piątek, 29 października 2021

Bronisław Krzemień - poleca thriller na jesienne wieczory.

 Ocalałe

Biorę do ręki powieść, o której wydawca już na pierwszej stronie okładki informuje, że to fenomenalny thriller i zapewnia, że „jaki w tym roku przeczytasz”. Czy może być lepsza zachęta, zwłaszcza po tym, jak wewnątrz obwoluty czytelnik znajdzie wybrane zapewnienia, że lektura tej książki zapewni niesamowite doznania. Nie będzie się mógł od niej oderwać, ulegnie uczuciu niesamowitej grozy, a po ostatniej pochłoniętej stronie musi zapewnić sobie czas na uspokojenie wyzwolonych emocji.

Tytuł bynajmniej nie zachęca. Cóż bowiem znaczy wyraz ocalałe? Ocalałe przez kogo czy od czego? I co im w ogóle groziło? W każdym razie zabieram się zachłannie za lekturę. Już na samym początku dostaję obuchem w łeb. Bohaterka pisze w pierwszej osobie. Ucieka, jest ścigana, zostawia za sobą trupy bardzo bliskich osób, przyjaciół ze studiów, z którymi miała w ustronnym domku w lesie spędzić radosny weekend z okazji urodzin najbliższej przyjaciółki, a w tej grupie jest chłopak, na którego napalone są wszystkie dziewczyny, bo taki atrakcyjny, ale zainteresowany jest przede wszystkim narratorką. Ta relacja – wspomnienie wraca godzinę po godzinie do zdarzeń z tragicznej w skutkach nocy. Subiektywny opis jest przerywany zobiektywizowanym opisem w trzeciej osobie. Naturalnie jak w każdym przyzwoitym kryminale, o ile kryminał może lub powinien być przyzwoity, podejrzenia i domniemania czytelnika przenoszą się z jednej osoby na drugą, na które rzuca domniemania sprawstwa mordów.

Używam liczny mnogiej, bo okazuje się, że tamta tragiczna noc to nie jedyne zdarzenie sprzed lat, którego ofiarami byli młodzi ludzie, studenci lub licealiści. I wyjaśnia się w pewnym momencie znaczenie tytułu, gdyż okazuje się, że nie tylko narratorka ocalała, ale przed laty w Ameryce doszło do jeszcze dwóch zbiorowych morderstw. I w sumie ocalały tylko trzy dziewczyny. One się nie znają, ale relacje medialne pozwalają im dowiedzieć się każdej z nich o dwóch pozostałych. Ale sytuacja zaskakuje, gdyż jedna z nich, gotowa do pomocy tym ogarniętym traumą po niezwykłym ocaleniu pragnie udzielać rad, jak żyć dalej z mrocznym wspomnieniem tego, czego doświadczyły.

I rzeczywiście, im głębiej w las, tym więcej drzew, czyli im więcej przywołanych wspomnień, tym przebieg zdarzeń staje się bardziej wyrazisty. Bohaterka ma na imię Quincy, druga ocalała to Samanta, która chcąc uciec od rzeczywistości zmienia imię, nazwisko i tożsamość, a trzecia to Lisa Milner, ta, której zabraknie wśród żywych już pod koniec narracji. W powieści są mroczne tajemnice psychiki dziewcząt i kobiet, jest sytuacja wyparcia traumatycznych przeżyć, jest miłość, poświęcenie, zdrada i seks. Czyta się wartko, i istotnie napięcie rośnie. Mimo wątpliwości, z którymi się dzieliłem na wstępie, na pewno warto wziąć do ręki na jesienne wieczory tę powieść. Jeden z cytowanych internetowych wpisów podaje, że jest to thriller doskonały, powieść wręcz magnetyczna, a inny internauta pisze, że książka jest genialna!!!!

Riley Sager „Ocalałe”, tłumaczenie Aleksandra Wolnicka, Wydawnictwo OTWARTE, Kraków 2018.

niedziela, 24 października 2021

Muzem Karkonoskie 10 listopada

spotkanie z Rafałem Skąpskim

 


 

Muzeum Karkonoskie zaprasza 10 listopada na godzinę 14 na spotkanie z Rafałem Skąpskim. Jego staraniem ukazały się, wydane przez „Czytelnika” dwa tomy pamiętników jego babci. Edycja ta nosi tytuł „Dziwne jest serce kobiece. Wspomnienia galicyjskie”.

poniedziałek, 18 października 2021

Spotkanie z Jędrzejem Solińskim w Książnicy Karkonoskiej

JCIiER Książnica Karkonoska zaprasza 21 października 2021 r. (czwartek) o godz.17.00 do sali konferencyjnej przy ul. Bankowej 27 (III p.) na spotkanie autorskie z prozaikiem, publicystą, laureatem Srebrnego Kluczyka w kategorii Literatura, Jędrzejem Solińskim oraz na rozmowę o jego nowej książce „Bóle fantomowe”.


Jędrzej Soliński – prozaik, publicysta, tłumacz języków klasycznych i języka rosyjskiego. Studiował na Uniwersytecie Wrocławskim, Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Tomskim Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym w Tomsku.

Jest autorem krótkich form prozatorskich: „Turysta” (2014), „O wschodzie” (2017).

Bóle fantomowe” wydane w 2019 r. w wydawnictwie Novae Res, to jego właściwy debiut prozatorski. Publikuje również w miesięczniku „Odra” oraz kwartalniku literacko-artystycznym „Metafora”.


niedziela, 17 października 2021

Maria Suchecka - poleca nie wszystko złoto, co się świeci.

 Geniusz lubił kobiety

 

Z wielu powodów, kiedy genialny fizyk Albert Einstein ożenił się po raz drugi, taił przed światem, że wcześniej miał inną rodzinę, a jego wielką miłością była Mileva Marić, którą poznał, studiując w Szwajcarskiej Politechnice Federalnej. Ta dziewczyna miała wówczas 21 lat. Wyrastała w przekonaniu, że nie dla niej jest miłość, dzieci i małżeństwo. Przyszła na świat ze zwichniętym stawem biodrowym. Utykała od zawsze. A przed nią urodzona w tej rodzinie dwójka dzieci zmarła wcześnie, pogrążając matkę w nieustającym żalu. Szczęśliwie urodzona dziewczynka nie ukoiła tej rozpaczy. Rodzice mogli przewidzieć, że realia okażą się dla dziewczynki okrutne. I tak się stało, była pośmiewiskiem rówieśników. Kiedyś podsłuchała rozmowę rodziców, którzy z zatroskaniem mówili, że nie ma dla niej szansy na los szczęśliwej mężatki, a tylko to wówczas zapewniało kobiecie stabilizację i bezpieczeństwo. Jej pochodzący ze wsi ojciec był zdolny i ambitny, więc ten Serb ze wschodnio-południowej części Austro-Węgier uczył się pilnie i osiągnął w pozycji społecznej więcej, niż jego rówieśnicy. Rychło zorientował się, że kaleka córka jest wybitnie zdolna. Osiągała doskonałe wyniki, zwłaszcza w naukach ścisłych, toteż postarał się, by umieścić Milevę w męskim gimnazjum o wysokim poziomie, które skończyła bez trudu, zadziwiając swoimi postępami i uzyskując najwyższą lokatę wraz z nagrodą.

Ojciec widział dla niej przyszłość w świecie nauki. Przed nią na uczelni w Zurychu w całej jej historii studiowało tylko kilka kobiet, ale ona dostała się do niej bez trudu. Była jedyną dziewczyną w grupie. Ojciec ulokował ją w przyzwoitym mieszczańskim domu, w którym już mieszkało kilka dziewcząt ze wschodniej Europy. Nigdy nie przypuszczała, że może się z kimś zaprzyjaźnić, ale koleżanki okazały się miłe i serdeczne. Przed kolacją brały do rąk instrumenty i grywały utwory muzycznych klasyków. Rychło, bynajmniej nie zaproszony, dołączył do nich Albert, łamiąc wszelkie konwenanse i wywołując zgorszenie pani domu. Gdyż Einstein zachwycił się mądrą studentką, a jej kalectwo bynajmniej nie przysłoniło mu wdzięku i urody nieśmiałej studentki. Olśniewał go rozum tej nieśmiałej dziewczyny. Pokochał Milevę, zaprzyjaźnił się z jej grupką rówieśniczą, wprowadził w krąg innych studentów, a łączyła ich płaszczyzna dyskusji o najnowszych odkryciach.

Młoda Serbka nie kryła przed ojcem swojego zauroczenia chłopakiem z żydowskiej rodziny. Ojciec słusznie obawiał się, że ta miłość nie ma szans na spełnienie. Poradził, by przeniosła się na inną uczelnię i dała im roczny czas na zweryfikowanie trwałości uczuć. Odległość Heidelbergu od Zurychu nie zgasiła miłości. Tęsknili za sobą. Jej brakowało bliskości ukochanego i tamtych dysput o odkryciach i wynalazkach. Wróciła do Alberta i dała się porwać na krótki wypoczynek nad jezioro Como we Włoszech. Na nic zdały się przyrzeczenia złożone ojcu, że miłość nie zgasi jej pasji do nauki. Owocem tych płomiennych dni okazała się ciąża. Wcześniej Albert przedstawił ukochaną rodzicom. Jego matka z miejsca znienawidziła Serbkę. Nie widziała syna u boku kalekiej dziewczyny, jej mąż miał nieco łagodniejszy stosunek do utalentowanej studentki. Jego rodzice zagrozili wstrzymaniem finansowania studiów kochliwego Alberta. On trwał przy obietnicy małżeństwa, oczekiwał narodzin syna. Rodzice Milevy na krytyczny okres zaawansowanej ciąży, porodu i połogu zabrali ją do Kacia w Serbii. Tu strzegli tajemnicy niechcianego macierzyństwa swojej córki. Albert domagał się powrotu ukochanej, więc z rozdartym sercem pojechała do Zurychu. Spisano małżeński kontrakt, nie ujawniając istnienia dziecka, które zachorowało na szkarlatynę. On nigdy nie zobaczył córeczki, która miała na imię Lieserl. Ona pojechała do Serbii, by ratować dziecko. Do dziś nie wiadomo z całą pewnością, czy dziewczynka umarła, czy została oddana do adopcji.

Albert obiecywał solennie, że ich związek nie zakłóci jej działalności naukowej. Ale przyszli na świat dwaj synowie, z których jeden po latach zachorował na schizofrenię. Pogodzenie badań naukowych z obowiązkami matki i pani domu, tradycyjnie sprawującej opiekę nad mężem, okazało się nader trudne, a jednak mimo wszystko jej umysł intensywnie pracował. Była współautorką niejednej rozprawy, ale wbrew obietnicom jej nazwisko zostało usunięte w podpisie, bo jak tłumaczył mąż, łamiąc obietnicę o współpracy i partnerstwie, ona nie ukończyła studiów, nie uzyskała stopnia naukowego, więc nie kwalifikowała się, by zaistnieć jako współautorka. Jak się okazało, to wspólne opracowanie, wspólne odkrycie otrzymało Nagrodę Nobla, ale udział Milevy w tym dziele został utajniony. Albert zachował się inaczej, niż Piotr Curie, który domagał się, by jego żona została uwzględniona w tej prestiżowej nagrodzie. Kiedy pani Einsteinowa spotkała się z polską noblistką, zyskała jej sympatię i szacunek, a nawet dała do zrozumienia, że domyśla się udziału Milevy w dokonaniach jej męża.

Biograficzna powieść „Pani Einstein” z woli autorki, Marie Benedict została włożona w usta bohaterki. Czytając wyznania żony noblisty spisane w pierwszej osobie, czytelnik poznaje cierpienie nieśmiałej, wybitnie utalentowanej Serbki, rozumie jej dumę i poczucie godności, zachwyca się zdobyciem miłości cenionego później uczonego, a jednocześnie odczuwa cierpienie zdradzonej kobiety. To była podwójna zdrada, gdyż wyparł się jej współautorstwa w odkryciach, a jednocześnie zawiódł ją boleśnie jako mąż. Biografia jest napisana jasnym, klarownym językiem, doskonale oddaje rozwój nauk ścisłych na przełomie wieków, wprowadza w arkana teorii względności, a jednocześnie portretuje wielkość i oddanie w tym uczuciu Milevy, a także małość geniusza, małość odstającą od jego pozycji w Panteonie ludzi nauki ubiegłego wieku.

Marie Benedict „Pani Einstein”, przekład Natalia Mętrak-Ruda, Wydawnictwo Znak Sp. z o.o Kraków 2017.

czwartek, 14 października 2021

Anastazja Danilowiczowa - poleca książkę napisaną w roku 1949, której akcja dzieje się w 1984, a którą przeżywamy w realu w 2021. Dziwne. Nieprawdaż?

 Mroczny wizjoner

 

To było wiele lat temu, kiedy pierwszy raz czytałam „Rok 1984” Orwella. Jeszcze ta książka mrocznego wizjonera nie była osiągalna w oficjalnej księgarskiej dystrybucji. Ona przewidywała, jak będzie funkcjonował system totalitarny. Ponieważ zawierała odniesienia do już działającego socjalistycznego molocha, a mimo szczelności granic trafiali na Zachód uciekinierzy ze wschodniego raju na ziemi, a świat dowiadywał się, jak komuna niszczyła własne dzieci w obozach, więzieniach i katorżniczej pracy, dla zorientowanych nie wszystko w tej książce Orwella było mroczną, wstrząsająca wizją tego, jak człowiek może być przenicowany na wskroś, jak się zaprze ideałów, przyjaźni, miłości, więzów krwi, jak zaprzepaści wszystko, co w nim najlepsze i jak wypuści demony kryjące się w darwinowskim wyposażeniu we wszystko, co potrzebne do walki o przetrwanie.

Rzecz dzieje się w Londynie. To jest socjalistyczne miasto w socjalistycznym kraju. Mieszka w nim Winston Smith. Każde jego spojrzenie łowi olbrzymie portrety wodza. Rozmaite hasła we wszystkich piętrach świadomości pogłębiają przekonanie, że jego los się spełnia w najszczęśliwszym miejscu na ziemi. A to, że każdy donosi na każdego, że kamery rejestrują każdy gest i każde słowo, że indoktrynowane są nawet dzieci, nie ma większego znaczenia. Nie może mieć żadnego znaczenia w mieście szczęśliwości.

Smith wykonuje zaskakującą czytelnika pracę. Zmienia historię. Zmienia kulturę. Ma dostęp do książek i czasopism. W miarę potrzeby, w miarę politycznej koniunktury zmieniane są fakty w swoim czasie zarejestrowane w mediach. Jest i wątek romansowy, ale nie może  mieć szczęśliwego zakończenia. Bo nie ma wierności, nie ma lojalności, jest zdrada.

Zakładam, że większość czytała tę głośną pozycję. Już bez strachu, że czytelnik brał do ręki nieprawomyślną lekturę, bo przecież mur runął, ustroje się pozmieniały, mamy wolny rynek, ale też obserwujemy na ulicach buzujące rewolucje pod różnymi hasłami i domagające się rozmaitych celów. Gorąco polecam, koniecznie trzeba przeczytać „Rok 1984”.  Przeczytać, żeby zmądrzeć.

Orwell „ Rok 1984”, tłum. Tomasz Mirkowicz, Świat Książki , Warszawa 1998.

sobota, 9 października 2021

Jadwiga Wierzbiłło - czym jest honor i godność?

 Łzy na każdej stronie

 

Do rekomendacji powieści o powstaniu w Getcie warszawskim zainspirowała mnie zamieszczona na tej stronie internetowej recenzja pozycji poświęconej obozowemu tatuażyście. Można zajrzeć do tej analizy powieści autorki z Australii, opartej na faktach, żeby zrozumieć, dlaczego czytelnik po tej lekturze szuka innych książek o Holokauście. Jest to o tyle ważne, że teraz Izrael oczekuje zmiany ustawy, która pozwoli odzyskiwać mienie utracone na polskiej ziemi. Ale prawda jest taka, że mienie utracili i nasi rodacy, repatriowani zza Bugu, i ci Polacy, których domy, sklepy i fabryki splądrowali okupanci, Żydzi również, kiedy spotkała ich, jak wielu naszych rodaków, wojenna zagłada.

Gorąco polecam wydaną w tym roku powieść Roberta Żółtka „Ogień i pył. Ostatnia wiosna Mordechaja Anielewicza”. Obie książki traktują o niezwykłym heroizmie i o miłości silniejszej niż śmierć, ale o ile tatuażysta Lelo przetrwał obóz, ocalił w warunkach obozowych swoją ukochaną, o tyle od początku powieści Roberta Żółtka czytelnik ma świadomość, że Mordechaj i jego ukochana Mira Fuchrer zginą, na co są przygotowani. Zginą, ale ocalą honor i godność „podludzi”, jak faszyści określali ich pobratymców.

Mordechaj dokonał rzeczy niebywałej. Był w Będzinie, poza Warszawą. Nie należał do osób stłoczonych w warszawskim Getcie, gdzie w 1940 roku zgromadzono ponad 400 tysięcy Żydów. Za dwa lata zaczęła się selekcja. Silni, młodzi i zdrowi byli potrzebni do zatrudnienia w fabrykach, produkujących na potrzeby okupantów i wojny. Pozostałych stopniowo wywożono do Treblinki. Mordechaj przedostał się do tego piekła z fałszywymi dokumentami i bronią. Miał jeden cel: utworzyć oddział zbrojny, oprócz tej grupy, która już w Getcie działała, ale która nie zapobiegła wywożeniu Żydów do obozu, gdzie nastąpiła ich zagłada w piecach krematoryjnych. Nie chciał pozostawać bezczynny. Historia mówi, że zbrojny zryw w Getcie był pierwszym w Europie miejskim powstaniem. Kiedy lidera ostrzegano, że to pomysł, który nie ma szans powodzenia, że jego uczestników czeka niechybna śmierć, odpowiadał, że zginąć w walce jest lepsze od upodlenia, a każdy zabity niemiecki żołnierz osłabia siły okupanta, i tak w istocie się stało. Ale zanim do tego doszło, bojowcy postarali się o pieniądze zza muru, zakupili broń, zorganizowali szkolenie, jak się nią posługiwać. I kiedy 19 kwietnia 1943 roku Niemcy skierowali do Getta olbrzymie siły, spotkało ich zdumiewające zaskoczenie – zbrojny opór. Bojowcy mieli broń, mieli wyprodukowane własnym sumptem granaty, a także butelki wypełnione wybuchającą substancją. Zanim doszło do tego starcia, Żydzi zorganizowali szpital, przeszkolili dziewczyny do pomocy rannym, kopali pod kamienicami bunkry i schrony.

Opisy walki, poświęcenia, bohaterstwa, są wstrząsające. Niemcy burzyli dom po domu, niszczyli ogniska oporu, miotali napalmy, skierowali do walki ciężką artylerię i czołgi. Bojowców, kobiety, dzieci, mężczyzn spotkały tortury ran, chorób, głodu, ciasnoty, braku powietrza i to wszystko, co w warunkach nierównej, a dzielnej walki musieli Żydzi znosić. Granaty miotali nawet kilkunastoletni chłopcy, a strzelano do nich, a nawet do małych dzieci z okrutną bezwzględnością. Bohaterowie giną w bunkrze, Wielu z nich, w tym Mordechaj i Mira popełniają w bunkrze, jak inni, samobójstwo. Godność i ocalenie honoru okazały się ważniejsze od utraty życia.

Powieść napisana jest pięknym językiem, opisy budzącego się dnia i zapadającej ciemności nad budynkami trawionymi ogniem, a przede wszystkim przeżyć ludzi skazanych na zagładę są wstrząsające. Koniecznie trzeba tę powieść, gdzie jest dużo materiału źródłowego, wziąć do ręki, żeby docenić, czym jest pokój i jak niszcząca jest pogarda i nienawiść.

Robert Żółtek „Ogień i pył. Ostatnia wiosna Mordechaja Anielewicza” ,Wydawnictwo MG, Kraków 2021.

czwartek, 7 października 2021

In Memoriam Mirosława Gontarskiego. Spotkanie literackie w pierwszą rocznicę śmierci Poety

 

13 października 2021 r. o godz. 17 w sali konferencyjnej 

Książnicy Karkonoskiej przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze.

 


 

NOC BIBLIOTEK – 09.10.2021 r. (sobota) godz. od 17.00 do 22.00.

  Tegoroczne hasło: Czytanie wzmacnia

Przez cały czas imprezy zapraszamy do wzięcia udziału w akcjach:

 

Abolicja – biblioteka zachęca do zwrotu przetrzymanych książek bez konsekwencji (wszystkie działy). Abolicja trwa od 7.10 do 9.10 2021 r. do godz. 22.00

Wypożycz książkę w ciemno – książkowe niespodzianki zapakowane w szary papier.

  1. Hol przed wejściem:

Katalog książek wzmacniających – wylosuj tytuł dla siebie. Recepty na których wypisane zostały tytułu książek, które potrafią wzmocnić.



  1. I piętro:

  • Hol – prezentacja klubów:

DKK „Czeski čtvrtek albo inny dzień tygodnia” – zabawy słowem polsko-czeskim.

DKK „Poeci” – Poezja na wzmocnienie – Prezentacja dorobku literackiego autorów tworzących w Jeleniej Górze i regionie, promocja tomików i rozmowy z lirykami.

Gang Włóczykija – prezentacja robótek ręcznych, nauka podstawowych ściegów hafciarskich lub dziergania na drutach i szydełku.

Tablica dobrych słów – uzupełnij hasło Czytanie wzmacnia…

  1. II piętro:

  • Hol:

stoisko Wydawnictwa Ad-Rem – książki, mapy, publikacje.

stoisko Towarzystwa Przyjaciół Jeleniej Góry – książki, mapy, publikacje.

DKK „Laboranci z Karkonoszy” – przepisy na wzmacniające przetwory i mieszanki ziołowe.

  • Czytelnia:

Biblioteka ciągle w grze – gry planszowe z Karkonoskim Stowarzyszeniem Gier bez prądu.

  • Pokój pracy cichej:

Audiobook – regionalnie słuchanie wybranych audiobooków o tematyce regionalnej.

  1. III piętro:

  • Hol:

Mała Książka – Wielki Człowiek – stoisko z akcją (możliwość wyrobienia karty Małego Czytelnika i otrzymania wyprawki).

  • Biblioteka Dziecięco-Młodzieżowa:

Zagraj z Cyberjelonkami – Minecraft dla dzieci od godz. 19.30. (zapisy)

Książka w moich rękach – zajęcia plastyczne dla dzieci.

godz. 18.00 – rozdanie nagród dla uczestników quizu Jeżycjada.

  • Sala konferencyjna:

godz.17.00 - zapraszamy na projekcję norweskiego filmu "Operacja Człowiek w czerni". Jest to kryminał familijny o parze młodych detektywów, ekranizacja popularnej serii książek dla dzieci „Biuro Detektywistyczne nr 2". (zapisy)

godz. 19.00 – 20.00 – spotkanie autorskie z Tomaszem Szyrwielem, promocja książki „Bestiariusz jeleniogórski”.

godz. 20.30 – pokaz regionalnych filmów z Jeleniogórskiej Biblioteki Cyfrowej.

Dla 100 naszych Czytelników, którzy nie będą mogli uczestniczyć w seansie w Bibliotece, przygotowaliśmy link z hasłem do wyświetlania filmu online podczas projekcji domowych. Link i hasło do odebrania - osobiście lub telefonicznie w sobotę 09.10. 21 r. w godz. 17.00-22.00.

sobota, 18 września 2021

Zofia Trojnar z poezją w ODK 27 września 2021 r.

 

 

 

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej oraz Osiedlowy Dom Kultury zapraszają na spotkanie z cyklu „ars poetica”. Tym razem zadebiutuje pierwszą książką, zatytułowaną „Barwy życia bez ukrycia”, Zofia Trojnar. Spotkanie uświetni folklorystyczny zespół ludowy „Kowarskie Wrzosy”, którego członkiem jest autorka książki, a zarazem autorka ballady, którą zaprezentuje gościom solo.
 

środa, 15 września 2021

Michał Zasadny - Nie wolno zapomnieć

 Tatuażysta ocalał z piekła

 

Autorka powieści – „Tatuażysta z Auschwitz” pisze o swoim bohaterze posługując się zdrobniałym imieniem Lale. Pochodzi ze słowackiego miasteczka Krompachy. Żyje w szczęśliwej żydowskiej rodzinie. O ile mówić można o szczęściu w drugim roku wojny. Lale ma starszego brata, kwalifikującego się do zabieranych przez Niemców, przymusowych robót, ale ten jest żonaty i ma dwójkę dzieci. Więc Lale zgłasza się na ochotnika na te roboty, żeby brat pozostał z rodziną, która wymagała opieki. Tymczasem zamiast do fabryki trafia do obozu zagłady Auschwitz Birkenau, gdzie budowane są kolejne budynki dla przywożonych z całej Europy więźniów. Jest kwiecień 1942 roku. Obóz jest „w rozruchu”. Już część bloków jest zasiedlona, powstają nowe, budowane przez więźniów.

Lale jest kulturalny, zna kilka języków, ale nie do każdego się przyznaje. Hitlerowcy kwalifikują go do tatuowania więźniów. I tak na początku tej haniebnej pracy oznaczania więźniów numerem poznaje Gitę i od razu wie, czuje, że to ta jedyna, na całe życie bez względu na to, jak krótkie będzie to życie. Stara się, wykonując zabieg na skórze dziewczyny, sprawić jej jak najmniej bólu. Błyskawiczna wymiana spojrzeń pozwala im potem rozpoznać się, kiedy mijają się na terenie obozu. Tatuażysta będzie starał się zobaczyć Gitę jak najczęściej.

Już na wstępie Lale jest świadkiem egzekucji w latrynie. Esesman strzela do więźniów, których prawa fizjologii zmusiły do opuszczenia prycz. A bohater tej opartej na faktach powieści pojmuje, gdzie się znalazł i jakie bezwzględne, a okrutne prawa tutaj rządzą. Ani jednego ranka nie może mieć pewności, czy dożyje wieczora. Coraz częściej docierają nowe transporty więźniów. Śmierć zbiera swoje żniwo. Atakują agresywne psy. Smagają pejcze lub zadają ból uderzenia kolb karabinowych. Oprócz baraków, w których tłoczeni są ludzie, powstaje jeszcze jeden, dziwny, jak się potem okazuje, straszny w przeznaczeniu budynek. To krematorium. Lale postanawia wszystko przetrzymać. Postanawia przeżyć. Przekazuje tę nadzieję swojej dziewczynie, która nie spodziewa się niczego dobrego. On zaś zaczepia pracujących tutaj Polaków. Oni dostarczają mu żywność, a Lale przekazuje im kosztowności, które więźniarki wysupłują z odzieży, zabranej tym, którzy się tutaj znaleźli. Gdyż esesmani nie zdołają wszystkiego splądrować.

Szczegóły obozowych okropieństw są powszechnie znane. Sam miałem okazję poznać nauczyciela, który cudem dotrwał do wyzwolenia Oświęcimia. Więc nie ma potrzeby przytaczać tych wstrząsających obozowych faktów, które przez głód, brud, tortury, medyczne eksperymenty niszczyły życie Bogu ducha winnych ludzi. Lale dotrwa do wyzwolenia obozu i jeszcze zobaczy, jak przed nadejściem wyzwolicieli kobiety ładowane są do transportu, który kierowany jest na Zachód. Nie zna nazwiska dziewczyny, ale ona w ostatniej chwili rzuca w jego stronę jeden wyraz. I kiedy patrzy na niego ostatni raz przed opuszczeniem obozu, wykrzykuje nazwisko: Jestem Furman. Jak się okazało, to była Gisela Fuhrmannowa. Pobrali się w październiku 1945 roku, przeżyli cud ocalenia i doświadczyli potęgi miłości. Po wojnie ludzie odszukiwali się dzięki listom sporządzanym przez PCK oraz inne organizacje charytatywne.

Autorka książki, Heather Morris, australijska pisarka po dziesiątkach lat poznaje syna Lalego, który ocalał Ludwig Eisenberg, którego nazywano Lale, urodził się 28 października 1916 roku, ona Gisela przyszła na świat 11 marca 1925 roku. Nie chcieli pozostać w Europie, która dostarczyła im obozowej traumy. W Sydney znaleźli się w lipcu 1949 roku, a stad wyruszyli do Melbourne. Pragnęli dziecka i doczekali się jedynego syna. Oprawca Lalego, obozowy esesman Stefan Baretzki osądzony został w 1961 roku.

Syn bohaterów tej niesamowitej, prawdziwej powieści - Gary nosi nazwisko Sokolov, jego ojciec, Lale przejął je po siostrze, która poślubiła Rosjanina. Potem, co przeżył, niebezpiecznie było nosić prawdziwe nazwisko. Uważam, że nieetycznie byłoby nie znaleźć i nie przeczytać obozowej, oszczędnie, z wysoką kulturą napisanej książki. Nie wolno zamazywać historii, nie wolno okrucieństwa lokować w niepamięci.

Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”, Wydawnictwo Marginesy, 2018, tłum. Katarzyna Gucio.

wtorek, 7 września 2021

Książka za grosik

 

W imieniu Jeleniogórskiego Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej-Książnicy Karkonoskiej w Jeleniej Górze zwracam się z uprzejmą prośbą o zamieszczenie następującej informacji:


Książnica Karkonoska w Jeleniej Górze gorąco zaprasza swoich Czytelników, Mieszkańców Naszego Miasta i Powiatu Jeleniogórskiego oraz Turystów odwiedzających Jelenią Górą na kiermasz „Książka za grosik”, który odbędzie się w dniach:

  • 16-17 września 2021 r. w godz. 10.00 do 17.00

  • 18 września 2021 r. – sobota w godz. 10.00 do 14.00


przed budynkiem Książnicy Karkonoskiej przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze

środa, 1 września 2021

Krzysztof Koziołek w Książnicy Karkonoskiej

Co by było, gdyby czasy przedwojenne skrywały o wiele więcej tajemnic kryminalnych?

Kamienna Góra, Lubawka, Krzeszów, Kowary, Pisarzowice, Chełmsko Śląskie... Między innymi w te miejsca zabierze nas Krzysztof Koziołek na swoim najbliższym spotkaniu autorskim, 14 września w Książnicy Karkonoskiej. Jest to poczytny pisarz oraz dziennikarz, autor kilkunastu powieści kryminalnych retro, których akcja rozgrywa się głównie na Dolnym Śląsku. Jego nowa książka pt. "Imię Pani. Misja" porwie czytelników na przedwojenne tereny Landeshut (Kamienna Góra) i Liebau in Schlesien (Lubawka) i wciągnie od pierwszej do ostatniej strony. 

 

 

Zainteresowani?

Serdecznie zapraszamy!


Krzysztof Koziołek,

Zielonogórzanin, obecnie mieszka w Nowej Soli. Absolwent politologii, pisarz i dziennikarz . Pasjonat górskich wędrówek.

Debiutował w 2007 r. sensacyjną powieścią „Droga bez powrotu”. Dwa lata później ukazała się jego powieść kryminalna „Święta tajemnica” i właśnie kryminały retro staną się znakiem rozpoznawczym autora.

W 2010 r. Krzysztof Koziołek został zgłoszony do Paszportu Polityki (powieść sensacyjno-przygodowa „Miecz zdrady”). W 2011 r. otrzymał Lubuską Nagrodę Literacką dla najbardziej obiecującego pisarza, a w 2019 r. za kryminał retro „Nad Śnieżnymi Kotłami” otrzymał nagrodę „Książka Górska Roku” w kategorii „Górska fikcja literacka i poezja”. Autor ma na koncie kilkanaście wydanych powieści, kolejne są w przygotowaniu. Już możemy śledzić losy komisarza kryminalnego Gustawa Dewarta w powieści „Imię Pani. Misja”, w sierpniu ukaże się nowy thriller górski „Biały pył. Piekło na K2”, a jesienią br. kolejna część powieści kryminalnej „Imię Pani. Cisza”

Spotkanie autorskie 14 września 2021 r. godz. 17.00, sala konferencyjna JCIiER Książnica Karkonoska w Jeleniej Górze (II p.).

Maria Suchecka - poleca książkę, którą każdy, kto choć trochę interesuje się kulturą, powinien przeczytać.

 Potęga pasji i miłości

 

Jerzy Antczak to wielka postać polskiego teatru telewizji, kinematografii, wielkich obrazów filmu. Powołane do życia na ekranie postaci są tak sugestywnie nakreślone, że kiedy odtwórczyni głównej roli w „Nocach i dniach” według epopei Marii Dąbrowskiej po wielu latach znalazła się na ulicach Warszawy, w ulubionych kiedyś sklepach i kramach witały ją słowa: Pani Basiu, mam dla pani coś specjalnego. Bo dla widzów mimo otrzymanych przez artystkę nagród bez mała na całym świecie, nie licząc tego, czym uhonorowano artystkę w kraju za rolę Bogumiłowej Niechcicowej, w ich pamięci Jadwiga Barańska była hołubiona jako filmowa postać. Film, nominowany do Oscara, miał wielką szansę na tę prestiżową nagrodę, ale jak to niejednokrotnie bywa, choć członkowie komisji weryfikującej utwierdzali reżysera i Jadwigę Barańską o ich wielkiej szansie w kategorii filmu z innego, niż USA kraju, statuetka trafiła do kogoś innego, o czym zadecydowały, jak to często bywa, zakulisowe mechanizmy.

O wielkiej nadziei i rozczarowaniu dowie się każdy, kto weźmie do ręki kilkusetstronicową autobiografię Jerzego Antczaka. Wybitny reżyser w przeddzień ukończenia swoich dziewięćdziesięciu lat już po raz drugi zmierzył się za swoim zdumiewającym losem. Wcześniej sparafrazował tytuł filmu, który podbił widzów na wielu kontynentach i został porównywany do „Przeminęło z wiatrem”, wydając „Moje noce i dni”. Teraz, u schyłku lat uświadamia sobie, że nie ujął tam sylwetek tych wszystkich niezwykłych ludzi, których los postawił na jego drodze do przeznaczenia, jakim stało się bycia reżyserem i utrwalanie zagadek bytu w ruchomych obrazach i zapadających w ucho dźwiękach. Zaś o przeznaczeniu napisał: „Kiedy dzisiaj patrzę wstecz, doznaję wrażenia, że był to okres zaskakujących zwrotów. Przeznaczenie niemal prowadziło mnie na smyczy.” Człowiek nie ma wyboru. Nosi w sobie swój los. Musi iść tam i robić to, na co skazało go przeznaczenie. Nikt nie stoi ponad przeznaczeniem. Zjawy senne są po to, by ostrzegać, wydawać polecenia, grozić. Człowiek mając wypisany swój los raz na zawsze, musi go tylko odczytywać i wypełniać punkt po punkcie”. Jerzy Antczak zacytował te słowa profesor Łopatyńskiej, do której w książce odwołuje się niejednokrotnie. Ostatnie słowa tej księgi losu autor napisał w Los Angeles 10 października 2019 roku, w dniu, kiedy została przyznana Oldze Tokarczuk Nagroda Nobla.

Wzrok czytelnika nieruchomieje, kiedy dowiaduje się, że gigantyczne wyznanie „Jak ja ich kochałem” jest dedykowane synowi Mikołajowi, który przez wszystkie karty na ponad 700 stronach jest pomijany milczeniem. Wynika ten stan rzeczy z tego, że o najukochańszym z najukochańszych, jak nazywa w dedykacji Syna, po prostu pisze tak oszczędnie, zostawiając miejsce dla tych, których podziwiał i kochał, a także żywił wdzięczność, bo bez nich te liczne, zdumiewające sukcesy nie stałyby się jego udziałem. Te uczucia żywi również nawet dla już nieżyjących. Jego cechą jest wielkoduszność, bo kiedy nawet pisze o tych, którzy mu w życiu szkodzili, wolny jest od gniewu, pogardy i nienawiści. Dla pozostałych potrafi żywić bezmiar wdzięczności.

Książka jest swego rodzaju dytyrambem na cześć Mini, Marii Barańskiej, matki jego żony Jadwigi. Jak napisał pod koniec, „Wszystko w niej było harmonijne i piękne. Jej dar pojmowania i kochania świata był niepojęty. Obcując z nią przez ponad pół wieku, aż do chwili jej odejścia, doznawałem nieustannych iluminacji, dających mi siły do wszystkiego, czego się podejmowałem w sztuce”. I naturalnie jego Muzą przez te wszystkie lata pozostawała i pozostaje Jadwiga, żona. Partnerka w życiu i sztuce.

Książka jest bogatym, wnikliwym dokumentem dziesięcioleci, które zaczęły się na Wołyniu, dostarczającym w pamięci artysty głębokiej inspiracji, przez lata wojny, czas dojrzewania i rozkwitu talentu w socjalistycznej Polsce, rozwoju warsztatu, procesu samodoskonalenia i konfrontacji z niełatwą rzeczywistością. Mimo świadomości własnych dokonań artysta, żyjący i działający od ponad dwóch dziesięcioleci w USA, pisze o sobie szczerze, nie stroni od autoironii, pozostaje wolny od pychy i samouwielbienia. Wspaniałe są walory poznawcze i edukacyjne tej pozycji. Można się w niej przeglądać jak w lustrze, postrzegając i własne przywary, zawody i niespełnione marzenia.

Obfita dokumentacja fotograficzna pochodzi z archiwum artysty oraz materiału filmowego ilustrującego dorobek artystyczny reżysera.

Jerzy Antczak „Jak ja ich kochałem”, AXIS MUNDI, 2020.

czwartek, 19 sierpnia 2021

Anastazja Daniłowiczowa - poleca prawdę i fałsz pisarki z przeżyciami

 Iluzja równych szans

 

Coś ostatnio ucichły uliczne manifestacje w obronie równości płci, w sprawie swobodnego wyboru orientacji seksualnej i właśnie teraz trafiła do moich rąk powieść obrończyni praw kobiet, Holly Bourne „I co o mnie powiesz?”. Jej bohaterką jest pisarka, autorka ogromnie wziętej powieści, która traktuje o losie dziewczyny 25-letniej, przeżywającej ostry kryzys emocjonalny. Spotkał ją miłosny zawód, zmienia środowisko, by wyleczyć zranione serce i zranioną dumę i nieoczekiwanie spotyka mężczyznę, który wyleczy ją z tych bolesnych zawodów i uczyni ją szczęśliwą. Bohaterka wplata do powieści wątki autobiograficzne. Czytelniczki ją uwielbiają. W europejskich stolicach odbywa spotkania autorskie, książki nie musi promować, gdyż czytelniczki za nią szaleją. To znaczy i za powieścią, i za autorką. Na spotkaniach domagają się informacji, czy w realu wciąż trwa ten szczęśliwy, satysfakcjonujący związek. A ona odpowiada, że tak, że ten przypadkowo spotkany mężczyzna w pełni zaspokaja jej oczekiwania, więc i wszystkie rozczarowane czytelniczki, które przeżyły lub przeżywają swoje zawody, nabierają nadziei, że i one mogą jeszcze być szczęśliwe u boku wymarzonego mężczyzny.

Tylko że od czasu, kiedy bohaterka przeżywała swoją miłość tak nieoczekiwanie spełnioną, mija właśnie prawie siedem lat. A bohaterka wciąż trwa w tym związku, ale bynajmniej to nie jest pełnia szczęścia. Owszem, wydawnictwo niecierpliwie czeka na drugą powieść, czekają również zachwycone czytelniczki. Tymczasem bohaterka doświadcza twórczej obstrukcji, gdyż jej założeniem jest pisać prawdę, ale ta prawda bynajmniej nie rozraduje czytelniczek. Bohaterka bowiem doświadcza czegoś w rodzaju wyjałowienia uczuć. Seks, taki upojny na początku, już nie satysfakcjonuje żadnej ze stron, więc bywa rzadszy, Nastroje uniesienia zwiotczały. Bohaterka – pisarka coraz częściej dochodzi do przekonania, że jej partner ma więcej czułości dla ich wspólnego kota, niż dla niej. A tymczasem czas biegnie. Koleżanki ze studiów coraz częściej manifestują na internetowych portalach, jakie robią kariery, jakich wspaniałych mężczyzn spotykają, ale niestety te związki nie są długie, choć czasami ku zdumieniu rówieśniczek kończą się mariażem. Nasza bohaterka udaje przed sobą i przed partnerem, a także przed koleżankami, że jest spełniona i szczęśliwa, że nie marzy ani o dziecku, ani o rodzinie, a jej delikatne i rzadko formułowane pytania na temat dalszego ciągu jej związku są przez niego zbywane milczeniem. Aż przychodzi moment, że jej najlepsza przyjaciółka Dee, jedna z tych po nieustabilizowanych, rozczarowujących związkach poznaje mężczyznę, który zakochuje się w niej na zabój. A na dodatek jest bardzo dobrze sytuowany, otacza ją zbytkiem i niebawem okazuje się, że zawiodły środki antykoncepcyjne i dziewczyna zachodzi w ciążę, którą jej partner przyjmuje ze szczerą radością. A kiedy rodzi się dziewczynka, kupuje pierścionek i prosi matkę noworodka o rękę.

I wtedy Tor – bohaterka – pisarka z wielkim sukcesem odkrywa własny fałsz. Wcale nie jest szczęśliwa. Wcale nie odrzuca macierzyństwa i rodziny. Demaskuje własne przerażenie faktem, że czas biegnie nieuchronnie i biologiczny zegar w pewnym momencie odrzuci możliwość macierzyństwa. Zatem mężczyzna i kobieta nie mają równych szans. Ale wyzwolonym dziewczynom bardzo trudno się do tego przyznać. Koleżanka, ta szczęśliwa matka pisze do Tor: „Trzeba siły, by odrzucić to wszystko, co świat nakazuje ci robić (...) A co do twojego związku, bez znaczenia jest, jak to się potoczy. Tor, dasz sobie radę, bo jesteś silna i walczysz o życie, na jakie zasługujesz”.

Krytycy piszą, że każda kobieta powinna przeczytać tę powieść. Przeczytałam i stwierdziłam, że mają rację.

Holly Bourne „I co o mnie powiesz?” Tłum. Marta Faber. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2019.

środa, 11 sierpnia 2021

Daniel Rzepecki - poleca ucieczkę od złych dni

 Wrażliwość romantyka


 Marek Grechuta 

ur. 10 grudnia 1945 w Zamościu, zm. 9 października 2006 w Krakowie

Komu znudzi się bylejakość, niech weźmie do ręki na resztę wakacji monografię poświęconą Markowi Grechucie. Książkę napisał Wojciech Majewski, syn jazmanna Henryka, brat Roberta, kompozytora i trębacza, a sam jest muzykiem, zauroczonym poetą, piosenkarzem, który wywarł wpływ na jego pokolenie. Kiedy muzyk pisze o innym muzyku, wiadomo, że wprowadzi czytelnika w piękno i bogactwo tej dziedziny sztuki. Kto nie jest melomanem, a pozostaje pod urokiem Grechuty, w trakcie tej lektury wzbogaci się o wiedzę muzyczną.

Im dłużej żyję, tym głębszego przekonania nabieram, że ludzie dzielą się na cyników i romantyków. Trywialność tych pierwszych odbiera radość życia, a wrażliwość tych drugich pozwala szukać wokół nas tego, co jest piękne. Marek Grechuta właśnie taki był. Romantyk. Czytelnik poznaje bogactwo jego osobowości nie tylko z autorskiej relacji zdarzeń i opisów postawy tego wszechstronnego artysty, ale również z cytowanych opinii, które Majewski przytacza ustami tych, którzy Grechutę poznali, zauroczyli się nim, wzbogacili swoją własną osobowość. Majewski przytacza między innymi opinie Jana Pawła Pawluśkiewicza, Grzegorza Turnaua, Krystyny Jandy, Jerzego Stuhra i Maryli Rodowicz. Wypowiedzi samego Grechuty wskazują na to, czym dla niego była sztuka. Wybierając kierunek studiów, postanowił zostać architektem, gdyż ta specjalność łączy w sobie różne dziedziny piękna. Okazało się jednak, że ona nie wyczerpuje możliwości talentu przyszłego piosenkarza, poety i malarza.

Twórczość Marka Grechuty zdumiewa i zachwyca tym, że szukając własnego wyrazu artystycznego, nie odrzuca klasycznej spuścizny. Potrafi zainspirować się Mickiewiczem i Chopinem a także innymi twórcami z przeszłości, a sięgając do późniejszych tekstów literackich, dociera do Witkacego i odkrywa jego rewelacyjną nowoczesność wyrazu. Moje pokolenie pozostawało pod urokiem repertuaru zespołu ANAWA, który był jego dziełem. Rozstając się z architekturą, którą w końcu i tak ukończył, doskonale rozwinął swoje możliwości twórcze. Komponował muzykę do tekstów, które go urzekły, pisał własne słowa, zdobywał nagrody festiwalowe, miał szeroki krąg fanów, takich jak on wrażliwych romantyków, głodnych piękna w życiu i sztuce. W końcu te liczne występy spustoszyły siłę artysty, chronił się od natłoku doznań w malarstwie. Ulubionym motywem jego obrazów był kwiaty. Zresztą już wcześniej malarstwo dostarczało mu inspiracji, stąd piosenki „wyzwolone” twórczością wybitnych malarzy początku minionego stulecia.

Jan Kanty Pawluśkiewicz powiedział o Grechucie: „W wieku 22 lat Grechuta był już świadomym artystą wielkiej klasy, który w ciągu jednego roku wykreował styl utrzymywany przez całe życie. Gdy graliśmy koncert, już po dwóch utworach na sali panowało całkowite skupienie. Marek miał w sobie cały kosmos, emanował czymś trudnym do opisania”. A dalej Majewski pisze od siebie: „Grechuta (...) skłaniał się ku ucieczce od rzeczywistości, a nie kontestacji. Wybierał świat wykreowany przez siebie samego – krainę poezji, miłości, fantazji”. I zbudował taki świat, poślubiając dziewczynę, którą kochał całe życie.

Podobnie jak wszystko, co piękne. Mówił: „Sztuka pozwala człowiekowi oderwać się od rzeczywistości. Staje się azylem, odnawia duchowo... Ja zawsze traktowałem moje koncerty jako ucieczkę od złych dni. Myślę, że podobny mechanizm działał u mojej publiczności – ludzie przychodzący na koncert szukali innych barw, uczuć, których nie znajdowali w codziennym życiu”.

Wojciech Majewski „Marek Grechuta. Portret artysty”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2006.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Rafał Brzeski - poleca

 Jeleniogórzanin w Nepalu

 

Doprawdy żałuję, że bywając wielokrotnie w Jeleniej Górze, nie miałem okazji spotkać Rafała Froni. To znakomity himalaista, a kiedy pod świeżym wrażeniem, jakie wywarła na mnie jego książka „Rozmowa z górą” dzieliłem się zachwytem z przyjacielem, zakorzenionym pod Karkonoszami, powiedział mi: „Ależ ja spotkałem tego człowieka Gór, słuchałem jego wystąpienia pod pomnikiem w Kotle Łomniczki, tam gdzie dziesiątki lat temu lawina pochłonęła radzieckich studentów.” I dodał, że to wystąpienie autora „O drodze, o poszukiwaniu siebie” (tak brzmi podtytuł książki) było ogromnie interesujące. Nic dziwnego. To, co ten człowiek przeżył w wysokich szczytach, może wystarczyć na niewyczerpaną opowieść.

Rafał Fronia najpierw wydał „Anatomię Góry”, uznaną za bestseller, a teraz tu rekomendowaną pozycję ze wspomnianym nadtytułem. To jest reportaż, dokument z wędrówki, uzupełniony fotografiami, które wraz z treścią natychmiast rodzą w czytelniku pragnienie, by wybrać się śladami autora. Zresztą pod koniec książki zachęca, by podjąć to wyzwanie i ruszyć na szczyty tego globu, najlepiej na te najbardziej wysokie i wyniosłe. Dopiero z tej perspektywy człowiek może zajrzeć w głąb siebie, rozpoznać, co zostawił tam na dole, inaczej spojrzeć na ziemię, w której zjawił się tu i teraz. Książka jest znakomita. Opisy szczytów zasnutych chmurami, schodzących lawin, szalejących zamieci, opisy Tybetańczyków obojga płci, którzy nie znają innego miejsca ani innego bytowania, jak służba górom i tym, którzy kochają je taką miłością, że ryzykują dla nich życie.

Autor opisuje wyprawę na Manaslu w Nepalu, na jeden z najwyższych i najtrudniejszych do zdobycia w Himalajach ośmiotysięczników. Autor pisze: „To Góra rozległa, groźna, trudna do zdobycia. Dla himalaistów dostępna dopiero od 50 lat zeszłego wieku, kiedy to miejscowe władze udzieliły pozwolenia na wejście na Manaslu”. Pierwsi dokonali tego Japończycy, ale musieli podjąć trzy próby, aż w maju 1956 roku dokonali tego skutecznie. Polacy przeżyli ten tryumf na przełomie roku 1983/84.

W pewnym momencie przy lekturze „Rozmowy z Górą” zabrakło mi kartek. Po prostu wiele fragmentów było tak pięknie napisanych, że zaznaczałem miejsca, by je potem łatwo odszukać i przenieść do mojego schowka w komputerze, gdzie lokuję najbardziej zdumiewające, piękne fragmenty i literatury pięknej, i dokumentalnej.

Chciałem i tutaj zacytować kilka opisów gór, wąwozów, potoków, lawin, a ponadto zachowań tubylców, rozległości przygotować do wyprawy, zdumiewająco obfitego wyposażenia, posiłków i surowców do ich przyrządzenia. Nic z tego, zająłbym całą pojemność tej strony internetowej, bo zawierają najczystszą poezję, a ponadto olbrzymią wiedzę podróżniczą i psychologiczne rozważania o naturze ludzkiej. O marzeniach człowieka i o niespełnieniach, ale też pozycja ta ma wartość edukacyjną, uczy samowiedzy, pozwala pojąć, że nie wszystko jest do sięgnięcia, a nie zawsze wystarczy życia na spełnienie marzeń. Ale marzyć trzeba.

Co wrażliwszy czytelnik może się żachnąć na dosadność niektórych sformułowań, na użycie wyrazów uznanych za obsceniczne lub wulgarne, ale trzeba wziąć poprawkę na ekstremalne warunki, w jakich przebiega wyprawa, na emocje, które wyzwala. Mnie osobiście te „przerywniki” nie rażą, bo wzmacniają emocje i dodają wyrazistości opisom sytuacji. Tym bardziej, że Rafał Fronia spisuje je na gorąco, korzystając z dobrodziejstwa elektroniki i pojemności nośników pamięci. Reszta została przywołana z pamięci już po powrocie, po dwóch miesiącach trwającej wyprawy. 

To jest imponujący warsztat pisarski.

Rafał Fronia „Rozmowa z Górą”, Wydawnictwo SON, Kraków 2019.

środa, 21 lipca 2021

Bronisław Krzemień - poleca na gorącą kanikułę waleczne serce matki

 Dla rozrywki i ku przestrodze

 

 Pora urlopowa, można spodziewać się, że nie zabraknie czasu na czytanie. Ale dziś nie polecam lektury ciężkiej, głębokiej, zamulającej. Radzę wziąć do ręki kryminał autorki, której powieści są rozchwytywane. Musi tak być, skoro czytam w notce o autorce, że po podpisaniu umowy z wydawnictwem Thomas&Mercer rozeszło się blisko dwa miliony egzemplarzy pozycji jej autorstwa. Jej, czyli Theresy Ragan, która podpisuje swoje kryminały i romanse pseudonimem T.R.Ragan. Ja dziś polecam „Gniew natki”, sprzedany w ilości ponad 3 milionów egzemplarzy. 
 
Tę powieść czyta się jednym tchem. Poświęcona jest współczesnemu handlowi żywym towarem. I nie dotyczy to Tajek czy dziewczyn innych nacji, gotowych sprzedawać swoje ciało dla zysku, bo proceder dotyczy nawet dzieci, a im młodsze to istoty, im bardziej niewinne, tym większy jest na nie popyt i większą cenę można uzyskać za ten „towar”. Wstęp, poświęcony handlowi żywym towarem informuje, że „Najbardziej narażone są dzieci pochodzące z pełnych przemocy, dysfunkcyjnych rodzin lub bezdomne, przez co stają się łatwym celem dla gangów i handlarzy żywym towarem. Są zmuszone do prostytucji lub w nią wmanipulowane...”. Ofiary bywają znęcone nagrodą, uprowadzane pod pozorem łatwiejszego życia, obietnicą łatwego zarobku, a niejednokrotnie po prostu zostają uprowadzone ze sklepu, placu zabaw, a nawet z własnej sypialni. 
 
Powieść T.R. Ragan nie opowiada bynajmniej o patologii. „Gniew matki” to historia szczęśliwej, kochającej się rodziny. Dwójka dzieci, starsza dziewczynka i jej dziewięcioletni braciszek stają się ofiarami okrutnej przemocy. Przejmujące sceny zabójstwa głowy tej rodziny i wręcz cudownego ocalenia jego żony Faith pojawiają się już na pierwszych stronach powieści, a potem czytelnik ma do czynienia z dramatycznym wysiłkiem owdowiałej kobiety o odzyskanie dzieci. Na swoje szczęście Faith ma kochających rodziców, oddanego brata, wszyscy starają się jej pomóc, ale ci, którzy są powołani do ścigania tego typu przestępstw, nie tyle są bezradni, co zawaleni mnóstwem podobnych spraw. Więc bohaterka, która sięga do materiałów na ten temat wie, że nie ma ani dnia do stracenia. W każdej chwili jej dzieci mogą być zgwałcone, sprzedane, uśmiercone. Ich matka postanawia sama zawalczyć o ocalenie córki i syna. 
 
Przy okazji autorka wprowadza na karty powieści inne wątki, które pozwalają rozpoznać mechanizmy działania zwyrodniałych przestępców i równie zdeprawowanych nabywców ich „towaru”. Do pewnego momentu pozostaje zagadką, jak przyzwoity współwłaściciel firmy, człowiek szanowany, kochający mąż i ojciec mógł wplątać się w taką historię, której ceną była utrata życia.
 
Napisaną dynamicznie powieść czyta się jednym tchem. Przy okazji czytelnik poznaje funkcjonowanie grup przestępczych i bezsiłę organów ścigania, kiedy ich wysiłki zderzają się z wyrafinowaniem i bezwzględnością przestępców. 

Tylko pozornie opisane zdarzenia są odległe od polskich realiów. Tutaj też zdarzają się uprowadzenia dzieci i zagadkowe ich zniknięcia, o czym informują media. Zatem kiedy trwają wakacje, warto przeczytać „Gniew matki” nie tylko dla rozrywki, bo wszak niektórzy rekreują się przy czytaniu kryminałów, ale też ku przestrodze, by nie spuszczać dzieci z oczu i mieć baczenie na to, z kim się zadają. 

T.R. Ragan „Gniew matki”, przełożyła Katarzyna Agnieszka Dyrek, Wydawnictwo Filia, seria Mroczna Strona, Poznań 2021.

wtorek, 6 lipca 2021

Jadwiga Wierzbiłło - poleca zadumę na wakacje

 Świecka katecheza

 

Lubię, jak w najbliższej filii bibliotecznej Panie, oddzielone bezpieczną taflą od moich wirusów a jednocześnie chroniące mnie od zakażenia z ich strony rekomendują mi wybrane przez siebie pozycje, a jeszcze nie zdarzyło się, by zaproponowały jakieś nudne gnioty. Tym razem jednym tchem pochłonęłam „Lekarstwo dla duszy”. Mam w moim życiu duchowym mieszaninę prawosławia po jednych dziadkach i katolicyzmu po drugich, a więc nic dziwnego, że interesuje mnie chrześcijaństwo, ale też inne religie i wierzenia również.

Tymczasem zbiór felietonów, mini esejów i króciutkich reportaży jak najbardziej odpowiadają na to moje zapotrzebowanie, choć prawdę mówiąc moja babcia katoliczka, była Sybiraczka byłaby zaniepokojona tą moją lekturą, bo na łamach książki surowo, choć sprawiedliwie pokazani są księża pedofile tudzież zakonnice, które powinny być aniołami dla dzieci skrzywdzonych przez los, a przebywających w zakładach opiekuńczych, ale dopuszczający się bezwzględnych nikczemności, krzywdząc podopiecznych i pozostawiając w ich psychice niezatarte ślady.

Autorka, Justyna Kopińska jest dziennikarką, socjolożką, a jawi się też w tych opisanych sytuacjach jako przenikliwy psycholog. W notce na okładce czytam, że „Zajmuje się problematyką kryminalną i społeczną, tematami związanymi z prawem karnym, sądami i więziennictwem.” Wraca do wyroków, które uważa za niesłuszne, wnika w motywy, które prowadziły skazanych do łamania prawa, banalne na pozór sytuacje, rozmowy, spotkania w niereżyserowanych dialogach odkrywają jej prawdę o człowieku, której żaden z nich nie wyjawiłby przed mikrofonem czy kamerą.

Zastrzega się, że nie ocenia swoich bohaterów, nie interesuje dziennikarki ich pozycja w hierarchii społecznej czy politycznej. W ewangelicznym perykopie przeczytalibyśmy, iż „po owocach ich poznacie”, czyli po skutkach tego, czego się dopuszczają.

Kolejne, wartko napisane bloki tematyczne zapowiadają teksty inspirowane najczęściej drażniącymi lub pożądanymi postawami, na przykład nienawiść, zło, agresja, fałsz, albo życzliwość, dobro, łagodność, zaufanie itp. Autorka pisze: „W naszej przestrzeni publicznej pojawia się wiele słów pogardy. Wynikają one z ogromnej potrzeby władzy nad innymi. Naród, który czuje się słaby i skrzywdzony, potrzebuje zadać ból. Nie ma znaczenia, jakie ktoś ma poglądy polityczne czy wyznanie, ludzie podzielą się na próbujących zrozumieć innego człowieka i na tych, którzy nieustannie ranią." Sprzyjają temu wielkie możliwości internetowe, kiedy anonimowo ukryci opluwają w hejtach, kogo się da, a często im marniejsza persona, tym więcej w niej jadu i pogardy.

Już na jednej z ostatnich stron dziennikarka pisze: „Sztuka, kamera, słowo potrafią przyjąć nasze uczucia. Mogą stanowić lekarstwo na ból”, a wcześniej podkreśla: „Na zło uwrażliwiają nas książki i sztuka”. Justyna Kopińska niewątpliwie robi bardzo dobry użytek ze słowa, skoro przyznano tej autorce wiele prestiżowych nagród za jej publicystykę. I dobrze, kiedy w krótkich tekstach, kiedy czytelnik czuje niedosyt faktów, autorka zamieszcza odniesienia do własnych publikacji książkowych, w których dana sytuacja została szerzej przedstawiona. A te książki to między innymi „Polska odwraca oczy” i „Obłęd”.

Justyna Kopińska „Lekarstwo dla duszy”, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020.