środa, 21 lipca 2021

Bronisław Krzemień - poleca na gorącą kanikułę waleczne serce matki

 Dla rozrywki i ku przestrodze

 

 Pora urlopowa, można spodziewać się, że nie zabraknie czasu na czytanie. Ale dziś nie polecam lektury ciężkiej, głębokiej, zamulającej. Radzę wziąć do ręki kryminał autorki, której powieści są rozchwytywane. Musi tak być, skoro czytam w notce o autorce, że po podpisaniu umowy z wydawnictwem Thomas&Mercer rozeszło się blisko dwa miliony egzemplarzy pozycji jej autorstwa. Jej, czyli Theresy Ragan, która podpisuje swoje kryminały i romanse pseudonimem T.R.Ragan. Ja dziś polecam „Gniew natki”, sprzedany w ilości ponad 3 milionów egzemplarzy. 
 
Tę powieść czyta się jednym tchem. Poświęcona jest współczesnemu handlowi żywym towarem. I nie dotyczy to Tajek czy dziewczyn innych nacji, gotowych sprzedawać swoje ciało dla zysku, bo proceder dotyczy nawet dzieci, a im młodsze to istoty, im bardziej niewinne, tym większy jest na nie popyt i większą cenę można uzyskać za ten „towar”. Wstęp, poświęcony handlowi żywym towarem informuje, że „Najbardziej narażone są dzieci pochodzące z pełnych przemocy, dysfunkcyjnych rodzin lub bezdomne, przez co stają się łatwym celem dla gangów i handlarzy żywym towarem. Są zmuszone do prostytucji lub w nią wmanipulowane...”. Ofiary bywają znęcone nagrodą, uprowadzane pod pozorem łatwiejszego życia, obietnicą łatwego zarobku, a niejednokrotnie po prostu zostają uprowadzone ze sklepu, placu zabaw, a nawet z własnej sypialni. 
 
Powieść T.R. Ragan nie opowiada bynajmniej o patologii. „Gniew matki” to historia szczęśliwej, kochającej się rodziny. Dwójka dzieci, starsza dziewczynka i jej dziewięcioletni braciszek stają się ofiarami okrutnej przemocy. Przejmujące sceny zabójstwa głowy tej rodziny i wręcz cudownego ocalenia jego żony Faith pojawiają się już na pierwszych stronach powieści, a potem czytelnik ma do czynienia z dramatycznym wysiłkiem owdowiałej kobiety o odzyskanie dzieci. Na swoje szczęście Faith ma kochających rodziców, oddanego brata, wszyscy starają się jej pomóc, ale ci, którzy są powołani do ścigania tego typu przestępstw, nie tyle są bezradni, co zawaleni mnóstwem podobnych spraw. Więc bohaterka, która sięga do materiałów na ten temat wie, że nie ma ani dnia do stracenia. W każdej chwili jej dzieci mogą być zgwałcone, sprzedane, uśmiercone. Ich matka postanawia sama zawalczyć o ocalenie córki i syna. 
 
Przy okazji autorka wprowadza na karty powieści inne wątki, które pozwalają rozpoznać mechanizmy działania zwyrodniałych przestępców i równie zdeprawowanych nabywców ich „towaru”. Do pewnego momentu pozostaje zagadką, jak przyzwoity współwłaściciel firmy, człowiek szanowany, kochający mąż i ojciec mógł wplątać się w taką historię, której ceną była utrata życia.
 
Napisaną dynamicznie powieść czyta się jednym tchem. Przy okazji czytelnik poznaje funkcjonowanie grup przestępczych i bezsiłę organów ścigania, kiedy ich wysiłki zderzają się z wyrafinowaniem i bezwzględnością przestępców. 

Tylko pozornie opisane zdarzenia są odległe od polskich realiów. Tutaj też zdarzają się uprowadzenia dzieci i zagadkowe ich zniknięcia, o czym informują media. Zatem kiedy trwają wakacje, warto przeczytać „Gniew matki” nie tylko dla rozrywki, bo wszak niektórzy rekreują się przy czytaniu kryminałów, ale też ku przestrodze, by nie spuszczać dzieci z oczu i mieć baczenie na to, z kim się zadają. 

T.R. Ragan „Gniew matki”, przełożyła Katarzyna Agnieszka Dyrek, Wydawnictwo Filia, seria Mroczna Strona, Poznań 2021.

wtorek, 6 lipca 2021

Jadwiga Wierzbiłło - poleca zadumę na wakacje

 Świecka katecheza

 

Lubię, jak w najbliższej filii bibliotecznej Panie, oddzielone bezpieczną taflą od moich wirusów a jednocześnie chroniące mnie od zakażenia z ich strony rekomendują mi wybrane przez siebie pozycje, a jeszcze nie zdarzyło się, by zaproponowały jakieś nudne gnioty. Tym razem jednym tchem pochłonęłam „Lekarstwo dla duszy”. Mam w moim życiu duchowym mieszaninę prawosławia po jednych dziadkach i katolicyzmu po drugich, a więc nic dziwnego, że interesuje mnie chrześcijaństwo, ale też inne religie i wierzenia również.

Tymczasem zbiór felietonów, mini esejów i króciutkich reportaży jak najbardziej odpowiadają na to moje zapotrzebowanie, choć prawdę mówiąc moja babcia katoliczka, była Sybiraczka byłaby zaniepokojona tą moją lekturą, bo na łamach książki surowo, choć sprawiedliwie pokazani są księża pedofile tudzież zakonnice, które powinny być aniołami dla dzieci skrzywdzonych przez los, a przebywających w zakładach opiekuńczych, ale dopuszczający się bezwzględnych nikczemności, krzywdząc podopiecznych i pozostawiając w ich psychice niezatarte ślady.

Autorka, Justyna Kopińska jest dziennikarką, socjolożką, a jawi się też w tych opisanych sytuacjach jako przenikliwy psycholog. W notce na okładce czytam, że „Zajmuje się problematyką kryminalną i społeczną, tematami związanymi z prawem karnym, sądami i więziennictwem.” Wraca do wyroków, które uważa za niesłuszne, wnika w motywy, które prowadziły skazanych do łamania prawa, banalne na pozór sytuacje, rozmowy, spotkania w niereżyserowanych dialogach odkrywają jej prawdę o człowieku, której żaden z nich nie wyjawiłby przed mikrofonem czy kamerą.

Zastrzega się, że nie ocenia swoich bohaterów, nie interesuje dziennikarki ich pozycja w hierarchii społecznej czy politycznej. W ewangelicznym perykopie przeczytalibyśmy, iż „po owocach ich poznacie”, czyli po skutkach tego, czego się dopuszczają.

Kolejne, wartko napisane bloki tematyczne zapowiadają teksty inspirowane najczęściej drażniącymi lub pożądanymi postawami, na przykład nienawiść, zło, agresja, fałsz, albo życzliwość, dobro, łagodność, zaufanie itp. Autorka pisze: „W naszej przestrzeni publicznej pojawia się wiele słów pogardy. Wynikają one z ogromnej potrzeby władzy nad innymi. Naród, który czuje się słaby i skrzywdzony, potrzebuje zadać ból. Nie ma znaczenia, jakie ktoś ma poglądy polityczne czy wyznanie, ludzie podzielą się na próbujących zrozumieć innego człowieka i na tych, którzy nieustannie ranią." Sprzyjają temu wielkie możliwości internetowe, kiedy anonimowo ukryci opluwają w hejtach, kogo się da, a często im marniejsza persona, tym więcej w niej jadu i pogardy.

Już na jednej z ostatnich stron dziennikarka pisze: „Sztuka, kamera, słowo potrafią przyjąć nasze uczucia. Mogą stanowić lekarstwo na ból”, a wcześniej podkreśla: „Na zło uwrażliwiają nas książki i sztuka”. Justyna Kopińska niewątpliwie robi bardzo dobry użytek ze słowa, skoro przyznano tej autorce wiele prestiżowych nagród za jej publicystykę. I dobrze, kiedy w krótkich tekstach, kiedy czytelnik czuje niedosyt faktów, autorka zamieszcza odniesienia do własnych publikacji książkowych, w których dana sytuacja została szerzej przedstawiona. A te książki to między innymi „Polska odwraca oczy” i „Obłęd”.

Justyna Kopińska „Lekarstwo dla duszy”, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020.

poniedziałek, 5 lipca 2021

Anastazja Daniłowiczowa - poleca miłość jak u Szekspira

 Miłość, o jakiej marzymy

 

Życie mnie zahartowało, niełatwo się rozczulam, ale czytając „Serca bicie” płakałam jak bóbr. To biografia Andrzeja Zauchy, w jednej osobie piosenkarza, kompozytora, aktora i poety. Rzecz zaczyna się w dniu, kiedy kończy się życie tego artysty. Zwykle autorzy podejmują tragiczne wątki, opisując rozmaite zdarzenia, które prowadzą do tragicznego finału. W tej książce mamy odwrócenie porządku, ale opisanie finału losu bohatera bynajmniej nie niweczy napięcia czytelnika.

Autorzy, Katarzyna Olkowicz i Piotr Baran, pięknie konstruują narrację, każdy rozdział zaczynając od tekstu piosenki, który wprowadza w kolejne etapy życia Andrzeja Zauchy. Nie miał wykształcenia muzycznego ani aktorskiego, ale wszyscy, którzy go podziwiali, są zdania, że jego talent wyprzedzał profesjonalistów. Zapowiadał się jako wybitny sportowiec, ale porzucił tę perspektywę. Przyszedł na świat w trudnej rodzinie. Dziś powiedzielibyśmy, że prawie dysfunkcyjnej. Ojciec nie stronił od alkoholu, nie był obojętny na kobiece uroki. Matka więc wyjechała za granicę i tam zaczęła nowe życie, już bez poprzedniej małżeńskiej traumy. Nie można jednak powiedzieć, że wykreśliła syna z życiorysu. Pamiętała o nim i przysyłała z Francji to, o czym chłopiec marzył, a jego pokolenie marzyło o sprzęcie do grania, słuchania i odtwarzania nagrań, o co wówczas było niełatwo.

Adonisem nie był; niewysoki, krępy, z silną, wytrenowaną w kajakarstwie klatką piersiową, miał inne zalety, dużo uroku osobistego, mimo nieśmiałości - łatwość zjednywania przyjaźni, a przede wszystkim natura obdarowała go niezwykłym talentem wokalnym. Miał tak doskonały słuch, że potrafił bezbłędnie zaśpiewać raz usłyszaną piosenkę. Nie ucząc się obcych języków, umiał podchwycić wykonanie piosenki francuskiej, angielskiej czy niemieckiej.

Nic dziwnego, że rychło trafił do ludzi, związanych z krakowskim światem muzycznym, a tu jego talent wzbudził zachwyt. Elżbietę spotkał Andrzej w 1966 roku, miała wówczas, jak wspomina przyjaciel Janusz Gajec, który ułatwił ich poznanie, jakieś szesnaście lat, a on niewiele więcej, co nie miało większego znaczenia, gdyż po prostu natychmiast się pokochali i była to miłość wielka i jedyna, aż do śmierci.

Ich jedyna dziecko, Agnieszka, urodziła się osiem lat po ich poznaniu. Zauchowie byli wierni i w miłości, i w przyjaźni. Andrzej musiał mieć zgodę sądu na zawarcie związku małżeńskiego, gdyż miał zaledwie dziewiętnaście lat. Kalendarzowo żeniąc się był nastolatkiem, ale emocjonalnie okazał się mężczyzną, którego pragnęłaby poślubić każda dziewczyna, która marzy o trwałym i odpowiedzialnym związku.

Nie będę opowiadać, jak Andrzej Zaucha podbijał widownię. To czytelnik znajdzie w książce. I może tak jak ja nie powstrzyma łez, dowiadując się, że Elżbieta zmarła, pokonana przez ciężką chorobę, której nie ujawniała mężowi z troski o niego, by się nie zamartwiał.

Elżbieta umiera w sierpniu 1989 roku, dziesięć dni po tym, jak Andrzej pochował ojca. Wszyscy, którzy znali to małżeństwo, podziwiali ich miłość, oddanie, zrozumienie. Byli nierozłączni. On nigdy nie był kobieciarzem, Elżbieta była jego jedyną, największą miłością.

A dwa lata po tym naprawdę nieutulonym żalu zjawia się w życiu artysty kilkanaście lat młodsza od niego aktorka, którą pociąga i jego sława, i jego dramat, a on ma nadzieję, że jego osierocona córka Agnieszka znajdzie w niej zrozumienie i wsparcie. Ale aktorka jest zamężna. Jej mąż, francuski reżyser rozczarowuje ją, gdyż spodziewała się, że taki mariaż ułatwi jej karierę. Bardzo przystojny, inteligentny mąż ogromnie ją kocha i głęboko przeżywa wiadomość o zauroczeniu jego żony innym mężczyzną. Los stawia ją na jednej scenie z owdowiałym aktorem, co ułatwia ich kontakty. Wtedy Francuz postanawia raz na zawsze usunąć rywala i spełnia ten zamiar zabijając pod teatrem, na parkinu Andrzeja Zauchę i swoją żonę. Bardzo szybko zjawia się na policji i przyznaje się do zabójstwa.

Kolejne akapity biografii zawierają rozważania o tym, jak miły, wykształcony, kulturalny i przyzwoity cudzoziemiec mógł dopuścić się zabójstwa. Ci, którzy wiedzieli o tym flircie, a może i romansie, zastanawiają się, czy mogli zapobiec zbrodni. Mają wątpliwości, czy z jego strony to była miłość, skoro pamiętają, jak rozpaczał po stracie swojej ukochanej Elżbiety. To się w głowie nie mieściło przyjaciołom, ludziom ze świata artystycznego, matce i krewnym zabójcy.

Uważam, że tę książkę należny wziąć do ręki, uważnie przeczytać i może zapłakać nad wielkością, siłą uczuć obu mężczyzn i zagadkami natury ludzkiej, które z przyzwoitego człowieka czynią mordercę.

Autorzy cytują słowa Jarosława Śmietany, jazzowego muzyka: „Andrzej był monogamistą. Zdecydowanie. Jego kobieta to była Ela, jego żona. Zresztą pasowali do siebie, po prostu byli dwoma połówkami jabłka. Byli sobie przeznaczeni i żyli dla siebie”. A Janusz Gajec powiedział: „Andrzej i Ela to było cudowne małżeństwo. On był w niej zakochany bardzo. Ona w nim też”.

Katarzyna Olkowicz i Piotra Baran „Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy” Poznań 2020, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

piątek, 25 czerwca 2021

Michał Zasadny - poleca smak epoki, tajemnicę obrazów i wyrafinowane życie Tamary Łempickiej

 Libido bez ograniczeń

 

Kiedy w Europie szaleje wezwanie do swobody seksualnej, do zrównania płci, do dowolnego wyboru swojej orientacji płciowej, jedni walczą o te swobody, czują się zniewoleni w swojej skórze mężczyzny czy kobiety, wychodzą na ulice, by cieszyć się paradami równości, inni czują się zgorszeni, ale przecież to nic nowego. Sto lat temu znakomita polska malarka, o której niestety nie słyszałem na studiach, kiedy gromadziliśmy się na zajęciach z historii sztuki, już należała do kobiet wyzwolonych.

Mowa o Tamarze Łempickiej, córce polsko-żydowskiego małżeństwa, malarce, której Laura Claridge poświęciła wnikliwie napisaną biografię. Ta artystka, która nie ujawniała chętnie szczegółów swojego życiorysu, raz podawała, że urodziła się w Warszawie, a innym razem wiązała swoje przyjście na świat z Moskwą. Nie ma w tym nic dziwnego. U schyłku carskiej Rosji na jej wielkim obszarze zdolni, pracowici Polacy, a Żydzi również, pełnili wysokie stanowiska w przemyśle, handlu, do nich należały sfery finansjery. Gromadzili wielkie majątki, a pieniądze pozwalały im przenikać do arystokracji. Tak było i w przypadku Górskich, takie panieńskie nazwisko nosiła Tamara do chwili, jak wyszła za mąż za Tadeusza Łempickiego. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że to ona uganiała się za bardzo przystojnym mężczyzną i dosłownie w ostatniej chwili zdążyła go poślubić i opuścić Rosję, w której buzowało już rewolucyjne wrzenie.

Nie można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Ona była porywająco piękna, on szalenie przystojny. Co prawda doczekali się córki imieniem Kizette, zamieszkali w Paryżu, ale jak pisze autorka, Polka rychło odkryła odkryła swój talent i równie szybko ujawniła się jej skłonność i do mężczyzn, i do kobiet, a w Paryżu po ustaniu zawieruchy I wojny światowej ludzie pragnęli na wszystkie sposoby radować się życiem, więc hedonistyczne potrzeby były zaspokajane bez ograniczeń. Również zamężna Tamara, traktując małżeńskie obowiązki jako margines życia, bez ograniczeń spędzała czas w barach, w nadmorskich spelunkach, a jej wyuzdanie nie miało granic. Autorka biografii nie osądza i nie ocenia tego stylu życia, ale rejestruje fakty. U Tamary liczyła się męska uroda, inteligencja, pozycja w świecie biznesu, arystokratyczne koneksje i zamożność. Przystojny, prosty marynarz z temperamentem też wzbudzał jej seksualny apetyt i potrafił ją zaspokoić. Kobiety z kolei musiały ją pociągać wielką urodą i ciałem, które nadawało się ze względu na bujność kształtów i harmonijną budowę do pozowania. Kochała córkę, ale nie ona była w życiu artystki wartością priorytetową.

Żaden mężczyzna o najbardziej liberalnych poglądach raczej nie wytrwałby w takim związku, kiedy żona dostarczałaby powodów do kompromitacji i skandali, toteż doszło do rozwodu, a Tadeusz poślubił drugą żonę i do schyłku ich dni, to znaczy do jego śmierci już w wolnej Polsce tworzyli zgodny związek, darzeni miłością i szacunkiem córek z obu związków.

Tamara walczyła o męża, za nic mając powody, które życie z nią czyniło swego rodzaju małżeńskim horrorem. Zdradzała, ale nie chciała go oddać innej kobiecie.

A wciąż z pasją malowała, wystawiała swoje prace na paryskich wystawach, podróżowała do Włoch, tam też zyskała po wystawie uznanie, tam oczarowała d’Annunzio, wybitnego poetę, który na próżno usiłował zdobyć malarkę, bo choć miał niewątpliwą sławę, to jednak jak mężczyzna nie był pociągający.

Wreszcie poślubiła bardzo bogatego węgierskiego barona i stworzyli z nim osobliwe małżeństwo, w którym każda ze stron pozostawiała drugiej absolutną swobodę w doborze partnerów seksualnych, a w sprawach majątkowych też doskonale się dogadywali, on bowiem z Węgier zdążył wywieźć do Ameryki gromadzone przez jego ojca kolekcje i wartościowe wyposażenie rodowego zamku. Ona zaś już od lat miała dochody za sprzedaży swoich płócien.

Tamara przeżyła ponad osiemdziesiąt lat. Dzieliła czas między Amerykę i Paryż, do Polski nigdy nie wróciła. Doczekała się wnuczek, ale relacje z córką wciąż były trudne.

Ponieważ książka rejestruje życie artystyczne Europy i Ameryki, każdy humanista znajdzie w niej mnóstwo szczegółów z życia bohemy na obu kontynentach. Jest to pozycja napisana z wielką dociekliwością, wręcz z pasją. Trudno się od niej oderwać. Najlepiej kupić i mieć na półce, by sięgać dla walorów historycznych, estetycznych i psychologicznych tej biografii. Motto słowami Jeana Cocteau mówi „W sztuce geniusz polega na tym, żeby wiedzieć, jak daleko można się posunąć za daleko”.

Laura Claridge „Tamara Łempicka. Sztuka i skandal”. Przekład Ewa Hornowska,Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

niedziela, 13 czerwca 2021

Daniel Rzepecki - proponuje na czas urlopowy tajemniczą siłę miłości.

 Sidła

 

Moja córka miała koleżankę. Nie będę podawał jej mienia, powiem tylko, że była śliczna i utalentowana, wychowywała ją matka, bo ojciec wyjechał za granicę. Jak często bywa, dziewczyna odczuwała brak ojca i szukała wartości zastępczej za miłość, której nie doznała od najbliższej osoby. Nic dziwnego, że trafiła do sekty, o której głośno było w Polsce. Nawet kiedyś przyjechała do mojej córki i usiłowała zjednać ją do tej wspólnoty, ale ta stanowczo odmówiła. Moja córka była wstrząśnięta, kiedy dowiedziała się, że jej przyjaciółka nie żyje. Nie dowiedziała się, jakie były okoliczności tej śmierci, podobno wypadła z okna wieżowca, więc brano pod uwagę domniemanie samobójstwa.

Przypomniałem sobie tę historię sprzed lat, kiedy zacząłem czytać „Sektę z wyspy mgieł” pochodzącej ze Szwecji Mariette Lindstein. Autorka tego bestselleru sama spędziła wiele lat w Ameryce, w ruchu scjentologicznym. Była z tą wspólnotą związana od dziewiętnastego roku życia. Zdołała uwolnić się z kościoła scjentologicznego, a była w samym centrum jego dowodzenia, z siedzibą w Los Angeles. Przez 25 lat nosiła w sobie pamięć traumatycznych doświadczeń, jakie były jej udziałem w tej sekcie, aż postanowiła je spisać. Powzięła tę decyzję pod wpływem pisarza Lawrence'a Wrighta, laureata Nagrody Pulitzera, Mamy do czynienia z beletrystyką, ale ta powieść oparta jest na faktach, stąd autorka z doskonałą znajomością rzeczy potrafi oddać reguły, jakie rządzą życiem sekty. To jest debiutancka powieść tej autorki, która zrealizowała cały cykl pozycji poświęconych sektom. A życie podarowało Mariette Lindstein tak obfite tworzywo, że mogła z niego czerpać z wielkim literackim pożytkiem.

Bohaterką powieści jest studentka Sofia Bauman, która właśnie przeżywa kryzys w związku ze swoim chłopakiem. Zdarzenia rozgrywają się w Szwecji. Sofia trafia na spotkanie z bardzo charyzmatycznym Franzem Oswaldem. Jest młody, bardzo przystojny, a nieodparty urok zjednuje mu liczne wielbicielki. Porywająco mówi o zagrożeniach cywilizacyjnych, między innymi o zatruciu środowiska, o niezdrowej żywności i temu podobnych sprawach, i dodaje, że na wyspie u zachodniego wybrzeża Szwecji funkcjonuje Via Terra, grupa, która znalazła sposób na uratowanie globu i ludzkości, na uwolnienie od toksyn, stresów i wszystkiego, co nęka ludzkość. Lider, czyli Oswald zwraca uwagę na atrakcyjną dziewczynę i zaprasza ją na wyspę.

Sofia udaje się na wskazane miejsce. Jest oczarowana tym, co tam zastaje. Wolontariusze świadczą usługi dla gości, którzy szukają tutaj nowego sposobu na życie. Dla tych, którzy dopiero mają zamiar przypłynąć promem na to magiczne miejsce, przygotowują dodatkowe apartamenty. Nowicjuszka, oczarowana ideą Oswalda, programem, koncepcją zbudowania lepszego świata podejmuje pracę, podpisując umowę na dwa lata. Zobowiązuje się zachować tajemnicę na temat tego, co tutaj zaobserwuje, wyzbywa się telefonu i komputera. Te media pozostają tylko za pozwoleniem „wodza” do dyspozycji personelu i na użytek służbowy aktywu. Jej powierzono zorganizowanie biblioteki, czyli zgromadzenie księgozbioru i katalogów. Zostaje uprzedzona, że treść gromadzonych pozycji nie może pozostawać w niezgodzie z ideami, które w Via Terra są głoszone i realizowane.

Czas biegnie, a Zofia przekonuje się, że popadła w coraz większe uzależnienie od swojego guru. Powoli odkrywa reguły, jakie rządzą wspólnotą. Posłuszeństwo, subordynacja, podporządkowanie, dyscyplina, kara za łamanie zasad, kary bardzo drastyczne – wszystko zaczyna ją przerażać. Spacery po wyspie pozwalają na rozmowy ze stałymi mieszkańcami. Dowiaduje się o mrocznych i zagadkowych zdarzeniach, o tajemniczej śmierci hrabiny, małżonki właściciela dworu, teraz użytkowanego przez sektę.

Bohaterka dostaje pozwolenie na zamieszkanie w jednym pokoju z tu pozyskanym partnerem. Okazuje się, że i on jest poniekąd zniewolony przez Oswalda, a kiedy Sofia namawia go do starannie przemyślanej ucieczki, on wyjawia ich zamiary temu guru. Już nie opowiadam, za co i on zostaje ukarany. Już inni doświadczyli tej kary, polegającej na rzuceniu się ze stromego klifu wspieniony nurt zatoki. Wykonuje groźny skok i nie wypływa.

Narracja powieści przebiega dwutorowa. Zwykłym liternictwem opowiadane są doświadczenia bohaterki, a kursywą spisane dziwne zdarzenia z udziałem chłopca, który z każdym rozdziałem staje się starszy.

Via Terra zyskuje zainteresowanie mediów, starannie podsycane przez twórcę grupy. Nie wszyscy dziennikarze dają się zwieść wizji, którą rysuje Oswald. Ośrodek zostaje otoczony drutami pod napięciem. Nikt niepowołany nie może się tutaj dostać, ale też nikt z Via Terra nie jest w stanie opuścić dworu. A jednak kierowniczce biblioteki udaje się tego dokonać. Już na stałym lądzie Sofia jest tropiona i przeżywa nieopisany strach. Guru wszędzie wypuszcza swoje niebezpieczne macki.

Powieść jest mrożącym krew w żyłach thrillerem. Czyta się ją jednym tchem z wypiekami na Twarzy. To świetne ostrzeżenie przed sezonem urlopowym. W czasie kanikuły łatwo można dać się zmanipulować „apostołom” werbującym do sekt.

Mariette Lindstein „Sekta z wyspy mgieł”, przełożyła ze szwedzkiego Urszula Pacanowska-Skogqvist, Wydawnictwo Bykowy Las Sp. z o o., Wrocław 2017

czwartek, 10 czerwca 2021

14 czerwca o literaturze z tłumaczem literatury niemieckiej Józefem Zapruckim

 

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej i Osiedlowy Dom Kultury zapraszają w dniu 14 czerwca na godzinę 17 do kawiarni Muza przy ODK na jeleniogórskim Zabobrzu, ul. K.K. Trzcińskiego 12 na spotkanie z cyklu ars poetica.

Tym razem spotkanie z docentem Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej, tłumaczem literatury niemieckiej Józefem Zapruckim, pod hasłem Meandry Tłumaczeń Literackich. Na przykładzie powieści „śląskich” Fedora Sommera.

 


 

środa, 2 czerwca 2021

Ogłoszenie wyników III edycji konkursu literackiego

 Jeleniogórskie Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej Książnica Karkonoska zaprasza na uroczyste ogłoszenie wyników III edycji konkursu literackiego „Jelenia Góra i ziemia jeleniogórska we wspomnieniach mieszkańców”, które odbędzie się 9 czerwca br. o godz. 16.00 w sali konferencyjnej Książnicy Karkonoskiej przy ul. Bankowej 27 (III p.).

W trakcie spotkania uhonorujemy laureatów i uczestników konkursu dyplomami, nagrodami książkowymi i rzeczowymi. Będą również podziękowania dla instytucji, urzędów i placówek kultury, które wsparły konkurs.

czwartek, 27 maja 2021

14 czerwca zapraszamy na spotkanie z Józefem Zapruckim

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej i Osiedlowy Dom Kultury zapraszają 14 czerwca o godz. 17 na spotkanie z cyklu „ars poetica”, które odbędzie się w kawiarni "Muza". 

Tym razem spotkanie z docentem Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej, tłumaczem literatury niemieckiej Józefem Zapruckim, pod hasłem „Meandry tłumaczeń literackich” na przykładzie powieści „śląskich” Fedora Sommera. 

 


piątek, 21 maja 2021

Bronisław Krzemień - życie wieków ciemnych nie było aż tak mroczne

 Rehabilitacja średniowiecza

 

Ostatnie książki w najbliższej filii bibliotecznej wymieniałem bez dostępu do półek, bo od wnętrza książnicy oddzielała mnie szklana tafla podniesiona nad stolikiem, bym z powodu pandemii nikogo nie zainfekował a i sam nie naraził się na atak wrednego wirusa. Uprzejma i bardzo ładna bibliotekarka, poproszona o wybór książek zapytała, co preferuję. Jak wymieniłem jej rozpiętość zainteresowań, zniknęła mi z oczu i wróciła pokazując trzy pozycje. Zadziwiła mnie jej znajomość psychologii czytelnika i dar przewidywania, co zainteresuje tę osobę zza szklanej tafli. Z trzech książek najpierw zacząłem czytać „Życie średniowiecznej kobiety”, uznając, że to będzie najmniej pasjonująca lektura, więc postanowiłem „zaliczyć” ją w pierwszej kolejności. Im więcej stron było przewertowanych, tym większe zainteresowanie budziła we mnie ta pozycja.

Prawda jest taka, że w czasach mojej durnej i chmurnej licealnej młodości edukacja, szczególnie historyczna, koncentrowała się na walce klas i wyzysku kapitalistycznych pijawek. Zalega mi w pamięci zasugerowana na lekcji scena, jak do morza wrzucane są z pokładu statku skrzynki pomarańczy, a to w tym celu, żeby obniżyć dostawy do złaknionej cytrusów wschodniej Europy, a tym samym utrzymać popyt i zawyżoną cenę. Potem te nieutopione pomarańcze w liczbie po jednej moje dzieci, których się szczęśliwie doczekałem, dostawały po jednej sztuce obok pierników oraz innych łakoci w gwiazdkowych paczkach z okazji nie Bożego Narodzenia ale Nowego Roku, gdyż religijne święto było akcentem ideologicznie niepożądanym.

No więc czytam o średniowieczu, które trwało ni miej ni więcej, jak tysiąc lat i zdumiewam się, jak niewiele wiem o tym okresie, poza utrwalonym przekonaniu, że był to czas ciemnoty, zabobonu i feudalnego wyzysku. Tymczasem dowiaduję się z tej lektury, której tytuł sugerował, że zawartość skoncentrowana ma być na losie kobiety, że był to okres niezwykle ciekawy, a co więcej, nawet zakończył się przeobrażeniem gospodarki, wprowadzeniem rozmaitych innowacji, rozkwitu handlu i wytwórczości, nie licząc innych, pogardzanych w okresie mojej edukacji zdarzeń i procesów.

W tym momencie urwałem narrację, żeby dołączyć orkiszową bułkę, której nie mogła pogryźć moja teściowa z pięknym uśmiechem nowej protezki zębowej, ale bez sukcesów w przeżuwaniu nieco bardziej twardych produktów. No i udając się do kuchni, uświadamiam sobie, że orkisz kojarzy mi się z Hildegardą z Bingen, mniszką bardzo mądrą, która w średniowieczu znała się na medycynie i właściwościach ziół oraz innych darów natury. Jej teorie przeżywają renesans, choć nigdy nie były zaniechane i skutkują tym, że mój siostrzeniec intelektualista pokonuje kilkadziesiąt kilometrów, by kupić mendel orkiszowego ziarna, zemleć je domowym sposobem i wypiekać z niego wyborne bułki. Jest przekonany, że dieta wedle tej mniszki sprawiła, że prawie umierający z powodu zainfekowania Covidem 19 przeżył krytyczne trzy tygodnie i właśnie wybiera się po kolejny worek orkiszowego ziarna.

Co ja zresztą swoimi słowami będą opowiadać, jak Frances Gies i Joseph Gies rehabilitują w swojej książce ten pogardzany okres, po prostu zacytuję to, co jest owocem średniowiecza. Wtedy to „Średniowieczne wynalazki zrewolucjonizowały wytwórczość, architekturę, rolnictwo i życie umysłowe, ułatwiając i usprawniając życie codzienne i bytowanie dzięki wprowadzeniu kołowrotka, młyna wodnego, wiatraka, taczki, korby, krzywki, koła zamachowego, wiatraka, żagla łacińskiego, steru, busoli, strzemion, prochu strzelniczego, wyściełanego chomąta, przybijanych podków, trójpolówki, gotyckich technik budowlanych, destylacji, uniwersytetów, poezji rymowanej, cyfr arabskich, nowożytnego teatru, ruchomej czcionki i prasy drukarskiej. Handlowa rewolucja z późniejszego średniowiecza (...) otwarła drogę do nowej ery kapitalizmu, gdy polityczne rozdrobnienie epoki feudalizmu zostało zastąpione przez nowe państwa narodowe”.

Tyle cytatu. Książka jest porywająca, a te jej części poświęcone sytuacji kobiety po prostu fascynują dokładnością opisów, poprzedzonych gruntownymi badaniami i dociekaniami naukowymi. Czytelnik poznaje monarchinie, księżny, hrabianki, szlachcianki, mieszczki i chłopki i ze zdumieniem czyta o ich dzielności i mądrości, a również o sponiewieraniu swojej płci, z którym nie zawsze się godziły, a nie tylko Joanna d'Arc potrafiła walczyć z orężem w rękach.

Gorąco polecam tę lekturę, a przy jej okazji dowiedziałem się, że jest cały, godny polecenia cykl poświęcony wiekom średnim. jak na przykład „Życie w średniowiecznym zamku”, „Życie w średniowiecznym mieście” i „Życie w średniowiecznej wsi”. Zaraz ruszam do biblioteki i będę domagać się jednej z wymienionych pozycji.

Frances i Joseph Gies „Życie średniowiecznej kobiety”, przekład Grzegorz Siwek, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, Kraków 2019.

czwartek, 13 maja 2021

Walne Zebranie Stowarzyszenia w Cieniu Lipy Czarnoleskiej 14 czerwca 2021 r.

 Zarząd Stowarzyszenia Literackiego w Cieniu Lipy Czarnoleskiej

wzywa wszystkich członków na Walne Zebranie,

które odbędzie się 14 czerwca 2021 r.

Miejsce: Jelenia Góra, kawiarnia „Muza” Osiedlowego Domu Kultury, ul. Krzysztofa Komedy Trzcińskiego 12, godz. 15.45 (drugi termin w przypadku braku kworum godz. 16.15).

Porządek zebrania:

  1. Otwarcie zebrania.

  2. Przyjęcie porządku zebrania.

  3. Wybór przewodniczącego zebrania i protokolanta.

  4. Podjęcie decyzji w sprawie sposobu głosowania.

  5. Wybór komisji mandatowo-skrutacyjnej.

  6. Stwierdzenie ważności walnego zebrania.

  7. Sprawozdanie Zarządu z działalności Stowarzyszenia w 2020 roku.

  8. Sprawozdanie Komisji Rewizyjnej za rok 2020.

  9. Podjęcie uchwały w sprawie przyjęcia sprawozdania Zarządu i Komisji Rewizyjnej oraz udzielenia Zarządowi absolutorium.

  10. Podjęcie uchwały w sprawie zatwierdzenia Sprawozdania finansowego Stowarzyszenia za rok 2020.

  11. Wybór składu Zarządu oraz składu Komisji Rewizyjnej w związku z upływem 3-letniej kadencji.

  12. Wolne wnioski.

  13. Zamknięcie obrad.

Obecność obowiązkowa.

Istnieje możliwość uczestniczenia w walnym zebraniu poprzez udzielenie pełnomocnictwa innemu członkowi stowarzyszenia (na piśmie lub drogą e-mailową).

czwartek, 15 kwietnia 2021

Anastazja Daniłowiczowa - poleca tajemnicę, którą poznamy dopiero na końcu...

A gdybym umarła?

 

Mam za sobą styczniowe zainfekowanie koronawirusem, mam pobyty, na szczęście krótkie, w szpitalu polskim i zagranicznym, a tydzień temu wszyscy myśleli, że czeka mnie najdłuższa podróż na drugą stronę istnienia. Zaczęło się niewinnie, jak po pierwszym szczepieniu kowidowym. Zatem krótkie czekanie w sali dla zaszczepionych, potem półtoragodzinny powrót z oddalonego punktu, bo bliżej nie było, a w trakcie stan euforyczny, jak po koniaku, mocnej kawie albo jakimś narkotyku. Ale jego działanie znam tylko z opisów literatów, psychologów i terapeutów. Potem były trzy dni słabości, a na czwarty dzień taki napływ sił, że zapuszczony balkon został doprowadzony do połysku. I po miesiącu pierwszego dnia po drugim szczepieniu była lekka ekscytacja, że już mam za sobą dwa szczepienia, że cierpliwie poczekałem z opiekunami ponad dwie godziny z powodu poślizgu, ale schroniliśmy się w samochodzie, bo na dworze było zimno, a z powodu zagrożenia infekcją ludzie nie tłoczyli się oczywiście się w środku, tylko na zewnątrz cierpliwie czekali na wywołanie swojej wyznaczonej godziny.
Tym razem nie pamiętam, co działo się następnego dnia, bliscy czuwali przy mnie, pozbawionej przytomności, a ponieważ słaniałam się na nogach, na rękach moje 65 kilogramów zostało przeniesione na posłania, a jak opowiadano, po prostu przelewałam się na rękach. Na noc zorganizowano czuwanie przy zaszczepionej.
Ten wstęp, nawiązujący do moich ostatnich przeżyć, jest uzasadniony przy rekomendacji debiutanckiej powieści Emily Hainsworth „Przez ciebie”. Kiedy tylko powieść ukazała się w 2012 roku, natychmiast wielu wydawców kupiło prawa do jej wydania, a wytwórnia Paramount Pictures postanowiła ją sfilmować. Powieść zaczęłam czytać przed opisanymi zdarzeniami, a skończyłam, kiedy  szczęśliwie wróciłam do żywych.
Bohater powieści, osiemnastolatek Camden nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanej dziewczyny. Od chwili, kiedy kierując samochodem nachyliła się, by podnieść upuszczony przez niego zapalniczkę, chłopaka dręczą wyrzuty sumienia. Czuje się winny jej śmierci. Viv była nie tylko jego wielką miłością, ale i przyjaciółką. Wspierała go, kiedy uległ wypadkowi i musiał odejść z drożyny, w której był liderem. Była mu oparciem, kiedy jego ojciec opuścił żonę, a matka Cama, jak go w skrócie nazywano, nie mogła pogodzić się z odejściem męża. Viv była śliczna, dzielna, inteligentna, błyskotliwa. Miejsce wypadku znaczyły pozostawiane przez chłopaka fotografie, wstążki, miłosne wiersze, cytaty z dzieł ich ulubionych autorów. Miał jedno pragnienie - cofnąć czas, ale było to niemożliwe. Została rozpacz, zżerające go poczucie winy i straszliwa tęsknota. Stracił przyjaciół z drużyny, kolegów z klasy. Nękało go,przekonanie, że wszyscy wiedzą o jego niewątpliwej winie. I tak to trwało dwa miesiące, każdy wieczór spędzał w miejscu wypadku, ubolewając, że to nie on był ofiarą tego tragicznego zdarzenia.
Aż pewnego wieczoru pojawiło się zielone światło. Z tej poświaty wyłoniła się dziewczyna, ale to nie była Viv. Ku swojemu zdumieniu następnego dnia zobaczył ją w uniformie kelnerki w pubie, na który namówił go przyjaciel, od którego też się zdystansował. Z plakietki odczytał imię dziewczyny. To była Nina, której nigdy w życiu wcześniej nie widział, ale to ona wyłoniła się z zielonej poświaty. Ona jednak go nie rozpoznawała, jakby nie spotkali się w miejscu wypadku.
Jakież było zdumienie chłopaka, kiedy zastał ją w swoim domu. Ona wyjaśniła, że zjawiła się z drugiego wymiaru. Że się znają. Że oprócz tej rzeczywistości, jaka go otacza, jest drugi świat, równoległy, że bramą do niego jest właśnie pojawiająca się w miejscu wypadku ta zielona poświata. Can postanawia przeniknąć do innego świata. Wszystko tam jest takie samo, ale wybita szyba w jednej ze szkolnych sal wskazuje, że ta rzeczywistość zamknięta jest we wcześniejszym czasie. Chłopak dociera do domu Viv, dostrzega ją przez oświetlone okno, ale tym razem ona go nie widzi.  Chłopak już zna drogę do innej rzeczywistości. Pokonuje ją jeszcze raz i dociera do Viv. Dziewczyna doznaje szoku, pomieszanego z radością. Tam bowiem ona żyje, ale to Can jest ofiarą innego wypadku.
Rychło się wyjaśnia, że w tamtym świecie dziewczyny są zantagonizowane, gdyż obie go kochały, ale to Nina „odbiła” Viv ukochanego.
Okazuje się, że miłość i zazdrość są silniejsze niż śmierć. Żeby dowiedzieć się, które z tych uczuć okaże się silniejsze, warto wziąć do ręki „Przez ciebie”. Pisząc tę rekomendację, od czasu do czasu spoglądam na portret bliskiej mi Osoby, która od lat czterech jest po drugiej stronie istnienia. Zanim zaczęłam pisać o tej debiutanckiej powieści, przez pewien czas zastanawiałam się, czy chciałabym odkryć istnienie równoległej rzeczywistości i czy zapragnęłabym poznać te rewiry życia człowieka, z którym na dziesięciolecia połączył mnie los, a których nie poznałam. Szybko doszłam do przekonania, że aczkolwiek niezbadane są tajemnice bytu, wystarcza mi uporządkowany świat dostępny moim zmysłom, rozumowi i pamięci. Ale „Przez ciebie” niewątpliwie pobudzi wyobraźnię czytelnika i ciekawość, czy jednak jest życie po życiu.

Emily Hainsworth „Przez ciebie”, przekład Ewa Ratajczyk,Wydawnictwo Amber So. z o.o, Warszawa 2013.

wtorek, 13 kwietnia 2021

Rafał Brzeski - poleca lekką książkę nie tylko dla intelektualistów

 Rewelacja, tylko się delektować

 

Anna Gavalda, urodzona w 1970 roku uznawana jest za świetną współczesną prozatorkę. Nic dziwnego. Na okładce z wydania jej „Pocieszenia” w roku 2009 można przeczytać, że jej powieści przetłumaczono na 38 języków i sprzedano w ponad pięciu milionach egzemplarzy. Nic dziwnego, doprawdy „Pocieszenie” jest napisane rewelacyjną prozą. Nie ma tutaj sztywnego gorsetu narracji odautorskiej, czytelnikowi pozostawiono absolutną swobodę śledzenia zdarzeń opowiadanych na różne sposoby raz to jako relacja głównego bohatera, innym razem są to niczym nieskrępowane dialogi; krótko mówiąc  autorka korzysta z absolutnej swobody, co fascynuje czytelnika, który  nie daje się prowadzić za rękę.

Książka zawiera znane nam realia z wszelkich dostępnych newsów. Pojawiają się ludzie biznesu, przedsiębiorcy przemieszczający się ze wschodu na zachód i z północy na południe. Naturalnie korzystają z lotów w klasie biznesowej, mają do dyspozycji na miejscu, na przykład w Moskwie, tłumaczy i samochody.

Nasz bohater jest architektem. Projektuje, wystawia na konkursy swoje projekty, zwycięża albo nie, a miejscem jego zakotwiczenia jest Paryż. Tu odwiedza rodziców i rozczula się na widok mieszkania, które nie zmienia wyglądu od czasu jego dzieciństwa, choć naturalnie czas odmienił i ojca, i matkę, i siostry, odmienił też życie i wygląd bohatera, który w przedstawianej płaszczyźnie czasowej ma lat 47.

Widzimy go w fazie frustracji. Owszem, jest w związku, ale nie potwierdzonym ani urzędowo, ani sakramentalnie. Ma córkę, ale to nastolatka z pierwszego związku jego partnerki. Ani to wielka miłość, ani udana kariera, ani fascynacja nowoczesną europejską architekturą. Wszystko rozmija się z marzeniami i pragnieniami. Jedno zostaje niewzruszone: miłość do matki najlepszego przyjaciela z dzieciństwa i młodości. Tylko pamięć o tej niezwykłej, ekscentrycznej kobiecie wnosi świeżość i głębię do jego życia. Tylko że ona już nie żyje, a wiadomość o jej śmierci dociera na tyle późno, że Charles  nie zjawia się na pogrzebie.

Anouk, ta jego miłość  jest pielęgniarką. Jej syn Alexis nie zostaje wybitnym muzykiem. Rozdziela  ich zawirowanie zdarzeń. Bohater traci też z oczu niezwykłego opiekuna Alexisa, który jest jeszcze bardziej ekscentryczny, niż matka chłopca. Jest w nim mieszanina klowna, aktora, artysty, ale te najbliższe mu osoby po prostu go kochają. Nazywają go Nianią. Niania też umiera.

Rozczarowany całokształtem otaczającej go rzeczywistości Charles stara się przynajmniej ocalić to, co jest do ocalenia: groby Anouk i Niani. I kiedy tropi te wątłe ślady, na południu Francji odnajduje to, co utracone. I odnajduje świat, o którym myślał, że nie istnieje. Dostaje porcję odtrutki od zgiełku wielkich zurbanizowanych  molochów. I tam, na wsi w zdumiewający sposób odnajduje to, za czym tęsknił. Miłość. I jakby inkarnację nieżyjącej Anouk. O ile ta chłopięca i młodzieńcza miłość była od niego o dwadzieścia lat starsza, o tyle ta dziewczyna, ta inkarnacja Anouk z fizycznego i duchowego piękna jest o kilkanaście lat młodsza od sfrustrowanego bohatera.

Oczywiście nie napiszę, czy wreszcie doświadczy Charles spełnionej miłości. Powiem tylko, że ja, stary chłop, miejscami ryczałem jak bóbr.

Powiem też, że dziwi mnie tytuł. „Pocieszenie”- na witrynie księgarni nie zwróciłby mojej uwagi. Jak to jednak dobrze, że powieść ta trafiła do moich rąk. Polecam ją każdemu. Zapóźnionym romantykom i zatwardziałym cynikom, starym i młodym. Powieść jest piękna.

Anna Gavalda „Pocieszenie”, tłum. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Świat Książki, Warszawa 2009.

sobota, 3 kwietnia 2021

Bronisław Wypych - 45 lat ROD "Krokus"

Piękna książka na 45-lecie Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Krokus”


W zbliżających się latach wiele Rodzinnych Ogrodów Rodzinnych w Polsce będzie obchodziło okrągłe rocznice powstania. Podobnie jest w Jeleniej Górze, nie wiadomo czy hucznie i z pompą zarządy ogrodów postanowią uczcić jubileusze z uwagi na panującą pandemię, czy też po prostu o tym nie wiedzą, ponieważ większość a niekiedy w całości ich dokumentacji została już dawno przeznaczona na makulaturę.

Wydana w tym roku „Historia Ogrodu Rodzinnego Krokus w Jeleniej Górze – 45 lat”, przypomina o tym „dziwnym zjawisku społecznym”, jakim są ogródki działkowe, o czym wszyscy mówią a, o czym włodarze miast nie chcą słyszeć. W krótkiej, przystępnej formie autor przypomina początki tworzenia ogrodów, ich przemianę oraz odkrywa nieznane fakty dotyczące Jeleniej Góry.

W Niemczech dużą popularność, obok Armengärten (ogrody dla ubogich), zdobyły również tzw. ogrody Schrebergärten, od nazwiska Daniela Gottloba Moritza Schrebera, ortopedy i wykładowcy na uniwersytecie w Lipsku, propagatora ruchu na świeżym powietrzu. W roku 1900 w Niemczech funkcjonowało ich ponad 10 tys.

W Jeleniej Górze przed II wojną światową funkcjonowały oba typy ogrodów. W roku 1939 zarejestrowanych zostało dziesięć, chociaż prawdopodobnie było ich więcej:

  1. Sonnenland” – Schrebergarten, to pierwszy ogród za starym cmentarzem przy ul. Sudeckiej, obecnie należy do ROD „Południe”.

  2. Waldfrieden” – przy ul. Łomnickiej, zaraz za lotniskiem, zlikwidowany w 2014 r.

  3. Am Linkeweg” – Schrebergarten, przy ul. Powstańców Śląskich, zlikwidowany.

  4. Abendfrieden” – drugi ogród za starym cmentarzem przy ul. Sudeckiej, obecnie należy do ROD „Południe”.

  5. Krautland” – przy ul. Zielnej i ul. Mlecznej Drodze przy rzece Kamiennej (obecnie „Jeleniogórskie Błonia”), zlikwidowany.

  6. Am Hausberg” – Schrebergarten – między ul. Władysława Jagiełły i al. Bolesława Krzywoustego, zlikwidowany.

  7. Eichengrund” – ogród założony w 1918 r. przy rzece Kamiennej między ul. Nadbrzeżną i ul. Wolności, zlikwidowany.

  8. Krebsbachtal” – przy basenie „Rakownica”, ul. Zgorzelecka.

  9. Am Zacken” – przy rzece Kamiennej i Pijawniku, między ul. Powstania Styczniowego i ul. Jana Kasprowicza, obecnie należy do ROD „Zachód”.

  10. Ludwigkolonie” – brak lokalizacji.

Dokładną datę powstania ogrodu „Krokus” znamy dzięki prowadzonej przez komisję socjalną od 1983 r. do 1991 r. kronice, która w zapomnieniu przeleżała trzydzieści lat między dokumentami i niedawno została odnaleziona.

16 czerwca 1976 r. decyzją Urzędu Miasta postanowiono grunty rolne przy ul. Działkowicza przekształć w ogrody działkowe i przydzielić je zakładom pracy. Tak powstały Pracownicze Ogrody Działkowe „Krokus”, „Tulipan, „Zabobrze” i „Wiarus”.

Już rok później 9 stycznia w Wojewódzkim Domu Kultury (do 1975 r. klub „Kwadrat”) zebrali się członkowie ogrodów z siedmiu zakładów pracy, którym przydzielono określoną ilość działek. Były to: Karkonoskie Zakłady Papiernicze, Zakład Energetyczny, Państwowa Komunikacja Samochodowa, Spółdzielnia Inwalidów „Karkonosze”, Spółdzielnia Inwalidów „Simet”, Zakłady Mechaniczno-Odlewnicze ZREMB, Spółdzielnia „Elektromet”.

To właśnie pomoc zakładów pracy, a konkretnie ideowców, bez których nie byłoby możliwości przekucia tej pomocy w czyn, spowodowała że w latach osiemdziesiątych XX wieku Pracowniczy Ogród Działkowy Krokus” stał się najbogatszym i najbardziej zaangażowanym społecznie ogrodem w Jeleniej Górze.

11 września 1985 r. zorganizowano na terenie ogrodu „Krokus” Wojewódzkie Święto Plonów, które opisał Henryk Stobiecki w „Nowinach Jeleniogórskich”. Mniej oficjalną wersję tego wydarzenia, a ciekawą z punktu widzenia na przykład historyka, znajdziemy w sprawozdaniu ówczesnego prezesa Czesława Cecha: „(…) Większość wydatków związanych z dożynkami pokrył zarząd wojewódzki PZD. Część jednak to nasze nakłady, tzn. opłaty za rzeczy, które i tak zostają w ogrodzie. Wykonaliśmy piękne dekoracje, napisy i hasła z myślą, że będą nam służyć długie lata. Tymczasem wszystkie te dekoracje zostały rozkradzione przez pijaków z naszego ogrodu. Część udało się odzyskać tzn. wielkie elementy dekoracyjne i część ukradzionych stołów. Większość jednak przepadła bezpowrotnie. (…)

Dziś już wiekowi działkowicze z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy na ogrodzie organizowano imprezy z okazji Dnia Kobiet, Dnia Dziecka, i gdy na specjalnie do tego celu wybudowanym podium przygrywała kapela podczas Dożynek. Przełom wieku XX i XXI to walka o przetrwanie ogrodu w nowej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Imprezy organizuje się rzadziej i nie z tak wielką pompą. 19 sierpnia 2017 r. odbyła się Biesiada Literacka „Pod Jabłonką” zorganizowana przez Stowarzyszenie Literackie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej. Ciekawym „rodzynkiem” w książce jest wspomnienie działkowiczki, Marii Sucheckiej pt. „Z powodu agrarnych genów czyli wyznania działkowej pionierki.”

Jak potoczyły się dalej losy Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Krokus”, można przeczytać w wydanej historii z okazji 45-lecia, którą zebrał i opracował Robert Bogusłowicz.




Strona tytułowa odnalezionej Kroniki Pracowniczego Ogrodu "Krokus".

Dożynki w roku 1990.
Biesiada Literacka "Pod Jabłonką" zorganizowana przez Stowarzyszenie Literackie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej w 2017 r.
Widok ogrodu z torów kolejowych


Wejście na ogród.
Fragment Referatu Sprawozdawczego z działalności zarządu ogrodu "Krokus" za okres 1985/1986 sporządzony przez prezesa Czesława Cecha.
Jak można się doczytać, problem ze śmieciami na terenie ogrodu nie jest nowy, a raczej był on od samego początku. I to dzisiejszym prezesom ogrodów zajmuje większość czasu.

Transparent uratowany z płomieni w 1985 r.
Legitymacja