niedziela, 31 maja 2015

Bartek Gorzęcki - "Porzuciłem moje marzenie"



Zacznę od tego, że chciałem być pisarzem. Jeszcze do niedawno miałem takie pragnienie. Kiedy jednak przeczytałem „Porter artysty”, odechciało mi się kariery literata raz na zawsze. Jest to dziwnie skonstruowana powieść. Jej autor Joseph Heller pisze o autorze, którzy szuka pomysłu na powieść. Właściwie tworzy katalog pomysłów, a sekunduje mu w tym żona, zresztą trzecia z kolei, nie licząc kochanek. Kiedy spotyka którąś z nich, odnosi wrażenie, że wciąż ją kocha i zapewnia ją o swojej niegasnącej miłości. Oczywiście aktualna żonę też kocha, ale jedno drugiego nie wyklucza. Ma nawet zamiar napisać ”Seksualną biografię mojej żony”, ale ten pomysł Eugene’a Poty (tak się nazywa wprowadzony na karty powieści pisarz) nie każdemu przypada do gustu. Żonie też nie.
Dodajmy, że pisarz jest stary, sławny, nagradzany, ale to wszystko mu nie wystarcza. Chce wydrukować powieść, która rzuci czytelnika na kolana, a reżyserów rzuci na ten materiał do sfilmowania. Kiedy mu nic nowego nie przychodzi do głowy, postanawia wykorzystać już zaistniałe w literaturze wątki, motywy, a także osoby. Na przykład wykorzystać na nowo Tomka Sawyera. Albo spór trzech bogiń o to, która jest najpiękniejsza. Albo sytuację, w jaką wplątał się Abraham, gotów oddać na ofiarę syna Izaaka.
Nic z tych pomysłów nie wychodzi. Bo wcześniej były wykorzystane przez innych w sposób optymalny. Eugene przywołuje w pamięci wielkich pisarzy. Zastanawia się, którzy zdobyli sławę i bogactwo, a odeszli w blasku, otoczeni podziwem i uwielbieniem. No i zaczyna po kolei wymieniać: ten nie zdobył bogactwa, inny zwariował, jeszcze inny wpadł w nałogi, jeszcze inny popełnił samobójstwo. Mniejsza o nazwiska. Rzecz w tym, że literatura daje marny i niepewny kawałek chleba, co jakiś autor zacznie świecić sławą, zaraz pojawiają się młodsi, bardziej dynamiczni, przyćmiewający wszystkich naokoło.
Nie, to nie dla mnie. Heller napisał „Portret artysty” przed śmiercią, ale nie zdążył wydać. Opublikowano ją dopiero w jakiś czas po jego zgonie. Wydawca uznał, że to powieść autobiograficzna. Że autor przyznał się do nienasycenia, jakie całe życie trawi pisarza. I dostarcza rozmaitych duchowych cierpień, rodzi frustracje i zawody.
Dobrze, że przeczytałem „Portret artysty”. Dowiedziałem się, że każdy pisarz to albo wariat, albo psychol, że na literaturze nie zbiję kokosów, nie wymyślę nic nowego i narażę się na męki twórcze, z których nic nie wyniknie. Więc zostanę dalej hydraulikiem, krany zawsze się psują, nowe domy wymagają instalacji wodno-kanalizacyjnych, roboty nie zabraknie. A piszę to wszystko po to, żeby innym amatorom twórczości pisarskiej wybić ten pomysł z głowy. Gdyż wymyślić coś nowego jest naprawdę trudno, a może wręcz – po prostu niemożliwe. Więc Heller napisał powieść o pisaniu, a właściwie o niemożności stworzenia czegoś nowego, odkrywczego. Bo już wszystko było.

Joseph Heller „Portret artysty” (Portrait of an artist as an old man), z angielskiego przełożył Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2001.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Robert Bogusłowicz - Powrót tradycji



Już trzysta lat temu, kiedy nasi sarmaci popijali wina przy stole i gorąco rozprawiali o polityce i sztuce, niekiedy nie mając o tym zielonego pojęcia, ważna była wymiana myśli. Kontakt między ludźmi pozostawał i nadal pozostaje cząstką kultury, tak było u Greków, którzy zbierali się wieczorami przy ognisku i recytowali poezję, tak też było w XVIII i XIX wieku, kiedy powstały u nas „salony literackie”, a co nasi zachodni sąsiedzi nazywają „Musenhöfe”.

W nawiązaniu do XIX-wiecznej tradycji i obyczajów mieszkańca domu w Jagniątkowie, Gerharta Hauptmanna, do którego przyjeżdżali artyści, aby chodzić na piesze wędrówki po Karkonoszach, a wieczorami polemizować z najnowszymi trendami sztuki i słuchać muzyki, Dyrektor Muzeum Miejskiego „Dom Gerharta Hauptmanna”, Pani Julita Zaprucka, 27 marca 2015 roku otworzyła wystawę „Salony i dworki literackie po obu stronach Odry” („Salons und Musenhöfe beiderseits der Oder“). Przywitała gości przybyłych z Niemiec i Polski: Jensa Baumanna z Saksońskiego Ministerium Spraw Wewnętrznych; dr Wolfganga de Bruyn, dyrektora Muzeum Kleista we Frankfurcie nad Odrą; Hansa Jürgena Rehfelda z Muzeum Kleista; dr Hannahe Lotte Lund, kurator wystawy; Anette Handke z Muzeum Kleista; Sławomira Tryca, ze Szkoły Wyższej Zittau-Görlitz i Uniwersytetu Wrocławskiego oraz współpracownika naukowego Domu Muzeum Gerharta Hauptmanna; Irenę Kempisty – Panią Naczelnik Wydziału Kultury i Turystyki w Jeleniej Górze; Janinę Peikert - Panią Rektor Uniwersytetu III wieku w Jeleniej Górze oraz przedstawicieli Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej.

Spotkanie rozpoczęło się od występu muzycznego młodej pianistki, Alicji Krajewskiej, następnie dr Wolfgang de Bruyn przypomniał, że pomysł wystawy zrodził się w kotlinie freienwaldzkiej Kunersdorfie; gdzie postanowiono zbadać ten dawno zaniedbany fenomen towarzyskiego spędzania czasu, który jest pierwowzorem dzisiejszych form kulturalnych. Dr Hannah Lotte Lund w swoim wykładzie zwróciła uwagę, że począwszy od 1780 roku, czyli od rewolucji francuskiej a później poprzez kolejne rewolucje roku 1830, pojawia się społeczne i kulturalno-historyczne zjawisko, które ani wcześniej, ani później w takiej formie już nie zaistniało, a co nazywano wtedy „wolną towarzyskością”.

Po obu stronach Odry, od Nennhausen po Tamsel/Dąbroszyn i Ziebingen/Cybinkę rodziny szlacheckie umożliwiały rozwój życia towarzyskiego; zimą chętnie spotykano się w miastach, natomiast miesiące letnie wykorzystywano do zapraszania wybranych gości do dóbr wiejskich. Dla berlińczyków Śląsk i Karkonosze były o tyle szczególne, że były najszybciej osiągalne; ich opis pojawia się często w pamiętnikach. „Rozciągały się na horyzoncie jak czarny tiul. (…) oczarowały mnie bardziej niż wszystko inne, nawet większe, co widziałem wcześniej.”, pisał Joseph Mendelssohn, syn wielkiego filozofa Mosera Mendelssohna.

Listy Raheli Levin Vernhagen do jej przyjaciół na temat podróży na Śląsk w 1794 roku, czytane przez dr Hannahe Lotte Lund i Anette Handke świadczą o tym, że spotykano się chętnie, ale i o tym, że aby tego dokonać, należało przemieścić się z punktu A do punktu B. Niewielu dziś pamięta, ale ówczesne wojaże nie należały do najbezpieczniejszych. Jeszcze w roku 1785 Prusy nie dysponowały żadną utwardzoną drogą. Pierwsza szosa powstała w 1800 roku i prowadziła z Berlina do Poczdamu, wszędzie indziej były drogi piaskowe. Pomimo tych trudności i niebezpieczeństw - podróżowano.
Baron Adolph von Knigge, który opisał wszystkie sytuacje, jeśli chodzi o obcowanie z człowiekiem, twierdził, że podróżowanie wzmaga towarzyskość „W podróży potrzebna jest cierpliwość, odwaga, dobry humor, zapomnienie o wszystkich domowych sprawach i nie można dać się zniechęcić małym, złośliwym niedogodnościom, złej pogodzie, niesmacznemu jedzeniu itd. - podróżowanie czyni towarzyskim; poznaje się w ten sposób ludzi, których w normalnych warunkach nigdy nie wybralibyśmy na swoich towarzyszy; nie ma tu też żadnych złych skutków, ale nie muszę chyba przypominać, że z tym obdarzaniem kogoś obcego w podróży zaufaniem trzeba uważać, by nie wpaść przez to w ręce różnej maści oszustów i złodziejaszków”. Można śmiało powiedzieć, że rada barona pozostaje do dziś aktualna.
Przy okazji warto wspomnieć, że Pani Zofia Prysłopska – Prezes Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej wielce sobie ceni podróże, zwłaszcza do miejsc, związanych z europejską historią literatury i organizuje je z wielkim nakładem starania, przygotowując uczestnikom tych wypraw spore pule wiedzy na temat miejsc, które będą odwiedzane. Warsztaty literackie inspirowane miejscem docelowym podróży, owocują każdorazowo edycją książkową.

Otwarcie wystawy zwieńczyły rozmowy w sali kominkowej, gdzie Gerhart Hauptmann słuchał muzyki i kłócił się z adwersarzami o idee. Historia zatoczyła koło. Dziś można zobaczyć, skąd wziął się ten początek.

Wystawę, którą można oglądać do końca sierpnia, dofinansowano ze środków budżetu Miasta Jelenia Góra, Saksońskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Dreźnie oraz Związku Towarzystw Literackich i Miejsc Pamięci (ALG) (Arbeitsgemeinschaft Literarischer Gesellschaften).

Dyrektor Domu Muzeum Gerharta Hauptmanna, Pani Julita Zaprucka

Dyrektor Muzeum Kleista dr Wolfgang de Bruyn
Goście z Niemiec

dr Hannah Lotte Lund

Anette Handke i dr Hannahe Lotte Lund

Maria Suchecka i Halina Burkowska

Dyrektor Julita Zaprucka i Sławomir Tryc





Janina Peikert

Alicja Krajewska

Jens Baumann i Dyrektor D.G.H, Pani Julita Zaprucka



grupowe zdjęcie organizatorów wystawy

katalog wystawy






poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Turniej Poetycki z okazji 10-lecia Muzeum Dom Gerharta Hauptmanna

Ogłoszenie o konkursie na wiersz

przeczytaj i weź udział, nie wahaj się, choć komunikat trochę wyszedł przydługi
Szanowni Państwo!

Zapraszamy do udziału w Turnieju Poetyckim z okazji 10-lecia Muzeum Dom Gerharta Hauptmanna w Jeleniej Górze (Jagniątków). Hasło przewodnie: POECI DLA MUZEUM!
Jesteśmy współorganizatorem Turnieju.

Tematem konkursu jest szeroko pojęta europejska integracja kulturowa, z podkreśleniem roli Dolnego Śląska, a szczególnie rejonu Karkonoszy. Z okazji 10-lecia Muzeum zaprasza poetów do kreacji literackich z „Inspiracji Willi Wiesenstein”. Konkurs ten wpisuje się w program działania Muzeum oraz naszego Stowarzyszenia, które w 2015 roku realizuje program pt. Fedor Sommer i jego rola w kulturze Dolnego Śląska.
Dolny Śląsk pełen kultury, Muzeum DGH – miejsce szczególne, dialog kultur, położenie geograficzne, sprzyjające spotkaniom pełnym życzliwości i otwartości na innych.

Termin nadsyłania utworów – 10 maja 2015 roku. Można przyjść z wierszem do Muzeum w dniu 16 maja, jednak nie gwarantujemy udziału w szrankach poetyckich, natomiast pozostaje szansa na zakwalifikowanie utworu do druku. Wiersze prosimy przysyłać pocztą zwykłą na adres Muzeum lub pocztą elektroniczną na maila Stowarzyszenia: kontakt@strumienie.eu

Forma: wiersze, do 3 od jednego autora, zapisane na papierze, na nośniku elektronicznym, przysyłane pocztą eletroniczną lub zwykłą. Wyjątkowo przyjmiemy także rękopisy od osób starszych (75 lat i więcej). W przypadku zachowania formy papierowej prosimy o dostarczenie po 3 egz. każdego utworu.

Rozstrzygnięcie konkursu: w dniu 16 maja 2015 roku podczas Nocy Muzeów, w Domu Gerharta Hauptmanna, adres:
Muzeum Miejskie
Dom Gerharta Hauptmanna
ul. Michałowicka 32
58-570 Jelenia Góra
tel: +48(0)75- 755 32 86
fax: +48(0)75- 755 63 95
www.muzeum-dgh.pl

Oceny utworów dokona jury powołane przez Zarząd Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej i  Muzeum.

Nagrody: zwycięzcy otrzymają nagrody ufundowane przez Muzeum. Dodatkową nagrodą będzie zakwalifikowanie do druku w pokonkursowym almanachu i pamiątkowy egzemplarz tego almanachu (wysłany do autora w późniejszym terminie z przyczyn oczywistych).

Zapraszamy do udzialu w konkursie. Prosimy o przekazanie informacji dalej, opublikowanie w mediach.

Zofia Pryslopska
Stowarzyszenie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej
Jelenia Góra - Wrocław

piątek, 10 kwietnia 2015

Grzegorz Trop - Zmieniłem zdanie

Już myślałem, że odniosę do biblioteki powieść Susan Wiggs „A między nami ocean”. Myślałem sobie, po co mi takie harlekinowe czytadło. Jest małżeństwo, dwadzieścia lat po ślubie, ona, czyli Grace, zaczyna być niezadowolona, ale sama nie wie, dlaczego, choć jej mąż przystojny, kochający, świetny partner w łóżku, na dodatek oficer na lotniskowcu, rokujący, że niebawem zostanie dowódcą. Myślałem sobie – o co tej babie chodzi? Ma za dobrze, a autorka nie ma pomysłu na rozwój akcji. Już myślałem, że bohater utnie sobie romans z reporterką, która dostała pozwolenie, by na lotniskowcu nakręcić reportaż o służbie amerykańskiej armii. Ale bohater, czyli Stew ani na chwilę nie zawiesił na niej swojego oka tak, jak to robią mężczyźni, kiedy lęgną im się pod czaszka kudłate myśli.
Kiedy już miałem, nic nie mówiąc żonie, wymienić powieść na coś innego, bo to ona pożyczyła „A między nami ocean”, zaczęło się dziać coś naprawdę ciekawego. Po pierwsze pojawiła się pierwsza żona Steva, o której nie pamiętał i, o której jego rodzina nie miała pojęcia. Jakby tego było za mało, okazało się, że jest na świecie fajny chłopak Josh, z tego krótko trwającego związku, a nie dość, że fajny, to na dodatek ma pełnić służbę na lotniskowcu, gdzie jego biologiczny ojciec ma zostać dowódcą. Rzecz w tym, że pierwsza żona Steva poszła w długą i zainstalowała się przy innym mężczyźnie, nic nie mówiąc temu pierwszemu, że jest w ciąży. A ten drugi okazał się świetnym ojcem dla jej synka. Ten był na miejscu, ona nie miała cierpliwości, żeby tygodniami i miesiącami czekać na powrót z akcji oficera.
Krótko mówiąc, pomieszanie z poplątaniem, silne emocje, powody do zazdrości, ocieranie się o zdradę, kłopoty z dorastającymi dziećmi i nieoczekiwany splot dramatycznych wydarzeń za powiedzianych już na początku. I cały majstersztyk konstrukcji powieści polega na tym, że chociaż na samym początku czytelnik dowiaduje się, że na lotniskowcu zdarza się katastrofa, cofanie się wstecz i odtwarzanie zdarzeń, jakie poprzedziły wypadek, okazuje się po prostu fascynujące. A moja żona w pewnym momencie, nie powiem w którym, aż się poryczała i zapłakała kilka stron powieści oraz dywan koło fotela, na którym lubi czytać.
Więc powiem szczerze, że nie trzeba zniechęcać się niezbyt dynamicznym i trochę ckliwym, niekonkretnym początkiem powieści. Potem akcja rozwinie się wartko i doprowadzi do kulminacji po prostu fascynującej. Dlatego z czystym sumieniem polecam książkę, do której się na początku tak zniechęciłem.

Susan Wiggs „A między nami ocean”, tytuł oryginału „The Ocean Between Us” przełożyła Barbara Kośmider, Wydawnictwo Harlequin Warszawa 2012.

środa, 11 marca 2015

Bartek Gorzęcki - Psychokryminał

W tytule wstawiłem taki wymyślony neologizm, bo nie wiem, jak określić rodzaj powieści, którą chcę zarekomendować. Czy to jest kryminał, czy książka psychologiczna? A może powieść dla młodzieży? Bo na dobrą sprawę i tak mógłbym ją zakwalifikować, nie zaglądając do Internetu, co inni piszą o „Piątym sekrecie” Joanny Hines.
No bo tak - niby zamężna i dzieciata bohaterka jest zarazem narratorką, ale spore kawałki powieści to opis zdarzeń, w jakich uczestniczą dzieci. I ten świat dzieciństwa jest bardzo fajnie pokazany: zabawy, gry, dominowanie jednych nad drugimi, fascynacja kimś, kto przewodzi. Nieśmiałość dziecka zakompleksionego i zagubionego, arogancja i pewność siebie zarozumiałego malca.
Powieść jest tak skonstruowana, że to, co zaistniało w dzieciństwie, okaże się bardzo ważne w życiu dorosłych i wyzwoli tok zdarzeń, jakich bohaterka nie oczekiwała. Ona i jej mąż spełniają swoje ekomarzenie: prowadzą ogród z sadzonkami. Ma to przynieść dochody, ale nie przynosi, takie jest prawo rynku, raz na wozie, raz pod wozem. Do interesów, zwłaszcza w ogrodnictwie, trzeba mieć głowę, pracowitość i cierpliwość. Ta para jednak nie idzie w zgodnym zaprzęgu. W tym duecie nierówno kroczą Owen, który jest doskonałością i narratorka, Jane, która bez przerwy ma mu coś za złe, a najbardziej wścieka ją delikatność, pracowitość, wytrwałość i cierpliwość męża wobec dzieci i jej samej. Można mniemać, że Jane żyje w przekonaniu, że nie zasługuje na takiego faceta, a ten ożenił się z nią ze współczucia po śmierci brata Jane. Gdyż Owen, Jane, a także Esme, Rob i Lucien, ten nieżyjący brat, to właśnie gromadka dzieciaków, która spędzała wakacje w magicznym miejscu rodzinnego domu Esme. Ich „wodzem” był Lucien, a Owen go uwielbiał, podobnie jak reszta świata. Nieraz inicjował zabawę w sekrety. Każde dziecko z tej gromadki musiało wyjawić jakiś sekret. Cała czwórka wysilała się, żeby zaszokować resztę, a Lucien, pomysłodawca, nigdy nie wyjawił swojego sekretu. I oto po latach natarczywie domagają się odpowiedzi pytania: jaki to był sekret? Dlaczego Lucien tragicznie zginął mając zaledwie 26 lat i wspaniałości życia przed sobą? Kto i dlaczego zaatakował Esme w jej własnym mieszkaniu, która od pół roku żyła w szczęśliwym związku z Robem? Czy rozpadnie się trzeszczące małżeństwo Owena i Jane? By znaleźć odpowiedzi na te intrygujące pytania, należy wziąć do ręki powieść, zaludnioną tymi postaciami. Nie sądzę, by ktoś nudził się przy jej lekturze.
x
(The Fifth Secret), tłum. z angielskiego Urszula Gardner, Wydawnictwo ”Książnica”, Katowice 2006.

wtorek, 10 marca 2015

Dzień Kobiet w Domu Gerharta Hauptmanna w Jagniątkowie

Fotoreportaż
Dzień Kobiet - Spotkanie w Muzeum Hauptmanna (reportaż)


Dyrektor Domu Muzeum G. Hauptmanna, Pani Julita Zaprucka wita gości
Anna Patrys sopranistka dramatyczna

od lewej, poetki ze Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej Ewa Pelzer i Grażyna Stadnik
po prawej, poetka ze Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej, Urszula Musielak



poetka ze Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej, Barbara Pawłowicz
dr Katarzyna Konarska
Kustosz Muzeum Karkonoskiego Elżbieta Ratajczak
po lewej, w środku poeta ze Stwarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej Magdalena Szczębara

Dyrektor Muzeum Domu Hauptmanna, Pani Julita Zaprucka w rozmowie z Panią poseł Zofią Czernow
liczni goście wypełniają Halę Rajską


po lewej Alicja Krajewska, pianistka
zaproszeni goście
pianistka Alicja Krajewska
Urszula Musielak

Poetka ze Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej Marylka Pastor

goście ze Stowarzyszenia W Cieniu Lipy Czarnoleskiej





Państwo Pawłowicz


Przewodnik po muzeum Pan Łukasz Kwietnicki



16 marca 2015 r. - Spotkanie z cyklu “ars poetica” ze współautorką książki - Jolantą Stopką







czwartek, 26 lutego 2015

Grzegorz Trop „Sięgnąć po świetnego autora”

Żonie zachciało się placków kartoflanych, więc tarkuję ziemniaki i łowię uchem audycję radiową na temat zdarzeń literackich. Wtedy to dowiaduję się, ze Piotr Wojciechowski to wedle redaktora największy współczesny prozaik. Największy, a ja go nie mam na półce. Niebawem Dzień Kobiet, moja lepsza połowa sprasza swoje koleżanki, a tymczasem ja nie mam na mojej półce z książkami ani jednej pozycji tego autora. Ledwie skonsumowaliśmy zamówione placki, wyruszyłem do biblioteki. I od razu zdjąłem z półki dwie powieści tego autora.
Zacząłem czytać w takiej kolejności: najpierw „Szkołę wdzięku i przetrwania”, bo wcześniej wydana, a potem „Próbę listopadową”. Miał rację ten redaktor od kultury. Pierwszą powieść czytałem jednym tchem, od czasu do czasu zaśmiewając się do rozpuku albo tylko uśmiechając się pod nosem. Ależ to kapitalna opowieść. Otóż są czasy buchającej przedsiębiorczości prywatnej. Niektórzy już nie wiadomo jak zbili majątki. Niektórzy maja genialne pomysły, ale bez talentu na pomnażanie grosza. Zakładają firmy, spółki, zaciągają kredyty, wyszukują frapujące nazwy. Jest dynamicznie, miło, czasem niebezpiecznie, czasem lekko i przyjemnie, a w tym inicjatywnym ludku krąży Ania Podbipięta, nawet herbowa, pieczętująca się, jak mówił jej dziadek, KITAWRASEM, bo oni nie z tych z Litwy herbu Zerwikaptur, jak niejeden czytelnik zapamiętał z lekcji polskiego. To pryncypałom pasuje, ale rzecz w tym, że imię brzmi pospolicie, nie chwyci za przynętę, więc nadają jej imię Glorenda de Soto. Bo to brzmi melodyjnie, zagranicznie, a kojarzy się z południowoamerykańskimi serialami. Otóż Glorenda jest panną majętną, miliony na czesne to dla niej małe piwo, a te miliony pozwolą założyć Szkołę Wdzięku i Przetrwania, a na dodatek pokryć bieżące zobowiązania firmy, która uczelnię powołała do istnienia.
Wiele rzeczy będzie się działo na kartach tej książki. Pojawią się i mafiozi (w tym skośnoocy) zza wschodniej granicy ściągający haracze z handlarzy na stołecznym stadionie, odżyją solidarnościowe kontakty z podziemia, relikty komuny będą mieszać się z wyznacznikami nowych, wolnych czasów. A gdzie diabeł nie może, to babę pośle, czyli Glorendę, która bije ich wszystkich lotnością umysłu, refleksem, inteligencją i sprytem. Jak czytelnik chce wiedzieć więcej albo odnaleźć się w pysznie namalowanej galerii postaci, niech sobie pożyczy książkę.
Ja teraz przenoszę się w czasy późniejsze. I środowiska inne. Tam byli szybcy dorobkiewicze, ludzie biznesu, tutaj, czyli w drugiej powieści „Próba listopada” mamy zupełnie inne rewiry. Tu wiruje świat artystów, redaktorów, reżyserów, scenografów. Wszystko obraca się wobec duetu Olaf i Sylwia. Oczywiście tworzą wolny związek, gdzie tam jakieś małżeńskie stadło, model zwietrzały i niepraktyczny. Ona jest psychoterapeutką, on to autor scenariuszy. Powieść jest tak napisana, ze na początku nie wiadomo, czy akcja dotyczy tych dwojga, czy też rozgrywa się na stronach scenariuszy, które Olaf albo pisze sam, albo rzuca inspirację swoim studentom, a ci dopisują dalszy ciąg napoczętego scenariusza. A w tych scenariuszach jest kawał prawdy o życiu, jaki buszuje już dobrą dekadę po transformacji. Ta akcja rozerwana na właściwy wątek i na rozliczne scenariusze, w które wnikają wątki autentyczne, czyli czerpane z tego zasadniczego, trudna jest do prześledzenia, ale gimnastykuje umysł i pobudza wyobraźnię. Gorąco polecam. Szkoda, że na bibliotecznej półce nie było głośnej powieści Piotra Wojciechowskiego „Czaszka w czaszce”, ale nie wcześniej, to później wytropię i te pozycję tak wysoko ocenionego i nagradzanego pisarza.
Piotr Wojciechowski Szkoła wdzięku i przetrwania, Oficyna Wydawnicza AGAWA Warszawa 1995, „Próba listopada, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa,2000r.

czwartek, 19 lutego 2015