Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Zasadny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Zasadny. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 marca 2024

Michał Zasadny poleca


Jeśli piszesz, przeczytaj!



Margaret Atwood, bardzo ceniona i wielokrotnie nagradzana kanadyjska pisarka miała zaledwie pięć lat, kiedy zapytana, kim będzie, bez wahania odpowiedziała, że pisarką. Poniekąd nie dziwi odpowiedź tej dziewczynki, która wychowywała się w rodzinie o literackich i naukowych ambicjach, choć jej kraj wówczas jeszcze, a urodziła się w roku 1939, nie istniał na mapie kulturalnego świata, a tak właściwie dorabiał się swojej autonomii. Dłuższy czas jednak twórcy o tym rodowodzie ubolewali, że tak naprawdę nie mogą się pochwalić takiej historii państwa, jak kraje europejskie, a nawet USA.

Tak się spełniła się zapowiedź dziewczynki.

Kiedy Czytelnik weźmie do rąk „Ruchome cele” Margaret Atwood, choć pozna jej lektury, bo je rekomenduję, to również dokona wglądu w jej biografię. Wiele fragmentów tej książki analizuje postawy pisarzy nie tylko kanadyjskich, z innych krajów amerykańskich i europejskich, a także z Azji. Na stronie 110 autorka cytuje słowa Chinka Achebe, podkreślając wartość prozy „Jedynie opowieść może przetrwać wojny i wojowników (…Jedynie opowieść (…) ocala naszych potomnych przed władowaniem się, jak ślepi żebracy, na kolce ogrodzenia z kaktusów. Opowieść to nasza przewodniczka — bez niej jesteśmy ślepi. Czy ślepiec jest właścicielem swojego przewodnika? Nie, tak samo i my nie jesteśmy właścicielami opowieści, to raczej ona posiada nas”.

Natomiast na str.194 pisarkę zajmują między innymi sprawy warsztatowe. Pisze o znaczeniu fabuły, o autorskich wyborach między komizmem, tragizmem, melodramatem, czy bohater znajdzie się w sytuacji bez wyjścia, czy doczeka się szczęśliwego zakończenia? No i pisarz powinien uświadamiać sobie, do jakiego celu zmierza. Autorka na str. 123 pisze: „Przymiotniki, jakimi krytycy określają dany utwór, wpływają na to, jak czytelnik go odczyta (…). To, co uważa się za szczytne cele, do których powinien aspirować twórca dobrej literatury, nie ma charakteru absolutnego, lecz zmienia się pod wpływem mgławicowego gazu zwanego „duchem czasu”.

Współczesność dostarcza wielu inspiracji. Piszę to słowa w napięciu, jakie wywołuje druga rocznica napaści Rosji na Ukrainę, pod wrażeniem śmierci Nawalnego, wystąpienia wdowy po tym człowieku, którego wczoraj mój znajomy nazwał samobójcą.

Waszą stroną interesują się ludzie pióra, Im szczególnie polecam „Ruchome cele”. Po pierwsze pozwala poznać literackie trendy, ćwiczy umysł, a przecież uczy też literackiego warsztatu. Autorka nie tylko pisała powieści, poezję, rozprawy krytyczno-literackie, ale też wykładała na wyższych uczelniach i uczestniczyła w konferencjach naukowych, poznała autorów i przeczytała wiele ich wybitnych dzieł, podróżowała po całym świecie. Więc gorąco polecam tę pozycję.

Margaret Atwood „Ruchome cele” eseje umyślne z lat 1982 - 2004, z angielskiego przełożyli Agnieszka Pokojska, Dorota Konowrocka-Sawa, Katarzyna Makaruk, Olga Dziedzic i Wiesław Marcysiak, wyd. Wielka Litera Sp. Z o.o., Warszawa 2021.





wtorek, 13 lutego 2024

Michał Zasadny poleca


O muzycznym geniuszu





Mój znajomy mieszka przy ulicy Paderewskiego, więc nic dziwnego, że kiedy jego koleżanka zachwyciła się biograficzną powieścią, o tym genialnym kompozytorze i pianiście, chętnie pożyczył zaproponowaną pozycję i nie mógł się od niej oderwać. Kiedy dzielił się ze mną wrażeniami, nie ukrywał swojego rozczarowania. Książka nosi tytuł „Siostra wirtuoza” i oczekiwał, że będą zachowane proporcje na rzecz kompozytora. Jego zdaniem nastąpił zdecydowany przechył w stronę Antoniny, starszej siostry Ignacego Paderewskiego. Ich matka wcześnie umarła, zatem czytelnik odniósł wrażenie, że starsza siostra jakby zapragnęła zastąpić nieżyjącą. On okazał się nadzwyczajnie uzdolniony, choć jego siostra była przekonana, że również jest bardzo utalentowana, ale uwaga ojca skupiła się na Ignasiu. Zapewnił mu najlepsze wykształcenie, jakie w tamtych warunkach mógł mu zagwarantować.

Narratorką powieści jest Antonina. Mój znajomy oddaje sprawiedliwość, że powieść zawiera obfity materiał dotyczący rozwoju talentu Ignacego, ale tym rzetelnym opisom rozwoju światowej kariery towarzyszy wątek niespełnionych marzeń starszej siostry kompozytora. Po małżeństwie z wdowcem, kiedy już wypełniła obowiązek wobec pasierbów, czas, siły i troskę poświęciła bratu. Jego talent i pracowitość pozwoliły Padewskiemu zawojować wszystkie kontynenty. A jednocześnie jego drugą wielką miłością po muzyce była Ojczyzna. Antonina w pełni docenia ducha patriotyzmu, dokładnie relacjonuje starania kompozytora, by Polska nieistniejąca politycznie trwała w świadomości obywateli świata. I odzyskana niepodległość była również i zasługą genialnego muzyka.

Była też inna miłość. Ignacy kilkanaście lat miał romans z żoną innego muzyka, zresztą przyjaciela. W końcu ją poślubił, chociaż niejedna herbowa dama salonów chętnie by się „zainstalowała” u boku geniusza. Kompozytor przeżył jeszcze jedną stratę. Pochował jedynego syna. Ciężko chorego nie można była uratować, choć ojciec nie szczędził pieniędzy na najlepszych lekarzy. Natomiast nie mógł synowi poświecić czasu. Powieść traktuje o trudnych wyborach, ale mimo uwag mojego znajomego pozostaje lekturą godną polecenia.

Agnieszka Lis „Siostra wirtuoza”, Agencja Wydawniczo Reklamowa, Warszawa 2023.

poniedziałek, 25 lipca 2022

Michał Zasadny poleca książkę tylko dla inteligentnych dorosłych

 

 Megapornografia czy megamiłość?

 

Książka, którą zamierzam tutaj rekomendować, zaczyna się wstępem adresowanym do czytelników, ale ostatnie zdanie brzmi ostrzegawczo: „Zachowajcie ostrożność”. Autorka uprzedza, by nie rzucały się na tę pozycję dzieci ani młodzież, gdyż, jak powiedziałaby moja Babcia, jest nader gorsząca. Już dawno nie czytałem tak drastycznych opisów układów damsko-męskich. Dla seksu bohaterowie wykorzystują zachłannie wszystkie otwory, jakie natura wymyśliła człowiekowi. Jak wyznaje autorka Colleen Hoover, "Too Late" powstawało w kawałkach, pierwszy powstał wtedy, gdy ta poczytna amerykańska pisarka przeżywała twórczą obstrukcję, czyli blokadę myśli i wyobraźni. Wówczas powołała do życia bohaterów, wyzbytych wszelkich skrupułów i zasad, jakie jeszcze do niedawna regulowały stosunki damsko-męskie. Zamieściła początek w internecie i zaniechała tworzenia tych wyuzdanych stron, ale czytelnicy wykazali wielkie zainteresowanie ich zawartością i domagali się kontynuacji. No i w chwilach niedyspozycji twórczej pisarka dodawała kolejne partie losów Sloan (dziewczyna), Asy (chłopak), Luke'a i Cartera oraz innych. Kolejne rozdziały w tytule mają ich imiona a wątek jest prowadzony w pierwej osobie, zatem zdarzenia, postawy, opinie i wszelkie inne punkty widzenia przedstawianych spraw są możliwe do poznania z rozmaitych punktów widzenia.

A w podtekście mieści się domniemanie, że wszelka podłość, wyuzdanie, bezwstyd, zachłanność na niekontrolowany seks są dziedzictwem okropnego dzieciństwa, które przebiegało u boku ojca, a ten za nic miał partnerkę, nazywając ją dziwką, co jednoznacznie definiuje upodobania kobiet, które powołały do życia przede wszystkim Asę i Sloana. Carter nie mieści się w tym schemacie. Jest absolutnie pozytywną postacią, chociaż przez kilkadziesiąt stron możemy mniemać, że należy do sitwy handlarzy narkotyków i rozpustników.

Wcale się nie dziwię, że internauci domagali się więcej i więcej tych obsceni. Bo takie są upodobania widzów i czytelników, na co wskazuje zapotrzebowanie na materiały pornograficzne. Tylko że lektura tej powieści prowadzi do wniosku, że brak wszelkich hamulców w sferze seksu wcale nie daje spełnienia, nie uszczęśliwia, potrafi burzyć osobowość, a demoralizacja prowadzi do kolizji z prawem.

Dodałem w tytule do dwóch wyrazów przedrostek mega, gdyż w tej powieści wszystko jest potężne, zarówno zło, jak i miłość, pragnienie zemsty oraz niszczenia i pragnienie ocalenia osoby, do której adresowana jest miłość.

Z całą pewnością czytelnik ani przez moment nie poczuje się znudzony. Może się poczuć zgorszony i zdegustowany, ale to już będzie zależało od wewnętrznego wyposażenia czytelnika, czy lubi świat etyczny i uporządkowany, czy kocha wolność, która wyzwala z wszelkich hamulców. Ale w tej powieści nawet osoba gruboskórna odróżni, czym jest dobro, a czym zło.

Colleen Hoover „TOO LATE”, tłumaczenie Joanna Dziubińska ,OTWARTE Kraków 2019.

środa, 15 września 2021

Michał Zasadny - Nie wolno zapomnieć

 Tatuażysta ocalał z piekła

 

Autorka powieści – „Tatuażysta z Auschwitz” pisze o swoim bohaterze posługując się zdrobniałym imieniem Lale. Pochodzi ze słowackiego miasteczka Krompachy. Żyje w szczęśliwej żydowskiej rodzinie. O ile mówić można o szczęściu w drugim roku wojny. Lale ma starszego brata, kwalifikującego się do zabieranych przez Niemców, przymusowych robót, ale ten jest żonaty i ma dwójkę dzieci. Więc Lale zgłasza się na ochotnika na te roboty, żeby brat pozostał z rodziną, która wymagała opieki. Tymczasem zamiast do fabryki trafia do obozu zagłady Auschwitz Birkenau, gdzie budowane są kolejne budynki dla przywożonych z całej Europy więźniów. Jest kwiecień 1942 roku. Obóz jest „w rozruchu”. Już część bloków jest zasiedlona, powstają nowe, budowane przez więźniów.

Lale jest kulturalny, zna kilka języków, ale nie do każdego się przyznaje. Hitlerowcy kwalifikują go do tatuowania więźniów. I tak na początku tej haniebnej pracy oznaczania więźniów numerem poznaje Gitę i od razu wie, czuje, że to ta jedyna, na całe życie bez względu na to, jak krótkie będzie to życie. Stara się, wykonując zabieg na skórze dziewczyny, sprawić jej jak najmniej bólu. Błyskawiczna wymiana spojrzeń pozwala im potem rozpoznać się, kiedy mijają się na terenie obozu. Tatuażysta będzie starał się zobaczyć Gitę jak najczęściej.

Już na wstępie Lale jest świadkiem egzekucji w latrynie. Esesman strzela do więźniów, których prawa fizjologii zmusiły do opuszczenia prycz. A bohater tej opartej na faktach powieści pojmuje, gdzie się znalazł i jakie bezwzględne, a okrutne prawa tutaj rządzą. Ani jednego ranka nie może mieć pewności, czy dożyje wieczora. Coraz częściej docierają nowe transporty więźniów. Śmierć zbiera swoje żniwo. Atakują agresywne psy. Smagają pejcze lub zadają ból uderzenia kolb karabinowych. Oprócz baraków, w których tłoczeni są ludzie, powstaje jeszcze jeden, dziwny, jak się potem okazuje, straszny w przeznaczeniu budynek. To krematorium. Lale postanawia wszystko przetrzymać. Postanawia przeżyć. Przekazuje tę nadzieję swojej dziewczynie, która nie spodziewa się niczego dobrego. On zaś zaczepia pracujących tutaj Polaków. Oni dostarczają mu żywność, a Lale przekazuje im kosztowności, które więźniarki wysupłują z odzieży, zabranej tym, którzy się tutaj znaleźli. Gdyż esesmani nie zdołają wszystkiego splądrować.

Szczegóły obozowych okropieństw są powszechnie znane. Sam miałem okazję poznać nauczyciela, który cudem dotrwał do wyzwolenia Oświęcimia. Więc nie ma potrzeby przytaczać tych wstrząsających obozowych faktów, które przez głód, brud, tortury, medyczne eksperymenty niszczyły życie Bogu ducha winnych ludzi. Lale dotrwa do wyzwolenia obozu i jeszcze zobaczy, jak przed nadejściem wyzwolicieli kobiety ładowane są do transportu, który kierowany jest na Zachód. Nie zna nazwiska dziewczyny, ale ona w ostatniej chwili rzuca w jego stronę jeden wyraz. I kiedy patrzy na niego ostatni raz przed opuszczeniem obozu, wykrzykuje nazwisko: Jestem Furman. Jak się okazało, to była Gisela Fuhrmannowa. Pobrali się w październiku 1945 roku, przeżyli cud ocalenia i doświadczyli potęgi miłości. Po wojnie ludzie odszukiwali się dzięki listom sporządzanym przez PCK oraz inne organizacje charytatywne.

Autorka książki, Heather Morris, australijska pisarka po dziesiątkach lat poznaje syna Lalego, który ocalał Ludwig Eisenberg, którego nazywano Lale, urodził się 28 października 1916 roku, ona Gisela przyszła na świat 11 marca 1925 roku. Nie chcieli pozostać w Europie, która dostarczyła im obozowej traumy. W Sydney znaleźli się w lipcu 1949 roku, a stad wyruszyli do Melbourne. Pragnęli dziecka i doczekali się jedynego syna. Oprawca Lalego, obozowy esesman Stefan Baretzki osądzony został w 1961 roku.

Syn bohaterów tej niesamowitej, prawdziwej powieści - Gary nosi nazwisko Sokolov, jego ojciec, Lale przejął je po siostrze, która poślubiła Rosjanina. Potem, co przeżył, niebezpiecznie było nosić prawdziwe nazwisko. Uważam, że nieetycznie byłoby nie znaleźć i nie przeczytać obozowej, oszczędnie, z wysoką kulturą napisanej książki. Nie wolno zamazywać historii, nie wolno okrucieństwa lokować w niepamięci.

Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”, Wydawnictwo Marginesy, 2018, tłum. Katarzyna Gucio.

piątek, 25 czerwca 2021

Michał Zasadny - poleca smak epoki, tajemnicę obrazów i wyrafinowane życie Tamary Łempickiej

 Libido bez ograniczeń

 

Kiedy w Europie szaleje wezwanie do swobody seksualnej, do zrównania płci, do dowolnego wyboru swojej orientacji płciowej, jedni walczą o te swobody, czują się zniewoleni w swojej skórze mężczyzny czy kobiety, wychodzą na ulice, by cieszyć się paradami równości, inni czują się zgorszeni, ale przecież to nic nowego. Sto lat temu znakomita polska malarka, o której niestety nie słyszałem na studiach, kiedy gromadziliśmy się na zajęciach z historii sztuki, już należała do kobiet wyzwolonych.

Mowa o Tamarze Łempickiej, córce polsko-żydowskiego małżeństwa, malarce, której Laura Claridge poświęciła wnikliwie napisaną biografię. Ta artystka, która nie ujawniała chętnie szczegółów swojego życiorysu, raz podawała, że urodziła się w Warszawie, a innym razem wiązała swoje przyjście na świat z Moskwą. Nie ma w tym nic dziwnego. U schyłku carskiej Rosji na jej wielkim obszarze zdolni, pracowici Polacy, a Żydzi również, pełnili wysokie stanowiska w przemyśle, handlu, do nich należały sfery finansjery. Gromadzili wielkie majątki, a pieniądze pozwalały im przenikać do arystokracji. Tak było i w przypadku Górskich, takie panieńskie nazwisko nosiła Tamara do chwili, jak wyszła za mąż za Tadeusza Łempickiego. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że to ona uganiała się za bardzo przystojnym mężczyzną i dosłownie w ostatniej chwili zdążyła go poślubić i opuścić Rosję, w której buzowało już rewolucyjne wrzenie.

Nie można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Ona była porywająco piękna, on szalenie przystojny. Co prawda doczekali się córki imieniem Kizette, zamieszkali w Paryżu, ale jak pisze autorka, Polka rychło odkryła odkryła swój talent i równie szybko ujawniła się jej skłonność i do mężczyzn, i do kobiet, a w Paryżu po ustaniu zawieruchy I wojny światowej ludzie pragnęli na wszystkie sposoby radować się życiem, więc hedonistyczne potrzeby były zaspokajane bez ograniczeń. Również zamężna Tamara, traktując małżeńskie obowiązki jako margines życia, bez ograniczeń spędzała czas w barach, w nadmorskich spelunkach, a jej wyuzdanie nie miało granic. Autorka biografii nie osądza i nie ocenia tego stylu życia, ale rejestruje fakty. U Tamary liczyła się męska uroda, inteligencja, pozycja w świecie biznesu, arystokratyczne koneksje i zamożność. Przystojny, prosty marynarz z temperamentem też wzbudzał jej seksualny apetyt i potrafił ją zaspokoić. Kobiety z kolei musiały ją pociągać wielką urodą i ciałem, które nadawało się ze względu na bujność kształtów i harmonijną budowę do pozowania. Kochała córkę, ale nie ona była w życiu artystki wartością priorytetową.

Żaden mężczyzna o najbardziej liberalnych poglądach raczej nie wytrwałby w takim związku, kiedy żona dostarczałaby powodów do kompromitacji i skandali, toteż doszło do rozwodu, a Tadeusz poślubił drugą żonę i do schyłku ich dni, to znaczy do jego śmierci już w wolnej Polsce tworzyli zgodny związek, darzeni miłością i szacunkiem córek z obu związków.

Tamara walczyła o męża, za nic mając powody, które życie z nią czyniło swego rodzaju małżeńskim horrorem. Zdradzała, ale nie chciała go oddać innej kobiecie.

A wciąż z pasją malowała, wystawiała swoje prace na paryskich wystawach, podróżowała do Włoch, tam też zyskała po wystawie uznanie, tam oczarowała d’Annunzio, wybitnego poetę, który na próżno usiłował zdobyć malarkę, bo choć miał niewątpliwą sławę, to jednak jak mężczyzna nie był pociągający.

Wreszcie poślubiła bardzo bogatego węgierskiego barona i stworzyli z nim osobliwe małżeństwo, w którym każda ze stron pozostawiała drugiej absolutną swobodę w doborze partnerów seksualnych, a w sprawach majątkowych też doskonale się dogadywali, on bowiem z Węgier zdążył wywieźć do Ameryki gromadzone przez jego ojca kolekcje i wartościowe wyposażenie rodowego zamku. Ona zaś już od lat miała dochody za sprzedaży swoich płócien.

Tamara przeżyła ponad osiemdziesiąt lat. Dzieliła czas między Amerykę i Paryż, do Polski nigdy nie wróciła. Doczekała się wnuczek, ale relacje z córką wciąż były trudne.

Ponieważ książka rejestruje życie artystyczne Europy i Ameryki, każdy humanista znajdzie w niej mnóstwo szczegółów z życia bohemy na obu kontynentach. Jest to pozycja napisana z wielką dociekliwością, wręcz z pasją. Trudno się od niej oderwać. Najlepiej kupić i mieć na półce, by sięgać dla walorów historycznych, estetycznych i psychologicznych tej biografii. Motto słowami Jeana Cocteau mówi „W sztuce geniusz polega na tym, żeby wiedzieć, jak daleko można się posunąć za daleko”.

Laura Claridge „Tamara Łempicka. Sztuka i skandal”. Przekład Ewa Hornowska,Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

niedziela, 27 grudnia 2020

Michał Zasadny - i wielkość ma swoją cenę.

 Zapis znad krawędzi

 

 Zamieściliście na tej stronie parę tygodni temu omówienie powieści Jacka Kerouaca „Włóczędzy dharmy”, a ponieważ zawsze interesowało mnie życie artystycznej bohemy, postanowiłem przeczytać „W drodze”, jak wspomniano, najwybitniejszą powieść tego amerykańskiego pisarza, uznawanego za jednego z czołowych prozaików USA minionego stulecia. Niestety nie dotarłem do tej kultowej dla Pokolenia Bitników powieści, ale trafił do moich rąk „Big Sur”. We słowie wstępnym autor wyznaje, że jest to opowieść o nim samym. Ukazała się drukiem w roku 1962, ale we wspomnianym wstępie Kerouac zapowiada: „Na starość zamierzam wydać wszystkie moje powieści jako dzieła zebrane, przywrócić w nich panteon ujednoliconych nazwisk, zostawić po sobie długą półkę pełną książek i umrzeć szczęśliwym.” Kiedy pisał te słowa, miał już ugruntowaną sławę i siedem wydanych powieści. „Big Sur” była ósmą. W jego przypadku spełniła się prawidłowość, że kiedy zdobędzie się sławę i popularność, zachwyci wszystko, co wyjdzie spod pióra autora. Niestety swojego zamiaru nie zrealizował. Zmarł siedem lat później, a zgon nastąpił wskutek krwotoku do jamy brzusznej. Miał zaledwie 47 lat.

Taki koniec był nieuchronny. Poprzedziły go długotrwałe stany depresyjne, wręcz paranoidalne. Pochłaniany w wielkich ilościach alkohol oraz inne używki niszczyły organizm. Oczywiście w chwilach refleksji podejmował postanowienia, by ograniczyć ten zgubny tryb życia. Właśnie rekomendowana w tym miejscu powieść jest wręcz klinicznym zapisem próby wydobycia się z potrzasku uzależnienia. Pisarz nie miał wsparcia w podtrzymującej, a właściwie ratującej miłości. Swobodne zmiany partnerek nie służyły stabilności związków. Zresztą i kobiety wyzwolone z tradycyjnych zasad nie były zbytnio skłonne do akcji ratowniczych. Tą absolutnie wierną miłością pozostawała matka. To ją w psychotycznych stanach błagał na odległość o modlitwę. Wszystkie praktyki azjatyckiej, w tym buddyjskiej duchowości, okazywały się nieskuteczne.

No więc pisarz wyjeżdża z podobnymi sobie do górskiej chatki. Już kiedyś wybrał się w to piękne, dzikie miejsce, by oczyścić się z miejskich toksyn. Przyjaciel udostępnił mu to ustronie na sześć tygodni. Wytrzymał trzy. Kiedy teraz zjawił się na Big Sur, towarzyszące mu osoby utrwalonym stylem życia nie dawały żadnej możliwości na podjęcie zdrowego, jak byśmy powiedzieli, stylu życia.

Wiem, że stowarzyszenie, które firmuje tę stronę, prowadzi działalność literacką, w tym wydawniczą. Mam sporo wątpliwości, czy bez wahania wydalibyście tę książkę, pozbawioną dyscypliny stylistycznej, a zamykający ją poemat „MORZE odgłosy Pacyfiku w Big Sur” z trudem uznalibyście za materiał drukowalny. Powiedziałbym, że mamy tu do czynienia z językową anarchią, a próba zapisania odgłosów rozszalałego żywiołu okazała się jednak trudnym zadaniem ale nie dla autora, tylko dla czytelnika, który chciałby poobcować z poezją piękną, mądrą, poruszającą refleksje i emocje. Przy dobrej woli można poemat uznać za eksperymentalną poezję. Ale dla celów warsztatowych i poznawczych przeczytać warto.

Jack Kerouac „Big Sur”, przełożył Maciej Świerkowski, Wydawnictwo W.A B, Warszawa 2011.

sobota, 12 grudnia 2020

Michał Zasadny - dziwny jest ten świat XXI wieku

 Prawie jak amisze

 

Szwedzka dziennikarka w czasie służbowego pobytu w USA na jednym z towarzyskich spotkań dowiedziała się, że jedna z nowojorskich dzielnic, Williamsburg, jest zamieszkała przez ultraortodoksyjnych Żydów. Postanowiła dotrzeć do społeczności chasydów, którzy pozostają wierni swojej tożsamości od osiemnastego stulecia. Tworzą hermetyczny świat, do którego trudno przeniknąć. Jak pisze Nina Salomin, chasydom poświęcone zostały dwa seriale, cieszące się olbrzymim zainteresowaniem. Jaki rasowy dziennikarz oparłby się pokusie, żeby dotrzeć do świata trwającego niezmiennie we współczesnej rzeczywistości? Zgłosiła temat i pod koniec lat dziewięćdziesiątych minionego już stulecia przez rok, mieszkając w Williamsburgu, 24-letnia redaktorka (prasowa i radiowa) starała się przeniknąć do środowiska, które fascynowało ją coraz bardziej. W swoich reportażach, które wypełniają strony „OK, amen” zmienia nazwiska bohaterów, ale pozostaje wierna zarejestrowanym faktom.

W roku pandemii wróciła do tamtych materiałów i zamieściła je w książce, ostatnie zdania zamieszczając w czerwcu 2020 roku. Odnotowała też, że wielu z tej wspólnoty zachorowało na koronawirusa, a to z powodu ich bliskich kontaktów.

Jak wyznaje, zainteresowanie chasydami wynikało też z osobistych pobudek. Była córką mieszanego małżeństwa; ojca Żydzi nazwaliby „gojem”, a pochodząca z polskich Żydów matka, co prawda zeświecczona w szwedzkim świecie, zachowała swoją etniczną tożsamość.

Czytelnik dochodzi do przekonania, że gdyby w historię nie wpisała się zagłada, to ocalała garstka chasydów nie podjęłaby daleko posuniętych starań, żeby zachować swoją religię i rygorystycznie przestrzegać ponad 300 przykazań, wynikających z Tory. Weszli w nowe życie po wojnie z dyrektywą, że wszystko, co ocalało w ich pamięci, powinno być przekazane następnym pokoleniom.

Chasydzi, mieszkając w swoich osiedlach, posyłają dzieci do wyznaniowych szkół. W jesziwach panuje wysoka dyscyplina, dziewczęta i chłopcy chodzą do oddzielnych klas. Ich wzajemne kontakty są zabronione, chyba że są rodzeństwem. Małżeństwa zawierane są bardzo młodo, aranżują je rodzice, rozpoznając rodowód i głębokość religijnego zaangażowania familii. Kojarzeni narzeczeni spotkają się przed ślubem zaledwie kilka razy, nie przekraczając granic intymności. Zamężna kobieta nie ma prawa pokazać obcemu mężczyźnie włosów, toteż mężatki najczęściej je golą i noszą peruki. Ich mężowie nie dotykają obcych kobiet, nawet nie patrzą w ich stronę. To ma zapewnić wierność i odporność na pokusy. Bo pokusa może prowadzić do zamącenia czystości rodu i splamić honor. Im więcej dzieci w rodzinie, tym większe uznanie i szacunek w tej społeczności.

Chasydzi nie chodzą do kina, nie oglądają telewizji, nie słuchają radia i nie biorą do rąk świeckich gazet. W tym rygoryzmie podobni są do amiszów, którym obca jest wszelka nowoczesność. Ale chasydzi dopuszczają postęp. Mają telefony komórkowe i samochody. Prowadzą firmy, dobrze spisują się w zawodach związanych z finansami, medycyną i prawem. Zajęte dziećmi kobiety skupiają się na trosce o rodzinę, a jeśli pracują, wybierają mniej absorbujące zawody.

W książce można znaleźć wypowiedzi, które uzasadniają te wybory. „...ci, którzy nie są ortodoksyjni, (...) nie mają kontroli nad swoimi popędami.(...) Skłonność do czynienia zła, stojąca w opozycji do jejcew tow, chęci czynienia dobra.(...) Chasydzi postrzegają świat zewnętrzny jako kompletny chaos, wyzuty z wszelkiej moralności, skupiony na poszukiwaniu przyjemności i oparty na wartościach materialnych”. - mówi mąż Nechy.

Autorka przywołuje opinię żyjącego w latach 1040 – 1105 Rabiego Szlomo Ischakiego, komentatora Tory, który twierdził, że „...opanowanie i pokojowe nastawienie to, cechy prawdziwej żydowskości.” Zaś Pinchas, nawrócony Żyd powiedział pani redaktor ze Szwecji: „ każda kultura, każde społeczeństwo i każda cywilizacja mają swoje spisy praw. I te prawa regulują całe życie. Dają poczucie wspólnoty i siłę. Żydzi żyją w strukturze prawnej opartej na prawie boskim i nie możemy tego zmienić. Nie można ot tak wymyślić sobie nowych zasad i porzucić dotychczasowych . Wówczas zapanowałaby anarchia”.

Bardzo mi się podoba ten sąd Pinchasa. Nie jestem Żydem, autorka się nie nawróciła, odrzuciła oferty zaaranżowanego małżeństwa, a ostatni rozdział wypełniła zwierzeniami Sama. który żyje we wspólnocie chasydzkiej, ale ma wiele krytycznych uwag. One mnie nie przekonały i odłożyłem książkę z wielkim szacunkiem dla chasydów, choć niektórzy z nich nie potrafią pojechać nowojorskim metrem.

Nina Solomin „OK, amen”, tłumaczenie Ewa Wojciechowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2020.


niedziela, 24 maja 2020

Michał Zasadny - dlaczego Anglicy stali się nierozsądni?

Zanim stał się brexit

 

Post i karnawał” - takiego określenia używa Dariusz Rosiak w „Obliczach Wielkiej Brytanii” na scharakteryzowanie amplitudy nastrojów, jakie poprzedziły uchwalenie brexitu. Decyzja w tej sprawie zapadła w czerwcu 2016 roku i czekała na realizację. Wielka Brytania opuściła Unię Europejską 31 stycznia 2020 roku o godzinie 24. Decyzja została poprzedzona referendum, w którym 600 tysięcy głosów „za” zadecydowało o opuszczeniu europejskiej wspólnoty. Razem z Brytanią odpływają składki członkowskie. Jeden z argumentów za wyjściem z UE brzmiał następująco:
Oddajemy 350 milionów funtów tygodniowo Unii Europejskiej, wydajmy te pieniądze na służbę zdrowia”. Autor pisze: „Brexit spadł na kraj jak grom z jasnego nieba. (...) Większość Brytyjczyków wydaje się dziś rozdarta i zagubiona. Wierzą oni, że brytyjskie koleje są najgorsze na świecie, brytyjska służba zdrowia bardziej zaniedbana niż polska, a reprezentacja piłkarska nie potrafi wygrać nawet z Luksemburgiem. W przedziwny sposób ci sami ludzie wierzą, że bycie Brytyjczykiem jest w dalszym ciągu jednym z największych błogosławieństw , jakie może spotkać człowieka, a brexit - wydarzeniem, do którego dojść musiało. (...) A jednak Wielka Brytania to ciągle kraj ogromnych możliwości, Londyn jest pełen przybyszów z całego świata i takich, którzy żyją tu z pokolenia na pokolenie”.
Czytelnik ma drugie wydanie tej książki. Pierwsze ukazało się w 2001 roku, zaś obecne zostało poszerzone i zaktualizowane. Na stronie tytułowej widnieje dopowiedzenie „skąd wziął się brexit i inne historie o wyspiarzach”.
Anglicy bali się zalewu imigrantów, zwłaszcza z Europy, podczas kiedy ludności napływowej było tysiące na wyspie od dziesięcioleci, a właściwie od stuleci,  zwłaszcza z terenów skolonizowanych przez Wielką Brytanię na różnych kontynentach.
Dariusz Rosiak jest znakomitym reportażystą. Potwierdzają to zdobyte wyróżnienia, między innymi nagroda PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego z roku 2015. Zadziwia dociekliwość i dziennikarska rzetelność tego autora, jak sam pisze, poznawał ten kraj przez lat trzydzieści. Posiłkował się literaturą przedmiotu w wydaniach książkowych, w dziennikarstwie tradycyjnym i najnowszych mediach. Odbył dziesiątki rozmów, a interlokutorzy reprezentowali rozmaite środowiska. W obraz społeczeństwa wplata poruszające jednostkowe losy.
Czytelnik obserwuje, jak naród dzięki decyzjom władz intensywnie się bogacił, na przykład wówczas, kiedy lokatorzy weszli w posiadanie za bezcen użytkowanych domów i mieszkań. Z dnia na dzień stawali się milionerami, by za pewien czas doświadczyć drastycznego spadku cen nieruchomości.
Poszczególne rozdziały książki zawierają wnikliwy opis rożnych aspektów życia nie tylko na Wyspie. Czytelnik obserwuje, jak padają obietnice kolejnych kandydatów do najwyższych władz, jak plany, zamierzenia i obietnice nie są spełniane, a społeczeństwo doznaje zawodu i frustracji. Śledzi sytuację imigrantów, bezkarność gangów, rasizm i strach przed pomówieniem o rasizm, o brak szacunku dla islamu, co prowadzi do tego, że Boże Narodzenie już nie może być tak nazywane, a powinno być zastąpione zimowym świętowaniem, a terroryzm, nawet w wykonaniu tu urodzonych islamistów, budzi skrywany strach. Rosiak pisze o specyficznym humorze angielskim, o powściągliwości przedstawicieli tego narodu, o innych cechach, które są jego wyznacznikiem.
Wspomniany post był wówczas, kiedy nawoływano do umiaru i oszczędności.  Kiedy, by wyzwolić inicjatywność i przedsiębiorczość, wyznawano zasadę, że „Jeżeli coś na siebie nie zarabia, nie powinno istnieć”. O Thatcher autor pisze „Ona żyła w głębokim przekonaniu, że ludzie sami potrafią zadbać o swoje interesy lepiej, niż zrobiłby to za nich jakikolwiek urzędnik państwowy. Wierzyła, że jeśli umożliwić ludziom wzięcie odpowiedzialności za własne życie, to będą zachowywać się odpowiedzialnie”. Ta Żelazna Dama, jak ją nazywano, była zdania, że nikt nie powinien wydawać więcej pieniędzy, niż ma, a każdy dług należy zwrócić.
Karnawał następował zaś wówczas, kiedy społeczeństwo się bogaciło i ulegało szaleństwu zakupów. Wydawanie pieniędzy wskazywało na wysoki stan posiadania, a co za tym idzie, budziło prestiż.
Wracając zaś do brexitu, czytelnik dowiaduje się, że o ostatecznym wyniku głosowania zadecydował wpływ mediów, gdyż, jak pisze Dariusz Rosiak, „wartości i poglądy reprezentowane prze partie znaczą mniej niż przekaz działający na odbiorcę i forma, w jakiej trafia on do konkretnego adresata”.
Trwa kampania wyborcza. Dariusz Rosiak pisze o Wielkiej Brytanii, ale prawda jest taka, że jego obserwacje i uogólnienia mogą mieć zastosowanie i w naszych realiach. Dlatego koniecznie warto mieć na półce lub pożyczyć tę książkę, gdyż wskazuje na skomplikowane procesy, jakie zachodzą nie tylko w Anglii, ale też w całej Europie. A właściwie na całym świecie, czyli w tej globalnej wiosce. Miliony cierpią nędzę, opuszczają swoje nękane walkami wsie i miasta i szukają ratunku w zamożnych i bezpiecznych krajach. Wśród uciekinierów są i tacy, którzy chcą narzucić światu swoje ideologie. Tymczasem w Londynie ogromnej wartości rezydencje kupują rosyjscy oligarchowie lub naftowi potentaci. Tu lokują swoje fortuny. A wymieszanie ras, kultur, wierzeń powoduje, że stopniowo Anglicy pozbywają się tak starannie pielęgnowanej tożsamości. W roku 2016 w Anglii było około trzech milionów obywateli innych państw Unii Europejskiej, a rok wcześniej imigrantów z Indii, Pakistanu, Karaibów i Afryki było prawie dwa razy tyle, co Europejczyków. Brexit miał uchronić Wyspę przed dalszym napływem imigrantów, zwłaszcza z Europy. Czas pokaże, czy oczekiwania się spełniły.

Dariusz Rosiak „Oblicza Wielkiej Brytanii. Skąd wziął się braexit i inne historie i wyspiarzach”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

środa, 15 stycznia 2020

Michał Zasadny - poleca

Detal na detalu


Uczono mnie w szkole, że wszelki zapis myśli powinien być uporządkowany. Jeśli autor wprowadza kilka wątków, powinien je kontrolować i w sposób zdyscyplinowany doprowadzić do finalnego rozwiązania. I najlepiej, by w tej narracji był porządek chronologiczny, gdyż on pomaga śledzić tok zdarzeń. Na szczęście reguły te zostały już dawno przełamane. Przełamane z pożytkiem dla jakości prozy.
Po dłuższym rozstaniu z twórczością Wiesława Myśliwskiego zabrałem się za czytanie „Widnokręgu”. Wydana w 1996 roku powieść otrzymała nagrodę Nike, jedną z wielu wyróżnień w kraju i za granicą. Czytając listę nagród, jakimi pisarz został obsypany, zwróciłem uwagę na informację, że na Litwie „Traktat o Łuskaniu fasoli”, też uhonorowany nagrodami, między innymi Nike po raz wtóry, miesięcznika „Odra”, została uznana za najlepszą polską książkę wszech czasów w tłumaczeniu na język litewski.
Na obwolucie książki czytam opinię Jerzego Jarzębskiego, że jest to pozycja w dużej mierze autobiograficzna. Autor obficie czerpie z rzeczywistości, której doświadczył i jako dziecko, i jako wchodzący w dorosłe życie mężczyzna. Każdy z nas jest właściwie jak gąbka, która nasiąka tym, czego doświadczamy. Czytając tę powieść, patrzymy na świat oczami kilkuletniego chłopca, nastolatka, licealisty, studenta. męża i ojca. W głębokim tle pozostaje sylwetka ukochanej bohatera. W sposób subtelny kreślony jest opis miłości. Głębokiej, delikatnej, spełnionej, ale jakby zawieszonej w czasie przez brak ostatecznego dopowiedzenia, co stało się z Anną.
Dałem w tytule wyraz detal. A to dlatego, że w książce jest drobiazgowy, powiedziałbym detaliczny opis sytuacji, epizodów, zdarzeń, postaci, roślin, przedmiotów i zwierząt. Wszystko jest wyraziste, plastyczne, wręcz malarskie. Tej powieści nie pochłania się jednym tchem. Nią trzeba się delektować. Moje pokolenie nałoży na te opisy własne wojenne i powojenne doświadczenia. Następne generacje mogą dokonać porównania i mogą nauczyć się przeszłości. I zaobserwować, w jakim widnokręgu spełnia się ich istnienie.
Nie znam ani jednej myślącej osoby, która nie cieszyłaby się sukcesem polskiej noblistki. Ale mając na półce galerię czytanych pozycji, postanowiłem zarekomendować właśnie „Widnokrąg”, by przypomnieć, że był czas, kiedy właśnie Myśliwskiemu życzono Nagrody Nobla uznając, że słusznie należałaby się temu pisarzowi.
Na razie, rozczytując się w dorobku Olgi Tokarczuk, zostawmy czas i na wspaniałe, docenione na różne sposoby powieści i dramaty Wiesława Myśliwskiego.

Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”, Wydawnictwo Znak. Kraków 2007.

piątek, 12 lipca 2019

Michał Zasadny - poleca


Wszystko dozwolone



Czytam debiutancką powieść Krystiana Nowaka. Patrzę na okładkę i mówię do siebie, że autor ma rację, bo w tytule pisze wersalikami: „WSZYSCY LUDZIE KTÓRYCH ZNAM SĄ CHORZY PSYCHICZNIE”. Ci, których znam, no może przynajmniej w połowie, odstają od normy. Oczywiście nie jestem psychiatrą, ale znam się na ludziach i widzę, że siła ich reakcji nie jest adekwatna do bodźca, że autoportret nie odpowiada wizerunkowi, jaki otoczenie zbudowało na ich temat, zamiary wykraczają poza możliwości i talenty, widać albo narcyzm, albo dołujący kompleks niższości itd., itp.
Nowak pisze o człowieku, który pragnie pisać, pragnie wydawać, pragnie zyskać sławę jako bardzo dobry pisarz, tu przywołuje nazwiska tych, którzy już klasyfikowani są jako prawdziwi pisarze z dorobkiem i którym pragnie dorównać. Nawet bohater przedstawia się wszystkim jako pisarz. Ale nie może udokumentować tego, co robi, choćby jedną stroną składu komputerowego albo rękopisu. Bo jego książka jest kłębowiskiem pomysłów, wątków i portretów, które kłębią się w jego wyobraźni. Natomiast książka ma jasno sprecyzowany gatunek. To kryminał, rzecz o masowo popełnianych zabójstwach. W mieście, gdzie żyje bohater, w kraju, na kontynencie, wręcz na całym świecie. I znany jest autorowi zabójca. Oczywiście nawet go w tej rekomendacji nie wskażę, bo skóra cierpnie na myśl o tym, kogo ten autor uczyni tym bezlitosnym zbrodniarzem.
Obejrzymy w tej książce odbicie współczesnej rzeczywistości. Panuje wolny rynek. Ludzie swobodnie krążą po Europie. Nie obowiązuje żadna cenzura. Każdy może pisać, co chce i wydawać, co mu się podoba. Ale musi zjednać wydawcę i znaleźć źródło finansowania. Czytelnik zobaczy, że teraz autorowi wszystko wolno. Wolno na każdej stronie używać wulgaryzmów, a jak ktoś nie ludzi ch….ów i k….rew a nadmiarze i używania czasownika pierd….olić lub przymiotnika o takim samym rdzeniu, niech po prostu nie bierze tej książki do ręki, bo tego jest w niej w nadmiarze.
Pojawia się jednak wątek, jak u chińskiego noblisty Mo Yana, jak u Bułhakowa, a także u innych, wątek zwierząt, które jak ludzie mają duszę, psychikę, są groźne lub przyjazne. W książce Nowaka w mieszkaniu bohatera egzystują koty, koty gadają, koty domagają się szynki albo mają coś bohaterowi za złe.
No ale co z książką? Czasy są takie, że jak nie można znaleźć chętnego wydawcy, to można założyć własne wydawnictwo, ale pozostaje sprawa pieniędzy. No i książka kończy się happy endem, bo sponsor się zjawia.
Dlaczego rekomenduję tę książkę? Bo gorzko, sarkastycznie pokazuje prawdę o ludziach pióra (teraz lepiej pisać ludziach klawiatury), o trudnych do spełnienia pragnieniach, o miałkości emocji, o naskórkowych uczuciach. Poza tym sugeruje, by rozejrzeć się, kto wokół nas odbiega od normy, a czasy są takie, że coraz trudniej sprostać normie. Bez względu na to, co ona znaczy.

Krystian Nowak „WSZYSCY LUDZIE KTÓRYCH ZNAM SĄ CHORZY PSYCHICZNIE”, Książki z dobrej strony, Kraków 2018.

piątek, 3 maja 2019

Michał Zasadny - poleca

Wstrząsające



Kiedy przeczytałem „Christiane F. Życie mimo wszystko” uświadomiłem sobie, jakie mam szczęście. Jestem dojrzałym mężczyzną, próbowałem w swoim czasie marychy, wcześniej wąchałem klej, potem zaglądałem też do kieliszka i podwędzałem ojcu papierosy. Szczęście polega na tym, że się od niczego nie uzależniłem, no może wieczorem, kiedy jestem zmęczony, mam ochotę wypić puszkę piwa. Chyba naśladuję bohaterów serialu o Kiepskich. Ale teraz, po świeżej lekturze tej autobiograficznej książki wiem, że narkotyki potrafią zniszczyć zdrowie, skazują na cywilną śmierć, że powodują przedwczesną śmierć. Dla mnie graniczy z cudem, że bohaterka książki „My, dzieci z dworca ZOO” i jej filmowa wersja dożyła 51 roku życia. Tyle ma lat, kiedy pisze wespół z Sonją Vucovic swoją autobiograficzną książkę.
Wspominając współpracę z „najsławniejszą ćpunką świata”, jak nazywa swoją bohaterkę, współautorka pisze, jaka zielonooka Christiane jest wciąż piękna, jak utrzymuje „czystość” pod osłoną specjalnych specyfików, które pozwalają funkcjonować bez narkotyków. Prawda jest taka, że szczere do bólu wyznania, choć we wstrząsający sposób pokazują całą destrukcję fizycznej struktury człowieka, jego woli, jego emocjonalności, jego intelektu, gdzieś głęboko w podtekście zawierają coś w rodzaju samousprawiedliwienia i szukania winy za taki stan rzeczy w rodzinie, środowisku, złych wpływach i tak dalej. I mieści się ledwie zauważalna, ale dająca się odczytać sugestia, że narkotyki pozwalają odkrywać odmienne, jakże kuszące stany świadomości albo zapewniają totalną ucieczkę. Ale od życia uciec się nie da, chyba w ostateczne rozwiązanie.
Christiane przyszła na świat w toksycznej rodzinie. Owszem, matka pracowała, ale ojciec był pasożytem i wałkoniem, na dodatek okrutnikiem. Nic dziwnego, że to małżeństwo nie przetrwało próby czasu, a matka narkomanki potem była jeszcze dwukrotnie zamężna. Christiane przyrzeka sobie, że już nic złego nie będzie mówić czy pisać o matce i ojcu, ale widać, że nie bardzo jej się to udaje. Trudno się dziwić, że obie córki Felscherinów zeszły, jak to się mówi, na złą drogę. A zatem wcześnie zaczęły się prostytuować, wchodzić w przypadkowe związki. Ciągnęło ich to, co dawało pozór wolności, a właściwie było potrzaskiem. Co nie dawało stabilizacji, sprowadzało chorobę, osadzenie w poprawczaku lub więzieniu. Christiane zakochiwała się kilkakrotnie. Niechciane, przypadkowe ciąże usuwała. Jej wszyscy partnerzy byli młodsi. Nie utrzymał się też związek z Sebastianem, ojcem Filipa, jedynego syna bohaterki. Aczkolwiek nazywa go czymś najlepszym, co przydarzyło się w jej życiu, ale i z nim musiała się rozstać, kiedy urząd do spraw dzieci uznał, że nie daje gwarancji właściwej pieczy nad synem, choć jest przekonana, że starała się, jak mogła, najlepiej.
Książka jest świetnie napisana. Gorąco polecam ją młodym ludziom, zanim staną się rodzicami nastolatków. Po to, by umieli stworzyć kochające gniazdo rodzinne, by zapobiec ucieczkom we wszelkiego rodzaju zło. W każdym razie warto wziąć książkę do ręki w porze wiosennych wagarów i wakacyjnych wypraw w nieznane. Nie wiadomo, co tam możne spotkać i co może zagrozić dziewczętom i chłopcom.

Christiane V. Felscherinow i Sonja Vukovic „Christiane F. Życie mimo wszystko”. Przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014.


niedziela, 7 kwietnia 2019

Michał Zasadny - poleca

Pięć prawd i gorzka rzeczywistość



Szwed, aktor, mim, terapeuta ze szczerością do bólu pisze, jak, poszukując prawdy, spokoju, wyciszenia, akceptacji trafił najpierw do Maharishiego Mahesh Yogi w Himalajach, twórcy medytacji transcendentalnej, a potem, po latach, po niespełnionej próbie samobójczej wyruszył do Sai Baby w Indiach, żeby przeżyć znów bolesne rozczarowanie. Jego dzieciństwo było nadzwyczaj traumatyczne, już jako czteroletni chłopczyk był świadkiem, jak pijany ojciec pastwił się nad jego matką. Zagadkowe zdarzenia, które kojarzyły mu się w rożnych koszmarach ze szmerem płaszcza, spowodowały, że stracił dar mowy. Był wyśmiewany przez rówieśników, pogrążał się w coraz większych kompleksach. Serce okazywała mu nauczycielka w szkółce niedzielnej, ale potem przyszła pora na podjęcie nauki w zwykłej szkole, a tu jego stresy jeszcze bardziej się pogłębiały.
Nie będę odbierać czytelnikowi przyjemności, jakie daje lektura tej autobiograficznej książki, sam na jej stronach dowie się, jak odzyskał mowę, jak trafił do szkoły teatralnej, jak dostał angaż w teatrze i jak w końcu poszukując prawdy trafił do Maharishiego, ale dopiero u Sai Baby dokonał odkrycia, że trafił nareszcie na to, czego szukał, czyli pięć ludzkich wartości, a były nimi prawda, szczerość, właściwe postępowanie, pokój i brak przemocy. Z organizacją Sai Baby, głoszącą te wartości, związał się na dwadzieścia lat, a nawet został jej liderem w szwedzkim oddziale. Był przekonany o szczerości swojego guru, którego, jak tysiące innych wyznawców, uznawał za Inkarnację Boga. Cały zdobyty majątek przekazał właśnie jemu wiedząc, że w tej organizacji wszystko świadczone jest za darmo, i szkoły, internaty, lecznice, a także pobyty wyznawców we wsi Puttaparthi, gdzie guru przebywał, leczył, udzielał audiencji, spotykał się z całymi grupami, a także realizował indywidualne spotkania, najczęściej z młodymi mężczyznami i chłopcami. I jak się okazało, nie były to niewinne, terapeutyczne, duchowe seanse, tylko relacje podbarwione seksem, któremu guru nadawał rangę oczyszczającego kontaktu z bóstwem, udrażniającym w ten sposób meridiany, przez które przepływa energia życiowa, czyli kundalini.
Przez te dwadzieścia lat związku z organizacją Sai Baby niepozorna hinduska wieś zamieniła się w miasteczko z kwitnącym biznesem handlowym i hotelowym. Wiele czasu minęło, by Larsson odkrył wielką mistyfikację, wywikłał się z psychicznego uzależnienia od swojego bóstwa i odzyskał pełną równowagę, która teraz pozwala mu być skutecznym terapeutą i spieszyć z pomocą tym, którzy znajdą się w potrzasku sekt.
W książce znajduje się też polski akcent, bo kiedy Larsson związany był z Ruchem Sai Baby, bywał zapraszany do rożnych ośrodków na świecie, również w Polsce, gdzie nauczał, jak wcielać pięć ludzkich wartości i żyć w zgodzie z nimi. Uczył tez, między innymi, w jednym z polskich więzień, metod terapeutycznych z zastosowaniem tych zasad.
Książkę czyta się jednym tchem. Odkrywa się prawdę o tym, ile zła dzieje się w niektórych rodzinach i jak to zło niszczy psychikę i ciąży na całym życiu człowieka, dotkniętego traumą z dzieciństwa.

Conny Larsson „Prawdy, seks i sekrety. Pod maską klauna. Organizacja Sai Baby oglądana od środka”. Przełożył Jacek Bribram, Wydawca JK, Łódź 2008.

poniedziałek, 11 marca 2019

Michał Zasadny

Pianie kogutów czyli złamana odwaga


Motto z rekomendowanej książki: Niezapisane historie zostaną stracone


W moim dorosłym życiu o azjatyckim kraju raz mówiono Kampucza, a raz Kambodża. Mieszkańcy tego kraju to Czerwoni Khmerzy albo Khmerzy. I nie należy mylić tych nazw, bo ci pierwsi to byli siepacze, zabójcy, mordercy. Niektórzy po upadku Reżymu Pol Pota zostali osadzeni, a niektórzy dalej funkcjonują w społeczności, która doświadczyła ludobójstwa. Wojciech Tochman wielokrotnie odbył podróże do tego kraju, a książka, nad którą pracował, była trzecią pozycją po „Jakbyś kamień jadła” - poświęconą powojennej Bośni i „Dzisiaj narysujemy śmierć” - o ludobójstwie w Rwandzie. Autor żywił niepokój przed pierwszym wyjazdem do kraju Khmerów. Ale czuł wewnętrzny imperatyw, by zmierzyć się i z tym tematem. Mówi, że „ciemność jest naturalnym środowiskiem reportera. Świat jasno oświetlony nie jest dla reportera tematem”.
Wojciech Tochman używa pojęcia baksbat. To pojęcie – złamanie w człowieku odwagi, staje się potulny, pokorny, lękliwy, niepotrafiący sprzeciwić się i zawalczyć o swoje. Taki los spotkał tych, którzy ocaleli z terroru.
Pianie kogutów, płace psów” jest zbiorem świetnych, choć bardzo smutnych reportaży”. Zrozumie i dogłębnie przeżyje je każdy, kto dotknął z bliska dramatu choroby psychicznej. Choroby, która odbiera szanse na pełne życie i skazuje na śmierć cywilną i na społeczne wykluczenie. I właśnie choroba psychiczna łączy te reportaże. Autor dociera do chorych w towarzystwie psychiatry Ang Sody, psychologa Seanga Leapa i polskiego fotografika Michała Fiałkowskiego.
Terror szalał w Kampuczy od 1975 do 1979 roku. Różnie szacuje się liczbę ofiar, jakie pochłonęły te lata, od dziewięciuset tysięcy do miliona stu tysięcy zgładzonych, więzionych i torturowanych kobiet, mężczyzn i dzieci, starców również. Skutki terroru się nie kończą. Rozbite, osierocone rodziny, osamotnione dzieci, dotkliwa nędza, powszechny strach i nieufność dają zastraszające żniwo, jakim jest plaga chorób psychicznych. Lekarzy tej specjalności i przed reżimem nie było zbyt wielu, ale za Pol Pota unicestwiano lekarzy, nauczycieli, inżynierów, duchownych, krótko mówiąc inteligencję.
Po upadku reżymu została garstka psychiatrów, szpitalnych łóżek było niewiele, większość w stolicy, na leczenie stać było nielicznych. Rodziny ratowały się za pomocą szamanów, kapłanów, zielarzy, magów i wszelkiego autoramentu uzdrowicieli. A kiedy chorzy stawali się niebezpieczni, za przyzwoleniem policji i wszelkich władz byli izolowani w klatkach, szopach, chlewach, przykuwani łańcuchami, by nie czynili krzywdy sobie i Bogu ducha winnym ludziom. Chorzy potrafili zabić, zniszczyć, ukraść, chore kobiety trzeba było izolować, by nie narażać na gwałty, których owocem były dzieci bez szans na wtopienie się w zdrową społeczność.
Lekarka mówi, że każdy choruje i zdrowieje po swojemu. Nie ma tu jednej reguły. A sama w czasie terroru musiała ukryć fakt, że jest lekarzem. Inaczej zostałaby jak inni zgładzona.
Chorym, wycieńczonym i zagłodzonym istotom spieszy z pomocą charytatywna międzynarodowa organizacja TPO Transcultural Psychosocial Organization. Powiem krótko, że ten zbiór reportaży jest książką o okrucieństwie i szlachetności. Warto przeczytać, żeby i w sobie dokopać się ładunku szlachetności. A melancholicy powinni wziąć do serca słowa, jakie można wyczytać w „Pianiu kogutów...”: „Smutek nie jest bezpieczny. Smutek człowiekowi nie służy. Potrafi odebrać rozum, władzę w nogach, oddech. Smutek to umieranie”.

Wojciech Tochman „Pianie kogutów, płacz psów”, Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. Kraków 2019.

sobota, 9 lutego 2019

Michał Zasadny - poleca

Amos Oz już nie żyje




Używam w tytule nazwiska wybitnego izraelskiego pisarza, bo autor rekomendowanej tutaj pozycji niejednokrotnie na niego się powołuje. Zanim jednak przeczytałem książkę do końca i napisałem ten tekst, dowiedziałem się, że ten literat i publicysta miał być rekomendowany do Nagrody Nobla.
Paweł Smoleński, autor zbioru reportaży „Izrael już nie frunie”, urodził się w 1959 roku, czyli dwadzieścia lat po Amosie Ozu. Jest Laureatem Nagrody Pojednania Polsko-Ukraińskiego; dziennikarz, od 1989 roku redaktor „Gazety Wyborczej”, a wcześniej współpracownik pism drugiego obiegu; autor kilku książek i kilkunastu reportaży opublikowanych przez paryska Kulturę. Spod jego pióra wyszły innymi takie pozycje, jak „Pokolenie kryzysu” wydane w Instytucie Literackim w Paryżu, „Pochówek dla rezusa” i „Salon patriotów”. Omawiana książka jest zbiorem reportaży, które powstawały po ugodzie izraelsko-palestyńskiej w Oslo i podczas trudnego procesu usuwania osadników izraelskich z okupowanych terenów.
Jak można wyczytać wśród notek na okładce, autor ma oko reportera, umysł naukowca i serce poety.
Książka zawiera dwadzieścia trzy reportaże, eseje i rozmowy. Większość z nich zatytułowana jest imionami bohaterów, a niektórzy życzyli sobie, by nie ujawniać ich nazwisk. Nie ma tutaj jednostronnego spojrzenia. Z tej różnorodności wynika skomplikowany obraz Izraela. Nie jest to jednolita społeczność, bo jednolita być nie może, ani antropologicznie, ani kulturowo. Na przykład Żydzi z północy Afryki są czarni, a ich pobratymcy z Europy nawet jasnowłosi i niebieskoocy. Ich życie duchowe również nie jest jednolite, od żarliwych judaistów, wiernie trwających w przekonaniu, że nie Palestyńczycy, ale Żydzi mają prawo do tej ziemi, obiecanej im przez samego Stwórcę, po Izraelitów zupełnie zlaicyzowanych. A kiedy Arabowie powołując się na Pismo, przypominają, że Mojżesz sprowadził swój lud z Egiptu na ziemię niczyją, gdyż przed nimi zamieszkiwały tutaj inne ludy, które zostały wyrugowane, Izraelici powołują się na wolę Bożą, bo są narodem wybranym. Tymczasem Arabowie bronią prawa do ziemi zasiedlonej od wieków.
U Smoleńskiego nie ma podziałów na okrutnych Arabów i dochodzących swojej słusznej racji Żydów. Po jednej i drugiej stronie są ludzie dobrzy i źli, humanitarni i skłonni do terroryzmu lub inaczej nazywanej przemocy.
Autor wyraźnie stara się zachować maksymalną bezstronność. Jeśli ocenia Żydów, to ustami przedstawicieli różnych światopoglądowych, historycznych, politycznych i społecznych nurtów oraz orientacji. Jeśli pragnie zanalizować postawy Palestyńczyków, to posłuży się doświadczeniami oraz opiniami różnych przedstawicieli autonomii. Zatem te same sprawy można widzieć różnie i rozmaicie oceniać. Wprowadzonych rozmowach padają ciekawe sformułowania, na przykład „prawo bez moralności jest zbrodnią i bezprawiem.” Z ust kobiety, która ma być przesiedlona z Gazy, padają takie słowa: „zrozumiała, że dobrze to za mało. Może być gorzej, żeby tylko było u siebie. U siebie czyli w Gazie.” Wiadomo, że na wysiedlanych czekały wygodne mieszkania, ale to nie były domy, w których rodziny mieszkały przez dziesięciolecia. A gdy z pewnego miasteczka usunięto dotychczasowych mieszkańców, zamarło tam życie, znieruchomiały sklepy, kina i inne przybytki, pada taka opinia: ”...nic tak nie wpływa a ilustruje upływu godzin, jak statyczny, niezmienny krajobraz”.
W Izraelu wskutek cudu wskrzeszenia państwa, wskutek oddziaływania ludzi, którzy napłynęli z innych krajów, wręcz z innych cywilizacji i kultur, cudem scaleni w naród, wszystko zmienia się. A starzy ludzie mówią, że kiedyś, na początku tego wskrzeszenia, było lepiej. A w jednym z reportaży czytamy, że „Mózg starego człowieka czepia się przeszłości, bo przyszłość, której już nie zobaczy, nie ma żadnego znaczenia”. Tę myśl może odnieść do siebie każde odchodzące pokolenie.

Paweł Smoleński, „Izrael już nie frunie”, zdjęcia Piotra Janowskiego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.

sobota, 20 października 2018

Michał Zasadny - poleca

Publicystyka ciągle żywa




W roku 2019 minie 75 lat od śmierci Mileny Jesenskiej, czeskiej publicystki. Kiedy w 2009 roku wydawano jej zbiór reportaży „Ponad nasze siły”, Leszek Engelking, który wraz Waclawem Burianem dokonał wyboru tekstów, dokonał, ich tłumaczenia i poprzedził je przedmową użył stwierdzenia, że to jest reporterska twórczość, która zachowuje zdumiewająca aktualność. Milena pochodziła z rodziny praskich intelektualistów, była dwukrotnie zamężna, ale przeszła do historii literatury jako tłumaczka pierwszych utworów Franza Kafki, a w biografii tego wybitnego, tragicznego pisarza zaistniała jako wielka miłość. Poznała go w jednej ze śródmiejskich kawiarenek Pragi. A w roku 1920 spędzili w Wiedniu cztery szczęśliwe dni. Jak informują biografowie, spotkali się tylko dwa razy. Jednak to czterodniowe spotkanie nie związało ich na zawsze. Ona była zamężna, ale widać nie takie okazało się ich przeznaczenie, wszak po pewnym czasie rozwiodła się z Mężem i poślubiła innego mężczyznę, a z Kafką, jeśli można tak powiedzieć, łączyła ją wielka duchowa siła, przyjaźń i miłość korespondencyjna.
Wybrane teksty mieszczą się na pograniczu literatury i dziennikarstwa. Z tym pierwszym rodzajem wypowiedzi łączy uroda języka i wielka wrażliwość autorki, a tym drugim czujna obserwacja ludzi, zdarzeń, umiejętność rejestrowania faktów wagi jednostkowej i narodowej, zdolność osadzania postaw. Jesenska zamieszcza swoje reportaże, felietony i inne teksty dziennikarskie po powrocie z Wiednia, znów w praskich czasopismach. Nie ustaje w tej pracy nawet wówczas, kiedy faszystowskie Niemcy zagarniają czeskie północne ziemie i także wtedy, kiedy jej ojczyzna znajdzie się pod faszystowską okupacją 15 marca 1939 roku. Tej pierwszej doby nie padł w stolicy ani jeden strzał. A Milena bierze w obronę swój malutki kraj, że wszelki zryw obronny byłby samobójstwem.
Publicystka, zanim wkroczyli Niemcy, obserwowała lawinę uchodźców z krajów, gdzie już szalały demony faszyzmu. Brała w obronę tych pozbawionych domu, chleba, pracy, przyodziewku, prawa do wyznawania swoich poglądów. Była orędowniczką prześladowanych Żydów, orędowniczką komunistów. Bolesnym odkryciem dla niej było zrozumienie, że wielki Kraj Rad nie tylko nie jest gotów do pomocy swoim ideologicznym wyznawcom, ale potrafi kierować ich na zesłania. W postawie Jesenskiej łączyły się dwa źródła: chrześcijański humanitaryzm, zamanifestowany w Kazaniu na Górze oraz komunistyczne ideały o równości i sprawiedliwości, które w końcu okazały się utopią.
Jesenska bardzo ceniła swój zawód. Napisała: "Być dziennikarzem dzisiaj to honor, godność i wyróżnienie”. Tak pisała 14 czerwca 1939 roku w okupowanej Czechosłowacji. Dziennikarz to „…jedyny pośrednik między wydarzeniami ludzi, jedyny rzecznik i jedyny twórca żywego kształtu słownego takich czy innych zjawisk”.
Naturalnie wówczas nie było przekazu telewizyjnego, nie było internetu, ale tym bardziej dziennikarze wszystkich form przekazu powinni wziąć do serca słowa Mileny Jesenskiej, uznanej za klasyka dziennikarstwa.
Jeden z reportaży dotyczy ostatnich dni znakomitego pisarza Karła Capka. Był, jak Kafka, samotnikiem, ale kiedy w końcu poślubił na trzy lata przed śmiercią Olgę, odkrył inną, bogata, piękna stronę życia. Wcześniej miał jedno krzesło, jeden talerz, jedno łóżko i to mu wszystko wystarczało. Aż u jego, boku pojawiła się i trwała do śmierci Olga. Milena Jesenska pisze: „Cała zdrowa radość człowieka ma źródło w tym, że rzeczy są dwie”. Dwie dla dwojga.

Milena Jesenska „Ponad nasze siły”, tłum. Leszek Engelking, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

czwartek, 4 października 2018

Michał Zasadny - poleca

 Zapach debiutanckiej powieści



Wszystko, czego czytelnik szuka w dobrej literaturze, znajdzie w debiutanckiej powieści "Zapach miasta po burzy". Jej autorem jest Olgierd Świerzewski, którego dziadkowie urodzili się w Sankt Petersburgu, za caratu. Zatem Rosja żyła w pamięci tych rodzin. Sam autor był w Rosji, był w Moskwie. Dokumentuje więc Kraj Rad z okresu wielkiego przełomu, kiedy padała potęga ZSRR, kiedy odzyskiwały swoją niepodległość byłe republiki, kiedy trwała walka o wolność i trwała nauka życia w nowych realiach gospodarczych.
Powieść ogarnia narracją wielkie obszary Rosji. Rozmaite zachowania ludzi. Dramaty walczących Rosjan i Czeczenów, dramaty rodzin, które utraciły synów w Afganistanie. Wielka pasja Rosjan, szachy, ich podbój świata w tej dyscyplinie prowadzi czytelnika do wielkich miast świata, w których rozgrywane są mecze o mistrzostwa na najwyższym szczeblu. Nie trzeba grać w szachy, nie trzeba się nawet znać na tej dyscyplinie, by zafascynować się opisami szachowych rozgrywek. Te opisy są fascynujące i niejeden czytelnik "zarazi" się tą pasją.
A kiedy na kartach powieści pojawią się piękni, utalentowani, błyskotliwi, młodzi mężczyźni zawładnięci ambicją zdobycia najwyższy laurów na szachownicach świata, nie można się oderwać od książki, na dodatek kiedy połączy ich miłość do ślicznej rosyjskiej aktorki.
Żeby napisać taką powieść, trzeba posiąść wielką wiedzę, mieć niesamowitą wyobraźnię i niepospolity talent literacki. Śmiało rekomenduję tę wydaną w 2014 roku powieść. Wspaniała to lektura dla młodzieży, bo uczy zdobywać szczyty i rozwija ambicje, książka dla dorosłych, dla mężczyzn i kobiet, zwłaszcza romantyków, a tych i w naszych czasach nie brakuje. Leszek Bugajski w "Newsweeku" wyznał, że nigdy nie czytał tak potężnego, odważnego debiutu.

Olgierd Świerzewski "Zapach miasta po burzy", Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2014.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Michał Zasadny - poleca

Piękna i tragiczna


Przeglądam wasz portal i widzę, że rekomendujecie pozycje ambitne, które nie zawiodą czytelników o wyrafinowanych gustach. A ja postanowiłem napisać o książce, której poszukałem po tegorocznej podróży na południe Europy. Byłem w Monako, a wiedząc to i owo o tym księstwie, wstąpiłem tam do kościoła, gdzie jest pochowana Grace Kelly. Nie wiem dlaczego wyobraziłem sobie, że zastanę tam stos kwiatów mimo upływu lat od jej tragicznej śmierci we wrześniu 1982 roku. Rozczarowałem się, ale nabrałem ochoty, żeby po powrocie do kraju poszukać więcej wiadomości o tej niezwykłej postaci z pokolenia moich rodziców.
No i wziąłem do ręki biografię "Grace księżna Monako" autorstwa Joanny Spencer.
Aktorka urodziła się w bardzo bogatej rodzinie. Jej ojciec, znakomity medalista w wioślarstwie, był nie tylko świetnym sportowcem, ale też energicznym, skutecznym w działaniu człowiekiem biznesu.
Grace, jego córka nieznająca biedy postanowiła zostać aktorką, Występowała w drobnych rolach na Broadwayu, a potem zagrała w poważniejszym dramacie "Ojciec" Strindberga. Po kolejnych rolach filmowych została nagrodzona w 1954 roku OSCAREM za rolę w "Dziewczynie z prowincji". Jak mogłem wyczytać w tej biografii, nie była gwiazdą kapryśną i trudną. Wręcz przeciwnie, szanowano ją za sposób bycia, zdyscyplinowanie, talent i pracowitość. Grała u boku wybitnych aktorów, a niejeden pozostał pod jej urokiem. Jaj nazwisko nie funkcjonowało jednak w kontekście głośnych skandali, choć niewątpliwie łączyła ją miłość z kilkoma aktorami, zwłaszcza kiedy dane im było pracować na jednym planie.
Jej przeznaczeniem okazał się książę Monako Rainier. Poznali się w maju 1955 roku, a za kilkanaście miesięcy wzięli ślub cywilny, a potem kościelny, co nastąpiło 18 i 19 kwietnia 1957 roku. Monakijski naród, choć niewielki, oczekiwał niecierpliwie ożenku księcia. Chodziło o utrzymanie dynastii, a także o ślub z katoliczką i doczekanie się następcy. Ale żeby mieć gwarancje, że narzeczona jest zdolna do macierzyństwa, przeszła stosowne badania. No i w stosownym czasie powiła Karolinę, Alberta i Stefanię.
Była dobrą księżna, działającą społecznie, uczestniczącą w akcjach kulturalnych i charytatywnych, choć mimo tęsknoty za filmem, rozstała się na dobre z aktorstwem.
Można byłoby zakończyć tę love story słowami "i życzyli długo i szczęśliwie", gdyby nie to, że 13 września 1962 roku Grace zginęła tragicznie. Samochód runął w przepaść, a medycyna nie zdołała uratować księżnę, choć jadąca z matką Stefania uszła z wypadku z życiem.
Biografia jest wzbogaca fotografiami i z ról filmowych, i z życia prywatnego rodziny Kellych oraz książęcej pary. Warto wziąć tę pozycję do ręki na chwile późnoletniego wytchnienia i obiecać sobie, co dotyczy kierowców, że będą uważać, zwłaszcza na zakrętach.

Joanna Spencer "Grace księżna Monako". Tłum. Grażyna Majcher, Warszawskie Wydawnictwo MUZA SA Warszawa 2014,

niedziela, 18 marca 2018

Michał Zasadny

Cały wiek na 638 stronach



Ostatnio zapytał mnie nastolatek, jakie książki z tych, które przeczytałem, uważam za najpiękniejsze. Odpowiedziałem bez namysłu „Jan Krzysztof” Romain Rollanda, trylogia "Józef i jego bracia" Tomasza Manna i „Światłość świata” Halldóra Laxnessa. Dziś, kiedy skończyłem wielka powieść Mo Yana „Obfite piersi, pełne biodra”, bez wahania wskazałbym właśnie tę powieść chińskiego noblisty. Tytuł wydał mi się trywialny i pomyślałem sobie, że będzie na kartach tej książki dużo obscenicznych fragmentów. Nie miałem racji. Bohaterka tej monumentalnej powieści jest Shangguan Lu, matka dziewięciorga dzieci. Siedmioro kolejnych niemowląt, które wydała na świat, to były dziewczynki, witane przez matkę Lu i jej teściową z coraz większym gniewem i rozczarowaniem, a niewiele by brakowało, by siódmy noworodek płci żeńskiej nie został utopiony przez rozwścieczona babkę.
Narracja zaczyna się od opisu ósmego porodu. Równolegle usiłuje na świat wydać swoje dziecko Lu, a mężczyźni w tej rodzinie pomagają oślicy urodzić małe. Zatem równolegle trwa walka o jedno i drugie życie. A kiedy następuje ludzkie rozwiązanie, okazuje się, że na świat przychodzi upragniony syn, drugi po dziewczynce bliźniaczce, która okazuje się ślepa. Matczyne mleko okazuje się warunkiem przetrwania, malec walczy o dostęp do piersi, nie dopuszczając do życiodajnego, białego strumienia bliźniaczki.
Koleje rozdziały to właściwie saga tej rodziny, pełna napięć, trudu, nieoczekiwanych odmian losu i zwrotów akcji. W ramach stulecia upada dynastia, powstaje republika, szaleje rewolucja, budowany jest socjalizm, uśmiercani, więzieni, torturowani są wrogowie ludu. I wreszcie przychodzi czas, kiedy nie jest hańba być jednostką energiczną, inicjatywną, przebojową, która potrafi produkować, zatrudniać, bogacić się bez ryzyka zesłania lub utraty życia.
Literatura przyzwyczaja nas, że główny bohater ze słabeusza, który cudem ujrzał światło dzienne, zamienia się w herosa. Nie dotyczy to jednak Shangguana Jintonga, upragnionego syna Lu. Owszem, na kartach powieści pojawiają się mężczyźni silni, niepokonani, odważni do brawury i nieustraszeni do szaleństwa, niszczący wrogów i zdobywający najpiękniejsze kobiety. Jintong taki nie jest. Ledwie zaświta dla niego jakaś nadzieja, zostaje unicestwiona i sypią się na niego gromy. Uważam, że to postać uniwersalna. Ilu z nas wchodzi w życie z nadzieją, z pragnieniem sukcesu, a przeżywa wciąż porażki, choć na dobra sprawę wyprzedzają ich w sukcesach znacznie gorsi?
Rytm zdarzeń wynika z procesu dorastania licznego rodzeństwa i spełniania się historii Państwa Środka. Bohaterowie organicznie stopieni są z naturą. Zdumiewająca jest znajomość pisarza chińskiej flory i fauny, zachowań świata ożywionego i procesów zachodzących w świecie nieożywionym. Wszystko na świecie ma swoje prawa, wszystko z nich korzysta. Blaski, cienie, odgłosy, aromaty, barwy o najrozmaitszych tonacjach, wszystkie żywioły korzystają ze swoich praw. Zwykle czytelnik przebiega w powieści wzrokiem opisy, chłonąc wartkie dialogi. Opisy w tej powieści są nadzwyczajne, piękne, a wszelka metaforyka jest czerpana ze świata natury.
W „Asianweeku” powieść Mo Yana nazwana jest dziełem monumentalnym, a dalej pada stwierdzenie: „Znakomite pisarstwo Mo Yana jest tak ekspresywne, że zapachy, widoki i emocje stają się niezwykle wyraziste.” Natomiast „The Washington Times” pisze, że proza chińskiego pisarza to „jest jedyna w swoim rodzaju mieszanka fantazji, lirycznych opisów chińskiej przyrody, czarnego (nawet slapstickowego) humoru odrobiny tego, co nadprzyrodzone”
Powiem krotko, warto wziąć tę powieść do ręki, by poznać wielki kawał azjatyckiego świata, poznać historie Chin minionego wieku i zdumiewające zakamarki natury ludzkiej. Tylko trzeba rezerwować na tę lekturę spokojny czas na urlopie lub w sanatorium.
Już gotów byłem wysłać rekomendacje książki, jak przypomniałem sobie kilka spraw spraw. Na przykład zadziwia mnie pamięć autora, który wprowadza na karty powieści dziesiątki bohaterów, zindywidualizowanych, odgrywających niemałe role i ani razu nie gubi przypisanych im funkcji. Cała narracja zbudowana jest w ten sposób, że z poszczególnych epizodów można byłoby wykroić kilka pasjonujących książek. Z własną dramaturgią, niesamowitymi, opisami coraz to innych miejsc i z nietuzinkowymi bohaterami. I nie można się pogubić w całości, gdyby ktoś z Czytelników poczułby się bezradny w tej lawinie zdarzeń i postaci, może sięgnąć na sam koniec, gdzie na czterech i pół stronicach znajdzie galerie głównych postaci w liczbie 25 kobiet i mężczyzn z dominującymi członkami rodu Shangguanow. Każda z nich jest zwięźle scharakteryzowana z zaznaczeniem roli, jaką odgrywa w książce. A najbardziej zdumiewający jest ostatni rozdział, który zupełnie burzy zasadę jedności czasu i miejsca. Ale na czym to polega, niech Czytelnik sam się dowie i zadziwi.
X
Mo Yan „Obfite pierwsi, pełne biodra”, przełożyła Katarzyna Kulpa, Wydawnictwo W.A.B., wydanie drugie, Warszawa 2012 r.