czwartek, 14 października 2021

Anastazja Danilowiczowa - poleca książkę napisaną w roku 1949, której akcja dzieje się w 1984, a którą przeżywamy w realu w 2021. Dziwne. Nieprawdaż?

 Mroczny wizjoner

 

To było wiele lat temu, kiedy pierwszy raz czytałam „Rok 1984” Orwella. Jeszcze ta książka mrocznego wizjonera nie była osiągalna w oficjalnej księgarskiej dystrybucji. Ona przewidywała, jak będzie funkcjonował system totalitarny. Ponieważ zawierała odniesienia do już działającego socjalistycznego molocha, a mimo szczelności granic trafiali na Zachód uciekinierzy ze wschodniego raju na ziemi, a świat dowiadywał się, jak komuna niszczyła własne dzieci w obozach, więzieniach i katorżniczej pracy, dla zorientowanych nie wszystko w tej książce Orwella było mroczną, wstrząsająca wizją tego, jak człowiek może być przenicowany na wskroś, jak się zaprze ideałów, przyjaźni, miłości, więzów krwi, jak zaprzepaści wszystko, co w nim najlepsze i jak wypuści demony kryjące się w darwinowskim wyposażeniu we wszystko, co potrzebne do walki o przetrwanie.

Rzecz dzieje się w Londynie. To jest socjalistyczne miasto w socjalistycznym kraju. Mieszka w nim Winston Smith. Każde jego spojrzenie łowi olbrzymie portrety wodza. Rozmaite hasła we wszystkich piętrach świadomości pogłębiają przekonanie, że jego los się spełnia w najszczęśliwszym miejscu na ziemi. A to, że każdy donosi na każdego, że kamery rejestrują każdy gest i każde słowo, że indoktrynowane są nawet dzieci, nie ma większego znaczenia. Nie może mieć żadnego znaczenia w mieście szczęśliwości.

Smith wykonuje zaskakującą czytelnika pracę. Zmienia historię. Zmienia kulturę. Ma dostęp do książek i czasopism. W miarę potrzeby, w miarę politycznej koniunktury zmieniane są fakty w swoim czasie zarejestrowane w mediach. Jest i wątek romansowy, ale nie może  mieć szczęśliwego zakończenia. Bo nie ma wierności, nie ma lojalności, jest zdrada.

Zakładam, że większość czytała tę głośną pozycję. Już bez strachu, że czytelnik brał do ręki nieprawomyślną lekturę, bo przecież mur runął, ustroje się pozmieniały, mamy wolny rynek, ale też obserwujemy na ulicach buzujące rewolucje pod różnymi hasłami i domagające się rozmaitych celów. Gorąco polecam, koniecznie trzeba przeczytać „Rok 1984”.  Przeczytać, żeby zmądrzeć.

Orwell „ Rok 1984”, tłum. Tomasz Mirkowicz, Świat Książki , Warszawa 1998.

sobota, 9 października 2021

Jadwiga Wierzbiłło - czym jest honor i godność?

 Łzy na każdej stronie

 

Do rekomendacji powieści o powstaniu w Getcie warszawskim zainspirowała mnie zamieszczona na tej stronie internetowej recenzja pozycji poświęconej obozowemu tatuażyście. Można zajrzeć do tej analizy powieści autorki z Australii, opartej na faktach, żeby zrozumieć, dlaczego czytelnik po tej lekturze szuka innych książek o Holokauście. Jest to o tyle ważne, że teraz Izrael oczekuje zmiany ustawy, która pozwoli odzyskiwać mienie utracone na polskiej ziemi. Ale prawda jest taka, że mienie utracili i nasi rodacy, repatriowani zza Bugu, i ci Polacy, których domy, sklepy i fabryki splądrowali okupanci, Żydzi również, kiedy spotkała ich, jak wielu naszych rodaków, wojenna zagłada.

Gorąco polecam wydaną w tym roku powieść Roberta Żółtka „Ogień i pył. Ostatnia wiosna Mordechaja Anielewicza”. Obie książki traktują o niezwykłym heroizmie i o miłości silniejszej niż śmierć, ale o ile tatuażysta Lelo przetrwał obóz, ocalił w warunkach obozowych swoją ukochaną, o tyle od początku powieści Roberta Żółtka czytelnik ma świadomość, że Mordechaj i jego ukochana Mira Fuchrer zginą, na co są przygotowani. Zginą, ale ocalą honor i godność „podludzi”, jak faszyści określali ich pobratymców.

Mordechaj dokonał rzeczy niebywałej. Był w Będzinie, poza Warszawą. Nie należał do osób stłoczonych w warszawskim Getcie, gdzie w 1940 roku zgromadzono ponad 400 tysięcy Żydów. Za dwa lata zaczęła się selekcja. Silni, młodzi i zdrowi byli potrzebni do zatrudnienia w fabrykach, produkujących na potrzeby okupantów i wojny. Pozostałych stopniowo wywożono do Treblinki. Mordechaj przedostał się do tego piekła z fałszywymi dokumentami i bronią. Miał jeden cel: utworzyć oddział zbrojny, oprócz tej grupy, która już w Getcie działała, ale która nie zapobiegła wywożeniu Żydów do obozu, gdzie nastąpiła ich zagłada w piecach krematoryjnych. Nie chciał pozostawać bezczynny. Historia mówi, że zbrojny zryw w Getcie był pierwszym w Europie miejskim powstaniem. Kiedy lidera ostrzegano, że to pomysł, który nie ma szans powodzenia, że jego uczestników czeka niechybna śmierć, odpowiadał, że zginąć w walce jest lepsze od upodlenia, a każdy zabity niemiecki żołnierz osłabia siły okupanta, i tak w istocie się stało. Ale zanim do tego doszło, bojowcy postarali się o pieniądze zza muru, zakupili broń, zorganizowali szkolenie, jak się nią posługiwać. I kiedy 19 kwietnia 1943 roku Niemcy skierowali do Getta olbrzymie siły, spotkało ich zdumiewające zaskoczenie – zbrojny opór. Bojowcy mieli broń, mieli wyprodukowane własnym sumptem granaty, a także butelki wypełnione wybuchającą substancją. Zanim doszło do tego starcia, Żydzi zorganizowali szpital, przeszkolili dziewczyny do pomocy rannym, kopali pod kamienicami bunkry i schrony.

Opisy walki, poświęcenia, bohaterstwa, są wstrząsające. Niemcy burzyli dom po domu, niszczyli ogniska oporu, miotali napalmy, skierowali do walki ciężką artylerię i czołgi. Bojowców, kobiety, dzieci, mężczyzn spotkały tortury ran, chorób, głodu, ciasnoty, braku powietrza i to wszystko, co w warunkach nierównej, a dzielnej walki musieli Żydzi znosić. Granaty miotali nawet kilkunastoletni chłopcy, a strzelano do nich, a nawet do małych dzieci z okrutną bezwzględnością. Bohaterowie giną w bunkrze, Wielu z nich, w tym Mordechaj i Mira popełniają w bunkrze, jak inni, samobójstwo. Godność i ocalenie honoru okazały się ważniejsze od utraty życia.

Powieść napisana jest pięknym językiem, opisy budzącego się dnia i zapadającej ciemności nad budynkami trawionymi ogniem, a przede wszystkim przeżyć ludzi skazanych na zagładę są wstrząsające. Koniecznie trzeba tę powieść, gdzie jest dużo materiału źródłowego, wziąć do ręki, żeby docenić, czym jest pokój i jak niszcząca jest pogarda i nienawiść.

Robert Żółtek „Ogień i pył. Ostatnia wiosna Mordechaja Anielewicza” ,Wydawnictwo MG, Kraków 2021.

czwartek, 7 października 2021

In Memoriam Mirosława Gontarskiego. Spotkanie literackie w pierwszą rocznicę śmierci Poety

 

13 października 2021 r. o godz. 17 w sali konferencyjnej 

Książnicy Karkonoskiej przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze.

 


 

NOC BIBLIOTEK – 09.10.2021 r. (sobota) godz. od 17.00 do 22.00.

  Tegoroczne hasło: Czytanie wzmacnia

Przez cały czas imprezy zapraszamy do wzięcia udziału w akcjach:

 

Abolicja – biblioteka zachęca do zwrotu przetrzymanych książek bez konsekwencji (wszystkie działy). Abolicja trwa od 7.10 do 9.10 2021 r. do godz. 22.00

Wypożycz książkę w ciemno – książkowe niespodzianki zapakowane w szary papier.

  1. Hol przed wejściem:

Katalog książek wzmacniających – wylosuj tytuł dla siebie. Recepty na których wypisane zostały tytułu książek, które potrafią wzmocnić.



  1. I piętro:

  • Hol – prezentacja klubów:

DKK „Czeski čtvrtek albo inny dzień tygodnia” – zabawy słowem polsko-czeskim.

DKK „Poeci” – Poezja na wzmocnienie – Prezentacja dorobku literackiego autorów tworzących w Jeleniej Górze i regionie, promocja tomików i rozmowy z lirykami.

Gang Włóczykija – prezentacja robótek ręcznych, nauka podstawowych ściegów hafciarskich lub dziergania na drutach i szydełku.

Tablica dobrych słów – uzupełnij hasło Czytanie wzmacnia…

  1. II piętro:

  • Hol:

stoisko Wydawnictwa Ad-Rem – książki, mapy, publikacje.

stoisko Towarzystwa Przyjaciół Jeleniej Góry – książki, mapy, publikacje.

DKK „Laboranci z Karkonoszy” – przepisy na wzmacniające przetwory i mieszanki ziołowe.

  • Czytelnia:

Biblioteka ciągle w grze – gry planszowe z Karkonoskim Stowarzyszeniem Gier bez prądu.

  • Pokój pracy cichej:

Audiobook – regionalnie słuchanie wybranych audiobooków o tematyce regionalnej.

  1. III piętro:

  • Hol:

Mała Książka – Wielki Człowiek – stoisko z akcją (możliwość wyrobienia karty Małego Czytelnika i otrzymania wyprawki).

  • Biblioteka Dziecięco-Młodzieżowa:

Zagraj z Cyberjelonkami – Minecraft dla dzieci od godz. 19.30. (zapisy)

Książka w moich rękach – zajęcia plastyczne dla dzieci.

godz. 18.00 – rozdanie nagród dla uczestników quizu Jeżycjada.

  • Sala konferencyjna:

godz.17.00 - zapraszamy na projekcję norweskiego filmu "Operacja Człowiek w czerni". Jest to kryminał familijny o parze młodych detektywów, ekranizacja popularnej serii książek dla dzieci „Biuro Detektywistyczne nr 2". (zapisy)

godz. 19.00 – 20.00 – spotkanie autorskie z Tomaszem Szyrwielem, promocja książki „Bestiariusz jeleniogórski”.

godz. 20.30 – pokaz regionalnych filmów z Jeleniogórskiej Biblioteki Cyfrowej.

Dla 100 naszych Czytelników, którzy nie będą mogli uczestniczyć w seansie w Bibliotece, przygotowaliśmy link z hasłem do wyświetlania filmu online podczas projekcji domowych. Link i hasło do odebrania - osobiście lub telefonicznie w sobotę 09.10. 21 r. w godz. 17.00-22.00.

sobota, 18 września 2021

Zofia Trojnar z poezją w ODK 27 września 2021 r.

 

 

 

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej oraz Osiedlowy Dom Kultury zapraszają na spotkanie z cyklu „ars poetica”. Tym razem zadebiutuje pierwszą książką, zatytułowaną „Barwy życia bez ukrycia”, Zofia Trojnar. Spotkanie uświetni folklorystyczny zespół ludowy „Kowarskie Wrzosy”, którego członkiem jest autorka książki, a zarazem autorka ballady, którą zaprezentuje gościom solo.
 

środa, 15 września 2021

Michał Zasadny - Nie wolno zapomnieć

 Tatuażysta ocalał z piekła

 

Autorka powieści – „Tatuażysta z Auschwitz” pisze o swoim bohaterze posługując się zdrobniałym imieniem Lale. Pochodzi ze słowackiego miasteczka Krompachy. Żyje w szczęśliwej żydowskiej rodzinie. O ile mówić można o szczęściu w drugim roku wojny. Lale ma starszego brata, kwalifikującego się do zabieranych przez Niemców, przymusowych robót, ale ten jest żonaty i ma dwójkę dzieci. Więc Lale zgłasza się na ochotnika na te roboty, żeby brat pozostał z rodziną, która wymagała opieki. Tymczasem zamiast do fabryki trafia do obozu zagłady Auschwitz Birkenau, gdzie budowane są kolejne budynki dla przywożonych z całej Europy więźniów. Jest kwiecień 1942 roku. Obóz jest „w rozruchu”. Już część bloków jest zasiedlona, powstają nowe, budowane przez więźniów.

Lale jest kulturalny, zna kilka języków, ale nie do każdego się przyznaje. Hitlerowcy kwalifikują go do tatuowania więźniów. I tak na początku tej haniebnej pracy oznaczania więźniów numerem poznaje Gitę i od razu wie, czuje, że to ta jedyna, na całe życie bez względu na to, jak krótkie będzie to życie. Stara się, wykonując zabieg na skórze dziewczyny, sprawić jej jak najmniej bólu. Błyskawiczna wymiana spojrzeń pozwala im potem rozpoznać się, kiedy mijają się na terenie obozu. Tatuażysta będzie starał się zobaczyć Gitę jak najczęściej.

Już na wstępie Lale jest świadkiem egzekucji w latrynie. Esesman strzela do więźniów, których prawa fizjologii zmusiły do opuszczenia prycz. A bohater tej opartej na faktach powieści pojmuje, gdzie się znalazł i jakie bezwzględne, a okrutne prawa tutaj rządzą. Ani jednego ranka nie może mieć pewności, czy dożyje wieczora. Coraz częściej docierają nowe transporty więźniów. Śmierć zbiera swoje żniwo. Atakują agresywne psy. Smagają pejcze lub zadają ból uderzenia kolb karabinowych. Oprócz baraków, w których tłoczeni są ludzie, powstaje jeszcze jeden, dziwny, jak się potem okazuje, straszny w przeznaczeniu budynek. To krematorium. Lale postanawia wszystko przetrzymać. Postanawia przeżyć. Przekazuje tę nadzieję swojej dziewczynie, która nie spodziewa się niczego dobrego. On zaś zaczepia pracujących tutaj Polaków. Oni dostarczają mu żywność, a Lale przekazuje im kosztowności, które więźniarki wysupłują z odzieży, zabranej tym, którzy się tutaj znaleźli. Gdyż esesmani nie zdołają wszystkiego splądrować.

Szczegóły obozowych okropieństw są powszechnie znane. Sam miałem okazję poznać nauczyciela, który cudem dotrwał do wyzwolenia Oświęcimia. Więc nie ma potrzeby przytaczać tych wstrząsających obozowych faktów, które przez głód, brud, tortury, medyczne eksperymenty niszczyły życie Bogu ducha winnych ludzi. Lale dotrwa do wyzwolenia obozu i jeszcze zobaczy, jak przed nadejściem wyzwolicieli kobiety ładowane są do transportu, który kierowany jest na Zachód. Nie zna nazwiska dziewczyny, ale ona w ostatniej chwili rzuca w jego stronę jeden wyraz. I kiedy patrzy na niego ostatni raz przed opuszczeniem obozu, wykrzykuje nazwisko: Jestem Furman. Jak się okazało, to była Gisela Fuhrmannowa. Pobrali się w październiku 1945 roku, przeżyli cud ocalenia i doświadczyli potęgi miłości. Po wojnie ludzie odszukiwali się dzięki listom sporządzanym przez PCK oraz inne organizacje charytatywne.

Autorka książki, Heather Morris, australijska pisarka po dziesiątkach lat poznaje syna Lalego, który ocalał Ludwig Eisenberg, którego nazywano Lale, urodził się 28 października 1916 roku, ona Gisela przyszła na świat 11 marca 1925 roku. Nie chcieli pozostać w Europie, która dostarczyła im obozowej traumy. W Sydney znaleźli się w lipcu 1949 roku, a stad wyruszyli do Melbourne. Pragnęli dziecka i doczekali się jedynego syna. Oprawca Lalego, obozowy esesman Stefan Baretzki osądzony został w 1961 roku.

Syn bohaterów tej niesamowitej, prawdziwej powieści - Gary nosi nazwisko Sokolov, jego ojciec, Lale przejął je po siostrze, która poślubiła Rosjanina. Potem, co przeżył, niebezpiecznie było nosić prawdziwe nazwisko. Uważam, że nieetycznie byłoby nie znaleźć i nie przeczytać obozowej, oszczędnie, z wysoką kulturą napisanej książki. Nie wolno zamazywać historii, nie wolno okrucieństwa lokować w niepamięci.

Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”, Wydawnictwo Marginesy, 2018, tłum. Katarzyna Gucio.

wtorek, 7 września 2021

Książka za grosik

 

W imieniu Jeleniogórskiego Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej-Książnicy Karkonoskiej w Jeleniej Górze zwracam się z uprzejmą prośbą o zamieszczenie następującej informacji:


Książnica Karkonoska w Jeleniej Górze gorąco zaprasza swoich Czytelników, Mieszkańców Naszego Miasta i Powiatu Jeleniogórskiego oraz Turystów odwiedzających Jelenią Górą na kiermasz „Książka za grosik”, który odbędzie się w dniach:

  • 16-17 września 2021 r. w godz. 10.00 do 17.00

  • 18 września 2021 r. – sobota w godz. 10.00 do 14.00


przed budynkiem Książnicy Karkonoskiej przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze

środa, 1 września 2021

Krzysztof Koziołek w Książnicy Karkonoskiej

Co by było, gdyby czasy przedwojenne skrywały o wiele więcej tajemnic kryminalnych?

Kamienna Góra, Lubawka, Krzeszów, Kowary, Pisarzowice, Chełmsko Śląskie... Między innymi w te miejsca zabierze nas Krzysztof Koziołek na swoim najbliższym spotkaniu autorskim, 14 września w Książnicy Karkonoskiej. Jest to poczytny pisarz oraz dziennikarz, autor kilkunastu powieści kryminalnych retro, których akcja rozgrywa się głównie na Dolnym Śląsku. Jego nowa książka pt. "Imię Pani. Misja" porwie czytelników na przedwojenne tereny Landeshut (Kamienna Góra) i Liebau in Schlesien (Lubawka) i wciągnie od pierwszej do ostatniej strony. 

 

 

Zainteresowani?

Serdecznie zapraszamy!


Krzysztof Koziołek,

Zielonogórzanin, obecnie mieszka w Nowej Soli. Absolwent politologii, pisarz i dziennikarz . Pasjonat górskich wędrówek.

Debiutował w 2007 r. sensacyjną powieścią „Droga bez powrotu”. Dwa lata później ukazała się jego powieść kryminalna „Święta tajemnica” i właśnie kryminały retro staną się znakiem rozpoznawczym autora.

W 2010 r. Krzysztof Koziołek został zgłoszony do Paszportu Polityki (powieść sensacyjno-przygodowa „Miecz zdrady”). W 2011 r. otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką dla najbardziej obiecującego pisarza, a w 2019 r. za kryminał retro „Nad Śnieżnymi Kotłami” otrzymał nagrodę „Książka Górska Roku” w kategorii „Górska fikcja literacka i poezja”. Autor ma na koncie kilkanaście wydanych powieści, kolejne są w przygotowaniu. Już możemy śledzić losy komisarza kryminalnego Gustawa Dewarta w powieści „Imię Pani. Misja”, w sierpniu ukaże się nowy thriller górski „Biały pył. Piekło na K2”, a jesienią br. kolejna część powieści kryminalnej „Imię Pani. Cisza”

Spotkanie autorskie 14 września 2021 r. godz. 17.00, sala konferencyjna JCIiER Książnica Karkonoska w Jeleniej Górze (II p.).

Maria Suchecka - poleca książkę, którą każdy, kto choć trochę interesuje się kulturą, powinien przeczytać.

 Potęga pasji i miłości

 

Jerzy Antczak to wielka postać polskiego teatru telewizji, kinematografii, wielkich obrazów filmu. Powołane do życia na ekranie postaci są tak sugestywnie nakreślone, że kiedy odtwórczyni głównej roli w „Nocach i dniach” według epopei Marii Dąbrowskiej po wielu latach znalazła się na ulicach Warszawy, w ulubionych kiedyś sklepach i kramach witały ją słowa: Pani Basiu, mam dla pani coś specjalnego. Bo dla widzów mimo otrzymanych przez artystkę nagród bez mała na całym świecie, nie licząc tego, czym uhonorowano artystkę w kraju za rolę Bogumiłowej Niechcicowej, w ich pamięci Jadwiga Barańska była hołubiona jako filmowa postać. Film, nominowany do Oscara, miał wielką szansę na tę prestiżową nagrodę, ale jak to niejednokrotnie bywa, choć członkowie komisji weryfikującej utwierdzali reżysera i Jadwigę Barańską o ich wielkiej szansie w kategorii filmu z innego, niż USA kraju, statuetka trafiła do kogoś innego, o czym zadecydowały, jak to często bywa, zakulisowe mechanizmy.

O wielkiej nadziei i rozczarowaniu dowie się każdy, kto weźmie do ręki kilkusetstronicową autobiografię Jerzego Antczaka. Wybitny reżyser w przeddzień ukończenia swoich dziewięćdziesięciu lat już po raz drugi zmierzył się za swoim zdumiewającym losem. Wcześniej sparafrazował tytuł filmu, który podbił widzów na wielu kontynentach i został porównywany do „Przeminęło z wiatrem”, wydając „Moje noce i dni”. Teraz, u schyłku lat uświadamia sobie, że nie ujął tam sylwetek tych wszystkich niezwykłych ludzi, których los postawił na jego drodze do przeznaczenia, jakim stało się bycia reżyserem i utrwalanie zagadek bytu w ruchomych obrazach i zapadających w ucho dźwiękach. Zaś o przeznaczeniu napisał: „Kiedy dzisiaj patrzę wstecz, doznaję wrażenia, że był to okres zaskakujących zwrotów. Przeznaczenie niemal prowadziło mnie na smyczy.” Człowiek nie ma wyboru. Nosi w sobie swój los. Musi iść tam i robić to, na co skazało go przeznaczenie. Nikt nie stoi ponad przeznaczeniem. Zjawy senne są po to, by ostrzegać, wydawać polecenia, grozić. Człowiek mając wypisany swój los raz na zawsze, musi go tylko odczytywać i wypełniać punkt po punkcie”. Jerzy Antczak zacytował te słowa profesor Łopatyńskiej, do której w książce odwołuje się niejednokrotnie. Ostatnie słowa tej księgi losu autor napisał w Los Angeles 10 października 2019 roku, w dniu, kiedy została przyznana Oldze Tokarczuk Nagroda Nobla.

Wzrok czytelnika nieruchomieje, kiedy dowiaduje się, że gigantyczne wyznanie „Jak ja ich kochałem” jest dedykowane synowi Mikołajowi, który przez wszystkie karty na ponad 700 stronach jest pomijany milczeniem. Wynika ten stan rzeczy z tego, że o najukochańszym z najukochańszych, jak nazywa w dedykacji Syna, po prostu pisze tak oszczędnie, zostawiając miejsce dla tych, których podziwiał i kochał, a także żywił wdzięczność, bo bez nich te liczne, zdumiewające sukcesy nie stałyby się jego udziałem. Te uczucia żywi również nawet dla już nieżyjących. Jego cechą jest wielkoduszność, bo kiedy nawet pisze o tych, którzy mu w życiu szkodzili, wolny jest od gniewu, pogardy i nienawiści. Dla pozostałych potrafi żywić bezmiar wdzięczności.

Książka jest swego rodzaju dytyrambem na cześć Mini, Marii Barańskiej, matki jego żony Jadwigi. Jak napisał pod koniec, „Wszystko w niej było harmonijne i piękne. Jej dar pojmowania i kochania świata był niepojęty. Obcując z nią przez ponad pół wieku, aż do chwili jej odejścia, doznawałem nieustannych iluminacji, dających mi siły do wszystkiego, czego się podejmowałem w sztuce”. I naturalnie jego Muzą przez te wszystkie lata pozostawała i pozostaje Jadwiga, żona. Partnerka w życiu i sztuce.

Książka jest bogatym, wnikliwym dokumentem dziesięcioleci, które zaczęły się na Wołyniu, dostarczającym w pamięci artysty głębokiej inspiracji, przez lata wojny, czas dojrzewania i rozkwitu talentu w socjalistycznej Polsce, rozwoju warsztatu, procesu samodoskonalenia i konfrontacji z niełatwą rzeczywistością. Mimo świadomości własnych dokonań artysta, żyjący i działający od ponad dwóch dziesięcioleci w USA, pisze o sobie szczerze, nie stroni od autoironii, pozostaje wolny od pychy i samouwielbienia. Wspaniałe są walory poznawcze i edukacyjne tej pozycji. Można się w niej przeglądać jak w lustrze, postrzegając i własne przywary, zawody i niespełnione marzenia.

Obfita dokumentacja fotograficzna pochodzi z archiwum artysty oraz materiału filmowego ilustrującego dorobek artystyczny reżysera.

Jerzy Antczak „Jak ja ich kochałem”, AXIS MUNDI, 2020.

czwartek, 19 sierpnia 2021

Anastazja Daniłowiczowa - poleca prawdę i fałsz pisarki z przeżyciami

 Iluzja równych szans

 

Coś ostatnio ucichły uliczne manifestacje w obronie równości płci, w sprawie swobodnego wyboru orientacji seksualnej i właśnie teraz trafiła do moich rąk powieść obrończyni praw kobiet, Holly Bourne „I co o mnie powiesz?”. Jej bohaterką jest pisarka, autorka ogromnie wziętej powieści, która traktuje o losie dziewczyny 25-letniej, przeżywającej ostry kryzys emocjonalny. Spotkał ją miłosny zawód, zmienia środowisko, by wyleczyć zranione serce i zranioną dumę i nieoczekiwanie spotyka mężczyznę, który wyleczy ją z tych bolesnych zawodów i uczyni ją szczęśliwą. Bohaterka wplata do powieści wątki autobiograficzne. Czytelniczki ją uwielbiają. W europejskich stolicach odbywa spotkania autorskie, książki nie musi promować, gdyż czytelniczki za nią szaleją. To znaczy i za powieścią, i za autorką. Na spotkaniach domagają się informacji, czy w realu wciąż trwa ten szczęśliwy, satysfakcjonujący związek. A ona odpowiada, że tak, że ten przypadkowo spotkany mężczyzna w pełni zaspokaja jej oczekiwania, więc i wszystkie rozczarowane czytelniczki, które przeżyły lub przeżywają swoje zawody, nabierają nadziei, że i one mogą jeszcze być szczęśliwe u boku wymarzonego mężczyzny.

Tylko że od czasu, kiedy bohaterka przeżywała swoją miłość tak nieoczekiwanie spełnioną, mija właśnie prawie siedem lat. A bohaterka wciąż trwa w tym związku, ale bynajmniej to nie jest pełnia szczęścia. Owszem, wydawnictwo niecierpliwie czeka na drugą powieść, czekają również zachwycone czytelniczki. Tymczasem bohaterka doświadcza twórczej obstrukcji, gdyż jej założeniem jest pisać prawdę, ale ta prawda bynajmniej nie rozraduje czytelniczek. Bohaterka bowiem doświadcza czegoś w rodzaju wyjałowienia uczuć. Seks, taki upojny na początku, już nie satysfakcjonuje żadnej ze stron, więc bywa rzadszy, Nastroje uniesienia zwiotczały. Bohaterka – pisarka coraz częściej dochodzi do przekonania, że jej partner ma więcej czułości dla ich wspólnego kota, niż dla niej. A tymczasem czas biegnie. Koleżanki ze studiów coraz częściej manifestują na internetowych portalach, jakie robią kariery, jakich wspaniałych mężczyzn spotykają, ale niestety te związki nie są długie, choć czasami ku zdumieniu rówieśniczek kończą się mariażem. Nasza bohaterka udaje przed sobą i przed partnerem, a także przed koleżankami, że jest spełniona i szczęśliwa, że nie marzy ani o dziecku, ani o rodzinie, a jej delikatne i rzadko formułowane pytania na temat dalszego ciągu jej związku są przez niego zbywane milczeniem. Aż przychodzi moment, że jej najlepsza przyjaciółka Dee, jedna z tych po nieustabilizowanych, rozczarowujących związkach poznaje mężczyznę, który zakochuje się w niej na zabój. A na dodatek jest bardzo dobrze sytuowany, otacza ją zbytkiem i niebawem okazuje się, że zawiodły środki antykoncepcyjne i dziewczyna zachodzi w ciążę, którą jej partner przyjmuje ze szczerą radością. A kiedy rodzi się dziewczynka, kupuje pierścionek i prosi matkę noworodka o rękę.

I wtedy Tor – bohaterka – pisarka z wielkim sukcesem odkrywa własny fałsz. Wcale nie jest szczęśliwa. Wcale nie odrzuca macierzyństwa i rodziny. Demaskuje własne przerażenie faktem, że czas biegnie nieuchronnie i biologiczny zegar w pewnym momencie odrzuci możliwość macierzyństwa. Zatem mężczyzna i kobieta nie mają równych szans. Ale wyzwolonym dziewczynom bardzo trudno się do tego przyznać. Koleżanka, ta szczęśliwa matka pisze do Tor: „Trzeba siły, by odrzucić to wszystko, co świat nakazuje ci robić (...) A co do twojego związku, bez znaczenia jest, jak to się potoczy. Tor, dasz sobie radę, bo jesteś silna i walczysz o życie, na jakie zasługujesz”.

Krytycy piszą, że każda kobieta powinna przeczytać tę powieść. Przeczytałam i stwierdziłam, że mają rację.

Holly Bourne „I co o mnie powiesz?” Tłum. Marta Faber. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2019.

środa, 11 sierpnia 2021

Daniel Rzepecki - poleca ucieczkę od złych dni

 Wrażliwość romantyka


 Marek Grechuta 

ur. 10 grudnia 1945 w Zamościu, zm. 9 października 2006 w Krakowie

Komu znudzi się bylejakość, niech weźmie do ręki na resztę wakacji monografię poświęconą Markowi Grechucie. Książkę napisał Wojciech Majewski, syn jazmanna Henryka, brat Roberta, kompozytora i trębacza, a sam jest muzykiem, zauroczonym poetą, piosenkarzem, który wywarł wpływ na jego pokolenie. Kiedy muzyk pisze o innym muzyku, wiadomo, że wprowadzi czytelnika w piękno i bogactwo tej dziedziny sztuki. Kto nie jest melomanem, a pozostaje pod urokiem Grechuty, w trakcie tej lektury wzbogaci się o wiedzę muzyczną.

Im dłużej żyję, tym głębszego przekonania nabieram, że ludzie dzielą się na cyników i romantyków. Trywialność tych pierwszych odbiera radość życia, a wrażliwość tych drugich pozwala szukać wokół nas tego, co jest piękne. Marek Grechuta właśnie taki był. Romantyk. Czytelnik poznaje bogactwo jego osobowości nie tylko z autorskiej relacji zdarzeń i opisów postawy tego wszechstronnego artysty, ale również z cytowanych opinii, które Majewski przytacza ustami tych, którzy Grechutę poznali, zauroczyli się nim, wzbogacili swoją własną osobowość. Majewski przytacza między innymi opinie Jana Pawła Pawluśkiewicza, Grzegorza Turnaua, Krystyny Jandy, Jerzego Stuhra i Maryli Rodowicz. Wypowiedzi samego Grechuty wskazują na to, czym dla niego była sztuka. Wybierając kierunek studiów, postanowił zostać architektem, gdyż ta specjalność łączy w sobie różne dziedziny piękna. Okazało się jednak, że ona nie wyczerpuje możliwości talentu przyszłego piosenkarza, poety i malarza.

Twórczość Marka Grechuty zdumiewa i zachwyca tym, że szukając własnego wyrazu artystycznego, nie odrzuca klasycznej spuścizny. Potrafi zainspirować się Mickiewiczem i Chopinem a także innymi twórcami z przeszłości, a sięgając do późniejszych tekstów literackich, dociera do Witkacego i odkrywa jego rewelacyjną nowoczesność wyrazu. Moje pokolenie pozostawało pod urokiem repertuaru zespołu ANAWA, który był jego dziełem. Rozstając się z architekturą, którą w końcu i tak ukończył, doskonale rozwinął swoje możliwości twórcze. Komponował muzykę do tekstów, które go urzekły, pisał własne słowa, zdobywał nagrody festiwalowe, miał szeroki krąg fanów, takich jak on wrażliwych romantyków, głodnych piękna w życiu i sztuce. W końcu te liczne występy spustoszyły siłę artysty, chronił się od natłoku doznań w malarstwie. Ulubionym motywem jego obrazów był kwiaty. Zresztą już wcześniej malarstwo dostarczało mu inspiracji, stąd piosenki „wyzwolone” twórczością wybitnych malarzy początku minionego stulecia.

Jan Kanty Pawluśkiewicz powiedział o Grechucie: „W wieku 22 lat Grechuta był już świadomym artystą wielkiej klasy, który w ciągu jednego roku wykreował styl utrzymywany przez całe życie. Gdy graliśmy koncert, już po dwóch utworach na sali panowało całkowite skupienie. Marek miał w sobie cały kosmos, emanował czymś trudnym do opisania”. A dalej Majewski pisze od siebie: „Grechuta (...) skłaniał się ku ucieczce od rzeczywistości, a nie kontestacji. Wybierał świat wykreowany przez siebie samego – krainę poezji, miłości, fantazji”. I zbudował taki świat, poślubiając dziewczynę, którą kochał całe życie.

Podobnie jak wszystko, co piękne. Mówił: „Sztuka pozwala człowiekowi oderwać się od rzeczywistości. Staje się azylem, odnawia duchowo... Ja zawsze traktowałem moje koncerty jako ucieczkę od złych dni. Myślę, że podobny mechanizm działał u mojej publiczności – ludzie przychodzący na koncert szukali innych barw, uczuć, których nie znajdowali w codziennym życiu”.

Wojciech Majewski „Marek Grechuta. Portret artysty”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2006.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Rafał Brzeski - poleca

 Jeleniogórzanin w Nepalu

 

Doprawdy żałuję, że bywając wielokrotnie w Jeleniej Górze, nie miałem okazji spotkać Rafała Froni. To znakomity himalaista, a kiedy pod świeżym wrażeniem, jakie wywarła na mnie jego książka „Rozmowa z górą” dzieliłem się zachwytem z przyjacielem, zakorzenionym pod Karkonoszami, powiedział mi: „Ależ ja spotkałem tego człowieka Gór, słuchałem jego wystąpienia pod pomnikiem w Kotle Łomniczki, tam gdzie dziesiątki lat temu lawina pochłonęła radzieckich studentów.” I dodał, że to wystąpienie autora „O drodze, o poszukiwaniu siebie” (tak brzmi podtytuł książki) było ogromnie interesujące. Nic dziwnego. To, co ten człowiek przeżył w wysokich szczytach, może wystarczyć na niewyczerpaną opowieść.

Rafał Fronia najpierw wydał „Anatomię Góry”, uznaną za bestseller, a teraz tu rekomendowaną pozycję ze wspomnianym nadtytułem. To jest reportaż, dokument z wędrówki, uzupełniony fotografiami, które wraz z treścią natychmiast rodzą w czytelniku pragnienie, by wybrać się śladami autora. Zresztą pod koniec książki zachęca, by podjąć to wyzwanie i ruszyć na szczyty tego globu, najlepiej na te najbardziej wysokie i wyniosłe. Dopiero z tej perspektywy człowiek może zajrzeć w głąb siebie, rozpoznać, co zostawił tam na dole, inaczej spojrzeć na ziemię, w której zjawił się tu i teraz. Książka jest znakomita. Opisy szczytów zasnutych chmurami, schodzących lawin, szalejących zamieci, opisy Tybetańczyków obojga płci, którzy nie znają innego miejsca ani innego bytowania, jak służba górom i tym, którzy kochają je taką miłością, że ryzykują dla nich życie.

Autor opisuje wyprawę na Manaslu w Nepalu, na jeden z najwyższych i najtrudniejszych do zdobycia w Himalajach ośmiotysięczników. Autor pisze: „To Góra rozległa, groźna, trudna do zdobycia. Dla himalaistów dostępna dopiero od 50 lat zeszłego wieku, kiedy to miejscowe władze udzieliły pozwolenia na wejście na Manaslu”. Pierwsi dokonali tego Japończycy, ale musieli podjąć trzy próby, aż w maju 1956 roku dokonali tego skutecznie. Polacy przeżyli ten tryumf na przełomie roku 1983/84.

W pewnym momencie przy lekturze „Rozmowy z Górą” zabrakło mi kartek. Po prostu wiele fragmentów było tak pięknie napisanych, że zaznaczałem miejsca, by je potem łatwo odszukać i przenieść do mojego schowka w komputerze, gdzie lokuję najbardziej zdumiewające, piękne fragmenty i literatury pięknej, i dokumentalnej.

Chciałem i tutaj zacytować kilka opisów gór, wąwozów, potoków, lawin, a ponadto zachowań tubylców, rozległości przygotować do wyprawy, zdumiewająco obfitego wyposażenia, posiłków i surowców do ich przyrządzenia. Nic z tego, zająłbym całą pojemność tej strony internetowej, bo zawierają najczystszą poezję, a ponadto olbrzymią wiedzę podróżniczą i psychologiczne rozważania o naturze ludzkiej. O marzeniach człowieka i o niespełnieniach, ale też pozycja ta ma wartość edukacyjną, uczy samowiedzy, pozwala pojąć, że nie wszystko jest do sięgnięcia, a nie zawsze wystarczy życia na spełnienie marzeń. Ale marzyć trzeba.

Co wrażliwszy czytelnik może się żachnąć na dosadność niektórych sformułowań, na użycie wyrazów uznanych za obsceniczne lub wulgarne, ale trzeba wziąć poprawkę na ekstremalne warunki, w jakich przebiega wyprawa, na emocje, które wyzwala. Mnie osobiście te „przerywniki” nie rażą, bo wzmacniają emocje i dodają wyrazistości opisom sytuacji. Tym bardziej, że Rafał Fronia spisuje je na gorąco, korzystając z dobrodziejstwa elektroniki i pojemności nośników pamięci. Reszta została przywołana z pamięci już po powrocie, po dwóch miesiącach trwającej wyprawy. 

To jest imponujący warsztat pisarski.

Rafał Fronia „Rozmowa z Górą”, Wydawnictwo SON, Kraków 2019.

środa, 21 lipca 2021

Bronisław Krzemień - poleca na gorącą kanikułę waleczne serce matki

 Dla rozrywki i ku przestrodze

 

 Pora urlopowa, można spodziewać się, że nie zabraknie czasu na czytanie. Ale dziś nie polecam lektury ciężkiej, głębokiej, zamulającej. Radzę wziąć do ręki kryminał autorki, której powieści są rozchwytywane. Musi tak być, skoro czytam w notce o autorce, że po podpisaniu umowy z wydawnictwem Thomas&Mercer rozeszło się blisko dwa miliony egzemplarzy pozycji jej autorstwa. Jej, czyli Theresy Ragan, która podpisuje swoje kryminały i romanse pseudonimem T.R.Ragan. Ja dziś polecam „Gniew natki”, sprzedany w ilości ponad 3 milionów egzemplarzy. 
 
Tę powieść czyta się jednym tchem. Poświęcona jest współczesnemu handlowi żywym towarem. I nie dotyczy to Tajek czy dziewczyn innych nacji, gotowych sprzedawać swoje ciało dla zysku, bo proceder dotyczy nawet dzieci, a im młodsze to istoty, im bardziej niewinne, tym większy jest na nie popyt i większą cenę można uzyskać za ten „towar”. Wstęp, poświęcony handlowi żywym towarem informuje, że „Najbardziej narażone są dzieci pochodzące z pełnych przemocy, dysfunkcyjnych rodzin lub bezdomne, przez co stają się łatwym celem dla gangów i handlarzy żywym towarem. Są zmuszone do prostytucji lub w nią wmanipulowane...”. Ofiary bywają znęcone nagrodą, uprowadzane pod pozorem łatwiejszego życia, obietnicą łatwego zarobku, a niejednokrotnie po prostu zostają uprowadzone ze sklepu, placu zabaw, a nawet z własnej sypialni. 
 
Powieść T.R. Ragan nie opowiada bynajmniej o patologii. „Gniew matki” to historia szczęśliwej, kochającej się rodziny. Dwójka dzieci, starsza dziewczynka i jej dziewięcioletni braciszek stają się ofiarami okrutnej przemocy. Przejmujące sceny zabójstwa głowy tej rodziny i wręcz cudownego ocalenia jego żony Faith pojawiają się już na pierwszych stronach powieści, a potem czytelnik ma do czynienia z dramatycznym wysiłkiem owdowiałej kobiety o odzyskanie dzieci. Na swoje szczęście Faith ma kochających rodziców, oddanego brata, wszyscy starają się jej pomóc, ale ci, którzy są powołani do ścigania tego typu przestępstw, nie tyle są bezradni, co zawaleni mnóstwem podobnych spraw. Więc bohaterka, która sięga do materiałów na ten temat wie, że nie ma ani dnia do stracenia. W każdej chwili jej dzieci mogą być zgwałcone, sprzedane, uśmiercone. Ich matka postanawia sama zawalczyć o ocalenie córki i syna. 
 
Przy okazji autorka wprowadza na karty powieści inne wątki, które pozwalają rozpoznać mechanizmy działania zwyrodniałych przestępców i równie zdeprawowanych nabywców ich „towaru”. Do pewnego momentu pozostaje zagadką, jak przyzwoity współwłaściciel firmy, człowiek szanowany, kochający mąż i ojciec mógł wplątać się w taką historię, której ceną była utrata życia.
 
Napisaną dynamicznie powieść czyta się jednym tchem. Przy okazji czytelnik poznaje funkcjonowanie grup przestępczych i bezsiłę organów ścigania, kiedy ich wysiłki zderzają się z wyrafinowaniem i bezwzględnością przestępców. 

Tylko pozornie opisane zdarzenia są odległe od polskich realiów. Tutaj też zdarzają się uprowadzenia dzieci i zagadkowe ich zniknięcia, o czym informują media. Zatem kiedy trwają wakacje, warto przeczytać „Gniew matki” nie tylko dla rozrywki, bo wszak niektórzy rekreują się przy czytaniu kryminałów, ale też ku przestrodze, by nie spuszczać dzieci z oczu i mieć baczenie na to, z kim się zadają. 

T.R. Ragan „Gniew matki”, przełożyła Katarzyna Agnieszka Dyrek, Wydawnictwo Filia, seria Mroczna Strona, Poznań 2021.

wtorek, 6 lipca 2021

Jadwiga Wierzbiłło - poleca zadumę na wakacje

 Świecka katecheza

 

Lubię, jak w najbliższej filii bibliotecznej Panie, oddzielone bezpieczną taflą od moich wirusów a jednocześnie chroniące mnie od zakażenia z ich strony rekomendują mi wybrane przez siebie pozycje, a jeszcze nie zdarzyło się, by zaproponowały jakieś nudne gnioty. Tym razem jednym tchem pochłonęłam „Lekarstwo dla duszy”. Mam w moim życiu duchowym mieszaninę prawosławia po jednych dziadkach i katolicyzmu po drugich, a więc nic dziwnego, że interesuje mnie chrześcijaństwo, ale też inne religie i wierzenia również.

Tymczasem zbiór felietonów, mini esejów i króciutkich reportaży jak najbardziej odpowiadają na to moje zapotrzebowanie, choć prawdę mówiąc moja babcia katoliczka, była Sybiraczka byłaby zaniepokojona tą moją lekturą, bo na łamach książki surowo, choć sprawiedliwie pokazani są księża pedofile tudzież zakonnice, które powinny być aniołami dla dzieci skrzywdzonych przez los, a przebywających w zakładach opiekuńczych, ale dopuszczający się bezwzględnych nikczemności, krzywdząc podopiecznych i pozostawiając w ich psychice niezatarte ślady.

Autorka, Justyna Kopińska jest dziennikarką, socjolożką, a jawi się też w tych opisanych sytuacjach jako przenikliwy psycholog. W notce na okładce czytam, że „Zajmuje się problematyką kryminalną i społeczną, tematami związanymi z prawem karnym, sądami i więziennictwem.” Wraca do wyroków, które uważa za niesłuszne, wnika w motywy, które prowadziły skazanych do łamania prawa, banalne na pozór sytuacje, rozmowy, spotkania w niereżyserowanych dialogach odkrywają jej prawdę o człowieku, której żaden z nich nie wyjawiłby przed mikrofonem czy kamerą.

Zastrzega się, że nie ocenia swoich bohaterów, nie interesuje dziennikarki ich pozycja w hierarchii społecznej czy politycznej. W ewangelicznym perykopie przeczytalibyśmy, iż „po owocach ich poznacie”, czyli po skutkach tego, czego się dopuszczają.

Kolejne, wartko napisane bloki tematyczne zapowiadają teksty inspirowane najczęściej drażniącymi lub pożądanymi postawami, na przykład nienawiść, zło, agresja, fałsz, albo życzliwość, dobro, łagodność, zaufanie itp. Autorka pisze: „W naszej przestrzeni publicznej pojawia się wiele słów pogardy. Wynikają one z ogromnej potrzeby władzy nad innymi. Naród, który czuje się słaby i skrzywdzony, potrzebuje zadać ból. Nie ma znaczenia, jakie ktoś ma poglądy polityczne czy wyznanie, ludzie podzielą się na próbujących zrozumieć innego człowieka i na tych, którzy nieustannie ranią." Sprzyjają temu wielkie możliwości internetowe, kiedy anonimowo ukryci opluwają w hejtach, kogo się da, a często im marniejsza persona, tym więcej w niej jadu i pogardy.

Już na jednej z ostatnich stron dziennikarka pisze: „Sztuka, kamera, słowo potrafią przyjąć nasze uczucia. Mogą stanowić lekarstwo na ból”, a wcześniej podkreśla: „Na zło uwrażliwiają nas książki i sztuka”. Justyna Kopińska niewątpliwie robi bardzo dobry użytek ze słowa, skoro przyznano tej autorce wiele prestiżowych nagród za jej publicystykę. I dobrze, kiedy w krótkich tekstach, kiedy czytelnik czuje niedosyt faktów, autorka zamieszcza odniesienia do własnych publikacji książkowych, w których dana sytuacja została szerzej przedstawiona. A te książki to między innymi „Polska odwraca oczy” i „Obłęd”.

Justyna Kopińska „Lekarstwo dla duszy”, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020.

poniedziałek, 5 lipca 2021

Anastazja Daniłowiczowa - poleca miłość jak u Szekspira

 Miłość, o jakiej marzymy

 

Życie mnie zahartowało, niełatwo się rozczulam, ale czytając „Serca bicie” płakałam jak bóbr. To biografia Andrzeja Zauchy, w jednej osobie piosenkarza, kompozytora, aktora i poety. Rzecz zaczyna się w dniu, kiedy kończy się życie tego artysty. Zwykle autorzy podejmują tragiczne wątki, opisując rozmaite zdarzenia, które prowadzą do tragicznego finału. W tej książce mamy odwrócenie porządku, ale opisanie finału losu bohatera bynajmniej nie niweczy napięcia czytelnika.

Autorzy, Katarzyna Olkowicz i Piotr Baran, pięknie konstruują narrację, każdy rozdział zaczynając od tekstu piosenki, który wprowadza w kolejne etapy życia Andrzeja Zauchy. Nie miał wykształcenia muzycznego ani aktorskiego, ale wszyscy, którzy go podziwiali, są zdania, że jego talent wyprzedzał profesjonalistów. Zapowiadał się jako wybitny sportowiec, ale porzucił tę perspektywę. Przyszedł na świat w trudnej rodzinie. Dziś powiedzielibyśmy, że prawie dysfunkcyjnej. Ojciec nie stronił od alkoholu, nie był obojętny na kobiece uroki. Matka więc wyjechała za granicę i tam zaczęła nowe życie, już bez poprzedniej małżeńskiej traumy. Nie można jednak powiedzieć, że wykreśliła syna z życiorysu. Pamiętała o nim i przysyłała z Francji to, o czym chłopiec marzył, a jego pokolenie marzyło o sprzęcie do grania, słuchania i odtwarzania nagrań, o co wówczas było niełatwo.

Adonisem nie był; niewysoki, krępy, z silną, wytrenowaną w kajakarstwie klatką piersiową, miał inne zalety, dużo uroku osobistego, mimo nieśmiałości - łatwość zjednywania przyjaźni, a przede wszystkim natura obdarowała go niezwykłym talentem wokalnym. Miał tak doskonały słuch, że potrafił bezbłędnie zaśpiewać raz usłyszaną piosenkę. Nie ucząc się obcych języków, umiał podchwycić wykonanie piosenki francuskiej, angielskiej czy niemieckiej.

Nic dziwnego, że rychło trafił do ludzi, związanych z krakowskim światem muzycznym, a tu jego talent wzbudził zachwyt. Elżbietę spotkał Andrzej w 1966 roku, miała wówczas, jak wspomina przyjaciel Janusz Gajec, który ułatwił ich poznanie, jakieś szesnaście lat, a on niewiele więcej, co nie miało większego znaczenia, gdyż po prostu natychmiast się pokochali i była to miłość wielka i jedyna, aż do śmierci.

Ich jedyna dziecko, Agnieszka, urodziła się osiem lat po ich poznaniu. Zauchowie byli wierni i w miłości, i w przyjaźni. Andrzej musiał mieć zgodę sądu na zawarcie związku małżeńskiego, gdyż miał zaledwie dziewiętnaście lat. Kalendarzowo żeniąc się był nastolatkiem, ale emocjonalnie okazał się mężczyzną, którego pragnęłaby poślubić każda dziewczyna, która marzy o trwałym i odpowiedzialnym związku.

Nie będę opowiadać, jak Andrzej Zaucha podbijał widownię. To czytelnik znajdzie w książce. I może tak jak ja nie powstrzyma łez, dowiadując się, że Elżbieta zmarła, pokonana przez ciężką chorobę, której nie ujawniała mężowi z troski o niego, by się nie zamartwiał.

Elżbieta umiera w sierpniu 1989 roku, dziesięć dni po tym, jak Andrzej pochował ojca. Wszyscy, którzy znali to małżeństwo, podziwiali ich miłość, oddanie, zrozumienie. Byli nierozłączni. On nigdy nie był kobieciarzem, Elżbieta była jego jedyną, największą miłością.

A dwa lata po tym naprawdę nieutulonym żalu zjawia się w życiu artysty kilkanaście lat młodsza od niego aktorka, którą pociąga i jego sława, i jego dramat, a on ma nadzieję, że jego osierocona córka Agnieszka znajdzie w niej zrozumienie i wsparcie. Ale aktorka jest zamężna. Jej mąż, francuski reżyser rozczarowuje ją, gdyż spodziewała się, że taki mariaż ułatwi jej karierę. Bardzo przystojny, inteligentny mąż ogromnie ją kocha i głęboko przeżywa wiadomość o zauroczeniu jego żony innym mężczyzną. Los stawia ją na jednej scenie z owdowiałym aktorem, co ułatwia ich kontakty. Wtedy Francuz postanawia raz na zawsze usunąć rywala i spełnia ten zamiar zabijając pod teatrem, na parkinu Andrzeja Zauchę i swoją żonę. Bardzo szybko zjawia się na policji i przyznaje się do zabójstwa.

Kolejne akapity biografii zawierają rozważania o tym, jak miły, wykształcony, kulturalny i przyzwoity cudzoziemiec mógł dopuścić się zabójstwa. Ci, którzy wiedzieli o tym flircie, a może i romansie, zastanawiają się, czy mogli zapobiec zbrodni. Mają wątpliwości, czy z jego strony to była miłość, skoro pamiętają, jak rozpaczał po stracie swojej ukochanej Elżbiety. To się w głowie nie mieściło przyjaciołom, ludziom ze świata artystycznego, matce i krewnym zabójcy.

Uważam, że tę książkę należny wziąć do ręki, uważnie przeczytać i może zapłakać nad wielkością, siłą uczuć obu mężczyzn i zagadkami natury ludzkiej, które z przyzwoitego człowieka czynią mordercę.

Autorzy cytują słowa Jarosława Śmietany, jazzowego muzyka: „Andrzej był monogamistą. Zdecydowanie. Jego kobieta to była Ela, jego żona. Zresztą pasowali do siebie, po prostu byli dwoma połówkami jabłka. Byli sobie przeznaczeni i żyli dla siebie”. A Janusz Gajec powiedział: „Andrzej i Ela to było cudowne małżeństwo. On był w niej zakochany bardzo. Ona w nim też”.

Katarzyna Olkowicz i Piotra Baran „Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy” Poznań 2020, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

piątek, 25 czerwca 2021

Michał Zasadny - poleca smak epoki, tajemnicę obrazów i wyrafinowane życie Tamary Łempickiej

 Libido bez ograniczeń

 

Kiedy w Europie szaleje wezwanie do swobody seksualnej, do zrównania płci, do dowolnego wyboru swojej orientacji płciowej, jedni walczą o te swobody, czują się zniewoleni w swojej skórze mężczyzny czy kobiety, wychodzą na ulice, by cieszyć się paradami równości, inni czują się zgorszeni, ale przecież to nic nowego. Sto lat temu znakomita polska malarka, o której niestety nie słyszałem na studiach, kiedy gromadziliśmy się na zajęciach z historii sztuki, już należała do kobiet wyzwolonych.

Mowa o Tamarze Łempickiej, córce polsko-żydowskiego małżeństwa, malarce, której Laura Claridge poświęciła wnikliwie napisaną biografię. Ta artystka, która nie ujawniała chętnie szczegółów swojego życiorysu, raz podawała, że urodziła się w Warszawie, a innym razem wiązała swoje przyjście na świat z Moskwą. Nie ma w tym nic dziwnego. U schyłku carskiej Rosji na jej wielkim obszarze zdolni, pracowici Polacy, a Żydzi również, pełnili wysokie stanowiska w przemyśle, handlu, do nich należały sfery finansjery. Gromadzili wielkie majątki, a pieniądze pozwalały im przenikać do arystokracji. Tak było i w przypadku Górskich, takie panieńskie nazwisko nosiła Tamara do chwili, jak wyszła za mąż za Tadeusza Łempickiego. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że to ona uganiała się za bardzo przystojnym mężczyzną i dosłownie w ostatniej chwili zdążyła go poślubić i opuścić Rosję, w której buzowało już rewolucyjne wrzenie.

Nie można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Ona była porywająco piękna, on szalenie przystojny. Co prawda doczekali się córki imieniem Kizette, zamieszkali w Paryżu, ale jak pisze autorka, Polka rychło odkryła odkryła swój talent i równie szybko ujawniła się jej skłonność i do mężczyzn, i do kobiet, a w Paryżu po ustaniu zawieruchy I wojny światowej ludzie pragnęli na wszystkie sposoby radować się życiem, więc hedonistyczne potrzeby były zaspokajane bez ograniczeń. Również zamężna Tamara, traktując małżeńskie obowiązki jako margines życia, bez ograniczeń spędzała czas w barach, w nadmorskich spelunkach, a jej wyuzdanie nie miało granic. Autorka biografii nie osądza i nie ocenia tego stylu życia, ale rejestruje fakty. U Tamary liczyła się męska uroda, inteligencja, pozycja w świecie biznesu, arystokratyczne koneksje i zamożność. Przystojny, prosty marynarz z temperamentem też wzbudzał jej seksualny apetyt i potrafił ją zaspokoić. Kobiety z kolei musiały ją pociągać wielką urodą i ciałem, które nadawało się ze względu na bujność kształtów i harmonijną budowę do pozowania. Kochała córkę, ale nie ona była w życiu artystki wartością priorytetową.

Żaden mężczyzna o najbardziej liberalnych poglądach raczej nie wytrwałby w takim związku, kiedy żona dostarczałaby powodów do kompromitacji i skandali, toteż doszło do rozwodu, a Tadeusz poślubił drugą żonę i do schyłku ich dni, to znaczy do jego śmierci już w wolnej Polsce tworzyli zgodny związek, darzeni miłością i szacunkiem córek z obu związków.

Tamara walczyła o męża, za nic mając powody, które życie z nią czyniło swego rodzaju małżeńskim horrorem. Zdradzała, ale nie chciała go oddać innej kobiecie.

A wciąż z pasją malowała, wystawiała swoje prace na paryskich wystawach, podróżowała do Włoch, tam też zyskała po wystawie uznanie, tam oczarowała d’Annunzio, wybitnego poetę, który na próżno usiłował zdobyć malarkę, bo choć miał niewątpliwą sławę, to jednak jak mężczyzna nie był pociągający.

Wreszcie poślubiła bardzo bogatego węgierskiego barona i stworzyli z nim osobliwe małżeństwo, w którym każda ze stron pozostawiała drugiej absolutną swobodę w doborze partnerów seksualnych, a w sprawach majątkowych też doskonale się dogadywali, on bowiem z Węgier zdążył wywieźć do Ameryki gromadzone przez jego ojca kolekcje i wartościowe wyposażenie rodowego zamku. Ona zaś już od lat miała dochody za sprzedaży swoich płócien.

Tamara przeżyła ponad osiemdziesiąt lat. Dzieliła czas między Amerykę i Paryż, do Polski nigdy nie wróciła. Doczekała się wnuczek, ale relacje z córką wciąż były trudne.

Ponieważ książka rejestruje życie artystyczne Europy i Ameryki, każdy humanista znajdzie w niej mnóstwo szczegółów z życia bohemy na obu kontynentach. Jest to pozycja napisana z wielką dociekliwością, wręcz z pasją. Trudno się od niej oderwać. Najlepiej kupić i mieć na półce, by sięgać dla walorów historycznych, estetycznych i psychologicznych tej biografii. Motto słowami Jeana Cocteau mówi „W sztuce geniusz polega na tym, żeby wiedzieć, jak daleko można się posunąć za daleko”.

Laura Claridge „Tamara Łempicka. Sztuka i skandal”. Przekład Ewa Hornowska,Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

niedziela, 13 czerwca 2021

Daniel Rzepecki - proponuje na czas urlopowy tajemniczą siłę miłości.

 Sidła

 

Moja córka miała koleżankę. Nie będę podawał jej mienia, powiem tylko, że była śliczna i utalentowana, wychowywała ją matka, bo ojciec wyjechał za granicę. Jak często bywa, dziewczyna odczuwała brak ojca i szukała wartości zastępczej za miłość, której nie doznała od najbliższej osoby. Nic dziwnego, że trafiła do sekty, o której głośno było w Polsce. Nawet kiedyś przyjechała do mojej córki i usiłowała zjednać ją do tej wspólnoty, ale ta stanowczo odmówiła. Moja córka była wstrząśnięta, kiedy dowiedziała się, że jej przyjaciółka nie żyje. Nie dowiedziała się, jakie były okoliczności tej śmierci, podobno wypadła z okna wieżowca, więc brano pod uwagę domniemanie samobójstwa.

Przypomniałem sobie tę historię sprzed lat, kiedy zacząłem czytać „Sektę z wyspy mgieł” pochodzącej ze Szwecji Mariette Lindstein. Autorka tego bestselleru sama spędziła wiele lat w Ameryce, w ruchu scjentologicznym. Była z tą wspólnotą związana od dziewiętnastego roku życia. Zdołała uwolnić się z kościoła scjentologicznego, a była w samym centrum jego dowodzenia, z siedzibą w Los Angeles. Przez 25 lat nosiła w sobie pamięć traumatycznych doświadczeń, jakie były jej udziałem w tej sekcie, aż postanowiła je spisać. Powzięła tę decyzję pod wpływem pisarza Lawrence'a Wrighta, laureata Nagrody Pulitzera, Mamy do czynienia z beletrystyką, ale ta powieść oparta jest na faktach, stąd autorka z doskonałą znajomością rzeczy potrafi oddać reguły, jakie rządzą życiem sekty. To jest debiutancka powieść tej autorki, która zrealizowała cały cykl pozycji poświęconych sektom. A życie podarowało Mariette Lindstein tak obfite tworzywo, że mogła z niego czerpać z wielkim literackim pożytkiem.

Bohaterką powieści jest studentka Sofia Bauman, która właśnie przeżywa kryzys w związku ze swoim chłopakiem. Zdarzenia rozgrywają się w Szwecji. Sofia trafia na spotkanie z bardzo charyzmatycznym Franzem Oswaldem. Jest młody, bardzo przystojny, a nieodparty urok zjednuje mu liczne wielbicielki. Porywająco mówi o zagrożeniach cywilizacyjnych, między innymi o zatruciu środowiska, o niezdrowej żywności i temu podobnych sprawach, i dodaje, że na wyspie u zachodniego wybrzeża Szwecji funkcjonuje Via Terra, grupa, która znalazła sposób na uratowanie globu i ludzkości, na uwolnienie od toksyn, stresów i wszystkiego, co nęka ludzkość. Lider, czyli Oswald zwraca uwagę na atrakcyjną dziewczynę i zaprasza ją na wyspę.

Sofia udaje się na wskazane miejsce. Jest oczarowana tym, co tam zastaje. Wolontariusze świadczą usługi dla gości, którzy szukają tutaj nowego sposobu na życie. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar przypłynąć promem na to magiczne miejsce, przygotowują dodatkowe apartamenty. Nowicjuszka, oczarowana ideą Oswalda, programem, koncepcją zbudowania lepszego świata podejmuje pracę, podpisując umowę na dwa lata. Zobowiązuje się zachować tajemnicę na temat tego, co tutaj zaobserwuje, wyzbywa się telefonu i komputera. Te media pozostają tylko za pozwoleniem „wodza” do dyspozycji personelu i na użytek służbowy aktywu. Jej powierzono zorganizowanie biblioteki, czyli zgromadzenie księgozbioru i katalogów. Zostaje uprzedzona, że treść gromadzonych pozycji nie może pozostawać w niezgodzie z ideami, które w Via Terra są głoszone i realizowane.

Czas biegnie, a Zofia przekonuje się, że popadła w coraz większe uzależnienie od swojego guru. Powoli odkrywa reguły, jakie rządzą wspólnotą. Posłuszeństwo, subordynacja, podporządkowanie, dyscyplina, kara za łamanie zasad, kary bardzo drastyczne – wszystko zaczyna ją przerażać. Spacery po wyspie pozwalają na rozmowy ze stałymi mieszkańcami. Dowiaduje się o mrocznych i zagadkowych zdarzeniach, o tajemniczej śmierci hrabiny, małżonki właściciela dworu, teraz użytkowanego przez sektę.

Bohaterka dostaje pozwolenie na zamieszkanie w jednym pokoju z tu pozyskanym partnerem. Okazuje się, że i on jest poniekąd zniewolony przez Oswalda, a kiedy Sofia namawia go do starannie przemyślanej ucieczki, on wyjawia ich zamiary temu guru. Już nie opowiadam, za co i on zostaje ukarany. Już inni doświadczyli tej kary, polegającej na rzuceniu się ze stromego klifu wspieniony nurt zatoki. Wykonuje groźny skok i nie wypływa.

Narracja powieści przebiega dwutorowa. Zwykłym liternictwem opowiadane są doświadczenia bohaterki, a kursywą spisane dziwne zdarzenia z udziałem chłopca, który z każdym rozdziałem staje się starszy.

Via Terra zyskuje zainteresowanie mediów, starannie podsycane przez twórcę grupy. Nie wszyscy dziennikarze dają się zwieść wizji, którą rysuje Oswald. Ośrodek zostaje otoczony drutami pod napięciem. Nikt niepowołany nie może się tutaj dostać, ale też nikt z Via Terra nie jest w stanie opuścić dworu. A jednak kierowniczce biblioteki udaje się tego dokonać. Już na stałym lądzie Sofia jest tropiona i przeżywa nieopisany strach. Guru wszędzie wypuszcza swoje niebezpieczne macki.

Powieść jest mrożącym krew w żyłach thrillerem. Czyta się ją jednym tchem z wypiekami na Twarzy. To świetne ostrzeżenie przed sezonem urlopowym. W czasie kanikuły łatwo można dać się zmanipulować „apostołom” werbującym do sekt.

Mariette Lindstein „Sekta z wyspy mgieł”, przełożyła ze szwedzkiego Urszula Pacanowska-Skogqvist, Wydawnictwo Bykowy Las Sp. z o o., Wrocław 2017

czwartek, 10 czerwca 2021

14 czerwca o literaturze z tłumaczem literatury niemieckiej Józefem Zapruckim

 

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej i Osiedlowy Dom Kultury zapraszają w dniu 14 czerwca na godzinę 17 do kawiarni Muza przy ODK na jeleniogórskim Zabobrzu, ul. K.K. Trzcińskiego 12 na spotkanie z cyklu ars poetica.

Tym razem spotkanie z docentem Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej, tłumaczem literatury niemieckiej Józefem Zapruckim, pod hasłem Meandry Tłumaczeń Literackich. Na przykładzie powieści „śląskich” Fedora Sommera.

 


 

środa, 2 czerwca 2021

Ogłoszenie wyników III edycji konkursu literackiego

 Jeleniogórskie Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej Książnica Karkonoska zaprasza na uroczyste ogłoszenie wyników III edycji konkursu literackiego „Jelenia Góra i ziemia jeleniogórska we wspomnieniach mieszkańców”, które odbędzie się 9 czerwca br. o godz. 16.00 w sali konferencyjnej Książnicy Karkonoskiej przy ul. Bankowej 27 (III p.).

W trakcie spotkania uhonorujemy laureatów i uczestników konkursu dyplomami, nagrodami książkowymi i rzeczowymi. Będą również podziękowania dla instytucji, urzędów i placówek kultury, które wsparły konkurs.

czwartek, 27 maja 2021

14 czerwca zapraszamy na spotkanie z Józefem Zapruckim

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej i Osiedlowy Dom Kultury zapraszają 14 czerwca o godz. 17 na spotkanie z cyklu „ars poetica”, które odbędzie się w kawiarni "Muza". 

Tym razem spotkanie z docentem Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej, tłumaczem literatury niemieckiej Józefem Zapruckim, pod hasłem „Meandry tłumaczeń literackich” na przykładzie powieści „śląskich” Fedora Sommera.