wtorek, 25 czerwca 2019

Jadwiga Wierzbiłło - poleca


Kiedy mężczyzna dużo starszy od partnerki



Niektórzy faceci unikają mnie jak ognia. Nie trawią głoszonych w ich obecności poglądów, że w układzie damsko-męskim ona powinna być starsza od niego. Lubię rozwijać tę myśl dodając, że mężczyźni szybciej się starzeją, częściej chorują, łysieją, brzydną i wyprzedzają swoje partnerki w szybkiej wędrówce na tamten świat. Mam na to taki dowód, że na liście singielek mam więcej pozycji damskich, a lista singli jest znacznie szczuplejsza. Prowadzę taką statystykę, bo czasami mam kaprys wyręczania biura matrymonialnego i kojarzenia par. Niestety jest to zadanie coraz trudniejsze, bo lista panów do wyswatania kurczy się. Natomiast czas dla kobiet potrafi się zatrzymać dzięki farbom i lakierom do włosów, dzięki szminkom, podkładom, pudrom i innym kosmetykom, a także salonom urody.
Dziś jednak zrehabilituję się w oczach tych, którym potrafię dopiec do żywego twierdząc, że mężczyzna powinien być młodszy od kobiety, i zarekomenduję powieść, w której mężczyzna jest dwa razy starszy od ukochanej. I jest tak, że prawdą w tym przypadku okazuje się fakt, że mężczyźni zachowują długo formę, o czym utwierdzają świat pokolenia płci brzydkiej. Powieść Sandry Brown ma niezbyt porywający tytuł „Następny świt”, ale zapewniam, że napisana jest wartko, obfituje w liczne dialogi, kryje tajemnice i zagadki, trzymając czytelnika w napięciu do ostatnich stron. Ta pisarka jest autorką ponad 70 romansów, powieści kryminalnych i historycznych, jej książki były wydane w ponad 80 milionach egzemplarzy, a tłumaczone na ponad trzydzieści języków. I coś w tym musi być, bo wybrany przeze mnie egzemplarz był mocno „zaczynany”, a kiedy próbowałam przedłużyć termin oddania, pani w bibliotece powiedziała, że jest to niemożliwe, gdyż już ktoś na tę powieść czeka.
Nie rozczaruje się ta osoba z kolejki. Bohaterka Banner już w kościele gotowa do ślubu musi przeżyć szokującą niespodziankę. Pada strzał, nikt nie ginie, ale okazuje się, że ojciec innej dziewczyny nie chce dopuścić do tego mariażu, gdyż narzeczony zniewolił jego córkę i ta jest brzemienna. Zatem ją powinien poślubić, by zmyć hańbę. Hańba natomiast pokryje zdradzoną dziewczynę. A w jej obronie stanie przyjaciel rodziny, znający pannę od dziecka i zakochany platonicznie w jej matce. Ma na imię Jake. Jest od Banner dwa razy starszy. Szalenie przystojny, powiedzielibyśmy dziś – wysportowany, w powszechnej opinii – zabijaka, hulaka, kobieciarz, odwiedzający co lepsze teksaskie burdele, mężczyzna, któremu kobieta nie może się oprzeć. Jednak w miarę czytania powieści dowiadujemy się o innych jego cechach, o naturze szlachetnej i nawet czystej. Potrafi być czuły, opiekuńczy, odważny i bezkompromisowy. Zdobywa serce młodziutkiej dziewczyny tak szybko, że to zmutowane uczucie, zmutowane, bo wcześniej kochała go jak starszego brata i przyjaciela, ruguje doświadczony zawód i upokorzenie niedoszłego ślubu.
Prawdę mówiąc ktoś, kto lubi erotykę, tak zwane momenty, znajdzie w tej książce wiele sytuacji, które pokazują, czym jest seks, jak zbliża mężczyznę i kobietę, ile daje szczęścia i radości. Seksu jest w tej powieści bardzo dużo, ale mowa jest o tej sferze ludzkiego życia z wielką delikatnością.
Z powodu wartkiej akcji, warstwy psychologicznej, elementów sensacyjnych, smaczków obyczajowych z czasów, kiedy nie znano automobilów ani telefonów (ale pociągi już jeździły) jest dostatecznie dużo, by z zainteresowaniem chłonąć opisy życia w większych i mniejszych farmach, w miastach, które były etapami przegonów wielkich stad i miejscem rozrywki kowbojów. Świetna lektura na urlopowe wieczory.

Sandra Brown „Następny świt”, tłum. z języka angielskiego Franciszek Skomski, Świat Książki, Warszawa 2016.

czwartek, 20 czerwca 2019

Maria Suchecka - poleca

Na serio



Kiedy piszę ten tekst, jest środa poprzedzająca katolickie święto Boże Ciało. Jutro tłumy ludzi wyjdą na ulice. Na oknach i balkonach pojawią się udekorowane obrazy świętych, najczęściej Chrystusa i Matki Bożej, a w czterech miejscach parafialnego terenu będą na uczestników procesji czekały zaimprowizowane polowe ołtarze obowiązkowo z brzózkami, a których po przejściu procesji będą ubywały gałązki. Przyniesione do domów, w przekonaniu tych, którzy je ułamali, będą emanować błogosławieństwem, jakie niesie ten dzień. Boże Ciało przypomina, że ukrzyżowany Chrystus zmartwychwstał i pozostał, jak zapowiedział w przeddzień egzekucji, wciąż żywy pod postaciami białego opłatka i wina. Tego dnia, kiedy ustrojone na biało dziewczynki w swoich pierwszokomunijnych sukienkach sypią kwiatki, manifestuje się jedność ludzi Kościoła. Manifestuje się okazale i uroczyście. Najpewniej w niektórych mediach to religijne misterium zostanie ośmieszone, jak wszystko, co ma związek z wiarą i Kościołem jako instytucją.
W tym właśnie klimacie chcę zarekomendować zbiór reportaży „Dotknij Boga” Patryka Świątka, który w podtytule, na okładce dodał: w poszukiwaniu ludzi, którym pozostało tylko szczęście. Narrator, czyli autor, który prowadzi ustabilizowane życie, ma pracę, mieszkanie, dochody i wszystko, co daje poczucie pewności losu, zostawia samochód, pieniądze, karty bankomatowe, zabiera tylko plecak i namiot, by wyruszyć przed siebie i sprawdzić, czy można powierzyć się Bożej Opatrzności. I by trafić do ludzi, którzy znaleźli się na dnie egzystencji, a jednak żyją, mają co jeść, choć może spożywają posiłki nieregularnie, mają dach albo most nad głową, albo parę gratów, starych kołder i spirytusowy prymus, ustawionych pod prowizorycznym daszkiem w jakimś zagajniku.
Narrator ufa, że jakieś drzwi się przed nim otworzą. I czasami się otwierają, a czasami nie, wtedy rozbija swój namiot i czeka na znak Opatrzności. Trafia do przytułków, prywatnych domów opieki, klasztorów i innych trudnych do nazwania domostw, które dają schronienie tym, którym nie zostało nic, poza uczuciem szczęścia, zyskanego dzięki odkryciu Boga. A Bóg objawia się im w postaci dobrych ludzi, konsekrowanych i świeckich, wolontariuszy, zapaleńców, którzy naśladują Brata Alberta, choć mija wiek, od kiedy ten święty, były uczestnik Powstania Styczniowego, oddał swoje życie tym sponiewieranym poprzez los. Chrystus powiedział: „Ubogich zawsze mieć będziecie” i nie ma takiego systemu, kraju, gdzie ubóstwo zostałoby doszczętnie wyeliminowane.
Piotr Świątek spotyka byłych więźniów, nawet takich po odsiedzeniu najcięższych wyroków, narkomanów, alkoholików, bezdomnych, bezrobotnych, niepełnosprawnych. Tam, gdzie się znajdują, nikt nie pyta o przyczyny, które spowodowały ich totalną społeczna degradację. Nikt nie osądza, w swoim czasie zostali osądzeni i zapłacili to, co byli winni prawu. A niektórzy nie prosili się o swoje inwalidztwa, upośledzenia fizyczne czy umysłowe, tacy przyszli na świat i takimi są akceptowani przez opiekunów. Akceptowani to za mało powiedziane. Są darzeni szacunkiem i miłością, a choć może ktoś powiedzieć, jakie to nieracjonalne, niewychowawcze, to oni wiernie słuchają słów powiedzianych dwa tysiące lat temu: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili”. Więc wsadzają do wanny, żeby wyszorować narosły brud, kupują preparaty, żeby wspólnocie rezydującej pod mostem wyplenić wszawicę, ruszają rankiem do pracy, żeby zarobiony grosz przeznaczyć na prąd, gaz, wodę, chleb, sól, kasze, mąkę, świece do ołtarzy w ubogich kaplicach, cement do remontu przekazanych zrujnowanych domów, które stają się schronieniem dla tych wykluczonych i to wszystko, co potrzebne jest do wykarmienia kilku czy kilkudziesięciu ludzi. Kiedy trafia w takie miejsce zupełnie zdegradowany narkoman, który zna wszystkie sztuczki, jak wywieść w pole kontrolujących, przez pewien czas nie zostaje sam ani chwili. Towarzyszy mu opiekun, taki, który sam był na dnie i który się wydźwignął. Jego nie da się oszukać. Tutaj nie można ćpać, pić, oszukiwać, tutaj trzeba wykonywać nałożone obowiązki. Są zakazy, których złamanie oznacza wykluczenie ze wspólnoty.
Autor jeździł stopem, pomagał w tych domach ostatniej szansy, zawierał przyjaźnie z niedawnymi narkomanami czy aresztantami, poznawał ubogi język gestów i słów upośledzonych umysłowo. Poznawał źródło ich poczucia radości i szczęścia.
Jeśli ktoś myśli, że mu źle na świecie, jeśli ktoś ubolewa nad sobą, niech weźmie tę książkę do ręki, a zapewniam, że poprawi mu się nastrój i odkryje wszystkie plusy swojej egzystencji.

Patryk Świątek „Dotknij Boga”. W poszukiwaniu ludzi, którym postało tylko szczęście. Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.

piątek, 14 czerwca 2019

21 czerwca 2019 r. (piątek), godz.17.00. spotkanie z

  Jackiem Bierutem i Tomaszem Ważnym



JCIiER Książnica Karkonoska oraz Wydawnictwo j zapraszają na spotkanie autorskie „Pytanie za pytanie” z jeleniogórskimi twórcami - Jackiem Bierutem i Tomaszem Ważnym.

Jacek Bierut - prozaik i poeta, autor pięciu powieści (m.in. „Powstanie Grudniowe”, „Hajs”, „Pornofonia”) oraz trzech tomów wierszy (najnowszy „Frak człowieka”). Publikował w „Odrze”, „Kresach”, „Czasie Kultury”, „Akcencie”. Laureat nagród literackich. Jego książki były nominowane do nagrody Silesius, Angelus i in. Obecnie mieszka we Wrocławiu.

Tomasz Ważny - poeta mieszkający w Jeleniej Górze. Debiutował tekstami poetyckimi w piśmie „Pro Libris” w roku 2002. Był finalistą organizowanego przez Biuro Literackie projektu Połów dla autorów przed debiutem książkowym. W roku 2019 nakładem Wydawnictwa j, ukazała się książka poetycka „Godzina wychowawcza” będąca debiutem autora.

21 czerwca 2019 r. (piątek), godz.17.00.
Sala konferencyjna Książnicy Karkonoskiej (III p.) ul. Bankowa 27


wtorek, 28 maja 2019

Daniel Rzepecki - poleca

Świetne pióro aktora 




Zacząłem czytać książkę Jana Nowickiego "Mężczyzna i one" i po kilkunastu stronach pomyślałem sobie, że zwrócę do mojej biblioteki, nie czytając dalej. Gdybym tak zrobił, popełniłbym wielki błąd. Mam taki zwyczaj, że skoro zacząłem czytać jakąś pozycję, to warto kontynuować, bo przecież ktoś ją oceniał, kwalifikował do druku, więc zapewne jest w niej określona wartość. I rzeczywiście, książka wciągała coraz bardziej. Trudno uwierzyć, że ja stary chłop wzruszyłem się do łez. Mało tego, z pudełka, gdzie moja oszczędna żona gromadzi czyste kartki na jakieś notatki, zabrałem kilka, żeby zaznaczyć co celniejsze fragmenty, a potem je zacytować.
Jest to książka wielogatunkowa. Zawiera wywiady przeprowadzone przez Katarzynę Zimmerer zamieszczone w „Zwierciadle”, odpowiedzi aktora na listy czytelniczek kierowane do niego przez czytelniczki tego tygodnika, felietony Jana Nowickiego publikowane w „Gazecie Krakowskiej” a także we „Wróżce” oraz teksty piosenek, do których melodie skomponował Jan Kanty Pawluśkiewicz.
I co się okazało? Jan Nowicki jest świetnym publicystą, wrażliwym lirykiem, przenikliwym psychologiem. Powiada w jednym miejscu, że kiedy się jest aktorem, to poznaje się ludzką psychikę, rozmaite charaktery, różne sposoby reagowania, wszystko, co w człowieku bywa anielskie albo diaboliczne. No i nie ma co się dziwić, że w cyklu felietonów „Ja, diabeł”, narratorem jest Roseb, bo tak po węgiersku brzmi nazwa złego ducha. No i te felietony cechuje niezwykła przenikliwość psychologiczna. Roseb nie ma litości dla niedoskonałej i podatnej na zło natury ludzkiej. Obnaża wszelki fałsz, zakłamanie, faryzeizm.
I w momencie, kiedy zamierzałem sypnąć tymi znakomitymi cytatami, kartki zakładki wysypały się, jakby Roseb nie chciał, żebym rekomendował książkę, posiłkując się słowami Jana Nowickiego. Została tylko kartka, zaznaczająca jego definicję miłości. „Miłość najbardziej sprawdza się w tolerancji i wybaczaniu.” Czyż to nie jest mądre?
No i wysunęła się jeszcze jedna karteczka. W tym miejscu autor nakłania, byśmy potrafili patrzeć na siebie obiektywnie. Patrzeć na prawdziwy obraz, jaki pokazuje lustro. Ono wystawia świadectwo „naciągane, smutne, radosne… a spojrzenie na siebie powinno prowadzić do odkrywania własnej niedoskonałości”.
Idę spojrzeć w lustro.

Jan Nowicki „Mężczyzna i one”, BELLONA, Warszawa 2012 r.

wtorek, 21 maja 2019

Rafał Brzeski - poleca

Czysta poezja


         
Już dawno nie miałem w ręku takiej wielowątkowej, wielopłaszczyznowej powieści. Jest napisana tak niezwykłym językiem, że niekiedy zastanawiałem się, czy to proza, czy poezja. Dlatego tę rekomendację opatrzyłem powyższym tytułem.
W książce, bo o niej mowa, „W poniedziałek wieczność wreszcie się zaczyna” na 85 stronie czytam: „Tylko poeci dostrzegają istotę rzeczy. Tylko oni zamiast pary zdartych butów widzą ludzkie stopy i wszystkie gościńce świata”. Grudniowa niedziela. Lew Metro Goldwyn ginie, natomiast akrobatka Anabelle znika w magicznej skrzyni Asdrubala. Bohaterowie są artystami z cyrku Pięć Gwiazdek. Na stronach pojawiają się: Wierny widz poeta Pasaual, Dziecinka - brodata kobieta, którą pokocha siłacz Adam Blas, Józef Miaskowski, Polak, krawiec, którego pokochała lutnistka Barbara Bella da Silva oraz inni, a na koniec autor zamieszcza listę bohaterów, a jest ich blisko siedemdziesięciu; wśród nich Kajfasz, trener lwa, nazywający się Mohamed de Jesus Kreimer, Servio i Tulio bliźniacy, Postumo Bramante deklamator wierszy ożeniony na krótki, niewystarczający do pełni szczęścia czas z Juaną Montiel. Opłakiwał ją przez wiele lat, aż pokochał Zuzankę - Susane Vidales.
Postaci te wplątane są w miłość, gniew, nienawiść, pragnienie zemsty i pragnienie szczęścia, umiłowanie sztuki cyrkowej albo muzyki, albo poezji. Każda z nich przywołuje inny wątek, dramatyczny i przejmujący.
Nie powiem, że to jest lektura łatwa, lekka i przyjemna. Kto jednak lubi poezję i prozę ocierającą się o baśniowy gatunek, będzie się delektował tą powieścią. Niektórych być może zirytuje.
Autor Eliseo Alberto urodził się na Kubie, studiował dziennikarstwo, jest autorem powieści, poezji, scenariuszy filmowych. Od kilkunastu lat mieszka w Meksyku. Był asystentem noblisty Garcii Marqueza. Otrzymał Nagrodę Alfaguara, jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień dla autorów literatury hiszpańskojęzycznej.
Eliseo Alberto „W poniedziałek wieczność wreszcie się zaczyna. Czyli wojaże Czarnego Łabędzia po zlodowaciałych jeziorach Irlandii.”. Przełożyła Barbara Jaroszuk. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA Warszawa 2008


  

czwartek, 16 maja 2019

Majowa ars poetica z Mieczysławą Kłos-Kuligowską

Jarosław Czarnoleski



W poniedziałkowe popołudnie 13 maja w kawiarni „Muza” odbyło się ostatnie przed wakacjami spotkanie z ars poeticą, na której swój najnowszy tomik „Po prostu życie” zaprezentowała Mieczysława Kłos-Kuligowska.

Liczni goście przybywszy do Osiedlowego Domu Kultury na jeleniogórskim Zabobrzu, zostali przywitani przez panią Dominikę Krop, która następnie oddała prowadzenie Prezes Stowarzyszenia Literackiego w Cieniu Lipy Czarnoleskiej.
Danuta Mysłek przedstawiła postać urodzonej w Szczecinie poetki, która od samego początku uczestniczy w działalności stowarzyszenia. Jeleniogórzanka, z wykształcenia chemik, od najmłodszych lat dzieli się swoimi pasjami twórczymi. Pisała scenariusze dla amatorskiego teatru poetyckiego, gdzie grała główne role oraz epizodyczne, a także była scenografem i reżyserem wystawianych sztuki. Jej dorobek literacki to sześć tomików poezji: „Na progu miłości” (2010), „Świat barwy i słowa” (2011), który zawiera fotografie obrazów jej niepełnosprawnej córki Kseni, „Ziarna nadziei” (2014), „Wszystkiego najlepszego oraz cicer cum caule” (2014), „Zaczerpnięte z Bożej winnicy” (2017), „Po prostu życie” (2019). Jest również współredaktorką „Bożej Winnicy”.

W życiu musimy dokonywać wyborów, a ja wybrałam moją córkę Ksenię i tym sposobem osiągnęłam w życiu coś bardzo wielkiego. Wierzcie mi, że wszelkie zaszczyty, władza, sława, bogactwo są niczym - pozorem. Dzisiaj są, jutro przemijają. Dzięki córeczce Kseni nauczyłam się kochać bezwarunkowo. Nauczyłam się dawać, dawać, dawać z cierpliwością, miłością i spokojem wewnętrznym i jak chyba zauważacie, wcale nie jestem zgorzkniałą.”, napisała o sobie w antologii „Dekada kwitnących lip” wydanej w 2016 r.

W prezentowanym tomiku „Po prostu życie”, odkrywamy inną stronę emocji poetki. Pomimo, że znamy jej dorobek, najnowsze wiersze mają głębszy wymiar wzruszeń. Jak zauważyła we wstępie Maria Suchecka „Każdy musi zmierzyć się z nieuchronnością przemijania. Robimy to na różne sposoby: bilansujemy porażki i sukcesy, niespełnienia przesuwamy w czas, który nadejdzie i może przyniesie realizację zamierzeń”. Autorka nawiązuje dialog z czytelnikiem, dzieli się z nim swoimi spostrzeżeniami nad naturą, opowiada o rozczarowaniach, notuje przemijanie pór roku, tak po prostu, jak w życiu. I nie jest nudna.

Oprawę muzyczną zapewnił, działający pod patronatem Piechowickiego Ośrodka Kultury, zespół śpiewaczy „Szklarki” z jej założycielką Urszulą Musielak. Duże wrażenie na słuchaczach wywarła gra na gitarze Ewy Chromik z Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. St. Moniuszki w Jeleniej Górze.


Na spotkanie
Napiję się rannej rosy
z pszenicznego kłosa
ziaren kilka zjem.
Pójdę naga
pójdę bosa
na spotkanie z dniem.


Odlot ptaków

Kiedy już wszystkie odlecą ptaki
i wiatr chichotać zacznie w kominie -
- będziesz samotny i nijaki
bo zbliża się ku zimie.

Gdy będzie tobie zimno i smutno
Zechcesz odnaleźć tamtą miłość
Lecz wtedy może być za późno.
Nakarm więc ptaka póki nie odleci.

Słów-ziaren kilka podaj mu na dłoni
Na to potrzebna jedna mała chwilka
By ciepłem się odsłonić.

A już przymrozek bieli drzewa -
odlotu przyszła pora.
Ten śmieszny ptak wciąż jeszcze czeka -
za siebie się ogląda.

autor zdjęć: Danuta Mysłek














piątek, 10 maja 2019

spotkanie w ODK z Mieczysławą Kłos-Kuligowską


Stowarzyszenie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej

zaprasza 13 maja o godz. 17 do Osiedlowego Domu Kultury

na spotkanie w ramach cyklu ars poetica

z Mieczysławą Kłos-Kuligowską

autorka zaprezentuje najnowszy tomik „Po prostu życie”.

 




Miłośników poezji zainteresuje informacja, że w ramach cyklu  „ars poetica” w kawiarni Muza Osiedlowego Domu Kultury odbędzie się promocja najnowszego zbioru wierszy Mieczysławy Kłos-Kuligowskiej. Autorka zaprezentuje tomik „Po prostu życie”. W utworach w nim zawartych pisze o tym, co w ludzkim losie jest najważniejsze i godne utrwalenia. Rejestruje zachwyty, zdumienia, rozczarowania, słowami rysuje bogactwo natury, zmienność pór roku, ulotność nastrojów. Zauroczona faktem istnienia zaraża optymizmem. Dobrze, że to spotkanie autorskie przewidziano w maju, miesiącu wiosennych uniesień, bo nawet malkontenci, jak sądzę, odkryją pod wpływem tej twórczości pogodę ducha. Poetka jest członkinią Stowarzyszenia Literackiego W Cieniu Lipy Czarnoleskiej.” 
Ze wstępu Marii Sucheckiej.

piątek, 3 maja 2019

Michał Zasadny - poleca

Wstrząsające



Kiedy przeczytałem „Christiane F. Życie mimo wszystko” uświadomiłem sobie, jakie mam szczęście. Jestem dojrzałym mężczyzną, próbowałem w swoim czasie marychy, wcześniej wąchałem klej, potem zaglądałem też do kieliszka i podwędzałem ojcu papierosy. Szczęście polega na tym, że się od niczego nie uzależniłem, no może wieczorem, kiedy jestem zmęczony, mam ochotę wypić puszkę piwa. Chyba naśladuję bohaterów serialu o Kiepskich. Ale teraz, po świeżej lekturze tej autobiograficznej książki wiem, że narkotyki potrafią zniszczyć zdrowie, skazują na cywilną śmierć, że powodują przedwczesną śmierć. Dla mnie graniczy z cudem, że bohaterka książki „My, dzieci z dworca ZOO” i jej filmowa wersja dożyła 51 roku życia. Tyle ma lat, kiedy pisze wespół z Sonją Vucovic swoją autobiograficzną książkę.
Wspominając współpracę z „najsławniejszą ćpunką świata”, jak nazywa swoją bohaterkę, współautorka pisze, jaka zielonooka Christiane jest wciąż piękna, jak utrzymuje „czystość” pod osłoną specjalnych specyfików, które pozwalają funkcjonować bez narkotyków. Prawda jest taka, że szczere do bólu wyznania, choć we wstrząsający sposób pokazują całą destrukcję fizycznej struktury człowieka, jego woli, jego emocjonalności, jego intelektu, gdzieś głęboko w podtekście zawierają coś w rodzaju samousprawiedliwienia i szukania winy za taki stan rzeczy w rodzinie, środowisku, złych wpływach i tak dalej. I mieści się ledwie zauważalna, ale dająca się odczytać sugestia, że narkotyki pozwalają odkrywać odmienne, jakże kuszące stany świadomości albo zapewniają totalną ucieczkę. Ale od życia uciec się nie da, chyba w ostateczne rozwiązanie.
Christiane przyszła na świat w toksycznej rodzinie. Owszem, matka pracowała, ale ojciec był pasożytem i wałkoniem, na dodatek okrutnikiem. Nic dziwnego, że to małżeństwo nie przetrwało próby czasu, a matka narkomanki potem była jeszcze dwukrotnie zamężna. Christiane przyrzeka sobie, że już nic złego nie będzie mówić czy pisać o matce i ojcu, ale widać, że nie bardzo jej się to udaje. Trudno się dziwić, że obie córki Felscherinów zeszły, jak to się mówi, na złą drogę. A zatem wcześnie zaczęły się prostytuować, wchodzić w przypadkowe związki. Ciągnęło ich to, co dawało pozór wolności, a właściwie było potrzaskiem. Co nie dawało stabilizacji, sprowadzało chorobę, osadzenie w poprawczaku lub więzieniu. Christiane zakochiwała się kilkakrotnie. Niechciane, przypadkowe ciąże usuwała. Jej wszyscy partnerzy byli młodsi. Nie utrzymał się też związek z Sebastianem, ojcem Filipa, jedynego syna bohaterki. Aczkolwiek nazywa go czymś najlepszym, co przydarzyło się w jej życiu, ale i z nim musiała się rozstać, kiedy urząd do spraw dzieci uznał, że nie daje gwarancji właściwej pieczy nad synem, choć jest przekonana, że starała się, jak mogła, najlepiej.
Książka jest świetnie napisana. Gorąco polecam ją młodym ludziom, zanim staną się rodzicami nastolatków. Po to, by umieli stworzyć kochające gniazdo rodzinne, by zapobiec ucieczkom we wszelkiego rodzaju zło. W każdym razie warto wziąć książkę do ręki w porze wiosennych wagarów i wakacyjnych wypraw w nieznane. Nie wiadomo, co tam możne spotkać i co może zagrozić dziewczętom i chłopcom.

Christiane V. Felscherinow i Sonja Vukovic „Christiane F. Życie mimo wszystko”. Przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014.


czwartek, 18 kwietnia 2019

Maria Suchecka - poleca

Nowotestamentalne emancypantki




Trwa Wielki Tydzień, dla chrześcijan czas medytacji o zdarzeniach sprzed dwóch tysięcy lat, kiedy Chrystus głosił Ewangelię, po czym został pojmany i wykonano na Zbawicielu wyrok śmierci krzyżowej. Teraz właśnie postanowiłam napisać o niezwykłej książce, która w tytule ma wyraz, używany od ponad stulecia: emancypantki. Współczesna katoliczka pisze o swoich współwyznawczyniach z pierwszych stuleci naszej ery. To kobiety niezwykle, coś w rodzaju ówczesnych emancypantek. Zafascynowane Chrystusem, decydują się na życie monastyczne, udzielają gościny braciom chrześcijanom, godzą się na męczeńską śmierć, rozdają majątek ubogim, a nawet podejmują się podróży do Ziemi Świętej, rezygnują z małżeństwa i macierzyństwa, czytają Pismo Święte, prowadzą korespondencję z Ojcami Kościoła, a ich listy są kopalnią wiedzy o pierwszych chrześcijanach.
Właściwie ich teksty się nie zachowały, ale powołują się na wypowiedzi tamtych „emancypantek” inni autorzy.
Można podać przykład Febe. Podróżowała statkiem w 52 lub 51 roku, by przekazać korespondencję św. Pawła Kościołowi w Rzymie. Autorka pisze o zasługach takich osób, jak Pryska i jej mąż Akwila, matka Rufusa Patroba, Julia, Tryfena i Tryfoza. rzymianka Junia. Niezwykłą kobietą była Tekla, która zrywa zaręczyny z zamożnym i urodziwym narzeczonym, by podążać za niemłodym i niepięknym apostołem, zafascynowana Chrystusową nauką, którą głosi. Kiedy rzucona zostaje dzikim zwierzętom na pożarcie w Antiochii, żadna bestia jej nie tknie. Ułaskawiona, ucieknie w męskim przebraniu, by głosić Ewangelię. Te kobiety działają w Rzymie, północnej Afryce, w Azji Mniejszej. Wybitną postacią była Rzymianka Paula, dzięki której powstały i działały trzy żeńskie i dwa męskie klasztory w Betlejem, a dzięki jej pomocy przez 20 lat św. Hieronim mógł prowadzić swoje prace badawcze nad Biblią.
Można by snuć domniemania, że ucieczka w religię była sposobem uwolnienia się od obowiązków pani domu, nawet zamożnego domu, od macierzyństwa, utrapień z konkubinami czy niewolnymi nałożnicami mężów, tak jak teraz alternatywą dla życia osobistego bywa kariera, dla której część kobiet rezygnuje z małżeńskiego uwiązania i kłopotów macierzyństwa a na dodatek decyduje się na nieskrępowany wybór partnerów. To nie jest jednak wystarczające wytłumaczenie dla wyborów niewiast sprzed dwóch tysięcy lat. Powodowała nimi miłość do Chrystusa, głoszonych przez Niego idei, potrzeba apostołowania i poświęcenia życia dla wybranej misji.


Zuzanna Radzik, „Emancypantki. Kobiety, które zbudowały Kościół”, Wydawnictwo WAM. Kraków 2018.