozwala na artystycznym spotkaniu wyłowić podmiot tożsamej orientacji. Następuje uwodzenie. Fascynacja ciałem, pocałunkiem, uściskiem. Męska erotyka okazuje się gorąca, intensywna, nasycona gorącym oddechem i wonią partnera.
Cecil ginie na wojnie, tej pierwszej światowej, ale jego poezja żyje, a erotyczne skłonności dają coś w rodzaju przyzwolenia następnym pokoleniom gejów.
Z wielką przenikliwością autor opisuje stany psychiczne bohaterów. Portretuje ich wygląd, eksponując fizyczne piękno i duchowe bogactwo gejów zarówno dwudziestolecia międzywojennego, jak i drugiej połowy minionego wieku. Czytelnik poznaje Dafne jako szesnastoletnią dziewczynę, a prześledzi jej los do wkroczenia w wiek sędziwy.
Jednostkowe losy pozwalają pokazać, jak zmienia się Anglia, w którą stronę ewoluuje obyczajowość. O ile na początku, czyli przed wybuchem I wojny światowej homoseksualne związki są otoczone tajemnicą, o tyle na początku XXI wieku nikogo nie bulwersuje obecność na pogrzebie żony (mężczyzny) zmarłego geja, żegnanego na prawach męża. A wśród żałobników jest inna homoseksualna para, oficjalnie komunikująca o zawartym już związku małżeńskim.
Na zakończenie, zamiast zachwycać się zawartymi w powieści opisami natury, lasów, strumieni, zagajników, posłużę się charakterystyką tej pozycji z ostatniego akapitu na okładce:
...to proza oryginalna, elegancka i wciągająca, niewątpliwie najlepsza książka Alana Hollinghursta.”

Alan Hollinghurst „Obce dziecko”, przełożyła Hanna Pawlikowska-Gannon, wiersze i fragmenty poetyckie w tłumaczeniu Katarzyny Bieńkowskiej, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2012.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Daniel Rzepecki - raptem, to było tak niedawno

Zmory rewolucji


Kim jest autor, który wpisuje przesubtelną dedykację „Dla Cristiny Miłości jednego lata Smutku całego życia” która jest czystą poezją, a postawiwszy kropkę po ostatnim słowie powieści informuje, że powstała na plebanii w Rothbergu, w Siedmiogrodzie. Tym sposobem osadza zawartość powieści w miejscu, które należy do historii, o którym uczyliśmy się na lekcjach o europejskiej przeszłości. Autorem, o którym mowa, jest pastor Eginald Schlattner, urodzony w 1932 roku w Arad, a jak można przeczytać w notce biograficznej. Dzieciństwo i młodość spędził w Fogaraszu u stóp Karpat. Pochodził ze starej, zamożnej rodziny saskiej, od pokoleń zamieszkałej na terytorium dzisiejszej Rumunii… „Fortepian we mgle” to prawdziwa czarna perła powieściopisarstwa. „Traktuje o czasach, kiedy powstawała Rumuńska Republika Ludowa”.
Mam wrażenie, że Schlattner snuje opowieść z tkanki własnego doświadczenia, własnych emocji. Bez trudu można wydedukować, że główny bohater jest w wieku zbliżonym do autora, rodowód także ma podobny. Jest synem przedsiębiorcy i kiedy zbliżali się radzieccy żołnierze, duma nie pozwalała mu porzucić to, co było dorobkiem pokoleń. Wiedział, że jak inni, którzy cokolwiek posiadali, zostanie wywłaszczony ze wszystkiego. Partia najsprawiedliwiej podzieli i zagospodaruje wszystko, z czego wywłaszczy znienawidzonych kapitalistów.
Czytelnik o plebejskim rodowodzie zdziwi się bardzo surowej ocenie druzgoczących zmian. Byli właściciele lądują w kazamatach, są uśmiercani, zostają zsyłani w głąb Kraju Rad do najcięższych robót, znoszą głód , choroby i upokorzenia, a wszystko w imię sprawiedliwości społecznej. Zaś miejsca w willach, biurach, fabrykach zajmuje dotychczasowa służba i okoliczny lumpenproletariat, a także wielonarodowa najuboższa ludność. Kilka wieków wcześniej Rumunia powstała z połączenia Mołdawii, Wołoszczyzny i Transylwanii. Kiedy rozgrywają się opisywane zdarzenia, tereny te zamieszkują różne nacje, Serbowie, Rumuni, Żydzi, Niemcy, Cyganie, a każda z grup miała swoje wierzenia, po swojemu modlili się prawosławni, ewangelicy, katolicy i Żydzi, a wszyscy mieli swoje duchowieństwo. Radzieccy wyzwoliciele zajadle tępili opium dla ludu, ale im też przez nieuwagę czy brak czujności niekiedy wyrwało się imię Boga, kołaczące się w zakamarkach pamięci.
Zderzenie postaw, nawyków, zapóźnienie cywilizacyjne, nieumiejętność korzystania z podstawowych urządzeń do utrzymania higieny jest opisane z poczuciem humoru, ale bez pogardy i zgryźliwości Niektóre sytuacje są prześmieszne, a postaci groteskowe.
I na tym społeczno-politycznym tle główny bohater Clemens próbuje wtopić się w nową rzeczywistość, zachowując jednak duchową oraz intelektualną spuściznę swojej klasy, zostać proletariuszem i odkryć coś pozytywnego w tej odmianie dziejów, kiedy jego ojciec siedzi w więzieniu, a matka ad Morzem Czarnym sortuje ryby.
W trakcie lektury „Fortepianu we mgle” czytelnik może delektować się opisami natury, wzruszać pierwszymi, subtelnymi podrywami uczuć, wybuchać śmiechem w nieoczekiwanych momentach, kiedy prymityw zderza się z pogardzanym szykiem i elegancją.
Niekiedy uwagę czytelnika zatrzymują maksymy moralne lub emocjonalne, jak takie stwierdzenie, że „może aspekt moralny nie potrzebuje żadnych uzasadnień, po prostu jest oczywisty, poza wszelką celowością” albo: „Uczucie jest ostoją, kiedy dla obojga pierwsze spotkanie staje się historią, która należy tylko do nich”.

Eginald Schlattner „Fortepian we mgle”, przełożyła Alicja Rosenau, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

niedziela, 23 lutego 2020

Daniel Rzepecki - poleca


Dwa fronty kandydata


Nic się nie dzieje bez celu i przyczyny. Więc nic dziwnego, że właśnie w okresie kampanii wyborczej trafia do czytelników zbiór felietonów jednego z kandydatów na Prezydenta kraju, Szymona Hołowni. Bardzo lubię tego katolickiego pisarza, kiedy miałem komuś zrobić prezent z jakiejś okazji, kupowałem jedną z książek tego autora. Kiedy teraz kandydat pojawia się w telewizyjnych doniesieniach, ujmuje mnie to, że zachowuje się powściągliwie, nie uzbraja się w oręż służący do ataku na przeciwnika, a w tym przypadku tak nazywam innych kandydatów, których należałoby pokonać, czyli wyprzedzić w wyborczym liczeniu głosów.
Mam przyjaciela. Dzwonię do niego i mówię, że będzie miał niesamowitą frajdę, biorąc do ręki najnowszą pozycję Szymona Hołowni, czyli „Teraz albo nigdy”. Tenże mój przyjaciel chowa się na strychu, kiedy jego wierząca żona przyjmuje księdza po kolędzie, na widok duchownego dostaje alergicznej wysypki, świątynię omija szerokim łukiem, a w instytucji Kościoła widzi wszelkie źródło hamujące postęp. Ma głęboko ukorzenione przeświadczenie, że religia to opium dla ludu.
No więc „Teraz albo nigdy” z całą pewnością zjedna kandydatowi wyborców o zdecydowanej orientacji lewicowej, po prostu znajdzie w tym zbiorze felietonów surową krytykę instytucji, której przewodzi Episkopat. Im wyżej w hierarchii, tym surowsze potępienie. Im niżej w strukturze szczebli duchowieństwa, tym krytyka jest łagodniejsza. Oczywiście Szymon Hołownia nie generalizuje, przyznaje, że i w tym świecie z koloratkami są pozytywne jednostki. Autor jednoznacznie deklaruje, że jest katolikiem, ale takim, który trzyma się nakazów i pouczeń Jezusa Chrystusa, a zwłaszcza tych, które nakazują brać w opiekę najsłabszych, wykluczonych, nie dociekając, jakie przyczyny spowodowały, że obdarty i cuchnący nędzarz znalazł się na dnie. Gdyż Chrystus nie nakazuje wszczęcia śledztwa w sprawie źródeł ludzkiej degradacji, nie wypomina alkoholizmu, narkomanii, niezlezienia od hazardu czy seksu, ale po prostu, kiedy Żydzi dokonują sądu nad jawnogrzesznicą, Jezus powiada: Ktokolwiek jest z was bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem. Oni rozeszli się z opuszczonymi głowami, a ją ominęło ukamienowanie.
Hołownia oczekuje, że ludzie wierzący będą czynić miłosierdzie, czyli nieść pomoc tym w potrzebie. I ma za złe, że instytucja, dwa tysiące lat temu wyrosła na Chrystusowej doktrynie, nie czyni tej powinności z pełnym zaangażowaniem i zapałem. No więc przewiduję, mój przyjaciel podpisze się dwiema rekami pod krytyką Kościoła, choć nie wiem, czy zorganizuje wspólnotę samopomocy albo pomocy wzajemnej, jak czyni to Szymon Hołownia, powołując fundacje, ratujące przed śmiercią z głodu i niedostatku. Ma moralne prawo pouczyć i upominać innych, bo sam daje dobry przykład.
Więc kandydat zyska głosy tych, którzy wezmą książkę do ręki i zostaną zjednani krytyką tych, którzy sieją opium dla ludu, ale obawiam się, że straci część elektoratu, który nie jest skory, by opłacane przez państwo instytucje pomocy były wyręczane przez szlachetne wolontariaty.
Mnie najbardziej ujęły medytacje z ostatniego bloku felietonów „Mój wewnętrzny las”. Jeden z nich był zainspirowany księgą psalmów, w których autor odkrywa ponadczasowa prawdę. Znacznie później, niż psalmy powstały, Chrystus powiedział „Biednych zawsze mieć będziecie”. Domyślam się, że jak autor wygra wybory, to podejmie starania, żeby było ich jak najmniej.
Na stronie 233 czytam „...absurdem jest szatkowanie życia na ekstazy i depresje, tęsknoty i spełnienia, groźby i błogosławieństwa. (…) każda radość niesie w sobie nutę smutku. W każdym smutku jest światełko nadziei na radość. Spełnienie zawsze ma w sobie tęsknotę za kolejnym spełnieniem. Grożąc komuś, oczekujemy jednocześnie (dla siebie) błogosławieństwa.

Szymon Hołownia „TERAZ albo NIGDY”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Kraków 2019.

niedziela, 26 stycznia 2020

Daniel Rzepecki - poleca

W krainie grzybków halucynogennych


Za późno do moich rąk trafiła reportażowa książka „Dzieci szóstego słońca”. Jej autorką jest polonistka i latynoamerykanistka, która spędziła wie lat, jak na swój młody wiek w Meksyku, gdzie mieszka od 2011 roku. Tam poznała jego historię, zawarła tam przyjaźnie, wtopiła się w różne środowiska, a zatem wiele zjawisk, które poznała wnikliwie, miała, jakby to powiedzieć, na dotknięcie ręki. Mogła uczestniczyć w czarnej mszy, szamańskich rytuałach, niezwykłych obchodach święta zmarłych, które łączą elementy chrześcijańskie i pogańskie. Poznała wyznawców dawnych indiańskich wierzeń, a chociaż nie ma możliwości ich wiernego odtworzenia, to jednak niektóre przetrwały w indiańskich osadach, które wybroniły się przed wpływami konkwistadorów. No i pewnym źródłem okazują się zapiski zakonników, którzy podjęli się chrystianizacji Indian.
Dlaczego ubolewam, że późno książka trafiła do moich rąk. Bo niechybnie dwadzieścia lat temu, kiedy badałem aurę, wróżyłem z kart i z ręki, badałem wahadełkiem relację między ludźmi, czerpałem energię z pni rozmaitych drzew, wystawiałem się na promieniowanie kosmiczne i geopatyczne, badałem własną odporność na działanie narkotyków, wówczas wziąłbym pożyczkę i wyruszył do Meksyku. Autorka pisze, że w kraju tym spotyka ludzi różnych ras i narodowości, i Polaków, i Włochów, i Niemców, i Rosjan, i Chińczyków oraz Japończyków, a wszystkich i tak nie zdołam wymienić. Oni szukają tutaj odpowiedzi na pytania o zagadki bytu. Mają firmy, majątki, kochanki, auta i rezydencje, albo nie mają nic lub niewiele, ale nie wystarcza im stan posiadania. Jedni szukają Boga, inni szukają magicznych terapii, sposobów na zdobycie fortuny czy miłości. Jak pisze Ola Synowiec, przedmiotem pragnień już nie jest uczucie, które zwiąże na całe życie, na dobre i na złe, ale intensywny, gorący romans aż do wyczerpania szalejących hormonów i emocji lub obudzenia doznań, które dawno wystygły.
Przypominają mi się słowa jednego z dwudziestowiecznych filozofów, że albo wiek XXI będzie wiekiem duchowości, albom nie będzie go wcale. No, ale na razie trwa mimo tsunami, trzęsień ziemi, lokalnych wojen i aktów terroryzmu.
No więc przybywają do Meksyku turyści czy pielgrzymi różnych religijnych opcji w poszukiwanie albo duchowości, albo silnych wrażeń. Niepodległy od 1821 roku kraj liczy 150 milionów ludności. 20 procent tej populacji to rdzenni Indianie, a pozostali to konglomerat ludzi rasy białej, czarnej i żółtej. Tutaj ludność posługuje się ponad 60 językami z urzędowym hiszpańskim. Tutaj jest największy procent ludności rdzennej ze wszystkich krajów Ameryki Łacińskiej. No a jakie bogactwo dla szukających używek. Właśnie w Meksyku rośnie ponad 70 gatunków grzybków halucynogennych, 40 procent tych grzybów na całym świecie. Co dziwne, miejscowi za lek uznają coca colę i wypijają jej wielkie ilości. Nic osobliwego w tym, że plagą jest otyłość i cukrzyca oraz jej pochodne schorzenia. No i duża umieralność spowodowana tym stanem rzeczy. A grzybki halucynogenne dla rdzennych mieszkańców były i pozostały lekiem. Dla pozostałych ich konsumentów są ścieżką prowadząca do innych stanów świadomości.

Dzieci szóstego słońca, czyli w co wierzy Meksyk”, Ola Synowiec, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018 r.

piątek, 25 października 2019

Daniel Rzepecki


Zło ma kolor biały


Dzisiaj pragnę napisać o noblistce Toni Morrison. Naturalnie w czasie przeżywania dumy i radości z powodu otrzymania Nagrody Nobla przez naszą rodaczkę, Olgę Tokarczuk, należałoby poświęcić te rekomendację tej niezwykłej pisarce. Wiem jednak, że wspaniała spółka autorska z kręgu Stowarzyszenia Literackiego W Cieniu Lipy Czarnoleskiej już pracuje nad rzetelną prezentacją naszej tryumfatorki, więc żeby zostać w noblowskim klimacie, poświęcę tę rekomendację amerykańskiej autorce. Jest nią afroamerykańska pisarka Toni Morrison, a pozycję, która wyzwoliła jej lawinę nagród, była powieść „Umiłowana”, wydana w 1987 roku, która w polskim przekładnie ukazała się jedenaście lat później, trzy lata po przyznaniu Toni Morrison Nagrody Nobla.
To jest niezwykła książka. Jak pisze w posłowie tłumaczka z angielskiego, Renata Gorczyńska, znalezienie kodu językowego dla tej prozy było niezwykle trudne. Jak oddać specyficzny język Murzynów? Jak zarejestrować strumień ich myśli i emocji? Jak znaleźć słowa dla fraz, które przestają być prozą, a brzmią jak czystej wody poezja?
Bohaterką powieści jest Sethe. Była niewolnicą, co wyżłobiło w niej bolesne ślady, ale nie zabiło poczucia godności. Ma powody do głębokiej rozpaczy. Przepadł jej mąż, przepadli synowie. Została córka Denver, a w tym domu kobiety spustoszonej przez los zjawia się zagadkowa dziewczyna. Wraz z jej pojawieniem się czytelnik rozstaje się ze wstrząsającymi opisami tego, czego doświadczali murzyńscy niewolnicy. To była wycieńczająca praca, odczłowieczenie w sposobie traktowania przez właścicieli, tortury, głód, nakaz rodzenia dzieci, które wyrosną na darmowa siłę roboczą, bo młodego, zdrowego, silnego człowieka ma się za darmo.
A biali? Biali to największe zło, jakie los stawia na drodze życia niewolnika. Biały jest synonimem bezwzględnego okrucieństwa. Białego należy się bać, strzec, nienawidzić. Autorka, która wywodzi się z plemienia uprowadzonych z Afryki i zniewolonych, ma moralne prawo do jednostronnego widzenia, a jednak nie generalizuje, bo wśród białych okrutników, rzadko bo rzadko, ale czasami zdarzają się szlachetni ludzie, nie nękający i nie eksploatujący swoich niewolników, co więcej, włączających się w ruch abolucjonistów.
Sethe jest synową kobiety, której wolność odpracował jej syn. Jest rozumna, powszechnie szanowana, ceniona, wspiera duchowo ciemiężonych współbraci, organizuje modlitewne spotkania, a Czarni je wręcz uwielbiają. Już nie żyje. Ale w domu Sethe obok jej córki zjawia się niesamowita postać. Nikt nie wie, kim jest Umiłowana. Tajemnicza, szaleńczo łaknąca bliskiego kontaktu z Sethe, w dziwny sposób kochająca ją całym sercem. I jest to miłość wzajemna, tak jakby Umiłowana zajęła miejsce kilkumiesięcznej córeczki Sethe, którą matka uśmierciła, by nie dopuścić, żeby niemowlę wyrosło i doświadczyło niewolniczej doli.
Naturalnie nie mam prawa, rekomendując „Umiłowaną”, wyjawić, kim jest ta zagadkowa dziewczyna. Zniweczyłbym całe wzruszenie, jakie daje lektura tej powieści. Po prostu radzę wziąć do ręki książkę, żeby jeszcze raz uświadomić sobie, jakim strasznym, negatywnym doświadczeniem było niewolnictwo.

Toni Morrison "Umiłowana", tłum. Renata Gorczyńska, Świat Książki, Warszawa 1996.

środa, 18 września 2019

Daniel Rzepecki - poleca

Bezwzględność sił natury, a człowiek to brzmi dumnie



Dziwnym zbiegiem okoliczności w czasie zbliżających się obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej czytałem „Kłamstwa” Diane Chamberlain. Media zapowiadały udział w tych uroczystościach prezydenta USA Donalda Trumpa. Okazało się, że pierwsza osoba ze szczytów władzy nie przyleci do Polski, uzasadniając odwołanie udziału tym, że prezydent musi pozostać w kraju, ze swoimi rodakami, kiedy do Florydy zbliża się huragan Dorian. Na ekranach telewizorów pojawiły się relacje z pierwszych ataków tajfunu. Bez względu na to, jak komentowano decyzję prezydenta Trumpa, po przeczytaniu „Kłamstw” nabrałem przekonania, że była na w pełni uzasadniona.
Tytuł powieści sugeruje, że czytelnik dowie się, jak skomplikowane są postawy ludzkie, jeśli człowiek będzie rozmijał się z prawdą. Bohaterami są dwie siostry, osierocone przez rodziców. Starsza Rebecca po tragicznej śmierci ojca i matki czuje się w obowiązku opiekować się młodszą, kilkunastoletnią Mayą. Obie różnią się charakterami, zainteresowaniami, ale obie są lekarkami. Ta młodsza jest już szczęśliwą mężatką, starsza waha się, czy poślubić adorującego ją mężczyzną. Mierzi ją myśl o utracie wolności w stabilnym matrymonialnym związku. Nie chce mieć dzieci, podczas gdy Maya i jej mąż Adam marzą o tradycyjnej rodzinie, o gromadce dzieci, ale młoda mężatka musi przeżyć kolejne poronienia, kolejne bolesne dla niej i Adama doświadczenia.
Lektura książki stopniowo odsłania tajemnice, w jakie wplątane są obie kobiety. Obnażane są kłamstwa, które skrywały od śmierci rodziców. A wszystko rozgrywa się w czasie, kiedy Ameryka, służby ratownicze, lekarze, wolontariusze usiłują zapanować nad straszliwymi skutkami huraganu. Opis zniszczeń, ludzkiego cierpienia, heroicznego wysiłku, by uchronić zagrożone istnienia, wielowyznaniowe nabożeństwo żałobne za dusze tych, których huragan uśmiercił – to wszystko pozwala zrozumieć, dlaczego prezydent postanowił pozostać z tymi, którym zagrażał Dorian.
Nie ma w tych opisach fikcji. Autorka oparła się na relacjach tych, który przeżyli inwazję huraganu Katrina. Ten żywioł w 2005 roku zniszczył Nowy Orlean. Pochłonął 1836 ofiar ludzkich. Spowodował zniszczenia szacowane na 87 miliardów dolarów. W takich okolicznościach, jak inwazja żywiołów manifestuje się ludzka solidarność. Lekarze, sanitariusze, strażacy, żołnierze, wolontariusze w różnych wieku i o różnych profesjach ruszają na pomoc ofiarom huraganów, powodzi, pożarów i wszelkich innych klęsk, jak choćby trzęsienia ziemi. Nie szczędzą sił, zdrowia, czasu, pieniędzy, ryzykują utratę życia. Bierność i nieczułość ustępuje miejsca szlachetnym, bezinteresownym porywom. Wtedy za pisarzem można śmiało powiedzieć „Człowiek to brzmi dumnie”. A czytelnik nie dziwi się Trampowi, że postąpił tak, jak postąpił.
Powiem tylko, że autorka tej wartko napisanej powieści wydała już kilka książek, uznanych za pozycje bestsellerowe. A kiedy powiedziałem córce, jak pasjonująca jest ta pozycja, natychmiast sprowadziła mi „Dar morza” Diane Chamberlain, wydany w 2015 roku.

Diane Chamberlain „Kłamstwa”, przełożyła Maciejka Mazan, wyd. Prószyński Media Sp.z o.o., Warszawa 2011.

poniedziałek, 2 września 2019

Daniel Rzepecki - poleca

Damska soczewka



Hanna Samson to psycholożka, dziennikarka, feministka, a przede wszystkim pisarka, która w 1996 roku zadebiutowała powieścią „Zimno mi, mamo”. Tak przedstawia ją wydawca, czyli warszawskie Wydawnictwo WAB, wymieniając również późniejsze tytuły tej autorki: „Pułapka na motyla”, „Miłość .Reaktywacja”, „Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu” oraz „Pokój żeńsko-męski na chwałę patriarchatu” oraz zbiory opowiadań. Wydany w 2009 roku „Flesz” dowodzi, że autorka potrafi znakomicie wykorzystać doświadczenie, jakie dają wykonywane przez nią zawody. Myślę, że tę książkę powinni przeczytać starzy, młodzi i osiągający średni wiek mężczyźni, by zobaczyć, jak kobiety odbierają i oceniają naszą płeć. A także poznać drugą płeć, zasadniczo różniącą się od pokolenia ich prababek, babek, a nawet matek.
Flesz” nie ma jasno definiowanej i nazwanej bohaterki. Mamy natomiast do czynienia z bohaterką zbiorową, z patchworkowym obrazem złożonym z różnych postaci. Nie ma narracji odautorskiej, nie ma opisów, charakterystyk bohaterów. Nie widzimy twarzy kobiet, jakie Hanna Samson wprowadza na karty tej powieści. Nie ma fabuły, intrygi, to wszystko jest zawarte gdzieś w tle, w krótkich monologach, sporach i wypowiedziach osób. Jest czysta prawda wypowiadana w pierwszej osobie przez kobiety. To nie jest harmonijny, jednolity głos. Rzadko się ze sobą zgadzają, częściej podejmują spór.
Moderatorka tego spotkania zaprosiła kobiety, by wypowiedziały się na temat nowego tytułu prasowego. Jeszcze jedno kolorowe, drukowane na świetnym papierze z doskonałymi fotografiami pismo, które podejmuje konkurencję z podobnymi czasopismami. Są w nich plotki, prawdy i ćwierćprawdy o celebrytach, aktorkach, reżyserach, o damsko-męskich związkach. O zaręczynach, rozwodach, zdradach i braku zdecydowania co do zalegalizowania trwającego związku. Jeszcze „Flesza” nie ma, ale już są teksty i fotografie, udostępnione czytelniczkom i poddane ich ocenie. Wydawca chce zorientować się, co damski czytelnik chciałby przeczytać. Jakie sensacje, jakie porady, jakie emocje pragnie poznać. No i uczestniczki tego swoistego testu rzucają nazwiska osób, które pojawiają się na pierwszych stronach tytułów medialnych, maja doskonałą orientacje, co dzieje się w świecie, po którym krążą vipy. Co jedzą, co piją, jak mieszkają, jakie mają rozrywki, a wychowane na takiej gazetowo-internetowo-ekranowej strawie mają szeroką orientację, co się dzieje nie tylko na polskim, i na światowym targowisku próżności.
Z wypowiedzi wnioskujemy, kim są te opiniodawczynie. Otóż są w tej grupce i mężatki, i rozwódki, matki i kobiety bezdzietne, singielki z wyboru lub singielki z powodu porzucenia przez partnera. Jak w soczewce na tej stronie widać cywilny status tak zwanej średniej Polki. Dla jednych rozwód nie jest dramatem, dla innych to jednak katastrofa z powodu utraty materialnego wsparcia, partnera do współżycia, a ojca dla dzieci. Jedne są gotowe do złowienia absztyfikanta, choćby tylko na udany romansik. No ale najlepiej, żeby ten złowiony miał wszystkie zalety panów oglądanych w serialach, reportażach i wszelkich innych medialnych źródłach.
W większości przyznają się, że one pragnęłyby bogactwa, luksusowych mieszkań, wypasionych samochodów, wypasionych portfeli swoich mężczyzn. I pragną czułości, opiekuńczych gestów, podziwu, a jeśli taki wymarzony stan rzeczy miałby trwać krótko, to uznają, że i tak warto zakosztować bogactwa i udanej kariery. Zaś cudzy sukces uznają albo za osiągniecie dzięki koligacjom rodzinnym, albo drogę do sukcesu pokonaną przez łóżko właściwej osoby. Niekiedy przyznają, że zdobyta kariera to jednak sprawa talentu, dyscypliny i samozaparcia tudzież pracowitości.
Flesz”: to książka nie tylko dla mężczyzn. Niech i kobiety zaczerpną z niej trochę, a właściwie dużo samowiedzy i spojrzą na siebie z dystansem, uwalniając się z nieuzasadnionego samouwielbienia albo poczucia niezawinionej krzywdy, bo sukces nie został zdobyty, jest mąż nieudacznik, niebogaty kochanek i kolejna aborcja niechcianego dziecka.

Hanna Samson, „Flesz”, Warszawa, Wydawnictwo WAB, 2009.