Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronisław Krzemień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronisław Krzemień. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2024

Bronisław Krzemień poleca


Ze skarbca pamięci, słów i wyobraźni




Mam to szczęście w nieszczęście, że wiek i diagnozy znacznie ograniczyły moje zdolności ruchowe, organizm protestuje przeciwko wszelkiemu wysiłkowi fizycznemu i umysłowemu, ale na szczęście kunszt chirurgów oczu przywrócił zdolność czytania i nic bardziej pomyślnego nie mogło mnie w tej sytuacji spotkać. Zawsze lubiłem czytać i teraz ta właśnie pasja mi została. Powiem nieskromnie, że od początku tego roku miałem szczęście „pochłonąć” 53 pozycje, a najbardziej wartościowe rekomendowałem w różnych miejscach i na rozmaite sposoby. Z całą pewnością nie wszystko nadaje się do polecania Czytelnikom, ale tym razem dopuściłbym się grzechu straszliwego zaniedbania, gdybym pominął milczeniem „Skalnego olbrzyma” Rafała Froni. Na okładce ten tytuł jest anonsowany w odniesieniu do pisarza: autor bestsellerów „Anatomia góry” i „Rozmowa z górą”. Nie wątpię, że i ta książka wydana multimedialnie uzupełni tę rekomendację. Zawiera bowiem nie tylko znakomity, reportażowy tekst o zdobyciu kolejnego najwyższego szczytu świata, ale też obfitość fotografii miejsc, które pozostają poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika, a dodatek ikonki, które dzięki elektronice pozwalają niejako uczestniczyć w tych niezwykłych dokonaniach, które były udziałem Autora. Ten jeleniogórzanin jest maratończykiem, członkiem Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego, obdarzonym niesłychaną pamięcią i wyobraźnią, a przede wszystkim pasją utrwalania słowem i obiektywem tego, czego doświadcza jako podróżnik i uczestnik wypraw na najwyższe góry świata. Tak prawdę mówiąc, pisząc o szczycie Broad Peaka, powinienem, używając słowa góra, stosować tylko wielką literę, tak jak robi to Autor, gdyż personifikuje to dzieło natury.

Od pierwszych stron nie można oderwać oczu od tej lektury. Taka wyprawa na wielką Górą to jak stoczenie wojennej batalii, a przecież te batalie toczą się przecież na naszych oczach za pośrednictwem medialnych doniesień, a ich echo zawiera również ta świeżo wydana pozycja.

Dar przekazywania każdej chwili i umiejętność dostrzegania najmniejszego szczegółu to szczególne cechy Autora. Trzeba kochać swoją pasję i mieć hojność serca, by podzielić się nią z czytelnikiem. Ta dokumentalna książka ma wielowarstwowy charakter. Obok czystego reportażu spisywanego pod namiotem, z szumem wichru, z łoskotem spadających skał i hukiem wysokogórskich rzek powołanych do istnienia wskutek sił natury jest warstwą wspomnień z innych wypraw, z innych podróży, z innych zachwytów i doznań. Tym wspomnieniom towarzyszą głębokie refleksje nad tym, jak rodzi się pasja, co człowieka motywuje do podejmowania na pozór niewykonalnych zadań, czym właściwie jest sens życia i jak go odnaleźć, a nie zagubić w tym zawirowaniu, jakiego dostarcza życie. Proza miejscami zamienia się w poezję i dostarcza czytelnikowi wielkich wzruszeń.

Dlatego gorąco polecam „Skalnego pielgrzyma” Rafała Froni. To znakomita pozycja, od której nie można się oderwać. Nawet jeśli w życiu nie było się nigdy wyżej, niż na Śnieżce.

Rafał Fronia „Skalny pielgrzym”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2023.

środa, 14 sierpnia 2024

Bronisław Krzemień poleca


Problemy ponad czasem





Kristin Hannah, autorka książek, których nakład osiągnął milion, w „Słowiku” wraca do czasów drugiej wojny światowej, ale prolog i epilog wskazuje na to, że powieść powstawała w czasie, kiedy nękała nas pandemia. Relację snuje jedna z sióstr, które przeżyły wojnę. To siostry, Francuzki Isabelle i Vianne. Obie mają diametralnie różne charaktery, są poróżnione od czasu, kiedy ich ojciec przetrwał pierwszą wojnę, ale wrócił tak spustoszony, że córki nie mogły go poznać. Ze wspaniałego męża i ojca zamienił się w bezwzględnego alkoholika, a kiedy przedwcześnie zmarła matka dziewczynek, pozbył się córek, oddając je w nieżyczliwe ręce oschłej kobiety, a jedną do szkoły z internatem. O ile starsza Vianne uciekła w dziewczęcą miłość i wczesne macierzyństwo, o tyle młodsza uciekała z kolejnych szkół z internatem, gdzie nie znoszono jej trudnego, niepokornego charakteru. Isabelle nie mogła przebaczyć ojcu, jak je potraktował. Wojna rozdzieliła rodzinę. Wspaniały i odpowiedzialny mąż starszej z sióstr poszedł na front i znalazł się w obozie. Młodsza opuściła siostrę i siostrzenicę, obudził się w niej duch patriotyzmu. Nie mogąc znieść bezruchu, włączyła się do ruchu oporu.

Obce było jej poczucie lęku. Kiedy trzeba było pomóc zestrzelonym alianckim lotnikom, ona przeprowadzała ich przez Pireneje do Hiszpanii, gdzie byli ratowani w angielskim konsulacie. W tym czasie odszukała ojca, na siłę tym razem lokując się w jego paryskim mieszkaniu. Ze zgrozą dowiaduje się, że on pracuje w faszystowskim biurze. Tymczasem w mieszkaniu niewielkiego miasteczka koło Tours faszystowskie władze umieszczają niemieckiego oficera. On okazuje się przyzwoitym człowiekiem. Ustala, w jakim obozie przebywa mąż Vianne. Pomaga wysyłać mu paczki, a pomoc żywnościowa ratuje jego gospodynię od głodu. To miasteczko znajduje się w sąsiedztwie lotniska. Jego mieszkańców dotykają prześladowania Żydów. A Izraelitką jest sąsiadka i najbliższa przyjaciółka bohaterki. Kiedy próbuje przedostać się Racheli do bezpiecznej strefy, zostaje zastrzelona jej córeczka, a nasza bohaterka zabiera jej synka, ogłaszając, że to osierocone dziecko jej kuzynki. Z czasem w klasztorze lokuje żydowskie dzieci, urodzone ze Francji, ale oddzielane od rodziców.

W powieści mamy wątek miłości Isabelle i uczestnika ruchu oporu, jej ojciec okazuje się „wtyczką” w faszystowskim biurze, dzięki czemu ma dostęp do ważnych informacji. Niestety ratując lotnika, jej siostra zabija tego szlachetnego oficera, a jego miejsce zajmuje okrutny, bezwzględny faszysta, gwałcąc piękną Vianne. Owocem gwałtu jest ciąża, zbliża się koniec wojny, a jej siostra, osadzona w obozie dla politycznych wrogów ocaleje, kiedy alianci wyzwalają obóz.

Żydowska organizacja z USA zjawia się w miasteczku, by odzyskać ocalone dzieci, w tym również chłopczyka, którego Vianne wychowuje jak własnego synka przy pełnej akceptacji męża, który szczęśliwie wraca do rodziny. Powieść obfituje w dramatyczne sytuacje, wielkie uczucia, w tym pojednanie sióstr. Nim wojna się skończy, faszyści chcą ująć Słowika. To pseudonim Isabelle w konspiracji. Kiedy jej bezpieczeństwo jest zagrożone, ojciec przyznaje w więzieniu, że on jest Słowikiem i zostaje rozstrzelany na oczach córki. Miłość, heroizm, poświęcenie, wybaczenie, to tylko niektóre postawy, wspaniałe zilustrowane w powieści. Moja znajoma powiedziała mi, że płakała, czytając tę głęboko wzruszającą powieść. Wcale się nie dziwię i gorąco rekomenduję tę pozycję miłośnikom dobrej literatury. Zwłaszcza teraz, kiedy nie ustają wojny w Europie i na świecie.

Kristin Hannah „Słowik”, przełożyła Barbara Górecka, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2016.

piątek, 19 lipca 2024

Bronisław Krzemień poleca

Na lato dla twardzieli





Zaprzyjaźniłem się z siedemnastolatkiem z Ukrainy, którego rodzina z powodu wojny jest rozdzielona. Mama została z najmłodszymi synami, najstarszy jest w wojsku, a dwaj pozostali korzystają z dobrodziejstwa pobytu w Polsce. Wspomniany siedemnastolatek podarował mi powieść, który on, miłośnik kryminałów, uznał za najlepszą pozycję z tego gatunku.

Na stronie tytułowej widnieją dwaj autorzy: Jack Reacher oraz Lee Child. Kiedy przeczytałem tę podarowaną powieść, a także przestudiowałem wszystkie informacje od wydawcy, uświadomiłem sobie, kiedy zjawiłem się pożyczyć drugą książkę z tej serii, zobaczyłem, że Jack Reacher widnieje na całej serii powieści, a jest ich, jak do tej pory, trzydzieści. Jack jest bohaterem każdej z nich. Mieszka w USA. Trzynaście lat służył w wojskowej żandarmerii w czasie wojen na Bliskim Wschodzie. Nie można powiedzieć, że mieszka w Ameryce, bo nigdzie nie mieszka, nie ma stałego adresu, nie legitymuje się ważnym paszportem. Nie ma żony, dzieci, majątku, ale posiada wiele cech wrodzonych, wiele umiejętności zdobytych w czasie służby i wszystkich zdumiewa inteligencją, sprawnością fizyczną, znajomością sztuk walki, bez trudu zjednuje sympatię atrakcyjnych kobiet, ale zupełnie nie zabiegając o to, co się dzieje, jest wplątywany w konflikty, afery kryminalne, wzywany do pomocy albo angażowany w sensacyjne spięcia. Z wszystkiego wychodzi obronną ręką. Nie posiada broni, ale gołą ręką potrafi zadawać takie ciosy, które powalają przeciwnika na ziemię lub odbierają mu życie, nawet jeśli nie ma takiego zamiaru. Posiadając niesłychaną intuicję, znajomość psychiki, budowy ludzkiego ciała, potrafi przewidzieć i uprzedzić reakcje przeciwnika. Nawet jeśli zabija, to nie dlatego, że jest awanturnikiem i agresorem, ale dlatego, że spieszy komuś z pomocą lub broni pokrzywdzoną osobę. Działa bezinteresownie.

Podarowana przez siedemnastolatka powieść nowi tytuł „Jednym strzałem”, a ta druga, pożyczona w bibliotece, to „Lepiej już umrzeć”. Wszystkie tytuły całego cyklu są lapidarne, zapowiadają sensację, na przykład „Elita zabójców” czy „Bez litości”. Jeżeli ktoś gustuje w powieściach pełnych napięcia, zaskoczenia, nieoczekiwanych zwrotów akcji, kiedy ma wrażenie, że za moment zostanie zaatakowany, to będzie mieć z lektury tego cyklu wielką frajdę. Nawet jeśli obudzą go w nocy nieoczekiwane odgłosy. Ja w każdym razie, zanim wyjadę na urlop, oddam tę drugą pozycję i pożyczę jeszcze ze trzy powieści, bo będę wypoczywał z dwoma twardzielami, więc i dla nich, znając ich upodobania, będę miał kryminały do czytania.

Ale w tym miejscu podam tylko notę wydawniczą tego pierwszego kryminału, a czytelnicy sami wynotują pozostałe tytuły i zapamiętają, co widnieje na okładce: „Jedyny warty zapamiętania twardziel współczesnej sensacji”. Dwie książki Lee Childa zostały sfilmowane, a na podstawie przygód tego bohatera, który sygnuje cały cykl, już zrealizowano telewizyjny serial.

Muszę kończyć, bo zaraz zamkną bibliotekę, a ja muszę mieć te kryminały dla siebie i dla kolegów na urlopowy wyjazd.

Lee Child „Jednym strzałem” z angielskiego przełożył Zbigniew A. Królicki, Wydawnictwo Albatros Sp. Z o.o

wtorek, 18 czerwca 2024

Bronisław Krzemień poleca

Historia, która żyje i powraca





Znowu zadziwiła mnie powieść amerykańskiej pisarki. Pierwszą były „Rosyjskie róże”, w której to pozycji Martha Hall Kelly sięga do czasów proletariackiej rewolucji z 1917 roku. W trakcie tej lektury ze zdumieniem czytałem o tym, jak niszczącą siłą jest taki przewrót. Wychowany w trzech etapach socjalistycznej edukacji wyrastałem w przekonaniu, że rok 1917 był szlachetnym zrywem, który miał zrealizować ideę sprawiedliwości społecznej, jeśli nie tylko na wschodzie kontynentu, zaczynającego się od Uralu, ale w całej Europie i na całym świecie. No i następne pokolenia przekonały się, że to była utopia. Tym razem pisarka sięga do czasów II wojny światowej i podobnie jak w powyżej wspomnianej powieści, korzysta z bogatej bibliografii, sięga do wspomnień uczestników historycznych zdarzeń. Czytając obie książki, uświadamiam sobie, jakie trudne zadanie bierze na siebie pisarz. Bo przecież łatwiej chyba sfabularyzowaną opowieść o miłości, zdradzie, cierpieniu i rozstaniu, niż osadzić fabułę w historycznym kontekście, oddając prawdę minionych dziejów. Pomyślałem sobie, że Ameryka od stuleci była i jest miejscem ucieczki pokoleń zbuntowanych, rozczarowanych i poszukujących lepszego miejsca na ziemi. I nawet już odchodzi pokolenie tych, którzy mogą wspominać drugą wojnę, to przecież żyją jego następcy, zachowując wspomnienia ojców czy dziadków, pilnując fotografii, listów, dokumentów i medialnych doniesień. To, co dzieje się już w tym stuleciu, jest utrwalone w nowoczesnych formach informacji i komunikacji, a rzeczą autorów jest sięgać do nich, co wymaga pracowitości i rzetelności.

„Liliowe dziewczyny” jest dowodem takiego literackiego talentu i dociekliwości w sięganiu do źródeł przywołujących czasy II wojny światowej. Uświadamiam sobie, że nazwa tej hekatomby pisana jest wielką literą, ale proszę o usprawiedliwienie tego ortograficznego zaniedbania. Po prostu mam swoje powody. Informacja nad tytułem okładki zapowiada, że jest to „Opowieść o kobietach połączonych przez koszmar Ravensbruck”, a jestem przekonany, że mało kto mógłby nie wiedzieć, że jest to jeden z hitlerowskich obozów zagłady. Trafiają tam Polki z Lublina, patriotki, harcerki i inne kobiety związane z ruchem oporu. Tak trafia do obozu Kasia Kuśmierczyk wraz z matką i tam wojenny los styka ją z niemiecką lekarką Hertą Oberheuser, zachęcona hitlerowską ofertą o pracy dla medyków. Trzecią wiodącą postacią w powieści jest Caroline Ferriday, zawodowo obsługującą w Nowym Jorku biuro konsula Francji.

Wojna w Europie budzi w USA umiarkowane zainteresowanie, ale gdy zostaje napadnięta również Francja, a jej obywatele, zwłaszcza ci żydowskiego pochodzenia, tam zostawili swoje rodziny i przyjaciół, powstaje ruch charytatywny, w którym działa dobrze sytuowana matka Caroline, a i ona również, zauroczona pięknym aktorem z Paryża, organizuje wysyłkę paczek do jego ojczyzny, zwłaszcza dla dzieci. Rzecz w tym, że on jest żonaty z Reną, mieszkającą w Paryżu, ale tworzą bardzo liberalne małżeństwo, w którym wierność nie jest obowiązującą zasadą. Pracując w ambasadzie, obiecuje pomóc Paulowi w odszukaniu żony, a kiedy on trafia do okupowanej strefy szwedzkim statkiem, przychodzi czas, że i Caroline podąża jego śladem.

Trójdzielna opowieść o losach bohaterek pozwala poznać realia w zawłaszczonej przez hitlerowców, a potem i przez Sowietów Polsce, straszliwe zasady obowiązujące w obozie, którym ulega też niemiecka lekarka, a przypadek sprawia, że uwięziona mama Kasi, z wykształcenia i praktyki doskonała pielęgniarka, staje się pomocna obozowej lekarce, w jakimś stopniu łagodząc los więźniarek, pomagając w cierpieniu, chorobach, przemycając leki lub środki opatrunkowe, co potem spowoduje i jej egzekucję. Wstrząsające są opisy cierpień, jakie znosiły kobiety osadzone z różnych okupowanych krajów. Moja znajoma wyznała, że niektóre fragmenty powieści wywołały u niej potoki łez.

Obóz zostaje wyzwolony, Kasia ocaleje, ale nie powiem, jak skończy się jej i Piotra miłość ani to, czy Amerykanka odzyska swojego żonatego Paula. Wszystkie wątki są w mistrzowski sposób związane, a dzięki czemu, teraz kiedy docierają do nas informacje o wojnie na Ukrainie i w Palestynie, czytelnik pochłania powieść ze szczególnym zrozumieniem.



Martha Hall Kelly „Liliowe dziewczyny”, przełożyła Julia Szajkowska, wydawnictwo Prószyński Media Sp. z o.o., Warszawa 2016.

czwartek, 25 kwietnia 2024

Bronisław Krzemień poleca

Rewelacja




Cały kraj i cała Europa żyje doniesieniami z frontu na Ukrainie. Nasi znajomi uporządkowali szafy i szuflady, dostarczając do miejsc, w których gromadzone są użyteczne rzeczy dla uchodźców. Mój sąsiad udostępnił im mieszkanie, w latach mojej młodości zamieszkałe przez pięcioosobową rodzinę. Młode pokolenie dorosło, usamodzielniło się, pobudowało lub opuściło nasze miasto. Piętro niżej mieszka już trzecia rodzina, pierwsza wyjechała do Niemiec, druga znalazła mieszkanie bliżej pracy. I w tym nastroju podpatrywania i wspomagania uchodźców czytam „Dzieci Kronosa” Siergieja Lebiediewa. Autor urodził się w 1981 roku w Moskwie, jest dziennikarzem, poetą i prozaikiem, a wydawca, podając te informacje podkreśla, że poprzednia pozycja mieszkającego na emigracji pisarza „Granica zapomnienia” została uznana „za jedną z dziesięciu najlepszych powieści 2016 roku”.

Moim zdaniem rekomendowaną tutaj powieść ze szczególnym zainteresowaniem przeczytają potomkowie rodzin repatriowanych z przedwojennych kresów wschodnich, bo w dużym stopniu odnajdą w tej pozycji doświadczenia swoich własnych rodów, zwłaszcza ci, którzy z opowieści znają doświadczenia syberyjskich zesłańców. Kilka miesięcy temu czytałem reportaż historyczny o wojnie rosyjsko-japońskiej. Carska Rosja przegrała, zaś autor pisze, że mimo przeważającej liczebności jej oddziałów, Azjaci walczyli skuteczniej, bo mieli wspólną motywację, podczas gdy w szeregach rosyjskich byli żołnierze z podbitych pobliskich narodów i krajów. Byli w wojsku, bo musieli, ale ich znacznie mniejsze ojczyzny już zostały utracone i wessane przez znacznie większego molocha.

Lebiediew ustami bohatera, Kiriłła rekonstruuje dzieje swojego rodu, który nie pod przymusem, ale z własnej woli znalazł się w dziewiętnastym stuleciu w carskiej Rosji. Prapradziadek Kiriłła, zamiast w ówczesnych Prusach kontynuować zawód lekarza, zafascynowany homeopatią uznał, że nie jest ona dostatecznie doceniona w jego środowisku i postanowił ją rozwijać i propagować na wschodzie. Założył rodzinę, pozyskał przyjaciół, został położnikiem, bo takie było zapotrzebowanie i rozstał się za swoją ideą. Kolejne pokolenia nie zachowały pamięci o porzuconej ojczyźnie swoich przodków, a ostatni z rodu dzięki babci zainteresował się jej pochodzeniem. To ona kilkuletniego chłopca zabierała na niemiecki cmentarz w Moskwie. Mimo nazwy były tam groby innych cudzoziemców, a jak chłopiec zaczął chodzić do szkoły, już rozpoznawał na nagrobkach napisy w obcym alfabecie. I dopiero po śmierci seniorki dotarł do skrywanych przez nią listów, fotografii i fragmentów dzienników. Już jako dorosły i wykształcony mężczyzna poszedł śladem tych pamiątek. Był czas, kiedy jego rodzina zajmowała obszerne, eleganckie mieszkanie w stolicy. Ojciec, pracownik naukowy, był kolekcjonerem, więc musiał opuścić zajmowany lokal i dzięki protekcji nie znalazł się na bruku, tylko dostał mniejsze mieszkanie w gorszej dzielnicy. A bohater powieści doczekał się politycznych zmian w byłym Kraju Rad. Ten rozpadł się i myśleli, „że całe zło zawierało się w ZSRR, i teraz gdy Związku już nie ma, wydarzenia zostaną skierowane na właściwe tory; nie rozumieli, że zło jest częścią historii, a demokracja to system minimalizacji zła, a nie triumfującego dobra…” Oni byli dziećmi „…wielkich miraży, które unosiły się nad Rosją; byli przejściowym pokoleniem, gdy monstrum rosyjskiej państwowości prawie wyzionęło ducha, stało się słabe i widmowe… okazało się, że… są zaledwie wytworami podmuchów powietrza.”

Jeżeli nawet po przewrocie politycznym trwało łapówkarstwo, przekupstwo, nepotyzm, donosicielstwo, to rodziły się wielkie fortuny, a ci, którzy się dorabiali, lokowali konta w europejskich bankach, kupowali nieruchomości na Lazurowym Wybrzeżu, kształcili dzieci w najlepszych uczelniach.

Kiryłł wyrusza tropami, jakie zawarte były w skromnej, starannie wyselekcjonowanej spuściźnie babci. Nie zostało nic, co by mogło sprowadzić na rodzinę wiadome służby.

Bohater dociera tam, gdzie żył i pracował jego przodek lekarz, położnik, niespełniony homeopata, wyrusza do już zjednoczonych Niemiec, kierowany brzmieniem nazwiska, przez które byli nękani jako szpiedzy i zdrajcy, dociera nawet do tych, którzy tam, na ziemi ojców przetrwali, nieświadomi, że na Wschodzie żyją ich krewni. Właściwie jeden krewny, czyli Kiryłł.

„Dzieci Kronosa” są powieścią o bogatym języku. Właściwie książka ma kilka warstw znaczeniowych. Jak w soczewce pokazuje zdarzenia polityczne dwóch stuleci, a właściwie trzech, bo i współczesne dekady również. Zatem daje czytelnikowi skondensowaną wiedzę polityczną. Autor zadziwia erudycją. Ze swobodą sięga do mitologii, zna chrześcijaństwo w różnych mutacjach, nie są mu obce zakamarki ludzkiej duszy, skłonność do nikczemności, egoizmu, ale też altruizmu i wielkoduszności. Przenikliwie pokazuje to, składa się na despotyzm i pragnienie władzy za wszelką cenę. Kiedy śledziłem stylistykę tej powieści, w niejednym miejscu widziałem, jak wnikliwe opisy miejsc i sytuacji nagle przechodzą w prozę poetycką. Podziwiam Grzegorza Szymczaka, jak doskonale tę prozę przetłumaczył z rosyjskiego na język polski. Wcale bym się nie zdziwił, gdybym w jakimś momencie dowiedział się, że dorobek tego autora nominowany jest do Literackiej Nagrody Nobla. A jeśli nie, to przecież jest wiele dzieł, które nie mieszczą się na tej prestiżowej liście, co nie umniejsza ich wartości.


Siergiej Lebiediew „Dzieci Kronosa”, przełożył Grzegorz Szymczak, Wydawnictwo Claroscuro, Warszawa 2019.

czwartek, 23 marca 2023

Bronisław Krzemień poleca


 Zbieżność słów, podobieństwo zdarzeń.

Kiedy międzynarodowy trybunał uznał, że na Ukrainie ponad wszelką wątpliwość agresor dopuścił się ludobójstwa, jego wódz nocą pojawił się w Bachmucie. Mój znajomy twierdzi, że to manifestacja buty i bezkarności, na dodatek realizowana przez jednego z sobowtórów Putina, który chce przywrócić dawną, świetną wielkość Rosji. Kilkadziesiąt państw, które opowiedziały się za wyrokiem, mają prawo ująć wodza, aresztować i zrealizować karę.

A powieść Szczepana Twardocha, bardzo cenionego pisarza, nosi tytuł „Chołod”, a krój liter pozwala odczytać chołod, czyli chłód jak gołod, czyli głód. I jednego, i drugiego doświadczył bohater powieści, którą autor skonstruował w nader interesujący sposób. Pozwala czytelnikowi wierzyć, że uciekając od nużącej rzeczywistości, udaje się w arktyczną podróż, i na początku tej eskapady spotyka intrygującą staruszkę, która udaje się w tę samą stronę własnym jachtem. W podróż z północnej Ameryki wyruszają razem, na co Szczepan się waży, bo ma jakie takie żeglarskie doświadczenie. Właścicielka żaglowca powierza swojemu gościowi sfatygowany rękopis. Płyną na północ, a on sporządzona cyfrowy zapis zawartości zeszytu. Czytelnik dowiaduje się, że autor zapisków nazywa siebie inostrańcem, czyli cudzoziemcem. Włada i polskim, i niemieckim, i rosyjskim językiem, nieobca jest mu gwara śląska, toteż narracja spisana jest w osobliwym, ale bardzo ciekawym językiem. Czytelnik dowiaduje się, że bohater był i w niemieckim wojsku, i wśród tamtych socjalistów, i że wyprawił się na objętą wojną a potem rewolucją Rosję, że poczuł się bolszewikiem i wraz z poślubioną tam Norweżką identyfikowali się z sowieckimi ideami. Tak było do czasu, zanim sami doświadczyli okrucieństwa systemu, na szczęście ona z córeczkami zdołała zbiec łodzią, o czym on nie wie. Uniknęła aresztowania, łagru, głodu, zimna, tortur, okrucieństwa zarówno ze strony strażników, jak i współjeńców. Warunki panujące w łagrze wyzwalają w ludziach wszystko, co może być w nich najgorsze. Tam śmierć bez męki wydaje się wybawieniem.

A jednak inostraniec dręczony rozłąką, tęsknotą postanawia uciec, choć ma świadomość, że ucieczka może się nie udać. A jednak dokonuje tego cudu, pokonuje tundrę, dociera do sadyby zagadkowego plemienia północy, a kiedy los powoduje utratę tych, którzy przyjęli go jak swojego, znowu skazany jest na samotność w polarnej Północy.

Akcja jest niesamowicie dynamiczna, rysunki postaci wyraziste, a charakterystyka szczęśliwego kraju proletariatu wręcz wspaniała, a Polakom przypomina to, co i oni przeżyli na syberyjskich zesłaniach i w stalinowskich więzieniach.

Konrad Widuch, tak nazywa siebie bohater, przywołuje w pamięci jedną z dolnośląskich wsi, kiedyś niemieckich, teraz polskich. Czytelnik może się domyślać, że i autorowi znane są te rejony. Więc Konrad w drugim już notatniku powierzonym na jachcie autorowi pisze: „Rosja jak przychodzi, to przychodzi wielka i nie jest w stanie znieść obok siebie niczego, co nie jest Rosją, więc wszystko w Rosję zamienia”. Zostawiam oryginalną pisownię Konrada, oszczędzę opisów, w co zamienia Rosja podbite kraje, kraiki, narody, nacje. Zniewalając, domaga się, by czuły się wyróżnione i szczęśliwe. Nie muszę cytować tych opisów, metody uszczęśliwiają na siłę, oglądamy je codziennie w reportażach z okupowanej i broniącej się Ukrainy.

Powieść, obfitująca we wstrząsające opisy, jak zbiorowy gwałt współwięźniów na jeńcu, uczonym intelektualiście, zakończonym jego śmiercią, jest po prostuj wstrząsający.



Szczepan Twardoch, „Chołod”, Wydawnictwo Literackie Kraków 2022.

piątek, 16 grudnia 2022

Bronisław Krzemień poleca - kiedy sztuka staję się niebezpieczna.

 Po prostu rewelacja

 



Mógłby ktoś pomyśleć, że „Fałszerka obrazów” to jeszcze jeden banalny kryminał, w którym na każdej stronie chlusta krew lub dokonywane są wyrafinowane zbrodnie. Owszem, w tej powieści jest opisane przestępstwo dużego kalibru, ale źródłem napięć nie jest morderstwo. Autorką jest Barbara Shapiro, ale na stronie tytułowej okładki figurują tylko inicjały imion pisarki. B. A Shapiro jest socjolożką z wykształcenia, była też wykładowcą na uczelni tego właśnie przedmiotu. Ja natomiast czytając tę powieść. bylem przekonany, że musiała skończyć historię sztuki, ponieważ na wielu czytanych stronach napływały mi wspomnienia z wykładów na moim uniwersytecie wówczas jeszcze imienia Bolesława Bieruta, ale niestety marne były wówczas pomoce naukowe, mogące ilustrować obrazy czy rzeźby, o których tak pasjonująco pisze B A. Shapiro.

Narracja prowadzona jest przez bohaterkę, Claire Roth w pierwszej osobie. Z tego, jak reagują na nią mężczyźni wynika, że jest piękna i zgrabna, choć nie za bardzo zabiega o swój wygląd. Zresztą nie ma pieniędzy na stroje, w których warto pokazywać się w bostońskim środowisku artystycznym. Mieszka w ubogiej dzielnicy, gdzie w tanich mieszkaniach gnieżdżą się ci, którym się nie powiodło.

Bohaterką jest młoda absolwentka, według naszych pojęć, akademii sztuk pięknych, ale jej specjalnością jest kopiowanie dzieł sztuki. Pracuje nawet w instytucji, która oficjalnie się tym zajmuje. Bogaci snobi zamawiają kopie dzieł wybitnych artystów różnych epok. Też mogłaby malować i wystawiać swoje dzieła, ale jak to się mówi, nie ma smykałki do interesów. A poza tym jest kochliwa i kiedy pozostaje w niesformalizowanym związku z rozwodnikiem Isaakiem, artystą bardzo utalentowanym, ale słabej woli, ona za niego maluje obraz, który on firmuje, a dzieło zapewnia mu sławę, bo jest bardzo wysoko ocenione. W tym momencie Isaac wraca do byłej żony, ona wyjawia osobie, która miała decydujący głos w ocenie obrazu, że to ona go namalowała. Nikt jej nie wierzy. Czuje się i zdradzona, i upokorzona. A komisja kwalifikująca dzieła do nagród lub na prestiżowe wystawy nie zmienia zdania. Kiedy przeżywa tę zawodową i osobistą klęskę, zjawia się u niej właściciel znanej i cenionej galerii. Proponuje transakcję: ona namaluje kopię znanego obrazu Moneta, zamówioną przez bogacza z Indii, on wypłaci wysokie honorarium.

Pokazuje dziewczynie dzieło, o którym ona wie, że należy do kilkunastu skradzionych obrazów z galerii, założonej przez miłośniczkę i kolekcjonerkę dzieł sztuki z przełomu XIX i XX stulecia. Jej imię i nazwisko nosi nazwa tego muzeum.

Tu zaczyna się fascynujący wątek. Autorka kopii ma podstawy sądzić, że ma przed sobą nie oryginał, ale doskonałą kopię. Zabiera się jednak do dzieła. Czytelnik poznaje wszystkie tajemnice powstawania reprodukcji. Jednocześnie pojawia się romansowy wątek sprzed stulecia. Można mniemać, że kolekcjonerka miała romans z wybitnym malarzem. Zleceniodawca kopii przeznaczonej dla bogacza zostaje osadzony w więzieniu. Zarzuca mu się udział w kradzieży obrazów wciąż nieodnalezionych. Malarka, znów zakochana, ale tym razem we właścicielu galerii, który obiecał wystawić cykl jej prac złączonych hasłem „Okna”. Ona wie, że powierzona jej do skopiowania praca nie jest skradzionym oryginałem. Robi wszystko, by odkryć, gdzie jest „Po kąpieli” Moneta”, zarazem uwolnić ukochanego od zarzutu. Opis podejmowanych przez nią działań, w których owocuje też jej doświadczenie i malarki, i kopiarki, jest tak interesujące, że nie można oderwać się od lektury tej powieści. Zatem z czystym sumieniem rekomenduję „Fałszerkę obrazów”, bo czytanie tej powieści jest czystą przyjemnością. I dostarcza sporo wiedzy o cenionym europejskim malarstwie.


B. A. Shapiro „Fałszerka obrazów”, tłumaczenie Dagmara Budzbon-Szymańska, Wydawnictwo Arkady sp. Z o.o.2021.

czwartek, 27 października 2022

Bronisław Krzemień poleca - miłość czy praca - o lekarce i twórczyni systemu wychowania dzieci zw. metodą Montessori.

 Inna Maria, też wybitna jak nasza noblistka

 

Chyba przesadzam w tytule, porównując bohaterkę powieści do Marii Skłodowskiej Curie, ale wiadomo, że na przełomie wieków łatwiej było tę prestiżową nagrodę zdobyć mężczyźnie, niż kobiecie. Piękna płeć miała przypisane sobie role i musiała się trzymać tego, co jej przeznaczone z racji płci. Do biograficznej powieści „Sekret Marii” zachęca nie tylko sylwetka pięknej kobiety na okładce, ale też dopowiedzenie do tytułu: życie, miłość i pasja Marii Montessori.

Rzym, schyłek dziewiętnastego stulecia. Bohaterka jest córką wysokiego urzędnika włoskiego. Mieszkają w Rzymie, są dostatnią rodziną. Maria jest i zdolna, i ambitna. Kiedy wyjawia rodzicom, że chce studiować medycynę, i kiedy realizuje ten zamysł, ojciec nie odzywa się do niej przez dwa lata. Natomiast matka akceptuje ten wybór, w pewnym sensie w losie córki spełnia się w tym, co nie było jej dane. Ona wyszła za mąż, prowadziła wzorowo dom, była na utrzymaniu męża, ale głęboko przeżywała sukcesy i porażki córki. Porażki polegały na rytm, że profesorowie z trudem tolerowali studentkę w spódnicy, a jej koledzy lekceważyli ją, drwili i serwowali rozmaite uszczypliwości. Było ich tym więcej, im bardziej dziewczyna była zdolna, wytrwała, lotna i wyprzedzająca ich wynikami. Studenci wywodzili się z rzymskiej socjety. Nie przykładali się do nauki, noce trawili na hulankach i pijatykach. Pozycję po studiach mieli zagwarantowaną dzięki posadowieniu u ojców we władzach i urzędach. Maria musiała zgromadzić własne atuty, co kadra uniwersytecka i kierownictwa klinik wreszcie dostrzegły i doceniły.

Maria musiała czekać, aż studenci zajmą wszystkie miejsca, aż wolno jej było wejść do sali wykładowej. Nie wolno jej było brać udziału w zajęciach w prosektorium, gdyż za nieobyczajne uznawano uczestniczenie dziewczyny w oględzinach zwłok obu płci. Ona musiała robić sekcje indywidualnie. Opis tego doświadczenia ścina krew w żyłach, gdyż wówczas warunki w prosektoriach były odrażające. Ona wszystko przetrwała. Osiągnęła najwyższe oceny. Została zarekomendowana i zakwalifikowana na dwie asystentury kliniczne.

Równolegle czytelnik otrzymuje opisy warunków panujących w lecznicach dla umysłowo chorych. Szczególnie zdumiewa to, co przezywają obłąkane, poniewierane dzieci. Maria trafia i do tych placówek. Uznaje, że zidiociałe dzieci pozostawione są swojemu losowi. Przeżywają tortury elektrowstrząsowe jeśli okażą się agresywne. Maria widzi to wszystko, chce zmienić los upośledzonych dzieci i dorosłych. Szuka literatury przedmiotu, dowiaduje się, że na świecie są już metody na usprawnienie chorych umysłów. Sama konstruuje pomoce naukowe. Musi przebijać się przez mur obojętności. Znajduje zrozumienie u młodego, wrażliwego, na dodatek pięknego lekarza, który zostaje jej wielką miłością. To jest wzajemna miłość, Giuseppe jest oczarowany jej urodą, inteligencją, szykiem i osiągnięciami w pracy nad upośledzonymi. Muszą ukrywać to uczucie, przed jej rodzicami i współpracownikami. Prasa zapewnia rozgłos wynikom jej pracy. Powstaje placówka lecznicza, Maria i Giuseppe zostają jej kierownikami. Ona zastaje włączona do komitetu walczącego o równouprawnienie kobiet, o szanse do rozwoju zawodowego. W owym czasie nie może wyjść za mąż, bo obowiązki rodzinne wykluczają wykonywanie zawodu lekarza. A jest jedną z pierwszych i nielicznych kobiet we Włoszech, które leczą ludzi. Giuseppe chce ją poślubić podejmując ryzyko społecznego wykluczenia. Ona w tym czasie jest zapraszana na kongresy kobiet w Berlinie, Paryżu, Londynie. Wygłasza entuzjastycznie przyjmowane i opisywane w różnych krajach referaty. Przyćmiewa partnera. To nie gasi miłości. Owocem romansu jest niechciana przez Marię ciąża. Nie chce ślubu. Giuseppe zapewnia powierzenie noworodka przyzwoitej rodzinie na wsi z zastrzeżeniem ze strony przyszłych opiekunów, że nie będzie ujawniona tożsamość sławnej matki. Kolejny raz Maria odrzuca ofertę matrymonialną. On poślubia inną kobietę, ona wybiera sławę, sukcesy, po latach zabiera syna i wyjawia mu swoją tożsamość.

Książka zawiera wiele wartościowych faktów historycznych, pokazuje sklecone w jedno państwo Włochy, rozwarstwienia społeczne i walkę o równość. Kiedy wątek romansowy przeplata treści polityczne i społeczne, biograficzną powieść pochłania się jednym tchem. Autorka mieszka Wiedniu, wydała powieści historyczne, książki dla dzieci i podręczniki, a na początku pracy zawodowej była przedszkolanką.

Laura Baldini, „Sekret Marii”, z języka niemieckiego przełożyła Anna Kierejewska, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2020.


sobota, 6 sierpnia 2022

Bronisław Krzemień poleca - perfekcyjną rodzinę. - Czy takie istnieją?

 

 Pozory mylą

Teraz wie, że nie ma normalnych rodzin”

 

Wcale się nie dziwię, że „Perfekcyjna rodzina” tak szybko ukazała się na polskim rynku wydawniczym. Zdarzenia opisane w tej powieści rozgrywają się u schyłku 2019 roku, a zatem pozycja ta zawiera bliską nam czasowo rzeczywistość. Alex Dahl, autor chwalony przez recenzentów, prowadzi wartką akcję, książka wciąga i prowokuje. Ponieważ ta opinia jest niedokończona, dodam, że prowokuje do zastanowienia się, jak dalece czytelnik może identyfikować się z bohaterami albo czy popełnia błędy, jakie zdarzają się przy swobodnym posługiwaniu się internetem. Jak wspomniano, przedstawiona rzeczywistość jest nam bliska, gdyż chętnie posługujemy się mediami społecznościowymi, chętnie lokujemy w internecie filmiki i fotografie jak najbardziej prywatne i nic dziwnego, że jeden z moich znajomych oprotestował pomysł, żeby w Facebooku umieścić filmik ze wspólnej wycieczki z jego dziećmi. On sobie nie życzy, by znajome, a co gorsze – nieznajome osoby śledziły i komentowały to, co dzieje się w jego rodzinie, a już szczególnie irytuje go lokowanie zdjęć jego dzieci w internecie. Przecież wiadomo, że seksualni dewianci wykorzystują takie materiały do preparowania obrazów czy filmów z wykorzystaniem wizerunku dziewcząt i chłopców. Inna sprawa, że internet ułatwia nawiązywanie znajomości, flirtowanie, a nawet uprawianie na pozór niewinnej gry miłosnej. Że jest to niebezpieczne, przekonali się bohaterowie „Perfekcyjnej rodziny”.

Wracam jednak do rekomendowanej książki. Czytelnik poznaje nader sympatyczną rodzinę z dwójką dzieci mieszkającą w niedużym, spokojnym norweskim mieście. Dziewczynka już chodzi do szkoły, a jej braciszek jest odwożony do przedszkola. Mama lata samolotami, bo jest stewardesą, a ojciec prowadzi firmę. Pełna harmonia, miłość wzajemna małżonków, należyta troska o dzieci. A jednak zaistnieje coś, co zburzy tę sielankę. Dziewięciolatka imieniem Lucia otrzymuje zgodę rodziców, by spędziła popołudnie i wieczór u świeżo zapisanej do jej klasy koleżanka. Po niedługich negocjacjach zgoda zostaje rozszerzona nawet na nocleg u koleżanki. Eliza obsługuje samolotowy rejs, ale uzgadniają, że mąż Fredrik odbierze synka Lydera z przedszkola, a w końcu staje na tym, że mama koleżanki odwiezie ich córeczkę nazajutrz. Eliza widzi, że zostawiła dziecko u kulturalnej, szykownej kobiety w bardzo eleganckim domu posadowionym w przyzwoitej dzielnicy.

To są tylko pozory. Lucia nie zostaje odwieziona do ich znacznie skromniejszego domu. Nie zadzwoni telefon, by wyjaśnić, dlaczego dziewczynka nie wróciła zgodnie z zapowiedzią. Jej rodzice nie dopuszczają nawet myśli, że stało się coś złego, ale powiadamiają policję. Ich córki nie ma już całą dobę. A internet naszpikowany jest dziesiątkami fotografii ślicznej dziewczynki w rozmaitych okolicznościach, podczas zabawy i w czasie rodzinnych świąt.

W Norwegii uprowadzenia dzieci zdarzają się bardzo rzadko, ale jednak. Znowu z pomocą przychodzi internet. Penetracja tego typu faktów rozszerza się na Europę. Służby bezpieczeństwa nie kryją, że i w ich kraju, i w Europie, a nawet na innych kontynentach grasują szajki porywaczy. Motywy uprowadzenia są rozmaite, miewają podłoże seksualne, mają związek z okupem, z handlem dziećmi, a nawet pobieraniem narządów. W tym przypadku okup jest wykluczony. Eliza i jej mąż nie są na tyle zasobni, by można było od nich wyłudzić fortunę.

Na kartach pojawia się młoda, pełna pasji dziennikarka. Jest coś w rodzaju odwrócenia sytuacji. Kiedy miała tyle lat, co Lucia, straciła matkę. Wdowiec nie ożenił się powtórnie, dziennikarka wie, co to znaczy utrata tak bliskiej rodziny. Prowadzi swoje dochodzenie. I czytelnik dowiaduje się zdumiewających rzeczy. Nic nie dzieje się bez przyczyny. I dziennikarka, i policjanci próbują dociec, kto tak dalece nienawidzi młodą rodzinę, by uprowadzić dziecko i wtrącić w otchłań rozpaczy matkę i ojca.

Naturalnie rosnąca ciekawość czytelnika na koniec zostaje zaspokojona, kiedy na jaw wyjdą zdumiewające fakty. Żeby je poznać, po prostu trzeba wziąć powieść do ręki, do czego bardzo zachęcam.

Alex Dahl „Perfekcyjna rodzina”, przełożyła Anna: Pochłódka-Wątorek, Wydawnictwo FILIA, Poznań 2021

sobota, 26 marca 2022

Michał Zasadny poleca kryminał tylko dla mocnych i nocnych marków.

 Milion czytelników Franza

 

Andreas Franz wydał ponad dwadzieścia powieści kryminalnych. Jest uznawany za jednego z najlepszych autorów tego gatunku. A już myślałem, że nie przeczytam nic lepszego, nad psychologiczne thrillery Sebastiana Fitzka, do których zachęciły mnie Wasze rekomendacje. Tymczasem okazało się, że powieść „Ślady, których nie było” przechodzi wszystkie wyobrażenia o mrożących krew w żyłach kryminałach. Zwykle tak bywa, że na początku powieści tego gatunku pojawia się zagadkowy, trudny do zidentyfikowania nieboszczyk, potem rozwija się dochodzenie, śledztwo przykuwa uwagę czytelnika, który nie może się doczekać, kiedy wreszcie tropiciele w mundurach zidentyfikują ofiarę i wskażą sprawcę zbrodni. Tutaj mamy do czynienia z zupełnie inną sztuką narracji. Niestety, Andreas Franz żył krótko, urodzony w 1954 roku, zmarł w 2011. Wydawca już na pierwszej stronie okładki informuje, że sprzedano ponad milion egzemplarzy dorobku tego bardzo cenionego pisarza.

Chyba jeszcze nie czytałem powieści tego gatunku, kiedy czytelnik od pierwszych stron ma okazję obserwować poczynania mordercy. Piszę o jego zbrodniczych aktach w liczbie mnogiej, gdyż zamordował nie jedną, nie pięć, nawet nie dziesięć ofiar, tylko znacznie więcej, co śledczy odkrywają w trakcie postępowania. Tymi śledczymi są Soren Henning oraz Lisa Santos. On jest bardzo zdolnym, dociekliwym policjantem, niestety zbyt pewnym siebie. Ona to zagadkowa funkcjonariuszka, o której koledzy niewiele wiedzą, jeśli idzie o jej życie osobiste. Zaś Henning — szczęśliwy mąż i ojciec dwójki dzieci, zanadto ufny w swoje detektywistyczne umiejętności, popełnia błąd, co rujnuje jego rodzinę. Niesłusznie podejrzany o zbrodnię mężczyzna popełnia samobójstwo. Policjant jest zdruzgotany, ma poczucie winy. Okopuje się w tych wyrzutach sumienia i dystansuje się od różnych spraw, które jeszcze cztery lata temu potrafił rozwikłać „z marszu” i bezbłędnie.

Kiedy pojawia się seria zabójstw dziewcząt, dzieci, mężczyzn i kobiet, ekipa dochodzi do wniosku, że raczej nie poradzi sobie bez włączenia się do akcji Henninga, ale ten uniemożliwia kontakt ze sobą. Cierpi niedostatek, bo ze świadczeń alimentacyjnych musi utrzymać rodzinę, która go opuściła. Ciążą też na nim inne finansowe zobowiązania.

Okazuje się, że jedna osoba, równie utalentowana jak on, a jest nią pochodząca z Hiszpanii Lisa Santos, nakłania frustrata, by włączył się do akcji i pokierował zespołem, który bada pojawiające się coraz częściej zbrodnie.

Narracja przebiega dwutorowo. Czytelnik dowiaduje się, skąd w młodej kobiecie tyle pasji w tropieniu sadystycznych morderców, a jednocześnie okazuje się, że główny bohater nie zmarnował tych lat, jakie upłynęły od samobójstwa mężczyzny, któremu niesłusznie przepisano zbrodnię.

Rozdział po rozdziale opisuje kolejne okrutne morderstwa, A jednocześnie zabójca zwierza się, co go nakłania do wyrafinowanych zbrodni, a tym motorem jest nienawiść wobec najbliższych, czyli matki i żony. W pewnym sensie jest to powieść edukacyjna, która uczy, jak despotyczną stanowczością można okaleczyć młodą psychikę.

Zapewniam, że kto weźmie do ręki powieść Franza, nie będzie się mógł od niej oderwać, nawet jeśli będzie musiał zasypiać ze zgrozy przy zapalonym świetle.

Andreas Franz „Ślady, których nie było”, tłumaczenie Iwona Kuczyńska, Wydawca Buchmann Sp. zo.o. Fabryka kryminału, Warszawa 2011.

środa, 21 lipca 2021

Bronisław Krzemień - poleca na gorącą kanikułę waleczne serce matki

 Dla rozrywki i ku przestrodze

 

 Pora urlopowa, można spodziewać się, że nie zabraknie czasu na czytanie. Ale dziś nie polecam lektury ciężkiej, głębokiej, zamulającej. Radzę wziąć do ręki kryminał autorki, której powieści są rozchwytywane. Musi tak być, skoro czytam w notce o autorce, że po podpisaniu umowy z wydawnictwem Thomas&Mercer rozeszło się blisko dwa miliony egzemplarzy pozycji jej autorstwa. Jej, czyli Theresy Ragan, która podpisuje swoje kryminały i romanse pseudonimem T.R.Ragan. Ja dziś polecam „Gniew natki”, sprzedany w ilości ponad 3 milionów egzemplarzy. 
 
Tę powieść czyta się jednym tchem. Poświęcona jest współczesnemu handlowi żywym towarem. I nie dotyczy to Tajek czy dziewczyn innych nacji, gotowych sprzedawać swoje ciało dla zysku, bo proceder dotyczy nawet dzieci, a im młodsze to istoty, im bardziej niewinne, tym większy jest na nie popyt i większą cenę można uzyskać za ten „towar”. Wstęp, poświęcony handlowi żywym towarem informuje, że „Najbardziej narażone są dzieci pochodzące z pełnych przemocy, dysfunkcyjnych rodzin lub bezdomne, przez co stają się łatwym celem dla gangów i handlarzy żywym towarem. Są zmuszone do prostytucji lub w nią wmanipulowane...”. Ofiary bywają znęcone nagrodą, uprowadzane pod pozorem łatwiejszego życia, obietnicą łatwego zarobku, a niejednokrotnie po prostu zostają uprowadzone ze sklepu, placu zabaw, a nawet z własnej sypialni. 
 
Powieść T.R. Ragan nie opowiada bynajmniej o patologii. „Gniew matki” to historia szczęśliwej, kochającej się rodziny. Dwójka dzieci, starsza dziewczynka i jej dziewięcioletni braciszek stają się ofiarami okrutnej przemocy. Przejmujące sceny zabójstwa głowy tej rodziny i wręcz cudownego ocalenia jego żony Faith pojawiają się już na pierwszych stronach powieści, a potem czytelnik ma do czynienia z dramatycznym wysiłkiem owdowiałej kobiety o odzyskanie dzieci. Na swoje szczęście Faith ma kochających rodziców, oddanego brata, wszyscy starają się jej pomóc, ale ci, którzy są powołani do ścigania tego typu przestępstw, nie tyle są bezradni, co zawaleni mnóstwem podobnych spraw. Więc bohaterka, która sięga do materiałów na ten temat wie, że nie ma ani dnia do stracenia. W każdej chwili jej dzieci mogą być zgwałcone, sprzedane, uśmiercone. Ich matka postanawia sama zawalczyć o ocalenie córki i syna. 
 
Przy okazji autorka wprowadza na karty powieści inne wątki, które pozwalają rozpoznać mechanizmy działania zwyrodniałych przestępców i równie zdeprawowanych nabywców ich „towaru”. Do pewnego momentu pozostaje zagadką, jak przyzwoity współwłaściciel firmy, człowiek szanowany, kochający mąż i ojciec mógł wplątać się w taką historię, której ceną była utrata życia.
 
Napisaną dynamicznie powieść czyta się jednym tchem. Przy okazji czytelnik poznaje funkcjonowanie grup przestępczych i bezsiłę organów ścigania, kiedy ich wysiłki zderzają się z wyrafinowaniem i bezwzględnością przestępców. 

Tylko pozornie opisane zdarzenia są odległe od polskich realiów. Tutaj też zdarzają się uprowadzenia dzieci i zagadkowe ich zniknięcia, o czym informują media. Zatem kiedy trwają wakacje, warto przeczytać „Gniew matki” nie tylko dla rozrywki, bo wszak niektórzy rekreują się przy czytaniu kryminałów, ale też ku przestrodze, by nie spuszczać dzieci z oczu i mieć baczenie na to, z kim się zadają. 

T.R. Ragan „Gniew matki”, przełożyła Katarzyna Agnieszka Dyrek, Wydawnictwo Filia, seria Mroczna Strona, Poznań 2021.

wtorek, 16 lutego 2021

Bronisław Krzemień - zima, kryminał i covid (horror do potęgi)

 Pocowidowa lektura

 

Krążę, na szczęście o własnych już siłach, między gabinetami, tu spirometria, tu gazometria, prześwietlenie i tomograf, a mój sąsiad z sali niestety kończy drugi miesiąc wychodzenia z covidu i dopiero od kilku dni może oprzeć się na balkoniku i przesunąć się za okno, a za oknem Izerskiego Centrum Pulmunologii i Chemioterapii piętrzą się zasypane śniegiem Karkonosze, zaś olbrzymie, białe świerki stoją niczym baśniowe stwory.

Dziwnym, a właściwie szpitalnym trafem, kiedy zamartwiałem się, co ja tutaj będę czytać, idąc na codzienne mierzenie ciśnienia mijam biblioteczkę, której umysł sterany pandemią wcześniej nie zarejestrował. Przystanąłem i zakręciło mi się w głowie z tej radości; co najmniej pięćdziesiąt pozycji na półkach, od harlekinów po kryminały, powieści obyczajowe i pozycje z gatunku medycyna dla każdego. Wybieram „Zimę pełni księżyca” Steve'a Hamiltona no i okazuje się, że sceneria powieści znakomicie komponuje się z karkonoskim zaśnieżonym pejzażem, bo bohater książki mieszkający na pograniczu USA i Kanady, jak wynika z tekstu, całkiem niedaleko od Alaski, mieszka w lesie i pilnuje sześć drewnianych chat, zbudowanych przez już nieżyjącego ojca. Jest białym mieszkańcem tego, za przeproszeniem, „zadupia”, ale przyjaźni się z Indianinem. Stąd do rezerwatu jest niedaleko, tylko że to rezerwat ucywilizowany, ze stabilnymi domami z prądem i wszystkimi wygodami, ale ten obraz ma drugą stronę, bo w rezerwacie są nawet bary i sale hazardu, a co najgorsze, kwitnie tutaj handel narkotykami, który wyniszcza tubylców, zwłaszcza młode pokolenie. Niektórzy z tej generacji mają inne plany na życie, chodzą do szkół, wybierają się na studia, ale czasami bywają rozczarowani światem, do którego się tak garnęli. Jedna z takich Indianek wraca do rezerwatu, zawiedziona tym, co ją spotyka w cywilizowanym świecie, a nie jest tam traktowana na równi z białymi. Dyskryminacja boli i upokarza.

Dorothy, bo tak ma na imię ta Indianka, w barze zaczepia Alexa, byłego policjanta i detektywa, by udzielił jej pomocy. Ponieważ on nadzoruje chaty, o których była wcześniej mowa, postanawia ulokować Indiankę w jednej z nich. Zwykle wynajmuje je turystom i myśliwym, a także amatorom połowu ryb w pobliskim jeziorze Superior. Alex wiezie Dorothy z białą płócienną torbą do chaty, zapewnia jej bezpieczeństwo i wraca do swoich zajęć, ale rankiem zastaje dom pusty.

Rodzą się w nim różne domniemania. Może ta Indianka z plemienia wchodzącego w skład ludu Ojibwa miała ze sobą narkotyki? Może czarny charakter, zakochany w niej hokeista Indianin Bruckman ją porwał? A czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi tok zdarzeń, tropiąc z bohaterami ślady po dziewczynie, szukając Rosjanina, który tym przemytem się zajmuje. A wszystko rozgrywa się w walce z żywiołem, jakim są śnieżyce i zaspy oraz porażający mróz.

Oczywiście, omijając medyczny personel nieszczędzący sił, by ratować niedobitki pandemii, mając zaplanowany powrót do domu, musiałem wypożyczoną książkę odnieść na półkę, bo mój sąsiad z zali, pocowidowo unieruchomiony, musiał zadowolić się tym, co mu przyniosłem, gdyż jak wspomniałem, nie mógł opuścić sali. Tutaj odwiedzała go bardzo fachowa rehabilitantka, na oko sądząc, kilka lat po studiach, bo swoją misję wykonywała takim zapałem, że nawet zapamiętałem kilka ćwiczeń, które, odpukać, oby mi się nie musiały przydać, jakby covidowa przypadłość miała wrócić. Uspokaja mnie to, że zanim zostałem przyjęty do szpitala, test wykazał wynik negatywny, zatem będę bezpieczny dla ludzi. Ale czy również dla siebie, tego nie wiem. Chciałem w szpitalu dokończyć „W pogoni za rozumem” Helen Fielding, ale nie zdążyłem, a mój sąsiad podziękował, więc i ta pozycja wróciła do szpitalnej szafy, a ja „W pogoni za rozumem” zamierzam pożyczyć w najbliższej filii bibliotecznej, jak ostatecznie odzyskam siły.

Dodam tylko, że „Zima pełni księżyca” sygnowana jest jako przynależna do serii „Kryminały z klasą” i otrzymała dwie prestiżowe nagrody, a do wielu innych była nominowana.

Steve Hamilton „Zima pełni księżyca”, przekład Alina Siewior-Kuś, Warszawa 2009, Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

piątek, 18 grudnia 2020

Bronisław Krzemień - czy w przyszłości czeka nas całkiem nieznana pandemia?

 O gatunku, który sprowadza na siebie zagładę

 

Nowa istota została powołana 27 marca 2029 roku. Nowa istota jest człowiekiem. Długie badania i eksperymenty doprowadziły do powstania osoby, wolnej od płci, która dotychczas decydowała o prokreacji i przedłużeniu gatunku. Seks już nie prowadził do powołania nowego życia, ale bynajmniej nie przestał być źródłem przyjemności. Podczas transmisji tego aktu w mediach padły znamienne słowa, że „...ludzkość powinna być zaszczycona, jest bowiem pierwszym w całym uznanym nam wszechświecie gatunkiem zwierzęcym, który sam stwarza warunki do powstania swojego zastępcy”.

Upływa od tego dnia prawie pół wieku i na świecie błąka się reszta gatunku, który sam siebie uznał za niegodnego dalszego trwania. Nie ma już bólu rodzenia, groźby chorób, szpetoty starości i nieuchronnej perspektywy śmierci.

Jak doszło do tej niezwykłej zmiany, czytelnik dowie się z powieści „Cząstki elementarne” Michela Houellebecqa. O wielkości literackiego dzieła mówi ilość jego wznowień i to, czy doczekało się ekranizacji. Ta powieść w Polsce miała już siedem wydań, a na ekranach kinowych znalazła się w 2006 roku, sześć lat po pierwszym wydaniu książkowym. Pisarz otrzymał za swoją twórczość prestiżowe nagrody, a rekomendowana w tym miejscu powieść została uznana za najwybitniejszą pozycję roku.

Narracja prowadzona jest dwutorowo, na osi losów dwóch braci, którzy mają jedną matkę ale dwóch ojców. Jeden z nich widział rodzicielkę dwa razy, ten drugi raz - przed jej śmiercią. W nim właśnie nastąpiła atrofia uczuć. Michel, bo o nim mowa, nie ma życia osobistego. Odrzuca miłość wspaniałej dziewczyny, wrażliwej i egzaltowanej, kiedy w życiu jest najlepszy czas na emocjonalne spełnienia. Żaden z nich nie zaznał szczęścia w rodzinie. Nieobecność matki, która należała do „pokolenia 68” i była absolutnie wyzwolona z nakazów i zakazów, oczekiwała tylko erotycznego spełnienia w coraz to innych związkach. Brunon, drugi z braci szukał najprostszego źródła przyjemności, a był nim seks. Czas upływał mu na szukaniu erotycznych podniet. W życiu nie czytałem książki, która tak sugestywnie i wyczerpująco opisuje wszystkie możliwe układy seksu indywidualnego, spełnianego w duecie i grupowo, bez żenady, wstydu i skrępowania, a także z przyzwoleniem obsługi hoteli, moteli i kempingów oraz wszystkich miejsc, w których seks był uprawiany.

Jeżeli obaj chłopcy wyrośli zdrowo i zostali wykształceni, to zawdzięczają to nie rodzicom, ale dziadkom, a jedyna miłość, jakiej doświadczali, pochodziła od ich babć. Autor tak przedstawia to pokolenie: „...tacy ludzie istnieli. Ludzie, którzy pracowali przez całe życie, i to pracowali ciężko, kierowani wyłącznie uczuciem poświęcenia i miłości, nie mając wcale wrażenia, że się poświęcają; którzy nie wyobrażali sobie innego sposobu życia niż właśnie oddanie życia innym w duchu poświęcenia i miłości”.

Wywalczona wolność oraz indywidualizm zaczęły nakazywać troski przede wszystkim o siebie, i przede wszystkim zaspokajania egoistycznych potrzeb i niczym niekrępowanych popędów. Ci wyzwoleni „...głosili absolutną zgodę na respektowanie praw jednostki, a nie norm społecznych; sprzeciwiali się wszelkiej hipokryzji, na którą składały się, według nich: moralność, uczucie, sprawiedliwość i litość.”

Powieść Houellebecqa pokazuje stopniowy rozkład współczesnej cywilizacji. Kiedy wszystko jest dozwolone, zaczyna się szukać rozmaitych podniet. Już nie wystarcza ekstremalne przeżycie. Ono musi być utrwalone, puszczone w internetowy obieg.

Śledzę newsy. Ostatnio dowiedziałem się o dziewczynie, która rozpłatała brzuch ciężarnej kobiecie i wyjęła dziecko. Coraz częściej trafiają do szpitala niemowlęta czy kilkuletnie dzieci, które dotknęła furia dorosłych. Przestały działać przez wieki formowane hamulce. Powieść podaje przykłady postępującej degrengolady, literackie lub autentyczne, przykłady dewiacji prowadzących do okrucieństwa.

W tym stanie rzeczy Michel - naukowiec dochodzi do wniosku, że, mówiąc w uproszczeniu, w ludzkich genach jest jakaś skaza. A postęp wiedzy doprowadzi do zmodyfikowania genów.

Michel ma w tym swój udział. Jego badania pozwolą wyprodukować tę istotę, która będzie piękna, zdrowa i szczęśliwa, choć pozbawiona płci, z którą już teraz jest tyle problemów.

Lektura powieści daje gorzką diagnozę tego, co się dzieje w Europie. Rodzi głębokie refleksje. Odwołując się do wybitnych pisarzy, filozofów i moralistów poszerza horyzonty myślowe. I wywołuje etyczne rozterki.

Michel Houellebecq „Cząstki elementarne”, przełożyła Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska, wydanie VII, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2020.

sobota, 26 września 2020

Bronisław Krzemień - poleca

 „Wielki Zamilczany”

 

Tak Jerzy Biernacki nazwał Jerzego Narbutta. Natomiast Waldemar Łysiak powiedział o tym pisarzu i publicyście, że to największy żyjący myśliciel polski. Oczywiście te określenia padły pod adresem autora „Ostatniej twarzy portretu” jeszcze za jego życia. A był to los niełatwy, pełen wierności temu, co uważał za piękne, mądre i prawe, polskie i patriotyczne. Powiedziano o nim, że klękał tylko przed Bogiem. W związku z tym doznał niedostatku, odrzucenia, ale pozostał konsekwentny w życiu i działaniu.

Teraz klękanie przed Bogiem nie jest w dobrym guście, raczej za słuszne uznaje się dystans wobec Kościoła, wiary, poddawanie krytyce duchowieństwa, zaś trwanie przy swoich tradycyjnych przekonaniach i wartościach to wstecznictwo, zaś patriotyzm to nacjonalizm.

Jerzy Narbutt urodził się w 1925 roku, zmarł w 2011. Jego ojciec Antoni był dziennikarzem, do wybuchu I Wojny Światowej kierował „Tygodnikiem Wileńskim”. Dziadek Ferdynand, uczestnik Powstania Styczniowego walczył w oddziale kuzyna Ludwika Narbutta. Tego ducha waleczności i walki za wolną Ojczyznę mieli też dwaj bracia Jerzego, żołnierze Armii Krajowej w Wilnie i Warszawie.

Intelektualna formacja Jerzego kształtowała się pod wpływem Władysława Tatarkiewicza, kiedy studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i był na seminarium prowadzonym przez tego uczonego. Zaś duchowość i patriotyzm były dziedzictwem rodu. Publicysta w roku 1975 z innymi intelektualistami i ludźmi kultury podpisał list przeciw zmianom w polskiej Konstytucji. Spotkał go za to zakaz publikacji, zatem nic dziwnego, że pierwsze wydanie wspomnianej powieści ukazało się (1981) w drugim obiegu. Ten poeta i prozaik napisał między innymi „Mam tylko gołe ciało i to życie w prawdzie, z którego się natrząsają, szturchając się łokciami i zwą mnie ironicznie: Nasz książę niezłomny”.

Doczekał się wszakże wolności i moralnej rekompensaty za doznane upokorzenia, kiedy w 2007 roku Prezydent Lech Kaczyński odznaczył pisarza Komandorią Orderu Odrodzenia Polski. Już wtedy był znany jako autor słów hymnu SOLIDARNOŚCI, do którego muzykę skomponował Stanisław Markowski.

Powieść „Ostatnia twarz portretu” została powtórnie wydana w 2002 roku, a Jerzy Narbutt napisał „Pamięci Profesora Doktora Władysława Tatarkiewicza bez którego inspiracji i zachęty ta powieść w ogóle by nie powstała”. Książka traktuje o przyjaźni, miłości, odwadze, bohaterstwie, o zazdrości kobiety o uczucia mężczyzny, która nie może pojąć, że tę drugą płeć może łączyć nie tylko seksualność, ale głęboka przyjaźń, która nie miała nic wspólnego ze współczesnym tęczowym ruchem. Ci, którzy są teraz nastolatkami, odkryją w tej powieści prawdę o wcześniejszych pokoleniach, którym obce było tchórzostwo, a za najważniejszą uznawali odwagę i wierność ideałom.

Jerzy Narbutt „Ostatnia twarz portretu”, II wydanie, Wydawnictwo UNIA Jerzy Skwara Katowice 2002.

sobota, 2 maja 2020

Bronisław Krzemień - poleca szwedzki kryminał dla kobiet i nie tylko

Dziwny zbieg okoliczności


W tym dniu, kiedy zakończyłem czytanie „Złotej klatki” i zabrałem się za pisanie rekomendacji tej powieści, media doniosły, że posłowie uchwalili ustawę, która pozwoli zażądać opuszczenia mieszkania przez osobę, dopuszczającą się przemocy wobec rodziny. I to już w dniu, kiedy taki czyn zostaje zgłoszony. Właśnie ta książka, napisana przez szwedzką pisarkę Camillę Läckberg w przejmujący sposób pokazuje, jak okrutne może być fizyczne pastwienie się nad rodziną, ale też ile psychicznego okrucieństwa może zaaplikować psychopata wobec najbliższej osoby. Opis udręk, jakich doświadczają kobiety, jest tak sugestywny i przejmujący, że nabrałem przekonania, iż są to relacje spisane z autopsji.
Jakże byłem pozytywnie zaskoczony, kiedy w posłowiu, zawierającym podziękowania wszystkim, którzy wspierali autorkę w procesie pisania, wyznaje ona: „Po pierwsze dziękuję mojemu mężowi Simonowi, za jego niezachwianą miłość i wsparcie. Moim wspaniałym dzieciom, które umacniają moją twórczą motywację...” Zatem wstrząsające zdarzenia opisała kobieta szczęśliwa, spełniona i twórcza, nazwana przez wydawcę „królową szwedzkiego kryminału”, a sama powieść sklasyfikowana jest jako „thriller o determinacji, sile charakteru i brutalnej zemście”.
Książkę w pierwszym rzędzie polecam mężczyznom, żeby unikali jak ognia wszystkiego, co czyni z nich nadętych pychą okrutników. I żeby wiedzieli, że nie są bezkarni, gdyż współczesne im pokolenie kobiet różni się od ich matek i babek, których materialne podporządkowanie mężom nie pozwalało na uwolnienie się od oprawcy. Powieść wezmą do ręki kobiety, by wyedukować się w samodzielności i wyzwolić siebie z bezradności i poczucia życiowej klęski.
Zdarzenia w tym thrillerze rozgrywają się na trzech planach czasowych i dwóch płaszczyznach topograficznych, co pozwala autorce nakreślić szerszą panoramę społeczną współczesnej Szwecji i pokazać dramatyczne dorastanie Matyldy, która, by zerwać z traumatyczną przeszłością, zamienia się w Faye, zachowującą z dawnej ja lotność umysłu i chłonność na wiedzę.
Wartka akcja, dynamiczne dialogi, świetnie sportretowani bohaterowie, zaskakujące rozwiązanie intrygi - wszystko to czyni, że powieść pochłania się jednym tchem. A jak ktoś lubi, to znajdzie tu sporo tak zwanych momentów, bo wiadomo, że szwedzkie społeczeństwo jest wolne od pruderii.

Camilla Läckberg „Złota klatka”, przełożyła Inga Sawicka, Wydawnictwo Czarna Owca,Warszawa 2019.

sobota, 28 marca 2020

Bronisław Krzemień - poleca podróż po islamskiej Azji

Posłuszeństwo i uległość


Kiedy pochłonąłem jednym tchem „Indie” nieżyjącego od kilku lat noblisty Naipaula, postanowiłem zdobyć i przeczytać następną pozycję tego autora. Niewyczerpanym źródłem inspiracji i tym razem okazała się Azja. Nabrałem przekonania, że praca nad „Indiami” pozwoliła autorowi zgromadzić tak obfity materiał, że nie sposób było wykorzystać go w jednej książce, a wystarczyło go, by tym razem skoncentrować się na życiu duchowym społeczności kilku azjatyckich krajów, które wyodrębniły się z wielkich Indii. Noblista skoncentrował się na ekspansji islamu. Hinduski poeta Iqbal był duchowym twórcą Pakistanu. To on marzył o szybkim powstaniu państwa, gdzie jeden naród będzie złączony jedną religią. W 1930 roku pisał: „ideał religijny islamu organicznie splata się z porządkiem społecznym, który powołał do życia. Odrzucenie jednego musi pociągnąć za sobą odrzucenie drugiego”. I aczkolwiek w innym miejscu napisał, że „poeci nie powinni prowadzić swoich narodów do piekła”, nader szybko okazało się, że to, co głosił, nie ustrzegło społeczności od piekła. Jedna z czterech ksiąg rekomendowanej pozycji „Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów” traktuje właśnie o Pakistanie, który wymarzoną samodzielność uzyskał w 1947 roku. Indyjscy muzułmanie zobowiązani zostali do wyjazdu do Pakistanu. W efekcie w jego granicach znaleźli się Beludżowie, Pasztuni, Pendżabowie, Sindhowie, Muhadżirowie, ci właśnie przesiedleńcy z Indii, a ponadto muzułmanie podzieleni byli na szyitów i sunnitów. Zatem każda z tych społeczności miała swoje wierzenia, rytuały, obyczaje, a przyjęty przez nich islam nie gwarantował jedności. Na dodatek swoje idee wnosili komuniści. Zaczęła się trwająca dwa lata wojna, okrutna i bezwzględna. Nędzarze liczyli na odmianę losu, gangi na łupy, bardziej świadomi na władzę.
Poza Pakistanem niepodległość uzyskały Indonezja, Malezja, z dominacji kolonizatorów uwolnił się Iran. Islam miał w tych krajach dominującą pozycję, ale zgubny okazał się dla kobiet, które nieustannie pozostawały tam osobami niższej pozycji. Koran zezwalał mieć cztery żony. Ale bogacze byli poza prawem. Nabab Bahawalpuru miał 390 żon i nałożnic, a wśród żon również Angielki, nieświadome tego, z iloma kobietami dzielą życie.
Ostatnio kilkoro moich znajomych odbyło turystycznie podróże do Azjatyckich krajów. Polecam im książki noblisty, bo jak mi wiadomo, nikła jest wiedza o krajach i narodach, które naskórkowo poznali.

V.S.Naipaul, „Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów”. Przełożył Justyn Hunia, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

środa, 18 marca 2020

Bronisław Krzemień - poleca

Indie w oczach noblisty z 2001 roku



Nie bez przyczyny „Indie. Miliony zbuntowanych” miały w Anglii 35 wydań. Autor, V.S. Naipaul pisząc o tym kraju na subkontynencie, koncentrując się na drugiej połowie minionego wieku, sięga rozmaitymi faktami w pięć poprzedzających ten czas stuleci. Można nabrać przekonania, że takiego konglomeratu ras, religii, księstw i państw, które funkcjonowały na tym obszarze, trudno znaleźć w innym miejscu naszego globu. I nieprzerwanie przez stulecia toczyły się tutaj wojny, a najeźdźcy, na przykład mogołowie narzucali swoje wierzenia, rytuały, obyczaje i prawa. Kiedy w latach 1988 – 1990 Naipaul pisał tego reportażowego giganta, był już uznanym i wielokrotnie nagradzanym autorem, a w roku ukończenia tej książki otrzymał z rąk królowej Elżbiety II tytuł szlachecki. Wcale to nie dziwi. Autor daje do zrozumienia, że Brytyjczycy nie dokonali tutaj dzieła eksploatacji i niszczenia, ich czasy dały początek rozkwitowi nauki i techniki, urbanizacji, edukacji i architektury.
Naipaul wyznaje we wstępie, że powieść beletrystyczna nie daje pełnej możliwości, by zawrzeć w niej całą wiedzę o świecie. Dlatego, by utrwalić to, co przekazał mu rodowód i by utrwalić wiedzę o Indiach, postanowił napisać książkę reportażową. I po lekturze Indii dochodzę do przekonania, że żaden reportaż, żaden film dokumentalny, posługujący się obrazem, nie zdoła zawrzeć tylu źródeł poznania, co książka należąca do literatury faktu
V.S. Naipaul urodził się w 1932 roku w Trynidadzie. Do tej brytyjskiej kolonii dotarło około 150 tysięcy jego rodaków, którzy wyemigrowali, jak się mawiało u nas, za chlebem. Pracowali tutaj na plantacjach, podzieleni religią, kastami i stanem zamożności.
W rodzinie poznał język, rytuały, wyrobił w sobie świadomość, z jakiego świata pochodzi i to zrodziło w nim pragnienie, by nie tylko stać się częścią cywilizowanych części świata, ale też by poznać i opisać kraj, z którego wywodzili się jego przodkowie.
Dzięki uzyskanemu stypendium mógł wyjechać jako, osiemnastolatek na studia do Anglii. Pisze we wstępie: „Mój świat pisarski był zatem światem ucieczki i niedokończonego eksperymentu, pełnym rupieci rozmaitych kultur i migracji...”.
Pisarz przez 26 lat odbywał podróże do Indii. Poświęcił im trzy książki reportażowe. Nawiązał liczne przyjaźnie, jako uznany pisarz dzięki życzliwym ludziom mógł dotrzeć tam, gdzie nie znalazłby się jako anonimowy turysta. Poznał osoby z tak zwanych elit władzy, nauki i kultury, duchowych przywódców rożnych wyznań. Zwierzając się, czytelnikowi, jak powstawała książka, napisał: „Idee są abstrakcyjne. Stają się książkami dopiero wówczas, gdy je ubrać w ludzi i narrację.”
Najbardziej zależało mu, by dotrzeć do tych, którzy są najniżej w hierarchii społecznej. Do nietykalnych, do „funkcjonariuszy” najniższego szczebla rozmaitych wierzeń, do chłopów nachylonych nad ryżowymi poletkami, kelnerów, rzemieślników, posługaczy, członków grup w imię swoich przekonań wymierzających wyroki na tych, którzy na nie w ich mniemaniu zasługują. Poznał świat hinduskiego kina, aktorów, scenarzystów, reżyserów i producentów, a także dziennikarzy i urzędników rozmaitego szczebla.
Zdumiewająca jest pamięć Naipaula do szczegółów architektury, wystrojów pałaców i świątyń, wnętrza chat czy mieszkalnych łodzi. Drobiazgowo portretuje postaci, które wprowadza na karty książki: rysy, ubiór, gesty, zachowania w rożnych sytuacjach. Jak zauważyłem, ciekawszymi dla niego obiektami opisu są mężczyźni, młodzi, dojrzali, sędziwi, rzadziej kobiety, ale też i tamta kultura każe im się trzymać w głębokim tle. Im późniejsze czasy opisuje, tym więcej miejsca im poświęca, w miarę jak one rozstają się, nie bez bólu i walki, z przypisaną im wielowiekową rolą podporządkowania się mężczyźnie.
Kiedy czytałem tę nadzwyczaj interesującą książkę, zapełniałem kartki wypisanymi, szczególnie celnymi fragmentami dotyczącymi filozofii, religii, obyczajów. Jeden z nich dotyczy kojarzonych małżeństw, kiedy to w tym procederze młodzi wcześniej  nawet się nie znają.
Oszczędzę czytelnikom przenoszenia do tej rekomendacji zawartości moich fiszek, ale na użytek filologów, dziennikarzy i pisarzy zacytuję tylko wypowiedź Sahiba Singha, jednego z wykształconych bohaterów książki, na temat gramatyki: „Gramatyka i język są pewnymi postulatami metafizycznymi, tworami kulturowymi i wytworami ludzkimi, których nie da się wyłożyć logicznie ale bez ich uwzględnienia nie sposób poprawnie analizować ani zrozumieć języka i gramatyki…”.

V.S. Naipul „India. Miliony zbuntowanych”, przełożyły Agnieszka Nowakowska i Maryna Ochab, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

czwartek, 30 stycznia 2020

Bronisław Krzemień - poleca

Język ostry jak żyleta


Skucha to jest coś, co nie wyszło, nie wypaliło, a zarazem jest to tytuł książki o najnowszej historii Polski, tej, która doprowadziła do transformacji, jednych wsadziła do miejsc internowania, drugich wywindowała, już po zwycięstwie, do gabinetów ministerialnych i na inne ważne funkcje, które za komuny byłyby dla nich nieosiągalne.
Kiedy czytałem ten zbiór reportaży, napisanych ostrym językiem, czasami dosadnym do bólu, czasami wyciskającym łzy z oczu, to przypomniała mi się sytuacja, której nie zapomnę. W moim mieście miało odbyć się spotkanie solidarnościowców. Miałem zawód, który nakazywał mi zachowanie neutralności politycznej. A tu mój były znajomy jeszcze z liceum, ale z młodszego znacznie rocznika, spotyka mnie i powiada:
- Człowieku, dzieją się wspaniałe rzeczy. Dlaczego ciebie z nami nie ma? Chodź, mamy spotkanie w kościele. Tam wszyscy są bezpieczni. Mówię ci, sami swoi, sama prawica. Zdziwisz się, kogo tam spotkasz.
Nie zdziwiłem się, bo nie poszedłem. Bo nie chciałem grać na dwa fronty i strzelać do dwóch bramek. I okazało się, że ten zaangażowany w ruch wolnościowy był wtyczką służb specjalnych, co potem wyszło na jaw. Może chciał mnie przetestować i pokazać służbom moją prawdziwą twarz. Już niestety nie żyje, a to był piękny i na dodatek uroczy mężczyzna, tyle że miał powołanie do szpiclowania.
Wracam do książki. Jest znakomita. Pokazuje pokolenie Kolumbów rocznika 1950 i 1960. A w tym pokoleniu, które postanowiło obalić komunę, co się zresztą udało, jak wszyscy wiemy, choć nie do końca, byli też Kolumbowie wcześniejszej generacji, którzy bezkompromisowo walczyli i z agresorem – zarówno z wyzwolicielem ze wschodu, jak i z niemieckimi faszystami. Walczyli i ginęli, a jeśli nie zginęli, jeszcze zdążyli być zesłani na Sybir albo odpokutować nieprawomyślność i wrogość wobec socjalistycznej władzy, zmuszani do pracy w kopalniach. Ci Kolumbowie drugiej generacji nie walczyli z bronią w ręku. Ich bronią była ulotka, konspira, podziemna gazeta, niedozwolona literatura. Ich tropiła i szarpała milicja, zomowcy, ubowcy, tych zwalniano z pracy i nie dopuszczano do awansów. No i skazywano na internowanie, żeby nie narobili więcej bałaganu w tym szczęśliwym, trwającym wiernie u boku Kraju Rad państwie.
Kto szedł do podziemia, by konspirować, kraść farbę i papier, drukować i roznosić wspaniałą literaturę? Oczywiście patrioci, zagorzali wrogowie komuny, władz działających pod dyktando wielkiego sojusznika a za przyzwoleniem Wielkiej Czwórki, która wytyczyła powojenne granice państw uwolnionych od hitleryzmu. Jak pisze Jacek Hugo-Bader, też konspirator, który od środka poznał warszawskie siły odnowy, ten szczery do bólu dziennikarz „Gazety Wyborczej”: „A dlaczego wy to robiliście, w tych sowieckich czasach? W tych politycznych działaniach? Bo jeden pewnie dla idei, a inny dla ryzyka, awanturnictwa, a jeszcze inny z ciekawości, z nudów, dla przygody, żeby było drajw”. Potem okazało się, że bardzo sprytna oraz inteligentna bezpieka wmontowała swoich ludzi w podziemne struktury, a niekiedy nawet je prowokowała, żeby wyłapać aktyw i mieć liderów garści, a odnowicielski ruch pod kontrolą. Ci, którzy się wywindowali na szczyty władzy, nie zawsze gotowi są do pomocy tym, którzy ugrzęźli na dnie.
A ileż w książce zostało zarejestrowanych wątków, dramatów, tragedii, miłości, rozstań i powrotów, ileż uzależnienia od alkoholu, który potrafił osłabić strach przed wpadką. Autor nawet opisał zmianę płci, kiedy fizyczność kłóciła się z psychicznością. Zarejestrował spotkania podziemnych struktur, montowanie kradzionych lub przeszmuglowanych z zagranicy urządzeń poligraficznych, druk i kolportaż materiałów, które trafiały do rozmaitych instytucji i zakładów pracy.
Bardzo polecam tę książkę. W niektórych portretach, sytuacjach, reakcjach dobrych i wywołujących poczucie wstydu człowiek może siebie rozpoznać siebie i swoich znajomych. A postaci są autentyczne. Wyrazili swoje „zaznania” ci odnowiciele, którzy nic nie zyskali na odnowie, a zgodzili się na ujawnienie autentycznych nazwisk i konspiracyjnych pseudonimów. Tylko trzy panie złożyły się na portret zbiorowy, a jeden działacz nie chciał się ujawnić. Bo to, co było, wciąż boli.

Jacek Hugo-Bader „Skucha”, Warszawa 2016, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, spółka z o.o.