Wydawnictwo Sonia Draga wydało powieść irańskiej pisarki. Z notki dowiadujemy się, że Parinoush Saniee to bardzo wykształcona irańska socjolożka i psycholożka, a doskonałą orientację o realiach politycznych oraz społecznych nabyła, kierując Działem Badań Najwyższej Rady Koordynacyjnej Edukacji Zawodowej i Technicznej Ministerstwa w Iranie. Bohaterką powieści jest Masuma, a czytelnik śledzi jej losy od wieku nastolatki po już dojrzałe lata kobiety. Dziewczyna jest bardzo zdolna i chłonna wiedzy, co docenia jej ojciec, a irytuje matkę i rodzeństwo, a, ściśle mówiąc, braci. Jeden z nich jest żarliwym wyznawcą islamu. Szanuje wszystkie nakazy wiary, pozostaje bezkrytyczny i od siostry wymaga religijnego podporządkowania się zasadom. Dotyczy to też nauki, gdyż środowisko, jakie reprezentują, uznaje, że przeznaczeniem kobiety jest posłuszeństwo mężowi i potulne wykonywanie zadań gospodyni domowej. Nakrywanie głowy, zasłanianie włosów, unikanie kontaktów z chłopcami i mężczyznami, powściągliwość w zachowaniu to tylko niektóre nakazy dziewcząt i kobiet. Małżeństwa są aranżowane, miłość nie gra większej roli w kojarzeniu związków. Na swoje nieszczęście Masuma zwraca uwagę na asystenta kierownika apteki i budzi jego zainteresowanie.
czwartek, 17 kwietnia 2025
Daniel Rzepecki poleca
Wydawnictwo Sonia Draga wydało powieść irańskiej pisarki. Z notki dowiadujemy się, że Parinoush Saniee to bardzo wykształcona irańska socjolożka i psycholożka, a doskonałą orientację o realiach politycznych oraz społecznych nabyła, kierując Działem Badań Najwyższej Rady Koordynacyjnej Edukacji Zawodowej i Technicznej Ministerstwa w Iranie. Bohaterką powieści jest Masuma, a czytelnik śledzi jej losy od wieku nastolatki po już dojrzałe lata kobiety. Dziewczyna jest bardzo zdolna i chłonna wiedzy, co docenia jej ojciec, a irytuje matkę i rodzeństwo, a, ściśle mówiąc, braci. Jeden z nich jest żarliwym wyznawcą islamu. Szanuje wszystkie nakazy wiary, pozostaje bezkrytyczny i od siostry wymaga religijnego podporządkowania się zasadom. Dotyczy to też nauki, gdyż środowisko, jakie reprezentują, uznaje, że przeznaczeniem kobiety jest posłuszeństwo mężowi i potulne wykonywanie zadań gospodyni domowej. Nakrywanie głowy, zasłanianie włosów, unikanie kontaktów z chłopcami i mężczyznami, powściągliwość w zachowaniu to tylko niektóre nakazy dziewcząt i kobiet. Małżeństwa są aranżowane, miłość nie gra większej roli w kojarzeniu związków. Na swoje nieszczęście Masuma zwraca uwagę na asystenta kierownika apteki i budzi jego zainteresowanie.
środa, 7 sierpnia 2024
Daniel Rzepecki poleca
Teraz nie szokuje praca za granicą, a większe miasta mają siedziby międzynarodowych korporacji. Ale w czasie mojej młodości wyjazd na Zachód stanowił nie byle jakie wydarzenie, a mam na myśli wyjazd służbowy. Stał się on udziałem kolegi z naszej firmy, więc szczerze mu zazdrościliśmy i czekaliśmy nowin z innego świata po jego powrocie. Liczyliśmy też na jakieś drobne upominki. Tymczasem on po powrocie wyłożył na biurko pornusy, które wówczas widziałem pierwszy raz w życiu. Pięknie wydane, na doskonałym papierze z perfekcyjnie wykonanymi fotografiami par w erotycznych sytuacjach. Nasze panie były wyraźnie skrępowane, ale i one, jak koledzy, w końcu opanowały zażenowanie i zaczęły wertować te pornograficzne wydania. Potem wywiązała się dyskusja, jaki może być pożytek z takich pozycji, aż jeden z kolegów powiedział, że one mają charakter edukacyjny, bo prymitywna płeć brzydka może się douczyć, jak powinna wyglądać sztuka fizycznej miłości, która w naszej cywilizacji jest niedoceniana.
Hannah Fielding „Maskarada”, tłumaczenie Piotr Art, druk Print Group. Sp.z o.o., Warszawa 2022.
czwartek, 18 maja 2023
Daniel Rzepecki poleca
Pod prąd swobodzie seksualnej
Piszę o tym, bo jestem pod wrażeniem powieści Amy Harmon „Biegając boso”. Już dawno nie czytałem tak pięknej, romantycznej, a współczesnej powieści. To historia osieroconej dziewczynki, która po śmierci matki musiała przejąć rolę pani domu, opiekunki ojca i braci, dziewczynki z powodu obowiązków przedwcześnie dojrzałej do wysiłku, przekraczającego jej siły i możliwości. Sprostała temu wyzwaniu, a ojciec nie szukał pocieszenia w ramionach innej.
Bohaterka, dojeżdżając szkolnym autobusem na zajęcia, poznała i zaprzyjaźniła się z lekceważonym przez rówieśników chłopcem. Josie Jensen, bardzo wrażliwa, pełna empatii wzięła kolegę w obronę, a on, Samuel Yazzie, był synem Indianki z plemienia Nawano, i białego ewangelizatora, który wyruszył nawracać Indian. Sam był owocem tej miłości, ale ojciec osierocił go wcześnie, natomiast matka postanowiła zostać wśród swoich i tam również wychowywała synka, aż biali dziadkowie postanowili wnuka zabrać, by zapewnić mu wykształcenie.
Pasjonujący jest opis wierzeń i obyczajów członków plemienia Nawaho, interesujące dla europejskiego chrześcijanina niezłomne zasady mormonów, a tam, gdzie rozgrywa się akcja, skupili się członkowie tej wspólnoty religijnej. Pisarka pochodzi z miasteczka Levan, które opisuje, jest autorką powieści o tematyce chrześcijańskiej, jej proza doczekała się uznania czytelników: rekomendowana w tym miejscu powieść figuruje na liście bestsellerów New York Timesa. Z tej powieści można uczyć się wierności uczuć, odpowiedzialności, powściągliwości w erotycznych porywach, dokonywać wyborów między tym, co jest dla nas dobre, a tym, co służy innym ludziom. Ta powieść idzie pod prąd seksualnemu rozpasaniu, pod prąd egoizmu i hedonizmu, które każą zaspokajać wszelkie zachcianki. Jak się okazuje, trudne wybory służą tym, którzy się na nie decydują.
Amy Harmon „Biegając boso” tłumaczenie Joanna Sugiero, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2018.
środa, 9 listopada 2022
Daniel Rzepecki poleca, który czyta się z zapartym tchem.
Narracja cofa się o dziesięć lat. Osiemnastolatka ulega urokowi pianisty, wybiera się na jego recital, a sama aspiruje do słynnej akademii muzycznej, gdzie będzie kształcony jej fenomenalny sopran. Sprawy tak się potoczą, że spędzi upojną noc z wirtuozem. To jej pierwsze erotyczne doświadczenie. On zdumiewa się, że oto pozbawił studentkę dziewictwa.
A czytelnik ma przyjemność przeczytać na okładce, że „Koncert” to „Jedna z najbardziej romantycznych powieści, jakie kiedykolwiek powstały…”. Nic dodać, nic ująć. Opisy scen miłosnych są wzruszające i dowodzą, że wszelkie zauroczenie zaczyna się od pierwszego wrażenia, jakie robi późniejszy obiekt uwielbienia. A czytelnik odnosi wrażenie, jakby przyroda południowej Francji i północnych Włoch sprzyjała tej fascynacji. Jak się okaże, upojna noc zaowocuje ciążą, do której dziewczyna nie przyzna się pianiście, który wyruszył na atrakcyjne tournée do Ameryki. Ona nie chce stanąć na drodze jemu do jeszcze bardziej błyskotliwej kariery. A jemu ten seksualny epizod zapada gdzieś daleko w zakamarki pamięci.
Umberto, ta pierwsza miłość i pierwsze seksualne doznanie, pozostaje przez dziesięć lat jedynym emocjonalnym doświadczeniem Catriony. Już żaden mężczyzna nie zdobędzie jej serca. Ono należy do Umberto i do synka. Obaj nie wiedzą o swoim istnieniu. Ona udaje, że jest wdową. Rezygnuje dla dziecka z kariery śpiewaczki. Jej ojciec nie żyje, wielkim oparciem jest matka. Nie potępia córki, która oszukuje, że ojcem dziecka jest przygodny turysta.
W miarę postępującej lektury, a rekomendowana pozycja liczy sobie 551 stron, pomijając bardzo interesujący wywiad z autorką, napięcie czytelnika rośnie. Szuka odpowiedzi na pytania: czy bohaterka zdecyduje się na wyjazd do Włoch, czy zostawi synka, matkę i założone przez siebie centrum rehabilitacji na całe trzy miesiące? Czy pozwoli, zjawiając się pod zmienionym nazwiskiem, na rozpoznanie przez dawną miłość? Czy wyjawi mu, że jest ojcem, czy synkowi odkryje mistyfikację, że jego ojciec nie osierocił go, bo jest tym ociemniałym wirtuozem? Matka namawia ją do wyjawienia prawdy, gdyż ojciec ma prawo wiedzieć o istnieniu syna, a chłopiec o tym, że nie jest półsierotą?
Recenzenci mają rację, to porywająca, a na dodatek optymistyczna lektura. Traktuje o tym, że wierność jest możliwa, a częste, ale płytkie przygody na zagłuszą prawdziwej, głębokiej miłości. Gorąco polecam „Koncert” miłośnikom pięknej prozy, a ci, którzy lubią wątki sensacyjne, też się nie zawiodą. Autorka zdobyła liczne nagrody za swoje romanse.
Hannah Fielding „Koncert” tłumaczenie Anna Esden-Tempska, Michał Ignar, London Wall Publishing (pierwsze wydanie w Polsce), sp.z o.o, Warszawa 2020
czwartek, 25 sierpnia 2022
Daniel Rzepecki poleca: nietolerancja ma różne oblicza i jest wciąż aktualna.
Desiree tęskniła za swoją drugą połówką, ale gdzie mała ją szukać w wielkim kraju? A kiedy uciekła od męża, była przekonana że zostanie tydzień lub dwa, góra miesiąc, ale przetrwała tam dwa dziesięciolecia, bo przecież musiała zaopiekować się matką. Znalazła pracę w śniadaniowni, posłała córeczkę do szkoły, a kiedy okazało się, że to czarne dziecko jest zdolne i fizycznie bardzo sprawne, sportem wywalczyła sobie prawo dostania się na wybrany kierunek. To był sukces, gdyż „wybieleni” rówieśnicy traktowali córkę Sesiree z pełną okrucieństwa pogardą, jakby sami byli autentycznie biali bez przymieszki czarnej krwi.
Drugie pokolenie różniło się ogromnie, Kennedy czuła się białą dziewczyną, Jude była czarna jak heban i wiedziała, że to ogranicza jej możliwości. A jednak rozkochała w sobie białego pięknego chłopca, a z czasem musiała przyjąć do wiadomości, że to fizycznie dziewczyna z męską psychiką i organizmem, ale by odszukać swoja męską tożsamość, musiała kupować i zażywać hormony. Kiedy przyszła pora na usunięcie piersi, czarna dziewczyna udzielała mu szczerego wsparcia.
Murzynka miała w sobie potrzebę odszukania rodziny, a jej ciotka robiła wszystko, by ślad o nich zaginął. Drugie pokolenie bliźniaczek przemieszczało się do Bostonu, do Los Angeles, do Nowego Jorku, do innych miast, z tym że Jude wiedziała, że ma rodzinę, a Kennedy nie miała o tym pojęcia do momentu, kiedy przypadkiem spotkała kuzynkę.
Stelli z trudem udawało się zgubić murzyńską tożsamość, Kennedy miała już znacznie bardziej liberalne poglądy. Tak bardzo, że związała się z czarnym studentem. Czując, że jej życie kryje jakąś tajemnicę, porzuciła ciemnoskórego chłopaka i wyjechała na jakiś czas do Europy.
Gorąco namawiam do lektury tej powieści, żeby poznać, kto w niej odszukał swoją tożsamość i jak toczyła się walka o równouprawnienie rasowe w Ameryce. Kiedy oglądamy relacje internetowe w sprawie rozwiązania napięcia w Ukrainie, jak na coś normalnego patrzymy na pojawiającego się czarnego dostojnika USA u boku prezydenta tego kraju. Połączenie losów bliźniaczek ze zmianami w USA dostarcza czytelnikowi wiele napięcia. Nic dziwnego, że powieść była uznana za najlepszą pozycję prozatorską ostatnich lat.
Brit Bennett „Moja znikająca połowa”, przełożył Jarek Westermark, wydawnictwo Agora, Warszawa 2020.
poniedziałek, 25 kwietnia 2022
Daniel Rzepecki poleca lekturę o Kleopatrze. Na wiosnę jak znalazł.
Afrodyzjak na wiosnę
Jeden z moich kolegów jeszcze za komuny wystarał się o wyjazd na Zachód i pokwitował należną ilość dolarów. Głęboko zastanawiał się, na co wydać „zielone”, by sprawić bliskim choćby drobną radość, ale te rozterki nie wyhamowały jego chęci nabycia pornograficznego albumu. Ponieważ nigdy nie był zachłannym egoistą, pożyczył mi tę kontrabandę. Co prawda nigdy nie gustowałem w pornusach, ale ten album był wydrukowany na wspaniałym papierze, z doskonałymi fotografiami i nasyciłem oczy w czasie ukradkowych oględzin „apetycznych” stron, jak dzieci uganiały się pod blokiem na placu zabaw. Przypomniałem sobie tę rozrywkę, a wyznam, że pożyczoną przez kolegę literaturę zaniosłem nawet do pracy ku radości kolegów i ku zgorszeniu pruderyjnych koleżanek. Przywołałem w pamięci tę sytuację, kiedy czytałem „Żądze Kleopatry”. Mamy wiosnę, hormony buzują, więc pomyślałem sobie, że zamiast pornusów zarekomenduję tę pozycję moim równolatkom, którym młodość została tylko we wspomnieniach, ale erotyczne apetyty bynajmniej nie wygasły.
Zamówiłem w najbliższej filii bibliotecznej pierwszą część egipskiej trylogii Ewy Kassali. „Żądze Kleopatry”, która poprzedziła rekomendowaną na tym portalu „Hatszepsut”. Kleopatra, ta niezwykła władczyni Egiptu była żoną Juliusza Cezara, a po nim Marka Antoniusza, których, jak ich zapewniała, darzyła wielką miłością, ale już w dziewczęcych czasach jej sercem zawładnął syn arcykapłana. Czas pokazał, jak wielka była pojemność jej uczuć, a jedna, druga, czy trzecia fascynacja nie konkurowały ze sobą. Juliuszowi Cezarowi urodziła Cezariusza, Markowi Antoniuszowi trójkę jego dzieci. Taki stan rzeczy bardzo podobałby się współczesnym feministkom, które walczą o prawo do swobodnego wyboru partnerów. Jak dowodzi historia, ich potrzeby były znane i przed setkami, i tysiącami lat, a nie były tłumione ani względami religijnymi, ani obyczajowymi. Również zwolenniczki LGBT w tej powieści znajdą fascynujące opisy zbliżeń damskiej pary, którą tworzą dwie kapłanki, lesbijki Kama i Nanu.
Bardzo interesującym wątkiem jest miłość przyjaciółki księżniczki Eiras i świątynnego strażnika oraz opiekunki księżniczki Charmion i oddanego, dozgonnego strażnika Kleopatry Apollodora. Kleopatra zapewnia swoich kolejnych mężczyzn o ogromnej miłości, co nie przeszkadza jej utwierdzać arcykapłana Atu-Anchpachereda w przekonaniu, że to właśnie on przez całe życie jest panem jej serca. Ale na początku poślubia brata Ptolemeusza, by dynastia trwała. Takie mariaże rodzeństwa były w starożytnym Egipcie, jak to się mówi, na porządku dziennym, jeśli tego wymagała racja stanu.
Podobna swoboda właściwa była rzymskim wodzom. Na przykład Juliusz Cezar przywozi Kleopatrę do Rzymu, nie bacząc na obecność swojej prawowitej małżonki, ta zaś ze spokojem znosi obecność konkurentki. Podobnie zachowuje się Marek Antoniusz, dziś nazwany byłby niepoprawnym kobieciarzem, który nie może się oprzeć pięknym kobietom, a cóż dopiero mówić o przepięknej Kleopatrze.
Zdumiewające, z jaką finezją i subtelnością pisarka opisuje sytuacje, które współcześnie nazywane są momentami. Zresztą powieść zaczyna się od przygotowania do przyszłych obowiązków dwunastoletniej księżniczki. Młodziutka Kleopatra ogląda pouczający spektakl. Przedstawieni jej są piękni mężczyźni wszystkich ras, a potem następuje prezentacja spółkowania tychże mężczyzn z prześlicznymi niewolnicami. Współcześnie nastolatki edukują się wybranymi stronami w internecie, ale ten wspomniany na początku mój kolega dowodził, że zarówno książkowe wydawnictwa, jak i erotyczne filmy mają edukacyjny charakter, bo pokazują pożądane wzory seksualnych zachowań. Zaś ja na całe życie zachowałem w pamięci zdanie Emila Zegadłowicza: „Gdzie jest wielkie kochanie, tam jest wielkie pożądanie”.
Wracam do Kleopatry i poświęconej jej powieści. Nie chwaląc się powiem, że dużo w życiu pochłonąłem książek, ale tak pięknych, wyrafinowanych, wręcz poetyckich opisów erotyki chyba jeszcze nie czytałem. Naturalnie w powieści zawarta jest ogromna wiedza o starożytnym Egipcie, zatem powieść Ewy Kassali ma wiele pięter walorów. Gorąco polecam nie tylko na wiosnę.
A na koniec cytat z jednej z powieści Ewy Kassali „...nie jest sztuką uwieść. Sztuką jest zatrzymać. I sprawić, by mężczyzna chciał być na wieki twój”.
Ewa Kassala „Żądze Kleopatry”. Wydawnictwo SONIA DRAGA, Katowice 2021.
środa, 11 sierpnia 2021
Daniel Rzepecki - poleca ucieczkę od złych dni
Wrażliwość romantyka
Marek Grechuta
ur. 10 grudnia 1945 w Zamościu, zm. 9 października 2006 w Krakowie
Im dłużej żyję, tym głębszego przekonania nabieram, że ludzie dzielą się na cyników i romantyków. Trywialność tych pierwszych odbiera radość życia, a wrażliwość tych drugich pozwala szukać wokół nas tego, co jest piękne. Marek Grechuta właśnie taki był. Romantyk. Czytelnik poznaje bogactwo jego osobowości nie tylko z autorskiej relacji zdarzeń i opisów postawy tego wszechstronnego artysty, ale również z cytowanych opinii, które Majewski przytacza ustami tych, którzy Grechutę poznali, zauroczyli się nim, wzbogacili swoją własną osobowość. Majewski przytacza między innymi opinie Jana Pawła Pawluśkiewicza, Grzegorza Turnaua, Krystyny Jandy, Jerzego Stuhra i Maryli Rodowicz. Wypowiedzi samego Grechuty wskazują na to, czym dla niego była sztuka. Wybierając kierunek studiów, postanowił zostać architektem, gdyż ta specjalność łączy w sobie różne dziedziny piękna. Okazało się jednak, że ona nie wyczerpuje możliwości talentu przyszłego piosenkarza, poety i malarza.
Twórczość Marka Grechuty zdumiewa i zachwyca tym, że szukając własnego wyrazu artystycznego, nie odrzuca klasycznej spuścizny. Potrafi zainspirować się Mickiewiczem i Chopinem a także innymi twórcami z przeszłości, a sięgając do późniejszych tekstów literackich, dociera do Witkacego i odkrywa jego rewelacyjną nowoczesność wyrazu. Moje pokolenie pozostawało pod urokiem repertuaru zespołu ANAWA, który był jego dziełem. Rozstając się z architekturą, którą w końcu i tak ukończył, doskonale rozwinął swoje możliwości twórcze. Komponował muzykę do tekstów, które go urzekły, pisał własne słowa, zdobywał nagrody festiwalowe, miał szeroki krąg fanów, takich jak on wrażliwych romantyków, głodnych piękna w życiu i sztuce. W końcu te liczne występy spustoszyły siłę artysty, chronił się od natłoku doznań w malarstwie. Ulubionym motywem jego obrazów był kwiaty. Zresztą już wcześniej malarstwo dostarczało mu inspiracji, stąd piosenki „wyzwolone” twórczością wybitnych malarzy początku minionego stulecia.
Jan Kanty Pawluśkiewicz powiedział o Grechucie: „W wieku 22 lat Grechuta był już świadomym artystą wielkiej klasy, który w ciągu jednego roku wykreował styl utrzymywany przez całe życie. Gdy graliśmy koncert, już po dwóch utworach na sali panowało całkowite skupienie. Marek miał w sobie cały kosmos, emanował czymś trudnym do opisania”. A dalej Majewski pisze od siebie: „Grechuta (...) skłaniał się ku ucieczce od rzeczywistości, a nie kontestacji. Wybierał świat wykreowany przez siebie samego – krainę poezji, miłości, fantazji”. I zbudował taki świat, poślubiając dziewczynę, którą kochał całe życie.
Podobnie jak wszystko, co piękne. Mówił: „Sztuka pozwala człowiekowi oderwać się od rzeczywistości. Staje się azylem, odnawia duchowo... Ja zawsze traktowałem moje koncerty jako ucieczkę od złych dni. Myślę, że podobny mechanizm działał u mojej publiczności – ludzie przychodzący na koncert szukali innych barw, uczuć, których nie znajdowali w codziennym życiu”.
Wojciech Majewski „Marek Grechuta. Portret artysty”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2006.
niedziela, 13 czerwca 2021
Daniel Rzepecki - proponuje na czas urlopowy tajemniczą siłę miłości.
Sidła
Przypomniałem sobie tę historię sprzed lat, kiedy zacząłem czytać „Sektę z wyspy mgieł” pochodzącej ze Szwecji Mariette Lindstein. Autorka tego bestselleru sama spędziła wiele lat w Ameryce, w ruchu scjentologicznym. Była z tą wspólnotą związana od dziewiętnastego roku życia. Zdołała uwolnić się z kościoła scjentologicznego, a była w samym centrum jego dowodzenia, z siedzibą w Los Angeles. Przez 25 lat nosiła w sobie pamięć traumatycznych doświadczeń, jakie były jej udziałem w tej sekcie, aż postanowiła je spisać. Powzięła tę decyzję pod wpływem pisarza Lawrence'a Wrighta, laureata Nagrody Pulitzera, Mamy do czynienia z beletrystyką, ale ta powieść oparta jest na faktach, stąd autorka z doskonałą znajomością rzeczy potrafi oddać reguły, jakie rządzą życiem sekty. To jest debiutancka powieść tej autorki, która zrealizowała cały cykl pozycji poświęconych sektom. A życie podarowało Mariette Lindstein tak obfite tworzywo, że mogła z niego czerpać z wielkim literackim pożytkiem.
Bohaterką powieści jest studentka Sofia Bauman, która właśnie przeżywa kryzys w związku ze swoim chłopakiem. Zdarzenia rozgrywają się w Szwecji. Sofia trafia na spotkanie z bardzo charyzmatycznym Franzem Oswaldem. Jest młody, bardzo przystojny, a nieodparty urok zjednuje mu liczne wielbicielki. Porywająco mówi o zagrożeniach cywilizacyjnych, między innymi o zatruciu środowiska, o niezdrowej żywności i temu podobnych sprawach, i dodaje, że na wyspie u zachodniego wybrzeża Szwecji funkcjonuje Via Terra, grupa, która znalazła sposób na uratowanie globu i ludzkości, na uwolnienie od toksyn, stresów i wszystkiego, co nęka ludzkość. Lider, czyli Oswald zwraca uwagę na atrakcyjną dziewczynę i zaprasza ją na wyspę.
Sofia udaje się na wskazane miejsce. Jest oczarowana tym, co tam zastaje. Wolontariusze świadczą usługi dla gości, którzy szukają tutaj nowego sposobu na życie. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar przypłynąć promem na to magiczne miejsce, przygotowują dodatkowe apartamenty. Nowicjuszka, oczarowana ideą Oswalda, programem, koncepcją zbudowania lepszego świata podejmuje pracę, podpisując umowę na dwa lata. Zobowiązuje się zachować tajemnicę na temat tego, co tutaj zaobserwuje, wyzbywa się telefonu i komputera. Te media pozostają tylko za pozwoleniem „wodza” do dyspozycji personelu i na użytek służbowy aktywu. Jej powierzono zorganizowanie biblioteki, czyli zgromadzenie księgozbioru i katalogów. Zostaje uprzedzona, że treść gromadzonych pozycji nie może pozostawać w niezgodzie z ideami, które w Via Terra są głoszone i realizowane.
Czas biegnie, a Zofia przekonuje się, że popadła w coraz większe uzależnienie od swojego guru. Powoli odkrywa reguły, jakie rządzą wspólnotą. Posłuszeństwo, subordynacja, podporządkowanie, dyscyplina, kara za łamanie zasad, kary bardzo drastyczne – wszystko zaczyna ją przerażać. Spacery po wyspie pozwalają na rozmowy ze stałymi mieszkańcami. Dowiaduje się o mrocznych i zagadkowych zdarzeniach, o tajemniczej śmierci hrabiny, małżonki właściciela dworu, teraz użytkowanego przez sektę.
Bohaterka dostaje pozwolenie na zamieszkanie w jednym pokoju z tu pozyskanym partnerem. Okazuje się, że i on jest poniekąd zniewolony przez Oswalda, a kiedy Sofia namawia go do starannie przemyślanej ucieczki, on wyjawia ich zamiary temu guru. Już nie opowiadam, za co i on zostaje ukarany. Już inni doświadczyli tej kary, polegającej na rzuceniu się ze stromego klifu wspieniony nurt zatoki. Wykonuje groźny skok i nie wypływa.
Narracja powieści przebiega dwutorowa. Zwykłym liternictwem opowiadane są doświadczenia bohaterki, a kursywą spisane dziwne zdarzenia z udziałem chłopca, który z każdym rozdziałem staje się starszy.
Via Terra zyskuje zainteresowanie mediów, starannie podsycane przez twórcę grupy. Nie wszyscy dziennikarze dają się zwieść wizji, którą rysuje Oswald. Ośrodek zostaje otoczony drutami pod napięciem. Nikt niepowołany nie może się tutaj dostać, ale też nikt z Via Terra nie jest w stanie opuścić dworu. A jednak kierowniczce biblioteki udaje się tego dokonać. Już na stałym lądzie Sofia jest tropiona i przeżywa nieopisany strach. Guru wszędzie wypuszcza swoje niebezpieczne macki.
Powieść jest mrożącym krew w żyłach thrillerem. Czyta się ją jednym tchem z wypiekami na Twarzy. To świetne ostrzeżenie przed sezonem urlopowym. W czasie kanikuły łatwo można dać się zmanipulować „apostołom” werbującym do sekt.
Mariette Lindstein „Sekta z wyspy mgieł”, przełożyła ze szwedzkiego Urszula Pacanowska-Skogqvist, Wydawnictwo Bykowy Las Sp. z o o., Wrocław 2017
czwartek, 24 grudnia 2020
Daniel Rzepecki - niekończąca się walka o władzę: wczoraj, dziś, jutro.
Po prostu niewyobrażalne
„Czynienie dobra łączy, czynienie zła rozłącza”.
(Michel Houellebecq)
To czterotomowe opracowanie liczyło 1400 stron. Raport zawiera wstrząsające relacje. Oto jedna z nich: „Zarąbali ich meczetami, udusili lub zastrzelili. Dzieci chwytali za nóżki i roztrzaskiwali o drzewo, a drzewo, o które roztrzaskiwali dzieci, uschło...”
W rzetelnym, poprzedzonym gruntownymi dziennikarskimi dociekaniami „Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa” Francisco Goldmana można przeczytać, że wspomniany raport zawiera podsumowanie „zaginięć, masakr, morderstw, tortur i codziennej przemocy (…). Szacuje się, że w czasie tej wojny zginęło około dwustu tysięcy cywili”. Teoretycznie wojna zakończyła się porozumieniem w grudniu 1996 roku pod nadzorem ONZ. W gruncie rzeczy oportunistyczne siły funkcjonowały w dalszym ciągu i wywierały wpływ na sytuację w kraju. Potęgowała się przestępczość. Grasowały gangi narkotykowe, porywano ludzi dla okupu, kradziono samochody, zabójstwa na zlecenie były na porządku dziennym.
Do sił, które zabiegały o opanowanie chaosu i bezprawia należał Kościół Katolicki, który powołał Gwatemalskie Archidiecezjalne Biuro Praw Człowieka. Jego liderem był biskup Juan Gerardi, a kiedy fetował w pałacu arcybiskupim wraz z innymi współtwórcami raportu ukończenie prac nad tym obszernym dokumentem, miał lat 65. I to był ostatni dzień jego życia. Został zamordowany w przykościelnym garażu o godzinie 22, w niedzielę 26 kwietnia 1998 roku.
Amerykański dziennikarz Francisco Goldman był synem mieszkanki Gwatemali i nowojorskiego Żyda. Badaniu tego politycznego morderstwa poświęcił osiem lat.
Ani rząd, ani armia nie zamierzały uznać, że zabójstwo miało związek z wolnościową działalnością biskupa. Preparowano poszlaki, mające wskazać na homoseksualne i kryminalne podłoże tragedii. Ten wątek powiązano z wikariuszem posługującym w parafii św. Sebastiana, gdzie biskup był proboszczem. Misternie i odważnie prowadzone śledztwo dowodziło jednak zaangażowania elit ze sfer rządowych i wojskowych. Świadków albo zastraszano, albo likwidowano. Jak się okazało, biskup był inwigilowany od wielu miesięcy, w miarę jak postępowały prace nad raportem. Jego śmierć już wcześniej była postanowiona.
Czytelnik wraz z autorem przedziera się przez gąszcz rozmaitych śladów, dociera do rozmaitych świadków, drży o bezpieczeństwo zarówno tych, którzy mieliby coś do powiedzenia, jak prokuratorów i sędziów. Podziw budzi dziennikarka, nieprzekupna i odważna, która funkcjonuje w samym epicentrum zdarzeń. Claudia Mendez Arriaza, bo o niej mowa, była redaktorką „El Periodico”. Podobnych do niej było więcej, pozbawionych strachu i ryzykujących utratę życia.
To ich zasługą jest to, że w ostateczności winni zostają osadzeni dla odbycia kary, choć należą do sfer ludzi bogatych i ustosunkowanych, ale poza prawem pozostają ci, którzy mają możliwości zakonspirowania się w sposób nie do zdemaskowania. Bezpieczeństwo zapewniają im pieniądze i wpływy.
Francisco Goldman „Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa”. Przełożył Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.
środa, 9 grudnia 2020
Daniel Rzepecki - poleca zbuntowane lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku
Powrót
do młodości moich rodziców
Mój ojciec należy do pokolenia, które nazywano bitnikami. Jego burzliwa młodość przypadała na lata, kiedy nastąpiło wyzwolenie ze wszystkiego, co człowieka pęta i zniewala. Kto wie, jakby się potoczyło jego życie, gdyby na jednym ze spotkań na polanie, przy ognisku, nie spotkał dziewczyny z włosami jak u Mariny Vlady, w kwiecistej szerokiej spódnicy i z talią jak u osy. Dobrze się czuła wśród chłopaków z gitarami, ale miała dystans do luzu, jaki ją otaczał, więc wróciła do swojego uporządkowanego życia, a zakochany chłopak podążył za nią, bo nie miała ochoty dzielić go z żadną inną dziewczyną.
Ojciec nieraz opowiadał o tych szalonych latach, jak mama nie słyszała, ale jak coś jej wpadło w ucho, to mówiła, że koloryzuje.
Kiedy więc dowiedziałem się, że jest książka o młodzieńczym ruchu wyzwolenia, szybko znalazłem tę pozycję i pochłonąłem jednym tchem. A przy okazji dowiedziałem się, że jej autor napisał też znakomitą powieść „W drodze”, ale po nią sięgnę w następnej kolejności.
Jack Kerouac w autobiograficznej powieści z absolutną szczerością opisuje egzystencję beat generation. Zbuntowane pokolenie odrzuca wszelkie tabu. Za nic ma religię, drobnomieszczańskie obyczaje, kołtuńskie zasady, które krępują swobodę i radość życia. A jeśli można ją czerpać uprawiając wolną miłość, wyrafinowany seks, zażywając narkotyki i upijając się do woli, odrzucając rygory, jakich wymaga praca, dająca zysk i stabilizację, to hulaj dusza, piekła nie ma. Ten styl życia pociąga zwłaszcza dusze artystyczne, bo wszelkie rygory krępują natchnienie i udaremniają twórcze eksperymenty, zaś absolutna swoboda nie stawia ograniczeń dla treści i formy.
Szukając wrażeń i podniet wyzwoleni ludzie opuszczają domy, rodziny, miejsca urodzenia i wzrastania, spotykają podobnych sobie, urządzają pikniki, artystyczne party, festiwale, jakbyśmy dziś powiedzieli, dzielą się muzyką, plastyką, twórczością literacką. A ponieważ młody człowiek nie zadowala się byle czym, szukają prawdy, między innymi w buddyzmie. Kerouac dał swojej powieści tytuł „Włóczędzy dharmy”. A dharma to prawda. W swoich włóczęgach jego bohaterowie naśladują azjatyckich mnichów. Pragną żyć blisko natury, najchętniej w górach, uciekając od materialnych aspektów życia, w absolutnej pustce szukają ducha, substancji najczystszej, niematerialnej, ale najprawdziwszej, gdyż cała reszta jest ułudą, która człowieka zwodzi. Lasy, góry, szczyty, potoki, doliny, łąki kipiące zapachem i barwami kwiatów - to wszystko włóczędzy dharmy spotykają na swoich autostopowych trasach lub przemierzając setki mil samowolnie na dachach lub buforach towarowych pociągów. Podróżują z plecakiem, którego zawartość zapewnia samowystarczalność: sen, gotowanie, jedzenie, ochronę przed chłodem lub spiekotą. Taka forma sprawia, że można żyć „...w całkowitej samotności i wyciszyć umysł, by osiągnąć stan całkowitej pustki i być zupełnie bezstronnym wobec wszelkich idei ...” i modlić się, gdyż, jak pisze autor, „...modlitwa stanowi jedyną przyzwoitą działalność, jaka pozostała ludzkości”.
W powieści przedstawione są autentyczne postaci amerykańskiego środowiska literackiego, jak i autentyczne zdarzenia. Takim było spotkanie literatów, które miało miejsce w San Francisco jesienią 1955 roku, uznawane za początek ruchu Beat Generation, na którym Allen Ginsberg odczytał po raz pierwszy swój głośny poemat „Skowyt”. W samym USA poemat ten osiągnął pół miliona nakładu. Wiersze tego poety trafiły też do polskiego czytelnika.
Myślę, że powieść „Włóczędzy dharmy” znajdzie zainteresowanie u ludzi pióra, nie tylko tych spod znaku związków, skupiających profesjonalistów, ale też u członków licznych grup i klubów literackich o ambicjach twórczych. Mnie zainteresowały wspaniałe opisy przyrody i wszystkie fragmenty, które traktują o buddyzmie. Sam, jeden z głównych bohaterów powieści, prywatnie przyjaciel autora Gary Snyder (w książce Japhy Ryder) od dziesięcioleci praktykuje zen. W klimat tamtej dekady doskonale wprowadzają przypisy, a czytelnicy zainteresowani buddyzmem i innymi wywodzącymi się z Azji wierzeniami i praktykami medytacyjnymi w dołączonym słowniku znajdą podstawowe, związane z nimi pojęcia.
Jack Kerouac „Włóczędzy Dharmy”, przełożył Marek Obarski, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2012, wydanie III.
piątek, 4 września 2020
Daniel Rzepecki - poleca
Jawnogrzesznica, czyli najstarszy zawód świata
Czytam w Internecie (Polsatnews), że Margot deklaruje, iż jest chrześcijanką. I dodaje, że nie czuje się ani mężczyzną, ani kobietą. W moim kraju wyraźnie odczuwam coś w rodzaju zbiorowego rozdwojenia jaźni. Jedni bronią swojej katolickiej tożsamości, drudzy zajadle zwalczają religię i manifestują pogardę do wierzących, do duchowieństwa, do instytucji Kościoła Katolickiego. Czegoś takiego nie obserwowałem nawet w czasach komuny, a przeżyłem jej wszystkie fazy. Więc postanowiłem zarekomendować naszym Czytelnikom „Marię Magdalenę” Gordona Thomasa. Gdyż może zainteresować i jedną, i drugą zantagonizowaną grupę. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Zauważyłem, że wiele osób to imię Maria przypisuje kilku ewangelicznym niewiastom. Wszak to imię nosi Matka Jezusa, jedna z sióstr Łazarza, a także kobieta prowadząca się w gorszący sposób; raz umywa nogi Jezusa, innym razem, przyłapana na cudzołóstwie, zostaje uchroniona przed ukamieniowaniem. Gordon Thomas porządkuje to pomieszanie z poplątaniem. Rzecz jasna opiera się w głównej mierze na Nowym Testamencie, ale sięga też do apokryfów i do źródeł historycznych, co pozwala mu nakreślić i nader interesujący portret kobiety, jak i odtworzyć obyczaje, realia, historyczne zdarzenia z pierwszego stulecia naszej ery.
Prostytucję określa się jako najstarszy zawód świata. W Palestynie sprzed dwóch tysięcy lat uznawano tę profesję za pożyteczną, co jednak pozwalało nierządnice osądzać surowo, a cudzołóstwo karać kamieniowaniem. Zaś pożytek z tych kobiet był taki, że w okresie, kiedy wypadały żonie tak zwane dni nieczyste, wedle prawa uniemożliwiające im współżycie, mężczyźni mogli skorzystać z cielesnych uciech właśnie u ówczesnych prostytutek. Opłacali sowicie tę usługę, a jak zabrakło stosownych monet, gratyfikację stanowiły stroje, kosztowne wonności, biżuteria oraz inne dobra, które czyniły nierządnice osobami zamożnymi. Zwłaszcza, że z ich usług korzystali też kupcy z przemierzających tę ziemię karawan.
Ta sfabularyzowana biografia jednej z ewangelicznych postaci poszerza wiedzę czytelnika o rzymskiej okupacji ówczesnego Izraela, pokazuje napięcia polityczne i społeczne, a także przybliża ideologię, jaką głosił Chrystus, srodze rozczarowując tych Żydów, którzy widzieli w nim zwycięskiego przywódcę, mającego uwolnić naród od rzymskiego jarzma. A nie miała ta nacja szczęścia, bo nękali ją i Grecy, i Syryjczycy, i Egipcjanie, o niewoli babilońskiej nie wspominając. Zresztą w księgach Starego Testamentu można naczytać się o tym, jakie dzieje przez stulecia miotały narodem wybranym.
Są takie książki, które poszerzają naszą wiedzę w jakimś zakresie, ale potrafią znużyć i znudzić. „Maria Magdalena” nie rozczaruje, ta biografia nawróconej jawnogrzesznicy, jak słusznie zaopiniowano w notce na ostatniej stronie okładki, „fascynuje, frapuje i intryguje”. To nie jest jedyna inspirowana Ewangelią pozycja tego autora. Zamieszczona na początku książki informacja podaje, że Gordon Thomas wychował się w Palestynie, studia biblistyczne skończył w Anglii, na Bliskim Wschodzie był korespondentem, więc ten rejon świata u styku trzech kontynentów poznał tak gruntownie, że zaowocowało to wydaniem 35 książek, których był autorem lub współautorem. Czasy, które dały początek Kościołowi Katolickiemu, opisał w pozycji „Proces. Życie i ukrzyżowanie Chrystusa”.
Gordon Thomas „Magdalena”, a w podtytule „Ona naprawdę kochała Jezusa”. Z angielskiego przełożył Sebastian Musielak, KDC (Klub Dla Ciebie), Warszawa 2006.

















