niedziela, 29 listopada 2020

Maria Suchecka - poleca

 Pożegnanie geniusza

 

Nie wcześniej to później, w młodości czy w schyłku życia każdy człowiek postawi sobie pytanie, skąd się wziął, ku czemu zmierza, czy jak zamknie oczy na zawsze, czy jeszcze będzie jakaś kontynuacja jego istnienia?

Takie i inne pytania trafiały do wybitnego uczonego, Stephena Hawkinga. Urodził się w 1942 roku, ale kiedy miał zaledwie dwadzieścia siedem lat, zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy medycznej, zostało mu co najwyżej pięć lat życia. Tymczasem mimo wyniszczającej choroby kontynuował pracę nad doktoratem, ożenił się, doczekał się dwójki dzieci i odszedł do wieczności, jak się zwykło mówić, w wieku 76 lat. Kiedy osiągał ten wiek i przygotowywał do wydania swoją ostatnią książkę, napisał następujące słowa „ ...mogę się uważać za eksperta od czasu w innym, bardziej intymnym sensie. Mam przykrą, wręcz dojmującą świadomość upływu czasu i przeżyłem większość mojego życia w poczuciu, że czas, jaki mi został dany, jest, jak to mówią, na kredyt”.

Spłacił ten kredyt z wielką nawiązką. Choroba zabrała mu zdolność poruszania się, mówienia, komunikowania się z otoczeniem, a wbrew tym ograniczeniom, wręcz skrajnie redukującym jego możliwości funkcjonowania, gdyż została mu tylko - a właściwie AŻ zdolność myślenia, prowadził badania na rzecz nauki, ściśle mówiąc - kosmologii i służył nauce, korzystając z jej dokonań, a szczątkowa mimika i praca mózgu były przetwarzane przez elektroniczne urządzenia na słowa. Miał głębokie przekonanie, że nie ma ograniczeń dla nauki i ludzkiego umysłu, skoro człowiek wylądował na Księżycu ponad pół wieku temu, a już wysłał na Marsa takie kosmiczne pojazdy wraz z urządzeniami, że tu na ziemi stał się możliwy odbiór fotografii powierzchni tej planety.

Naukowiec zdążył uszeregować zasadnicze pytania, jakie nękają ludzkość i zredagować odpowiedzi na nie, ale już nie doczekał się ich wydania. Zawarł w nich coś w rodzaju diagnozy sytuacji na naszym globie, w naszej galaktyce i we wszechświecie.

Uczony pisze: „Ludzkość istnieje jako odrębny gatunek od około dwóch milionów lat. Początek cywilizacji datuje się na mniej więcej dziesięć tysięcy lat temu, a tempo rozwoju od tego czasu nieustannie przyspiesza. Jeśli mamy przetrwać kolejny milion lat, nasza przyszłość zależy od tego, czy odważymy się wyruszyć w kosmos...” Na Ziemi nie ma bowiem dla człowieka przyszłości. Oto przyczyny tego domniemania graniczącego z pewnością: „...globalne ocieplenie, kurczenie się przestrzeni życiowej i zasobów wobec szybko rosnącej ilości ludności Ziemi, gwałtowne wymieranie innych gatunków, zapotrzebowanie na odnawialne źródła energii, degradacja oceanów, wylesianie oraz epidemie chorób zakaźnych - by wymienić tylko niektóre z nich”.

Kosmolog jest przekonany, że jeśli ludzkość nie sprowadzi sama na siebie zagłady, może historia będzie kontynuowana w Kosmosie. Przyjdzie wielka odmiana. „Będziemy wydobywać rzadkie metale na Księżycu, ustanowimy przyczółek ludzkości na Marsie oraz znajdziemy skuteczne lekarstwa i kuracje na choroby, które obecnie uznaje się za nieuleczalne.”. Ale jeszcze trzeba poczekać na odpowiedzi na zasadnicze pytania „Jak doszło do powstania życia na Ziemi? Jaka jest istota świadomości? Czy jest jeszcze ktoś oprócz nas we wszechświecie?”.

Przyszłe pokolenia, jeśli ludzkość przetrwa, dowiedzą się wszystko o czarnych dziurach, o wielkim wybuchu, a także o tym, czy sztuczna inteligencja wyprzedzi umysł ludzki. Czy zdoła reprodukować sztuczne, samodoskonalące się byty.

W zakończeniu córka uczonego dziękuje wszystkim, którym jej zmarły ojciec zawdzięcza wykorzystanie swojego niezwykłego potencjału intelektualnego, zdobył rozległą wiedzę i wzbogacił dorobek naukowy ludzkości.

Nic dziwnego, że Stephena Hawkinga żegnały milczące tłumy. W opactwie westminsterskim spoczął między Isaakiem Newtonem i Charlesem Darwinem. Córka w posłowiu pisze, jak bardzo żałuje, że jej ojciec, mimo niezwykłej skromności, nie widzi wyrazów podziwu, szacunku i uznania. A „...jego głos zostanie wyemitowany za pośrednictwem radioteleskopu w kierunku czarnej dziury. (...) Potrafił przekraczać nie tylko granice poznania, ale i granice wytrzymałości człowieka”. Tak oceniła ojca.

Nie powiem, że warto przeczytać ostatnią książkę uczonego, ale po prostu należy zdobyć ją na własność, by często wracać do tej wspaniałej lektury i starać się pojąć ro, co jest takie trudne do zrozumienia.

Stephen Hawking „Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania”, przełożył Marek Krośniak. Wydawnictwo ZYSK I SKA, Poznań 2018.


 

sobota, 28 listopada 2020

REGULAMIN KONKURSU

JELENIA GÓRA I ZIEMIA JELENIOGÓRSKA WE WSPOMNIENIACH MIESZKAŃCÓW”



  1. ORGANIZATOR

Organizatorem Konkursu jest Jeleniogórskie Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej Książnica Karkonoska z siedzibą przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze, zwanym dalej Organizatorem.


  1. POSTANOWIENIA OGÓLNE

  1. Regulamin dotyczy III edycji Konkursu literackiego „Jelenia Góra i ziemia jeleniogórska we wspomnieniach mieszkańców”.

  2. Konkurs rozpoczyna się 01.12.2020 i trwać będzie do 28.04.2021 roku.

  3. Przedmiotem Konkursu jest zapis wspomnień własnych bądź najbliższych osób dotyczących historii związanej z miastem i/bądź ziemią jeleniogórską w dowolnej formie literackiej.


  1. CEL KONKURSU

  1. Zachowanie w pamięci faktów, wydarzeń z najnowszej historii, które miały miejsce na ziemi jeleniogórskiej.

  2. Rozwijanie tożsamości lokalnej i więzi międzypokoleniowej.

  3. Promocja lokalnego dziedzictwa kulturowo-historycznego regionu poprzez publikację zwycięskich prac konkursowych w Jeleniogórskiej Bibliotece Cyfrowej.


  1. ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE

  1. Uczestnikiem Konkursu może zostać każda osoba pełnoletnia.

  2. Uczestnik może zgłosić do Konkursu jedną pracę własną, napisaną w języku polskim, wcześniej niepublikowaną i nienagrodzoną w innych konkursach.

  3. Dobrze widziane będą prace zawierające materiał ilustrowany w postaci np. kopii dokumentów, fotografii etc.

  4. Do pracy konkursowej należy dołączyć wypełniony Formularz Zgłoszeniowy (załącznik nr 1) i druk Oświadczenia o wyrażeniu zgody na przetwarzanie danych osobowych oraz na rozpowszechnianie wizerunku (załącznik nr 2).

  5. Dostarczenie pracy jest równoznaczne z akceptacją niniejszego Regulaminu.

  6. Prace bez dołączonych i wypełnionych w/w załączników nie będą rozpatrywane.

  7. Oceny prac dokona Jury powołane przez Organizatora. W kwestiach spornych głos decydujący będzie miał przewodniczący Jury.


  1. TERMIN I MIEJSCE SKŁADANIA PRAC

  1. Prace, wraz z wypełnionymi załącznikami, należy dostarczyć w terminie do 31.03.2021 roku w jednej z wybranych wersji:

  1. elektronicznej na adres e-mail: czytelnia@biblioteka.jelenia-gora.pl w formacie PDF, czcionka o wielkości 12 pkt., maksymalnie 10 stron A 4

  2. w wersji wydrukowanej w liczbie 3 egzemplarzy (czcionka o wielkości 12 pkt., maksymalnie 10 stron A 4) bądź w postaci rękopisu w liczbie 3 egzemplarzy (maksymalnie 10 stron A4):

  • na adres: JCIiER Książnica Karkonoska Czytelnia, ul. Bankowa 27, 58-500 Jelenia Góra,

  • osobiście u pracownika Czytelni (II piętro) bądź na portierni (parter) przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze


  1. PRAWA AUTORSKIE

  1. Z chwilą przekazania pracy konkursowej Uczestnik udziela Organizatorowi bezterminowej, nieodpłatnej, niewyłącznej licencji uprawniającej do publikacji pracy konkursowej w całości lubw części, zgodnej z działalnością Organizatora.


  1. POSTANOWIENIA KOŃCOWE

  1. Organizator będzie kontaktował się tylko z wybranymi osobami.

  2. O miejscu i sposobie ogłoszenia wyników Organizator będzie informował telefonicznie/mailowo oraz za pośrednictwem strony internetowej i Facebooka Książnicy Karkonoskiej.

  3. Na rozdanie nagród, z uwagi na obecną sytuację epidemiologiczną, mogą być zaproszone tylko osoby, których prace zostaną nagrodzone bądź wyróżnione.

  4. Przewiduje się przyznanie atrakcyjnych nagród.

  5. Prace konkursowe nie podlegają zwrotowi. Organizator zastrzega sobie prawo do ich publikacji bez wypłacania honorarium.

  6. We wszystkich szczegółowych kwestiach nieobjętych niniejszym Regulaminem decyduje Organizator.



Przetwarzanie danych osobowych


Administratorem danych osobowych jest Organizator Konkursu JCIiER Książnica Karkonoska
z siedzibą przy ul. Bankowej 27 w Jeleniej Górze. Uczestnik przekazując swoje dane osobowe Organizatorowi wyraża zgodę na ich wykorzystywanie w celu prowadzenia dokumentacji Konkursu, otrzymania nagrody oraz dla celów promocyjnych Biblioteki.


Dane Uczestnika nie będą przechowywane ani w jakikolwiek sposób przetwarzane przez Organizatora, poza wykorzystaniem we wskazanych powyżej celach. Uczestnikowi przysługuje prawo do wglądu i zmiany danych oraz do cofnięcia zgody na ich przetwarzanie w myśl obowiązującej Ustawy z dnia 10 maja 2018 r. o ochronie danych osobowych oraz art. 81 ust. 1 Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.


Podanie nieprawdziwych danych jest jednoznaczne z dyskwalifikacją Uczestnika.



Załącznik nr 1

FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY

KONKURSU „JELENIA GÓRA I ZIEMIA JELENIOGÓRSKA

WE WSPOMNIENIACH MIESZKAŃCÓW”


Imię i nazwisko Uczestnika: ………………………………………………………………………………………

Data urodzenia: …………………………………………………………………………………………………………

Adres korespondencyjny: …………………………………………………………………………………………..

Adres e-mail, numer telefonu: …………………………………………………………………………………..

Zgłaszam do Konkursu mój tekst pod tytułem: …………………………………………………………………………………………………………………………………….




……………………………………………………………….

(data, czytelny podpis Uczestnika)



Załącznik nr 2


OŚWIADCZENIE O WYRAŻENIU ZGODY

NA PRZETWARZANIE DANYCH OSOBOWYCH ORAZ NA ROZPOWSZECHNIANIE WIZERUNKU

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych wymaganych do udziału
w III edycji Konkursu „Jelenia Góra i ziemia jeleniogórska we wspomnieniach mieszkańców” przez Organizatora Konkursu oraz publikację wizerunku zarejestrowanego podczas udziału w konkursie na stronie internetowej Książnicy Karkonoskiej, w JBC oraz w materiałach medialnych w celu promocji Biblioteki i rozliczenia zadania. Jednocześnie potwierdzam, że poinformowano mnie, że podanie danych jest dobrowolne i przysługuje mi prawo dostępu do nich oraz ich poprawianie, zaś zgoda na rozpowszechnianie wizerunku może być przeze mnie wycofana w dowolnym czasie.



………………………………………………………………

(data, czytelny podpis Uczestnika)


„JELENIA GÓRA I ZIEMIA JELENIOGÓRSKA WE WSPOMNIENIACH MIESZKAŃCÓW„

KONKURS - III edycja



Jeleniogórskie Centrum Informacji i Edukacji Regionalnej „Książnica Karkonoska” zaprasza do udziału w 3 edycji konkursu literackiego na pamiętniki, dzienniki, wspomnienia .

Przed Państwem szansa wygrania atrakcyjnych nagród. Zachęcamy do spisania, utrwalenia faktów ,emocji, które wiążą się z wydarzeniami historii najnowszej naszego miasta i regionu, a miały miejsce w najbliższym środowisku: w rodzinie, w życiu przyjaciół, sąsiadów, czy znajomych. Liczymy na to, że prace konkursowe przyczynią się do zachowania pamięci, wzbogacenia wiedzy o historii regionu, miasta.

Konkurs skierowany jest do wszystkich, którzy ukończyli 18 rok życia. Przewidujemy możliwość publikacji wspomnień w Jeleniogórskiej Bibliotece Cyfrowej .

Szczegółowe informacje o konkursie można uzyskać:

- na stronie internetowej : https://biblioteka.jelenia-gora.pl/

- e-mail: czytelnia@biblioteka.jelenia-gora.pl

- telefon: 75 75 259 31

Patronat medialny : tygodnik Nowiny Jeleniogórskie oraz Radio WAWA.

Powodzenia !!!


czwartek, 26 listopada 2020

Anastazja Daniłowiczowa - poleca podróż w głąb siebie z miłości

 Może uciec na koniec świata?

 

Media tu i ówdzie informują, że w czasie pandemii najbardziej zdyscyplinowane są azjatyckie kraje. Te narody są wytrwałe, subordynowane, pracowite i odporne. Ponieważ w moim kraju narasta rewolucyjne wrzenie, zastanawiam się, jakby uciec na koniec świata i zdecydowałam się na Japonię. Dlatego w bibliotece pożyczyłam książkę, napisaną przez kobietę, więc zapewne i ja otrzymam jakieś wskazówki, czy warto szukać tam azylu.

Autorką jest Amerykanka Rebecca Otowa, która nosi nazwisko po mężu, a do tego mariażu doszło w sposób następujący. Kiedy miała dwanaście lat, rodzice wyemigrowali z Kalifornii do Australii. Przyszła pisarka zainteresowała się muzyką i orientem. Po szkole średniej była przez rok w Londynie, gdzie dojrzewały jej ostateczne zainteresowania. Postanowiła studiować w Japonii, zafascynowana tym krajem. Opisuje tok zdarzeń w pierwszym rozdziale autobiograficznej powieści, która nosi adekwatny do zawartości tytuł „W Japonii czyli w domu. Amerykanka w kraju kwitnącej wiśni”.

O tym, że o jej losie zadecydowały zainteresowanie odległym krajem i miłość do Japończyka, pisze z ujmującą szczerością. Zbieg przypadków, według autorki, to kolejność zdarzeń, które ludzi zbliżają ku nieuchronności. Kiedy ona brała azymut na Japonię, Otowa pojechał turystycznie do Australii, niezmiernie ciekaw życia na tym kontynencie. Nic dziwnego, że po powrocie zapisał się do Towarzystwa Przyjaźni Japońsko-Australijskiej, do którego i jej było po drodze. Poznali się w 1978 roku, a pobrali się trzy lata później.

Zaczął się dokładnie opisany proces asymilacji młodej kobiety w nowej ojczyźnie. Rebeka i Toshiro zamieszkali w szesnastowiecznym domu jego rodziców. Znaleźli się tam jako szesnaste pokolenie mieszkające w tym domu, który trwał nieprzerwanie w podstawowym układzie i pierwotnej konstrukcji, powiększany stosownie do potrzeb kolejnych rodzin, które się w nim instalowały.

Autorka, kochając męża, otworzyła serce na jego ojczyznę, rodzinę, przyjaciół i tradycję. Poznała piękno kraju i zmienność aury.

Zahartowała się do nadmiernego ciepła latem albo dotkliwego chłodu zimą w pomieszczeniach oddzielanych nie ścianami z trwałego budulca, tylko cienkich, z papieru i rozsuwanych w miarę potrzeby.

Zachwyciła się obchodami kwitnących wiśni, które, kiedy przyjdzie na to pora, stają się zachwycająco różowe. Ukończyła kurs przygotowania herbaty, a serwowanie jej wiąże się ze specjalnym ceremoniałem i wymaga nie lada kunsztu, a na zajęciach obowiązywał tradycyjny strój, czyli kimono, obowiązujące we wszystkich ważnych momentach losu, takich jak przyjmowanie gości, pożegnanie zmarłego czy ślub. Rebecca przekonała się, że założenie kimona wymaga czasu, a jego noszenie krępuje ruchy i utrudnia chodzenie.

W szesnastowiecznym domu brakowało urządzeń sanitarnych i dopiero młode małżeństwo urządziło cywilizowaną łazienkę.

Amerykanka urodziła się w chrześcijańskiej rodzinie. Tu poznała wierzenia, jakie Japończycy albo kontynuowali od pokoleń, czyli shintoizm, albo buddyzm przejęty od Chińczyków. Przekonała się, że o ile rodzime wierzenia zawierają afirmację sił natury, o tyle buddyzm rozwija moce ducha. Szczególnym kultem otoczeni są zmarli przodkowie, którym przypisuje się troskę o żyjących.

W pewnym miejscu autorka jakby syntetyzuje swoje obserwacje w nowej ojczyźnie: „W środku japońskiej duszy znajduje się poszukiwanie wa (pokoju i harmonii), manifestujące się we wszystkich sferach życia. Istnieje silna potrzeba harmonii z naturą, która przyjmuje formę odwdzięczania się bóstwom, objawiających się w zjawiskach przyrody. Podstawowa wdzięczność za życie przyczyniła się między innymi do rozkwitu znakomitej sztuki japońskiej. Zrodziła również pragnienie życia w harmonii z innymi, dzielenie się swoim życiem i stałe uczestnictwo w życiu społeczeństwa. Aby osiągną harmonie w ramach grupy, niezbędny jest wysiłek.  Każdy niesie swój własny ciężar, tłumi w sobie indywidualne pragnienia, minimalizuje rozdźwięki, przez co przyczynia się do płynnego przepływu grupowej energii”. Wymaga to jednak harmonii z samym sobą. U nas jest to nie do pomyślenia. Musimy wiele znaczyć, wygrywać i dominować.

Takich refleksji jest w książce więcej. Podzielona na wartkie, tematyczne rozdziały, dostarcza interesującej a zarazem relaksującej lektury, a treści ilustrowane są licznymi grafikami. Kilka pokoleń Otowów można zobaczyć i na aktualnych, kolorowych, oraz na archiwalnych fotografiach. 

Rebacca Otowa „W Japonii czyli w domu. Amerykanka w kraju kwitnącej wiśni”. Z angielskiego przełożyła Iwona Kordzińska-Nawrocka. Świat Książki, Warszawa 2013.

piątek, 20 listopada 2020

Bronisław Krzemień - poleca pożegnanie Afryki

 Piekło i niebo

 

Wśród licznych osób, które znam, mogę na palcu jednej ręki policzyć ludzi o pogodnym usposobieniu. Cała reszta stanowi grono zapiekłych malkontentów, a kiedy przypadkiem zabraknie im powodów do narzekania, uczepią się pogody bez względu na to, jaka jest. Im polecam „Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców”. Ben Rawlence - autor tej dokumentalnej pozycji cztery lata poświęcił na zgromadzenie materiałów, przeprowadził setki rozmów, dotarł do licznych dokumentów i relacji w mediach.

Autor jest absolwentem afrykanistyki na Uniwersytecie Londyńskim, a także stosunków międzynarodowych na uczelni w Chicago. Prezentowana tutaj pozycja znalazła się na liście dziesięciu najważniejszych, według „Los Angeles Times”, książek 2016 roku, a „The Economist” uznał ją za najlepszą. Ben Rawlence jest nie tylko dziennikarzem, ale i społecznikiem, a jako działacz Organizacji Obrońców Praw Człowieka dotarł do wielu afrykańskich krajów, nękanych przez polityczne konflikty.

W październiku 2014 roku, w Waszyngtonie dziennikarz na Forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego przedstawił pogarszającą się sytuację w Dadaab, a działające rejonie tego miasta obozy, utrzymywane z międzynarodowych funduszy pomocowych, w dużej części wspierane są przez USA.

W obozach tych znaleźli schronienie uciekinierzy przede wszystkim z Somalii. Kraj ten należy do państw, które w Afryce powstawały, kiedy zaczęły znikać kolonie, ale wytyczanie granic przez mocodawców zupełnie nie brało pod uwagę naturalnych ruchów plemion, które poruszały się znanymi sobie szlakami, prowadzącymi do źródeł wody czy pastwisk dla ich stad.

Dadaab założyli w 1954 roku Brytyjczycy, którzy prowadzili tu odwierty. Kolonizatorzy szukali bogactw kryjących się pod afrykańską ziemią, które traktowali jak dobro należne.

W obozach, wyrosłych na kenijskiej pustyni, uciekinierów trzymała gwarancja darmowego wyżywienia ze środków zapewnianych przez ONZ, a także pomoc medyczna a nawet dostępność szkół. Schronieniem dla tych ludzi były chaty przez nich samych wzniesione z gałęzi cierniowych, wypełnionych błotem i uzupełnionych rozmaitymi odpadami z opakowań dostarczanej żywności. Zanim transporty dotarły do potrzebujących, były rozkradane. Handel produktami kwitł też na miejscu, bo ludzie, żeby trwać, potrzebowali rozmaitych rzeczy, bo przecież uciekali, porzucając wszystko lub ograbieni z całego dobytku. Więc sprzedawali kupony żywnościowe, żeby kupić to, co konieczne. Kiedy umierali z wycieńczenia ich pobratymcy, największym skarbem było ocalone życie, które ma swoje prawa. Więc i w nieludzkich warunkach przychodziły na świat dzieci, a położnice umieszczane były w szpitalach, gdzie opiekę zapewniał medyczny personel, a lekarzy i pielęgniarki sprowadzała tu szlachetna idea pomocy sponiewieranych przez wojnę ludzi. Żerowali natomiast na nich osobnicy, mający zapewnić ochronę, policjanci, jak również przewrotni, bezwzględni i zachłanni kacykowie. W obozach pleniły się kradzieże, gwałty, rozboje, samosądy i akty terrorystyczne w wykonaniu tych, którzy potrafili przeniknąć do tej rzeszy nędzarzy i siać grozę. To właśnie z ich powodu uchodźcy nie mogli wrócić. Tam czekała ich egzekucja bez sądu, jeśli nie przystąpili do Asz-Szabab, islamskiej siły, sprawującej władzę w Somalii. Jej funkcjonariusze bez pardonu wdzierali się do szkół i porywali chłopców, by wcielić ich w swoje szeregi.

Jeden z bohaterów książki zdołał zbiec z tej przymusowej służby. Autor posługuje się autentycznymi nazwiskami uczestników opisywanych zdarzeń, ale dla bezpieczeństwa dwojgu z nich, by nie narazić na zemstę, przydziela zmyślone imiona.

Opisy realiów obozowych są wstrząsające, podobnie jak aktów terrorystycznych. Ci, którzy ocaleli, opowiadali, że kara mogła ich spotkać za wszystko, za słuchanie muzyki, upodobanie do sportu, kina. Ludzie z Asz-Szabab dla postrachu, dla utrzymania terroru wymierzali kary tym, „którzy zbłądzili”, „Odrąbywali dłonie, kamienowali i odcinali ludziom głowy zgodnie ze swoim rozumieniem islamskiego prawa. (...) niekiedy filmowali egzekucje i wrzucali je do sieci, żeby dowartościować się w oczach światowej społeczności dżihadystów”.

Skoro nie było odwrotu, a pobyt w obozie kojarzył się z piekłem na ziemi, były tylko dwa wyjścia: wyjednać możliwość oficjalnej emigracji do takich państw, które przyjmują uchodźców, takich jak USA, Australia czy kraje skandynawskie lub ucieczka na północ, by przeprawić się do Europy nielegalnie.

Kiedy przeczytałem „Miasto cierni”, inaczej zaczynam patrzeć na uchodźców. W stosunku do tego, czego oni doświadczają, uznałem, że ja mieszkam w niebie i to nie szkodzi, że mieści się ono w wielkopłytowym slamsie, jak nazywa nasze bloki moja koleżanka ze studiów. Nie nęka mnie susza, gwałtowne tropikalne ulewy, nie jestem narażony na choroby, jakie rozsiewają przelewające się szamba, nie cierpię dotkliwego, wyniszczającego głodu, nie patrzę na konające dzieci. Jedno zaczyna być wspólne - nienawiść i pogarda, której sobie nie szczędzimy, dzieląc się na różne odłamy polityczne i światopoglądowe. Bo Polak czuje, że żyje, kiedy ma wroga.

Gorąco polecam tę książkę. Ale na pewno nie da się jej czytać jednym tchem. Lekturę ułatwia wyszczególnienie i prezentacja głównych bohaterów, a topografię zapewniają zamieszczone na początku mapy. Trzeba koniecznie wziąć tę książkę do ręki, żeby przyswoić olbrzymią wiedzę o Rogu Afryki, czyli północnym wschodzie tego kontynentu, żeby obudzić w sobie empatię, tolerancję i rozmaite dobre ludzkie uczucia. Trzeba „Miasto cierni” czytać powoli, partiami, z uwagą i skupieniem, żeby nie pogubić licznych wątków, osnutych wokół głównych bohaterów i zrozumieć, jakie prawa rządzą bezwzględnym okrucieństwem i zachłannością.

Ben Rawlence „Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców.” Przełożył Sergiusz Kowalski. Wydawnictwo Czarne 2017.

niedziela, 8 listopada 2020

Daniel Rzepecki - poleca: wielkie Chiny i mały obywatel.

 Zaklinanie słowami

 

Według informacji z sierpnia bieżącego roku, ludność Ziemi wynosiła 7,8 miliarda ludności. Największą populację mają Chiny. Mimo ograniczenia ilości potomstwa do jednego dziecka w rodzinie, według danych z 2017 roku ten olbrzymi kraj liczył sobie 1 mld 379 mln obywateli. Dokonując uproszczonego wyliczenia można powiedzieć, że co piąty mieszkaniec globu jest Chińczykiem. Wśród rodzących się w tym kraju jedynaków przeważają chłopcy, upragniona płeć w każdej rodzinie, więc kiedy rodzi się dziewczynka, zdarza się, że jest eliminowana, by zrobić miejsce dla ewentualnego brata. Chińczycy są jednak przebiegłą nacją, jeśli zatem bywa przekraczana dopuszczalna ilość potomstwa, solidarność rodzinna sprawia, że w konspiracji niechciany noworodek trafia do pary, która nie ma szans na rodzicielstwo i w tej tęsknocie za progeniturą już im nie zależy, żeby pozyskać koniecznie chłopca, więc i dziewczynka w takiej rodzinie ma szansę na przetrwanie, otoczona akceptacją i miłością.

Dowiedziałem się o tym wszystkim, pochłaniając „Ulicę wiecznej szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj”, książkę, która należy do kategorii literatury faktu. Napisał ją amerykański dziennikarz Rob Schmitz. Zawarte w niej zdarzenia rozgrywają się najpóźniej w roku 2015, a realia tego wielkiego miasta, pokazanego w książce, umiejscowione są w większości w drugiej dekadzie trwającego stulecia, ale kontekst historyczny sięga głębiej, do czasu, kiedy miasto prężnie rozwijało się pod obcą dominacją, ludzie się bogacili, ten region cywilizował się na wzór zachodnioeuropejskich urbanistycznych ośrodków i taka sytuacja trwała do zwycięstwa komunizmu w 1949 roku minionego stulecia. Do tego czasu , jak można przeczytać w tej książce, „Szanghaj obsługiwał sześćdziesiąt procent handlu międzynarodowego, osiemdziesiąt procent inwestycji zagranicznych i prawie wszystkie transakcje finansowe z zagranicą”.

Nastąpiło zaciekłe wywłaszczanie, uśmiercanie, osadzanie w obozach kapitalistów, czyli w ówczesnym rozumieniu wrogów ludu. Niektórzy nie pozwalali się wyrugować z domów, które wybudowali ich ojcowie, i drogo za to płacili.

Rob Schmitz zafascynował się tym krajem, gdzie miała być zrealizowana komunistyczna utopia o równości i sprawiedliwości, kiedy jako wolontariusz wyjechał do Chin i pracował przy uprawie ziemi. Wrócił tam po latach jako dziennikarz radiowy z żoną Lenorą i rocznym synkiem Rainerem. Już w nowym miejscu przyszedł na świat Landon i tej właśnie trójce dedykowana jest książka. Już jako dziennikarz zamieszkał w dawnej francuskiej dzielnicy, w której dawne nazwy zostały zastąpione hurraoptymistycznymi słowami.

Na przykład ulica Wschodniego Pokoju, Sławnych Ludzi, Złotego Szczęścia, Spokojnej Pomyślności, Meandrującego Pokoju, Długiego Szczęścia czy Wiecznej Szczęśliwości. Było tak, jakby słowa zdołały zaklinać rzeczywistość, z którą nie miały nic wspólnego.

Z okien mieszkania dziennikarz miał okazję obserwować zrujnowany kwartał dawnej zabudowy. Jeszcze w resztkach kamieniczek trwali ich właściciele, Don Kichotowie walczący z bezprawiem systemu, który nakazywał wierzyć, że buduje szczęśliwą rzeczywistość. Schmitz dotarł do tych ludzi walczących z wiatrakami, nagrał ich relacje, aż na koniec stał się świadkiem ich bolesnej kapitulacji.

Z każdym rokiem zawierał więcej znajomości i przyjaźni, a jedna z poznanych osób przekazała mu pakiet listów. Były pisane przez uznanego przez władze kapitalistę, rozłączonego z żoną i siedmiorgiem dzieci i wywiezionego do obozu pracy. Tam był jak inni poddawany praniu mózgu, składał żarliwą samokrytykę, wyczytywał z listów żony i siostry pouczenia, jak ma wyrażać skruchę i oczyszczać się ideologicznie. Aż przyszedł moment, kiedy przestały przez długie lata przychodzić listy od żony. Najmłodsza córeczka została oddana do adopcji, jej siostrzyczki poszły do szkoły i były prześladowane z powodu reakcyjnego ojca. Jedynak synek urodzony po aresztowaniu ojca nie widział go nawet na zdjęciu, gdyż matka zniszczyła je na dowód, jak pogardza wrogiem ludu. 

Pisarz podążył śladem adresów na listach. Tak przez jednostkowe losy rodzin poznał różne koszmary komunistycznego panowania. Pokazał zmiany w kraju, w postawach społeczeństwa, rodzenie się kapitalistycznych form gospodarki i powstawanie nowych iluzji. Bogacenie się już nie było hańbą, powstawały nowe fabryki, spółki, banki. Wybudowano oszałamiającej szybkości kolej i tysiące kilometrów autostrad, które połączyły różne regiony olbrzymiego kraju. Zmieniali się partyjni wodzowie, ale modyfikowany system trwał. Młodzi i ambitni rozpraszali się po całym globie, gdzie ich talenty, pracowitość i samozaparcie dawały obfite owoce.

Dokonywały się też zmiany duchowe: ”...młodzi Chińczycy szukali dróg do oświecenia w rdzennych religiach i filozofii swojego kraju. Taoizm przeżywał renesans na podobną skalę co buddyzm (...) liczba taoistycznych świątyń w wiejskich rejonach Chin wzrosła sześciokrotnie” - pisze autor.

Gorąco polecam ten dokument, zawierający prawdę o tym, co dzieje się w Państwie Środka.

Rob Schmitz „Ulica wiecznej szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj”, przełożyła Hanna Pustuła - Lewicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.



 

wtorek, 3 listopada 2020

Jadwiga Wierzbiłło - poleca: im mniej, tym lepiej.

 Nic czyli wszystko

Cywilizacja to nieograniczone mnożenie niepotrzebnych potrzeb.” 

Mark Twain

Pandemia nie odpuszcza. W każdej chwili można stracić zdrowie, pracę, dochody, nawet rodzinę i przyjaciół, którzy będą musieli zatrzymać się w drzwiach szpitala. A tymczasem Dominique Loreau przekonuje, że nawet jeśli nie masz nic, możesz mieć wszystko, a ten dziwny stan posiadania zależy tylko od ciebie. Taka sugestia rozłożona jest na wszystkich 200 stronach jej obszernych rozważań zawartych w „Sztuce minimalizmu w codziennym życiu”. Jej autorka, Francuzka od lat mieszka w Japonii. Zatem nic dziwnego, że zafascynowana jest obyczajami, doktrynami i religiami czy też jak ktoś chce - wierzeniami tego skośnookiego narodu, jednak najczęściej przywołuje nauki zawarte w zen. Bogata bibliografia wskazuje jednak na to, że prześledziła rożne prądy etyczne, jakie powstały przez stulecia i przekazując swoje przemyślenia, posiłkuje się mądrością wielu myślicieli, między innymi Seneki, Aureliusza, Nietzschego, a nawet Engelsa. Jej narracja uzupełniana jest cytatami z ich dzieł, co dowodzi, że już setki i tysiące lat temu ludzkość odkryła niebezpieczeństwo, jakie niesie żądza posiadania.

Naturalnie napięcia, wojny, klęski żywiołowe, choroby nękały ludzkość od stuleci, a jednocześnie towarzyszyły im postawy altruizmu, empatii, poświęcenia i szlachetności, zaś wielkie księgi, takie jak choćby Koran i Pismo Święte zachęcały do dobroczynności i chwaliły wartość wyrzeczenia.

Żyjemy w czasach rozszalałego konsumpcjonizmu. Reklamy kuszą na wielkich bilbordach, na ekranach i stronach wszystkich mediów, rodząc przekonanie, że posiadanie tych wskazywanych dóbr zapewni radość, szczęście, nawet zdrowie i młodość. Nawet seniorzy na tych reklamach są piękni, zadbani i emanują poczuciem pełni życia.

Tymczasem Dominique Loreau dowodzi, że posiadanie stanowi iluzję szczęścia, a mnożenie przedmiotów zbytku więzi człowieka i ogranicza. Jest odpowiedzią na niepohamowaną żądze posiadania, choć wiemy, że nawet najbardziej zamożni pragną mieć jeszcze więcej. „Prawdziwy luksus polega na posiadaniu rzeczy, których naprawdę potrzebujemy, które lubimy i których harmonii nic nie zakłóca”. Te słowa pochodzą od autorki, która nieco dalej pisze, że „posiadając niewiele, docenimy naprawdę wszystko, czym się w życiu posługujemy”.

Siłą napędową pragnienia posiadania jest egoizm, o którym pisarka mówi: „Prawdziwa wolność to całkowity brak zainteresowania sobą. A najlepszym sposobem osiągnięcia tego jest obdarzenie zainteresowaniem innych”.

Rzeczy materialne są ulotne, a ich stan posiadania nietrwały. Jest taka japońska koncepcja, nazywa się mujo, która głosi, „...że wszelka pewność jest czymś nietrwałym, że wszystkie rzeczy, z których możemy w życiu korzystać, są ulotne. Mujo znaczy żyć w sposób naturalny, beztroski, uwolniony od wszelkiego ciężaru, żyć bezpiecznie i wygodnie”. Przytłoczenie rzeczami ...”kradnie część naszego serca i pozbawia dobroci, łagodności, romantyzmu, beztroski i spontaniczności”.

Rekomendację „Sztuki minimalizmu” zakończę radą zaczerpniętą z tej książki :”Żyj w teraźniejszości i dbaj o to, by każda chwila była wyjątkowa i niepowtarzalna”. Zrezygnowałam natomiast z rad, zawartych w książce, jak dokonać selekcji rzeczy zbędnych i jak uwolnić z nich przestrzeń, zapewniając sobie czystość i piękno kryjące się w prostocie.

Dominique Loreau „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” przełożyła Angelina Waśko-Bongiraud, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015.


wtorek, 27 października 2020

Rafał Brzeski - przestrzega: kłamstwo zawsze wyjdzie na wierzch.

 Taki dziwny kryminał

Nie chcę nikogo straszyć, ale wszystko wskazuje na to, że znowu nastąpi pełna domowa izolacja ze strachu przed agresywnym wirusem, a już najpewniej na taką ponurą rzeczywistość powinni przygotować się seniorzy. Moja znajoma już dziś otrzymała zapewnienie od zaprzyjaźnionej pani stomatolog, że ta wraz z mężem będzie dostarczać jej wszystko, co potrzebne do życia. Odmówiła, bo na szczęście wie, że sobie poradzi, a sklep wszechstronnie zaopatrzony ma naprzeciwko. Sklep i owszem, ale do najbliższej filii bibliotecznej ma daleko. Więc gdyby przyjaciele zastanawiali się, jaką strawę czytelniczą jej zapewnić, to gorąco polecałbym powieść „Prawda i inne kłamstwa”. Już sam tytuł jest intrygujący, teoria literatury nawet ukuła specjalne pojęcie na zestawienie takich paradoksalnie sprzecznych znaczeniowo wyrazów.

W życiu nie czytałem takiej pozycji detektywistycznej, z której od początku wiadomo, kto dopuścił się zabójstwa, co więcej, kto w swojej perfidnej naturze liczy się z tym, że i jeszcze jedna osoba stanie się jego ofiarą.

Uważny czytelnik znajdzie w tej książce element socjologiczno-psychologiczny. Nikt bowiem nie rodzi się przestępcą. Więc autor Sascha Arango pokazuje, co się dzieje, kiedy człowiek przychodzi na świat w patologicznej rodzinie. Alkohol, brutalność, bezwzględność wobec najbliższych redukują w dziecku normalne postawy, odruchy, które pozwalają najpierw kilkulatkowi, potem nastolatkowi, a następnie dojrzałej osobie budować prawidłowe relacje z ludźmi i kierować skutecznie swoim życiem.

Bohater powieści należy do kategorii osób, których dzieciństwo pozbawione było pozytywnych przesłanek w procesie wychowania. Został pozbawiony uczuć wyższych, w rozmaitych środowiskach rówieśniczych nie pozyskiwał sobie przyjaciół, a gromadził kolekcje wrogów. Ich istnienia nawet nie zauważał, tak jak nie był świadom swojego nagannego postępowania.

Właściwie mógł czuć się dzieckiem szczęścia. U jednej z przygodnych partnerek zobaczył skrypt. Dostarczył go do wydawcy. Skrypt zawierał rewelacyjną powieść. Wydana pozycja okazała się bestsellerem. Tylko nie nasz bohater był jej autorem, tylko ta dziewczyna dotknięta manią nocnego zapełniania stron rozmaitymi wątkami, które w następnych książkach jej utajonego autorstwa tak zachwycały czytelników. Nie miała nic przeciwko temu, że te pozycje były podpisywane jego nazwiskiem. On zbierał entuzjastyczne recenzje, on wpisywał autografy, on był bohaterem spotkań autorskich, a ona nie sprzeciwiała się temu, gdyż jej zainteresowanie literaturą kończyło się na pisaniu. Z czasem została żoną niby pisarza i czerpała profity z dostatku, w które opływali dzięki jej nocnej pracy.

Tak było do czasu, kiedy jedna z redaktorek wydawnictwa, pozostająca z wziętym pisarzem w romansowym związku, nie zaszła w ciążę, a że z powodu zegara biologicznego był to dla niej tak zwany ostatni dzwonek na macierzyństwo, więc wykluczyła myśl o usunięciu ciąży.

Misterna intryga pozwala czytelnikowi zobaczyć, jak ginie w morskim odmęcie żona domniemanego autora poczytnych pozycji, a w ślad za nią odchodzą ze świata matka – redaktorka i dojrzewające w jej łonie dziecko. Nie powiem, czy sprawca czuł skruchę, nie powiem, czy został ujawniony i nie powiem, czy poniósł karę. Gdybym to wszystko ujawnił, zabiłbym w zarodku zainteresowanie tą lekturą.

Sascha Arango to niemiecki, nagradzany scenarzysta, a „Prawda i inne kłamstwa” to jego debiutancka powieść, a prawa do jej druku sprzedano do 30 krajów. Na okładce można przeczytać, ze jest to literatura najwyższych lotów. Więc jak jej w dobie grożącego lockdownu nie polecać i naszym czytelnikom, nawet tym o wyrafinowanych gustach?

Sascha Arango "Prawda i inne kłamstwa", tłumaczenie z niemieckiego Dariusz Guzik, Wydawnictwo Sonia Draga Sp. z o.o., Katowice 2015.

sobota, 17 października 2020

Michał Zasadny

 Po stuleciach


Myślę, że każdy, kto przeczytał Księgi Jakubowe naszej noblistki Olgi Tokarczuk, powinien wziąć do ręki "Ostatni pociąg" Meg Waite Clayton. Ta amerykańska, bardzo ceniona pisarka, autorka siedmiu powieści, pisze o europejskich Żydach. To tak, jakbyśmy przeskoczyli stulecia i zobaczyli, co się stało z potomkami tych, którzy w powieści Olgi Tokarczuk szukali i znajdowali dla siebie miejsca w Europie. W Księgach Jakubowych widzimy ich w rzemiośle, handlu, w początkach podejmowanej, jakbyśmy dziś powiedzieli – przedsiębiorczości. W powieści "Ostatni pociąg" Żydzi to bardo zamożni ludzie. Właściciele banków, aktywni, cenieni  prawnicy, lekarze, dziennikarze, ludzie nauki, pisarze i artyści.

Powieść oparta jest na faktach, ale autorka zastrzega się, że fakty zostały zamknięte w fikcji literackiej. Żeby napisać tę książkę, pisarka dotarła do wielu źródeł, pojechała do miejsc, gdzie rozgrały sie dramatyczne zdarzenia, przede wszystkim do Wiednia, stolicy kraju, który w 1938 roku znalazł się pod hitlerowską dominacją. Wiedeń to miasto piękne i bogate, wówczas, kiedy w 1938 roku zaczyna się powieściowa akcja,  na to bogactwo składają sie żydowskie banki, majątki, firmy, lokaty bankowe. Historia pokazała, że nazizm przygotował tej nacji zagładę, w sposób okrutny i bezwzględny zawłaszczając wszystko, co zgromadziły i wypracowały pokolenia.
Bohaterką jest autentyczna postać, Truus Wijsmuller, szlachetna, heroiczna młoda kobieta z Holandii, zamężna, ale bezdzietna po kilku poronieniach, ogromnie wrażliwa na los dzieci. A tych dzieci w Wiedniu są setki. Ich rodzice już uśmierceni, zesłani, uwięzieni, ogołoceni z dobytku, zatrwożeni o los pozostawionych własnemu losowi synów i córek. Niektórzy zdążyli jeszcze przekazać krewnym z innych części świata swoje finansowe zasoby, ale inni potracili wszystko. I ta szlachetna kobieta postanawia wywieźć z Wiednia jak najwięcej żydowskich dzieci. Zdobywa dokumenty, zezwolenia, pociągami przez faszystowskie Niemcy przewozi najpierw małe grupki, aż uzyskuje zazwolenie na transport tysiąca dzieci. Adolf Eichmann, najwyższy decydent z ramienia Hitlera w Wiedniu, zezwala na wywóz tysiąca żydowskich dzieci. Ani jednego więcej, ani jednego mniej, Jeśli liczba nie będzie się zgadzać, wstrzyma cały transport. A pozostawi krótki termin. Przygotowanie do podróży takiej liczby dziewcząt i chłopców wymagało nadludzkiego wysiłku i niesamowitej organizacji. Należało dodatkowo zatroszczyć się, by nie rozdzielano rodzeństwa. Wstrząsające są opisy, jak zdesperowane matki wrzucają swoje pociechy do wagonu, nie zastanawiając się, w czyje ręce trafi niemowlę. Ryzykowały i matki, i organizatorki akcji ocalenia, bo ewakuowane dzieci musiały mieć przynajmniej cztery lata. Matki zostawiały nawet maleńkie istotki, by ratować ich życie, bez nadziei, czy jeszcze je zobaczą. Ale na dnie tej desperacji czaiła sie nadzieja, że jednak ocalą je dobrzy ludzie. I tak się działo. A jak na urągowisko Eichmann zarządził ewakuację w szabat, łamiąc najświętsze żydowskie prawo do uszanowania tego dnia.
Na ratowane dzieci czekali ludzie gotowi je przyganąć, w Holandii, Anglii, na amerykańskim kontynencie. Moja znajoma, która rekomendowała mi tę powieść, powiedziała, że opisane zdarzenia i postawy są tak wstrząsające, że od połowy książki nie mogła powstrzymać łez ze wzruszenia. Mężczyźni nie płaczą, więc tylko powiem, że jak w ksiegarni szukałem tej pozycji, polecono mi "Ostatniu pociąg" jako bestsseler. Jako pozycję, wobec ktorej nie można przejść obojętnie. A traktuje ona o okrucieństwie faszyzmu, słabości ludzkiej, niegodziwości w sytuacji ocalenia własnej skóry, ale też o szlachetności, poświęceniu tak wielkim, że graniczącym z samozatraceniem.
Myślę, że czas pandemii jest dobrą porą, by czytelnik sięgnął po tę pozycję i zastanowił się, do jakiej kategorii należy. Czy do tych niegodziwych tchórzy i egoistów, czy do  osób gotowych do pomocy, altruizmu i poświęcenia.

Meg Waite Clayton "Ostatni pociąg", przełożyła Patrycja Zarawska, Wydawnictwo Kobiece , wydanie I, Białystok 2020.

niedziela, 11 października 2020

Zaproszenie do ODK - 9 listopada

 

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej i ODK zapraszają w dniu 9 listopada na godzinę 17 do kawiarni „Muza” przy Osiedlowym Domu Kultury na jeleniogórskim Zabobrzu, ul. K.K. Trzcińskiego 12, na spotkanie z cyklu ars poetica – wieczór poświęcony pamięci Klemensa Grzesika – współtwórcy Lipy Czarnoleskiej i wielu kulturowych zdarzeń w Dolinie Pięciu Potoków.


Autorzy najlepiej zaprezentowanych utworów (wierszy, opowiadań) z myślą przewodnią poświęconej przedmiotowym działaniom, tudzież tajemnicą i magii Karkonoszy, otrzymają nagrody książkowe.

Danuta Mysłek


sobota, 26 września 2020

Bronisław Krzemień - poleca

 „Wielki Zamilczany”

 

Tak Jerzy Biernacki nazwał Jerzego Narbutta. Natomiast Waldemar Łysiak powiedział o tym pisarzu i publicyście, że to największy żyjący myśliciel polski. Oczywiście te określenia padły pod adresem autora „Ostatniej twarzy portretu” jeszcze za jego życia. A był to los niełatwy, pełen wierności temu, co uważał za piękne, mądre i prawe, polskie i patriotyczne. Powiedziano o nim, że klękał tylko przed Bogiem. W związku z tym doznał niedostatku, odrzucenia, ale pozostał konsekwentny w życiu i działaniu.

Teraz klękanie przed Bogiem nie jest w dobrym guście, raczej za słuszne uznaje się dystans wobec Kościoła, wiary, poddawanie krytyce duchowieństwa, zaś trwanie przy swoich tradycyjnych przekonaniach i wartościach to wstecznictwo, zaś patriotyzm to nacjonalizm.

Jerzy Narbutt urodził się w 1925 roku, zmarł w 2011. Jego ojciec Antoni był dziennikarzem, do wybuchu I Wojny Światowej kierował „Tygodnikiem Wileńskim”. Dziadek Ferdynand, uczestnik Powstania Styczniowego walczył w oddziale kuzyna Ludwika Narbutta. Tego ducha waleczności i walki za wolną Ojczyznę mieli też dwaj bracia Jerzego, żołnierze Armii Krajowej w Wilnie i Warszawie.

Intelektualna formacja Jerzego kształtowała się pod wpływem Władysława Tatarkiewicza, kiedy studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i był na seminarium prowadzonym przez tego uczonego. Zaś duchowość i patriotyzm były dziedzictwem rodu. Publicysta w roku 1975 z innymi intelektualistami i ludźmi kultury podpisał list przeciw zmianom w polskiej Konstytucji. Spotkał go za to zakaz publikacji, zatem nic dziwnego, że pierwsze wydanie wspomnianej powieści ukazało się (1981) w drugim obiegu. Ten poeta i prozaik napisał między innymi „Mam tylko gołe ciało i to życie w prawdzie, z którego się natrząsają, szturchając się łokciami i zwą mnie ironicznie: Nasz książę niezłomny”.

Doczekał się wszakże wolności i moralnej rekompensaty za doznane upokorzenia, kiedy w 2007 roku Prezydent Lech Kaczyński odznaczył pisarza Komandorią Orderu Odrodzenia Polski. Już wtedy był znany jako autor słów hymnu SOLIDARNOŚCI, do którego muzykę skomponował Stanisław Markowski.

Powieść „Ostatnia twarz portretu” została powtórnie wydana w 2002 roku, a Jerzy Narbutt napisał „Pamięci Profesora Doktora Władysława Tatarkiewicza bez którego inspiracji i zachęty ta powieść w ogóle by nie powstała”. Książka traktuje o przyjaźni, miłości, odwadze, bohaterstwie, o zazdrości kobiety o uczucia mężczyzny, która nie może pojąć, że tę drugą płeć może łączyć nie tylko seksualność, ale głęboka przyjaźń, która nie miała nic wspólnego ze współczesnym tęczowym ruchem. Ci, którzy są teraz nastolatkami, odkryją w tej powieści prawdę o wcześniejszych pokoleniach, którym obce było tchórzostwo, a za najważniejszą uznawali odwagę i wierność ideałom.

Jerzy Narbutt „Ostatnia twarz portretu”, II wydanie, Wydawnictwo UNIA Jerzy Skwara Katowice 2002.

niedziela, 13 września 2020

Danuta Mysłek o Jerzym Tańskim

Bogactwo talentów


Przestrzeń kawiarni „Muza” przy ODK na jeleniogórskim Zabobrzu wypełniała 7 września interdyscyplinarna sztuka, pod hasłem. „Piórem i pędzlem po Karkonoszach”.

Autorem wysublimowanych sztuk: słowa i obrazu, a zarazem bohaterem spotkania z cyklu ars poetica, inaugurującego nie w marcu a z opóźnieniem, ze znanych każdemu względów, tegoroczny cykl był Jerzy Tański. Autor pierwszego tomiku wierszy pod tożsamym tytułem co spotkanie jest nowym nabytkiem stowarzyszenia.

Z ramienia ODK gości serdecznie powitała Dominika Krop, oddając głos Danucie Mysłek - prezes Stowarzyszenia Literackiego w Cieniu Lipy Czarnoleskiej. Mówczyni z radością powitała obecnych po tak długiej przerwie wynikającej z lockdownu. Podziwiając i nie ukrywając zaskoczenia, że nowy członek ma taką umiejętność władania pędzlem, a także jego małżonka Teresa, wszak wystawę obrazów Jerzego wzbogaciły również jej obrazy.

Gratulując bohaterowi owoców weny twórczej, zachęcałabym z tak aktywnych osób czerpać inspirację, by zostawić po sobie ślady spostrzeżeń, odczuć, a także marzeń przyszłym pokoleniom – powiedziała D. Mysłek. - Wspólnie stworzonym owocem różnej aktywności umysłowej stała się zatem przestrzeń korespondencji sztuk, do której poznania obecnych zapraszam – dodała Danuta Mysłek, oddając głos twórcy obrazów i tomiku wierszy bogato ilustrowanego jego obrazami.

Autor mówił o źródłach inspiracji, o roli człowieka, który pełni w jego twórczości ważny grunt. Głos zabrała także małżonka, mówiąc o twórczości bohatera, o wystawach obrazów, w których uczestniczył, wyzwalała ciekawość u zebranych i chęć szybkiego sięgnięcia po tomik.

Małżonkowie podziękowali za otwartość i wsparcie dyrektor ODK Sylwii Motyl, redaktorom tomiku: Marii Sucheckiej i Robertowi Bogusłowiczowi, Danucie Mysłek i Urszuli Musielak, Adamowi Wolakowi oraz wszystkim uczestnikom i osobom, które ich zdaniem przyczyniły się do sukcesu tego wieczoru.

Obecni z przyjemnością wysłuchali wierszy, które to z uczuciem interpretowały Monika Tańska i Julia Grozdanov na tle subtelnego podkładu muzycznego. W antraktach Adam Wolak - senior z pasją uwodził swoim wokalem.

Danuta Mysłek






















sobota, 5 września 2020

Jerzy Tański w ODK 7 września

Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej 

oraz 

Osiedlowy Dom Kultury

zapraszają na spotkanie malarsko-poetyckie o godzinie 17 do kawiarni "Muza",

organizatorzy przypominają, że w związku z panującym zagrożeniem epidemicznym

- wszyscy uczestnicy spotkania obowiązkowo muszą mieć maseczkę, bądź przyłbicę podczas spotkania,
- w kawiarni Muza obowiązuje limit osób mogących brać udział w spotkaniu - 30 osób,
- przy stoliku w kawiarni mogą siedzieć max. 2 osoby.


 

piątek, 4 września 2020

Daniel Rzepecki - poleca

 Jawnogrzesznica, czyli najstarszy zawód świata

 

Czytam w Internecie (Polsatnews), że Margot deklaruje, iż jest chrześcijanką. I dodaje, że nie czuje się ani mężczyzną, ani kobietą. W moim kraju wyraźnie odczuwam coś w rodzaju zbiorowego rozdwojenia jaźni. Jedni bronią swojej katolickiej tożsamości, drudzy zajadle zwalczają religię i manifestują pogardę do wierzących, do duchowieństwa, do instytucji Kościoła Katolickiego. Czegoś takiego nie obserwowałem nawet w czasach komuny, a przeżyłem jej wszystkie fazy. Więc postanowiłem zarekomendować naszym Czytelnikom „Marię Magdalenę” Gordona Thomasa. Gdyż może zainteresować i jedną, i drugą zantagonizowaną grupę. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Zauważyłem, że wiele osób to imię Maria przypisuje kilku ewangelicznym niewiastom. Wszak to imię nosi Matka Jezusa, jedna z sióstr Łazarza, a także kobieta prowadząca się w gorszący sposób; raz umywa nogi Jezusa, innym razem, przyłapana na cudzołóstwie, zostaje uchroniona przed ukamieniowaniem. Gordon Thomas porządkuje to pomieszanie z poplątaniem. Rzecz jasna opiera się w głównej mierze na Nowym Testamencie, ale sięga też do apokryfów i do źródeł historycznych, co pozwala mu nakreślić i nader interesujący portret kobiety, jak i odtworzyć obyczaje, realia, historyczne zdarzenia z pierwszego stulecia naszej ery.

Prostytucję określa się jako najstarszy zawód świata. W Palestynie sprzed dwóch tysięcy lat uznawano tę profesję za pożyteczną, co jednak pozwalało nierządnice osądzać surowo, a cudzołóstwo karać kamieniowaniem. Zaś pożytek z tych kobiet był taki, że w okresie, kiedy wypadały żonie tak zwane dni nieczyste, wedle prawa uniemożliwiające im współżycie, mężczyźni mogli skorzystać z cielesnych uciech właśnie u ówczesnych prostytutek. Opłacali sowicie tę usługę, a jak zabrakło stosownych monet, gratyfikację stanowiły stroje, kosztowne wonności, biżuteria oraz inne dobra, które czyniły nierządnice osobami zamożnymi. Zwłaszcza, że z ich usług korzystali też kupcy z przemierzających tę ziemię karawan.

Ta sfabularyzowana biografia jednej z ewangelicznych postaci poszerza wiedzę czytelnika o rzymskiej okupacji ówczesnego Izraela, pokazuje napięcia polityczne i społeczne, a także przybliża ideologię, jaką głosił Chrystus, srodze rozczarowując tych Żydów, którzy widzieli w nim zwycięskiego przywódcę, mającego uwolnić naród od rzymskiego jarzma. A nie miała ta nacja szczęścia, bo nękali ją i Grecy, i Syryjczycy, i Egipcjanie, o niewoli babilońskiej nie wspominając. Zresztą w księgach Starego Testamentu można naczytać się o tym, jakie dzieje przez stulecia miotały narodem wybranym.

Są takie książki, które poszerzają naszą wiedzę w jakimś zakresie, ale potrafią znużyć i znudzić. „Maria Magdalena” nie rozczaruje, ta biografia nawróconej jawnogrzesznicy, jak słusznie zaopiniowano w notce na ostatniej stronie okładki, „fascynuje, frapuje i intryguje”. To nie jest jedyna inspirowana Ewangelią pozycja tego autora. Zamieszczona na początku książki informacja podaje, że Gordon Thomas wychował się w Palestynie, studia biblistyczne skończył w Anglii, na Bliskim Wschodzie był korespondentem, więc ten rejon świata u styku trzech kontynentów poznał tak gruntownie, że zaowocowało to wydaniem 35 książek, których był autorem lub współautorem. Czasy, które dały początek Kościołowi Katolickiemu, opisał w pozycji „Proces. Życie i ukrzyżowanie Chrystusa”.


Gordon Thomas „Magdalena”, a w podtytule „Ona naprawdę kochała Jezusa”. Z angielskiego przełożył Sebastian Musielak, KDC (Klub Dla Ciebie), Warszawa 2006.