niedziela, 10 września 2023

Maria Suchecka i "Książki gorąco polecane" w ODK


Nałóg czytania, głód pisania

W poniedziałek, 5 czerwca Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej oraz Osiedlowy Dom Kultury odbyło się spotkanie autorskie z Marią Suchecką.

Czytamy z różnych powodów, żeby dowiedzieć się czegoś nowego o życiu innych ludzi lub o sobie samym, żeby się nam czas nie dłużył w pociągu, albo że to zdrowy nałóg i prawie jedyny, który nie potrzebuje terapeuty. Niestety jest to używka już mało popularna i wychodzi z mody, więc ci, którzy jeszcze pozostali, są na wagę złota.

Recenzji książek znajdziemy mnóstwo na stronach internetu, piszą je przeważnie osoby uzależnione od czytania, próbujące zachęcić w ten sposób do ciekawej lektury. Wydawcy, którzy chcieliby zaryzykować jakiś nakład w postaci papierowej, są dziś rzadkością. Dawniej wielu poważnych pisarzy sięgało po tę formę twórczości. Najbliższy nam to Stanisław Lem, oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie napisał czegoś przekornego; jego „Doskonała próżnia” to recenzje z książek — oczywiście powstałyby, gdyby jej autor miał tylko więcej czasu i chęci. Wiesławy Szymborskiej „Lektury nadobowiązkowe” są również recenzjami, ale dyskurs o książce noblistka prowadzi z czytelnikiem w formie felietonu. I właśnie ta forma jest najbliższa zawartości tego tomiku.

Maria Suchecka na początku publikowała rekomendacje książkowe, bo tak je charakteryzuje, na stronach internetowych Strumienie.eu. Później przez niemal dziesięć lat na blogu „Echa Lipy Czarnoleskiej”, prowadzonego przez Stowarzyszenie Literackie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej ukazało się ich około dwustu. Jest to tylko ułamek przez autorkę przeczytanych książek, można mniemać, iż ich skala przekracza kilka bibliotek. Jest to nałóg czytania, który była dziennikarka „Nowin Jeleniogórskich” i „Słowa Polskiego” zaspakaja codzienną lekturą. Następną terapią jest głód pisania, robienie notatek co do przeczytanej właśnie książki, odruch świadczący o bakcylu dziennikarskim: „Lubię wynotowywać z lektury frazy, które jakoś porządkują moje widzenie świata i człowieka”. (Czytane w klimacie napięć).

Prezentowane rekomendacje są krótkimi formami prozatorskimi, niekiedy na jedną stronę, zawsze jednak zawierają kilka akapitów, odnoszących się do ludzi i zdarzeń rozgrywających się w chwili czytania. Jest to interesujące, bo zatrzymuje czas i pozwala odbiorcy z pewnej perspektywy sięgnąć pamięcią, gdy na przykład sam znalazł się w szpitalu z powodu choroby, lub gdy usłyszał o wojnie w Ukrainie. Ten dzień, może nie zawsze szczęśliwy, ale wpływający na jego przyszłość, pozostaje głęboko ukryty w podświadomości. Autorka próbuje go przywołać i analizować; „Czytając »Shantaram«, zapełniałam kartki papieru obfitymi cytatami, które jakby sumowały moją wiedzę o ludzkim losie, o zakamarkach ludzkiej psychiki, o miłości, nienawiści i przebaczeniu”. (Nawet we śnie)

Twórczość autorki zawsze obracała się wokół Jeleniej Góry i poznanych osób, wystarczy wziąć do ręki wydane tomiki poetyckie i jeden prozatorski, zawsze w nich podmiotem stawał się człowiek i to nie jakiś daleki, tylko sąsiad, znajomy, opisany z ciepłem i miłością.

Tomik został podzielony na trzy bloki tematyczne, kobiety, wojna, ludzie i świat; są to tematy nierozerwalnie związane z twórczością i zainteresowaniem autorki, która publikowała swoje rekomendacje pod różnymi pseudonimami, jako Bartek Gorzęcki, Bronisław Krzemień, Michał Zasadny, Rafał Brzeski, Wiktor Kruszek, Grzegorz Trop, Witold Zaręba, Daniel Rzepecki, Anastazja Daniłowiczowa, czy Jadwiga Wierzbiłło.

Maria Suchecka przypomina nam, po co są biblioteki, ponieważ nawet przy całej miłości do książek nie jesteśmy w stanie ich wszystkich przeczytać, dlatego powinniśmy z rozmysłem dobierać lekturę.

Na wieczorze autorskim oprócz Janiny Lozer głos zabrała Julita Zaprucka, dyrektor Muzeum Karkonoskiego, przez wiele lat udzielająca gościny imprezom stowarzyszenia w kierowanym wówczas przez siebie Muzeum Miejskim „Dom Gerharta Hauptmanna”. W spotkaniu uczestniczyli Wojciech Kin, bardzo ceniony przez uczniów filolog, erudyta i koneser muzyki i dobrej literatury; aktor Jeleniogórskiego Teatru Robert Mania, który przedstawił Marię Suchecką, z Karpacza Urszula Jonkisz i Małgorzata Kowal, entuzjastka Stowarzyszenia Literackiego w Cieniu Lipy Czarnoleskiej. Gitarowe standardy wraz z Piotrem Sucheckiej grał i śpiewał Sławomir Ułan, uczestnik festiwali bluesowych, który na potrzeby jeleniogórskiego spotkania do muzyki napisał własne słowa. Teksty czytali Robert Bogusłowicz, Urszula Musielak, Teresa i Jerzy Tańscy.














































czwartek, 7 września 2023

W tym roku zmierzymy się z powieścią Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”

 

 



JCIiER „Książnica Karkonoska” i Zdrojowy Teatr Animacji

zapraszają na tegoroczną edycję Narodowego Czytania

W tym roku zmierzymy się z powieścią Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”



Zapraszamy 9 września 2023 r. o godz. 11:00
do Parku Zdrojowego w Cieplicach (w Muszli koncertowej)

środa, 6 września 2023

Anastazja Daniłowicza poleca

 Namiętność wróbelka



Sławna na cały świat piosenkarkę nazywano wróbelkiem, a to z tego powodu, że była niziutka i drobnej budowy. Jej to właśnie Michelle Marly poświęciła biograficzną powieść „Madame Piaf i pieśń o miłości. W rozwinięciu tytułu czytelnik może przeczytać, że jest to opowieść o miłości, namiętności i sztuce.

Przyszła wielka artystka estrady została porzucona przez matkę jako dwumiesięczne niemowlę. Młoda kobieta nie przebierała w kochankach, nadużywała alkoholu i narkotyków. Jak dziecko podrosło, okazało się, że ma piękny głos, ojciec, wędrujący z cyrkową trupą zabierał córkę ze sobą, by śpiewem zarabiała na datki cyrkowej publiczności. Potem śpiewała w barach, wreszcie jej głos został dostrzeżony i doceniony, więc przydał się w kabaretach. Trwała wojna. Szansonistka pojechała na teren faszystowskiej Rzeszy śpiewać dla francuskich jeńców wojennych i obozowych więźniów, by pokrzepiać ich na duchu. Miała z tego zarzut kolaboracji z hitlerowcami. Na szczęście przyjaciółka z ruchu oporu potrafiła udowodnić, że pieśniarka dochód z występów przeznaczała na pomoc uwięzionym.

Kiedy dorastała, geny dały znać o sobie. Miewała kochanków, a burzliwy temperament był źródłem erotycznych przyjemności. I śpiewając już w wolnej Francji poznała Iva Montanda. Najpierw zlekceważyła jego talent i naśladowanie amerykańskich piosenkarzy, nie ujęła jej męska uroda piosenkarza, który, jak połączyła ich miłość, w dużym stopniu został uformowany na estradę przez Edith. Ona już wiedziała, czego oczekuje publiczność, znała reguły rządzące sceną i artystami, zatem miała wiele do przekazania temu neoficie. Ich miłość była silna, namiętna, burzliwa, ale do czasu, kiedy Edith uświadomiła sobie, że talent Iva może ją przerosnąć sukcesami. I ta obawa zagroziła ich związkowi. Nie zabrała ze sobą partnera, kiedy została zaproszona do USA.
Jak się ukazuje, nawet największa miłość nie jest wieczna.
Potem sławna już piosenkarka przeżyła jeszcze jedną, wielką miłość, ale o tym już czytelniczki i czytelnicy sami przeczytają w tej porywającej powieści. W pewnym sensie autorka wyspecjalizowała się w literackim portretowaniu utalentowanych kobiet, które podbiły sceny i estrady. A lektura tych pozycji rodzi zazdrość wobec tych losów i zarazem dostarcza rekreacyjnej rozrywki.

Michelle Marly, ”Madame Piaf i pieśń o miłości”, przekład Ewa Mikulska Frindo, Znak Horyzont Kraków 2021.

piątek, 25 sierpnia 2023

Ostatnie pożegnanie Anny Boruty-Lechowicz

 

 

Ciepliccy przyjaciele Anny Lechowicz, zmarłej członkini Stowarzyszenia w Cieniu Lipy Czarnoleskiej zapraszają 29 sierpnia do kościoła św. Jana Chrzciciela w centrum Cieplic na Mszę św. w intencji zmarłej Poetki, byłej nauczycielki w cieplickiej szkole uzdrowiskowej, a jednocześnie członkini miejscowego chóru.

piątek, 11 sierpnia 2023

Maria Suchecka poleca

 Lektura na jesienne medytacja




Przez kilka tygodni przesuwałam termin oddania do biblioteki dialogu dwóch intelektualistów. To Umberto Eco rozmawia z kardynałem Carlem Mario Martini.
Eco nazywa tę niezbyt długą książkę dialogiem epistolarnym. W tytule umieścił pytanie: W co wierzy ten, kto nie wierzy. Tak się składa, że przez moje długie życie poznałam i zaprzyjaźniłam się zarówno z ludźmi głęboko wierzącymi, jak i ateistami, a tak się złożyło, że pierwszy wiersz napisany dla mnie podarowała mi jehowitka. Nie oddawałam tej pozycji, bo sięgałam do niej co kilka dni.
W ostatnim czasie wpatrywałam się w młode, pełne radości twarze. Na ekranie telewizora docierały relacje ze Światowych Dni Młodzieży i prawie równolegle z festiwalu rockowego. A newsy pokazywały twarz młodego mężczyzny, ujętego za granicą, obwinionego o to, że zadusił własną matkę. Ten nasz rodak ani nie zakazywał używania swojego nazwiska, ani nie wyrażał najmniejszego poczucia winy, choć wydawać by się mogło, że średnio przyzwoity człowiek poczuje się zbulwersowany taką postawą. A przecież mijające miesiące przynoszą nader często doniesienia o torturowanych małych dzieciach, o bezwzględnych gwałtach i innych rozmaitych czynach, uznawanych za niedopuszczalne, a przez innych za grzeszne, w kategorii grzechów ciężkich. I rodzi się pytanie, skąd bierze się zło w swojej ewidentnie naganne i godnej potępienia postaci? Co każe człowiekowi powstrzymać się przed niegodziwością, a drugiego nakłoni do rozjechania samochodem grupki ludzi?
Więc znany na całym świecie intelektualista rozważa, co może człowieka skłonić do właściwych wyborów?
Duchowny odpowie, jest zaproponowany przez Boga, a uznawanego przez wierzących za najwyższą instancję, jednoznaczny wykaz, co jest oczywistym złem, co powinno być zakazane. Ten wykaz nazywa się od tysiącleci Dekalogiem. Tak się składa, że ten wykaz jest też respektowany nie tylko przez katolików, a szerzej rzecz ujmując, chrześcijan, ale zło tam definiowane wskazane też w innych religiach czy systemach etycznych. Jak bardzo ta doktryna jest pociągająca, dowodzi przykład Wrocławianki, Żydówki, która nazywała się Edyta Stein i uważała siebie za ateistkę ku zmartwieniu jej starozakonnych rodziców. Ponieważ szukała ewidentnej prawdy, studiowała filozofię i inne kierunki uniwersyteckie, aż przypadków lektura zwróciła jej uwagę na mądrość i piękno chrześcijaństwa. Właśnie wczoraj kalendarz przypomniał, że jest to dzień św. Teresy Benedykty. Takie imię wybrała kiedy przyjęła chrzest. Miała wówczas już kilka lat studiów, a niebawem wstąpiła do klasztoru. Wiadomo, że faszyści zgotowali Żydom zagładę, a ona, choć opuściła Niemcy, nie skorzystała z możliwości uniknięcia obozu. W jej ślady poszła siostra, też nawrócona na chrześcijaństwo i też zakonnica.
Jeden z rozdziałów tego dialogu stawia pytanie, kiedy rozpoczyna się życie człowieka? Zwolenniczki aborcji domagają się prawa do usunięcia ciąży, ale żadnej z nich nie przychodzi na myśl, że śmiało manifestują, w którymś momencie nie usunięto ich z macicy w fazie życia płodowego.
Mój znajomy dziennikarz nigdy nie włączał się do dyskusji o aborcji, aż wreszcie przyparty do muru powiedział. „Milczę, bo byłem siódmym dzieckiem w naszej rodzinie”. Z tego wynika, że nie miałbym szans, by odpowiedzieć na wasze pytanie.
To, co ciekawe, że ateista i duchowny odnoszą się do siebie z wielkim szacunkiem. Za słuszne uznają wskazanie, nie czynić tego, co i nam przyniosłoby krzywdę.
W jednym z rozdziałów tego bardzo ciekawego, dla mnie przynajmniej, dialogu, pada pytanie Gdzie laik znajduje światło dobra? Naturalnie nie będę tutaj przytaczać odpowiedzi. Jest jeszcze kilka tygodni kanikuły, a potem nieuchronne jesienne wieczory. Więc warto sięgnąć po ten dialog epistolarny, ja już jutro oddam książkę do mojej filii bibliotecznej, żeby dać szansę innym czytelnikom, a sama postaram się sprowadzić tę pozycję przez Internet, żeby móc sięgać po nią, ilekroć będą nurtować mnie pytania natury zasadniczej.

Umberto Eco, Carlo Maria Martini „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”, przełożył Ireneusz Kania, Noir Sur Blank, Warszawa 2018.

czwartek, 10 sierpnia 2023

Odeszła pisarka i poetka Anna Boruta–Lechowicz


 


Ze smutkiem w imieniu zarządu Stowarzyszenia Literackiego w Cieniu Lipy Czarnoleskiej donoszę, że nasza do końca aktywnie działająca kreatorka interdyscyplinarnej kultury, przyjaciółka zawsze dotrzymującą danego słowa, dobry człowiek odeszła na wieczny odpoczynek.

Pomimo wielu traumatycznych przeżyć zawsze z pogodą w sercu w zaufaniu do Boga traktowała życie. Była jedną z nas — rodziny literatów jeleniogórskich. Zadebiutowała w 2006 roku wierszem „Mgła” w Jeleniogórskim Klubie Literackim. Debiutancki tomik wierszy pt. „Strofy pisane czułością” (2009 r.).

W wydawanych pod naszymi auspicjami almanachach można poznać świat widziany oczami śp. Anny. Pisała prozą i wierszem. Niektóre wiersze były tłumaczone na język czeski i niemiecki. Jest autorką książki pt. „Potomek kresów”, wspomnień ojca, opowieści o losach polskiego podoficera, więźnia obozów koncentracyjnych. To także historia o powojennej Polsce, o budowaniu od nowa zwykłej codzienności. Książka ukazała się w roku 2006 w ilości 44 sztuk dla rodziny, drugie wydanie przez Warszawską Firmę wydawniczą w roku 2016 w nakładzie sprzedażowym.

Pracowała z młodzieżą jako nauczycielka: w Zespole Szkół Rolniczych w Żłobiźnie koło Brzegu, w Zespole Szkół Rolniczych w Sobieszowie, w Szkole Podstawowej nr 10, w Szkole Sanatoryjnej w Cieplicach. W międzyczasie też jako referentka ds. gospodarczych w BGŻ. Od 2004 roku śpiewała w chórze „Światło Serca” przy kościele św. Jana Chrzciciela w Cieplicach (sopran), ponadto prowadziła kronikę kościoła. Z nami była związana od czasu tworzenia zalążków stowarzyszenia (wrzesień 2006 roku).

Pochowana została w Rurzcy województwie zachodniopomorskim, w powiecie goleniowskim, w gminie Goleniów w dniu 27 lipca.

Literaci, chórzyści, wszyscy, którzy chcą uczestniczyć w literackim upamiętnieniu śp. Anny będą mile widziani 11 września w jeleniogórskim Osiedlowym Domu Kultury, przy ul. Trzcińskiego w kawiarni „Muza” o godzinie 17,00. W ramach cyklu ars poetica pod hasłem „Śladami Anny” każdy może na swój sposób wspomnieć śp. zmarłą. Spotkanie uświetni występ: Andrzeja Gniewka — skrzypka, dyrygenta, piosenkarza oraz małżonki Urszuli: gra na skrzypkach, komponuje i aranżuje.
 Danuta Mysłek, prezes Stowarzyszenia Literackiego w Cieniu Lipy Czarnoleskiej

niedziela, 30 lipca 2023

Anastazja Daniłowicza poleca

Delektować się każdą stroną

„Niezależnie od ilości ofiar, składanych boginiom, nie mamy w zasadzie wpływu na nasze przeznaczenie”.


Tytuł powieści „Wyspa kobiet morza” wcale nie jest porywający, ale zapewniam, zawartość tej pozycji Lisy See nikogo nie rozczaruje. O ile książki traktujące o Afryce, bliższych rejonów Azji oraz obu Ameryk są przez czytelników chętnie pożyczane, o tyle, jak się przekonałam, dzieje Korei są jakieś odległe. To znaczy, będą do chwili, kiedy wezmą do ręki rekomendowaną tutaj pozycję. Przywołam jedną scenę, równą antycznym tragediom, w których każda decyzja bohatera wiedzie do tragedii. Na szkolnym placu spędzono wielki tłum. Mają być straceni kolaboranci i ludzie komunizujący. Kto przyzna się lub wskaże winnych, ma szanse ocaleć. Dwie przyjaciółki bliskie sobie od dzieciństwa są w skrajnie różnej sytuacji. Jedna tuli dwójkę dzieci zagrożona ze względu na pozycję męża nauczyciela, druga jest żoną dowódcy oprawców. Pierwsza błaga o pomoc, druga gotowa do pomocy, ale chce zabrać tylko jedno z dzieci, gdyż lęka się o swojego synka i nie wie, jak zareaguje jej mąż. Która matka gotowa jest ocalić jedno dziecko kosztem drugiego? Young-sook nie może się zdecydować, ginie jej mąż i okrutnie uśmiercony jest synek. Mi-ja zostaje obwiniona przez przyjaciółkę o to, że mogła pomóc, ale nie uratowała najbliższe osoby Young-sook.

Na kanwie tej przyjaźni rozstrzygają się losy obu kobiet. Jedna od urodzenia mieszka na Wyspie Jeju, druga trafia tu do ciotki i wujka, ale jest tam poniewierana i głodzona. Matka dziewczynki wcześnie ją osierociła, ojciec współpracujący z Japończykami, pogardzany jako kolaborant, też już nie żyje. Mij-ja znajdzie opiekę u przyszłej przyjaciółki. Potem rozdzieli je niefortunny ślub córki kolaboranta z bardzo atrakcyjnym mężczyzną, choć zauroczyła się nim jej przyjaciółka, potem zresztą skojarzona przez babkę z nauczycielem, którego pokocha i utraci we wspomnianych dramatycznych okolicznościach.

Dla Europejki opisy wyspy, oceanu, trybu życia wyspiarzy, sposobów zdobywania pożywienia, metody konserwowania a właściwiej suszenia produktów do przetrwania zimy są fascynujące. Znamy tylko kilka owoców morza, które zamawiamy w czasie podróży na południe, a tu czytamy, jakie wielkie bogactwo kryje się w głębinach morza. Tylko że to bogactwo wydobywane jest przez kobiety. Z japońska autorka nazywa je Haeyeno, podając też i koreańskie nazwy. Na Jejo tylko kobiety wyprawiają się na połowy. Mężczyźni nie wytrzymaliby niskich temperatur, zniszczone zostałyby ich męskie narządy. Oni zostają na brzegu i opiekują się niemowlętami i dziećmi. Położnicy wypływają tylko w porze karmienia piersią. Na wyspę przyjeżdża ekipa naukowców. Systematyczne badania mają wyjaśnić fenomen odporności kobiet na niskie temperatury.

Narracja powieści obejmuje kilka dziesięcioleci, czytelnik dowiaduje się, że specyficzne położenie wyspy sprawia, że była ona etapem najazdów Chińczyków, Mongołów, a także innych plemion, nie licząc inwazji Japończyków, a potem zakusów Związku Radzieckiego. Oni właśnie okupują tę część Korei, kiedy rozpoczyna się akcja powieści. Inna sprawy, że zamożniejsze i bardziej ambitne rodziny wysyłają synów do Japonii lub na kontynentalną cześć Korei. Dziewczyny z wyspy pozostają analfabetkami. Powierzają się opiece bóstw i bogiń, korzystają z pomocy szamanek. Obrzędy, rytuały, ofiary, ołtarzyki i inne miejsca kultu wspaniałe opisane są w powieści, zaś autorka w posłowiu i podziękowaniach wymieniła, do jakich źródeł sięgała, ile wywiadów przeprowadziła, do ilu świadków opisywanych zdarzeń dotarła.

Lisa See jest pisarką amerykańską, o podwójnym pochodzeniu, chińskim i z tej drugiej ojczyzny, jej powieści są na listach bestsellerów w rankingu New York Timesa, jest laureatką tytułu Kobiety Roku przyznanego przez Organizację Amerykanek Chińskiego Pochodzenia. Zagłębiwszy się w lekturę prezentowanej tutaj powieści, doszłam do przekonania, że nie ma nic dziwnego w tym, że otrzymała Nagrodę Twórców Historii. Kunszt jej pisarstwa polega na tym, że wspaniałe łączy wątki związane z życiem osobistym bohaterów obu płci, ze szczególną znajomością zagadek kobiecej psychiki, łącząc to bogactwo psychologiczne z historią kilku dziesięcioleci, która wdziera się w życie prostych ludzi, determinując ich losy. Powieść zaczyna się na wyspie będącej samej w sobie małą krainą wielkich zdarzeń, a zastosowana konstrukcja pozwala poznać zdarzenia z drugiej połowy ubiegłego i początku obecnie trwającego stulecia. Najlepsza poławiaczka żywych skarbów oceanu pełni swój fach zarabiając też na wodach kilku krajów, by utrzymać rodzinę, a staje się sensacją w wielkim amerykańskim mieście, do którego trafia tropem następnego pokolenia. Lisa See napisała książkę o pięknej przyjaźni dwóch kobiet, które zostały poddane wielkiej próbie, o miłości i niezdolności do przebaczenia – co dla zwykłego człowieka jest bardzo trudnym zadaniem.

Mam ochotę podążyć śladami linków internetowych, wskazanych przez autorkę, by wzbogacić jeszcze bardziej to wszystko, co pozostaje w pamięci po lekturze „Wyspy kobiet morza”.


Lisa See „Wyspa kobiet morza” tłumaczenie Joanna Hryniewska, wydawnictwo Świat Książki Warszawa 2020.


wtorek, 25 lipca 2023

Pożegnanie Ani Lechowicz



Nie mówię żegnaj, do zobaczenia niegdyś Aniu.

 
"Odeszłaś cicho, bez słów pożegnania.
Tak jakbyś nie chciała, swym odejściem smucić…
tak jakbyś wierzyła w godzinę rozstania,
że masz niebawem z dobrą wieścią wrócić."

Ks. Jan Twardowski

Z przykrością i ze smutkiem informuję o śmierci naszej przyjaciółki, koleżanki po piórze, a także chórzystki Ani Lechowicz.

Niech spoczywa w spokoju.
W naszej pamięci i w sercu niejednego pozostanie na zawsze żywym wspomnieniem. 
Prezes stowarzyszenia Danuta Mysłek







niedziela, 16 lipca 2023

Michał Zasadny poleca

Międzynarodówka sprzed dwóch tysięcy lat




Jest drugi wiek naszej ery. W Rzymie mieszkają i przyjaźnią się trzej chłopcy. Jeden jest synem Rzymianina, drugi pochodzi z żydowskiej rodziny, a trzeci jest Grekiem. Wszyscy uczęszczają do szkoły retoryki, ktoś by pomyślał, że syn Rzymianina zostanie prawnikiem, ale jego wybór jest zupełnie inny. Podobnie jak ojciec, chce realizować swoje ambicje w armii cesarza. W tej hierarchii ojciec doszedł bardzo wysoko, był nawet legatem na ziemi brytyjskiej, a potem Judei.

Tak więc Sekstus dokonuje podwójnego wyboru, wstępuje do armii, ale jednocześnie rezygnuje z miłości. Jeden z przyjaciół ma śliczną siostrę, ulega jej urokowi z wzajemnością, ale jako rycerz nie może jej poślubić, więc kiedy zostaje odkomenderowany do zmagania się z plemionami w obecnej Brytanii, z bólem serca opuszcza ukochaną, a ta poślubia Żyda. Zanim to nastąpi, chłopcy chcą przeżyć seksualną inicjację, korzystając z usługi pięknej kobiety ulicznej, brutalnie potraktowanej przez jednego z nich. Kiedy trafia im się pójść na igrzyska w Koloseum, gdzie skupiona jest grupka chrześcijan, na których wypuszczono wygłodniałe lwy, ten, który brutalnie potraktował kobietę uliczną, widzi, że ona znajdzie się wśród ofiar masakry, entuzjastycznie przyjętej przez zgromadzony tłum.

Czytelnik z bohaterem przenosi się do Judei. Tam wybucha powstanie. Izraelici buntują się przeciw zakazowi obrzezania, a kiedy dowiadują się, że cesarz planuje odbudowę świętego miejsca w Jerozolimie, gdzie stanie świątynia dla wielu bóstw, czczonych w różnych regionach opanowanych przez cesarstwo, uznają to za świętokradztwo.

Kiedy sprawy toczą się w Judei, czytelnik dowiaduje się, że Żydzi, dziś powiedzielibyśmy starozakonni, chrześcijan traktują jako groźną sektę. Ci zaś gotowi są znieść wszystko, by chronić wiarę w Mesjasza. Żydzi wciąż oczekują jego przyjścia, lekceważąc to, co mówi się o cieśli z Nazaretu sprzed stu lat.

Czytając opis tych antagonizmów przypomniałem sobie, jak co pewien czas słyszę dźwięk domofonu, a potem słowa sympatycznych kobiet, wpraszających się na rozmowy, których tematem ma być Biblia oraz Jahwe. Moje sąsiadki traktują nieproszonych gości opryskliwie, z lekceważeniem, a ja sobie myślę, że mijają stulecia, a religie wciąż wojują ze sobą na różne sposoby.

Autorem „Apokryfu” jest Wojciech Dutka, historyk, którego wcześniej wydane pozycje, osadzone w minionych wiekach, wzbudziły wielkie zainteresowanie czytelników. Zawsze wydawało mi się, że dużo wiem, jak powstało i rozwijało się Cesarstwo Rzymskie, jakie były początki chrześcijaństwa, ale czytając tę powieść nabrałem wiele podziwu dla warsztatu pisarza, dla jego dociekliwości, do kunsztu łączenia wątków historycznych z losami bohaterów. W tytule użyłem słowa międzynarodówka, gdyż rzymskie podboje, miksowanie nacji, narodów, kultur, wierzeń i języków powodowało zjawisko multikulturowości. Nic dziwnego, że Hadrian chciał zunifikować wierzenia, pozostawiając wolność wyboru bóstw, jednak pod warunkiem, że kolejni cesarze mieli sobie przypisane boskie przymioty.

Powiem tylko na koniec, że prawa historii stawiały bohaterów w pozycji wrogów, a to z kolei powodowało konieczność uśmiercania tych, których łączyła przyjaźń, a nawet miłość. Więc z woli autora kolejne zdarzenia rozgrywające się na obszarze od krańców Europy po dalekie azjatyckie kraje doprowadzą do spotkania głównego bohatera z odrzuconą miłością. Autor nagromadził wiele opisów dotyczących broni legionistów, metod walk, organizacji wojennych kampanii, potraw, upraw, zwyczajów, a to wszystko sprawia, że zaspokajany jest na każdej stronie głód poznania czytelnika. Kiedy kończyłem spisywane tych uwag, zrobiłem przerwę na obejrzenie wiadomości, doznawałem niepokoju, co będzie się działo w Paryżu w dniu narodowego święta Francuzów. Po ostatnich dniach obfitujących w obrazy prawie wojny domowej, płonących aut i grabionych sklepów można się było spodziewać najgorszego. Co prawda dzień jeszcze się nie skończył, ale mam nadzieję, że nie dojdzie do eskalacji rozruchów, w których emigranci zmierzą się z francuskimi siłami obrony spokoju i porządku.

Powieść Wojciecha Dutki zachęciła mnie, by sięgnąć po inne pozycje tego dociekliwego autora, na przykład „Kurier z Teheranu”, „Czerń i purpura” czy „Bractwo Mandylionu”.


Wojciech Dutka „Apokryf”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2021.


środa, 21 czerwca 2023

Michał Zasadny poleca

 Toksyczna moc sekty

 



Kiedy czytałem „Arkę”, w mojej pamięci odżyły wspomnienia z czasów, kiedy żywo interesowałem się sektami. Nawet blisko współpracowałem z parlamentarzystą, który badał problem w trybie podjętej interwencji poselskiej. Potem miałem okazję w domu znajomych toczyć rozmowę z członkami jednej z polskich sekt, którzy za wszelką cenę chcieli mnie zjednać do tej wspólnoty. Byli zaproszeni przez córkę moich znajomych, piękną dziewczynę, już przez nich zwerbowaną. Nikt z obecnych nie został pozyskany na członka sekty, ale dziwnym trafem wszystkie oporne osoby po ich wyjeździe doznały dziwnych dolegliwości, tak jakby spłynęła na nich jakaś negatywna moc. Oczywiście za parę dni dolegliwości minęły, ale uczestników tego spotkania po paru miesiącach poraziła wiadomość, że córka moich znajomych nie żyje. Dochodzenie ustaliło, że popełniła samobójstwo. Już nie śledziłem przebiegu tej sprawy, nie potrafiłem jej związać z przynależnością wykształconej dziewczyny do sekty, ale co pewien czas media donosiły o zbiorowych samobójstwach członków rozmaitych sekt w USA, w Europie i Azji.
Piszę o tym, gdyż znakomicie napisana powieść „Arka” to thriller autorstwa amerykańskiego pisarza Boyda Morrisona. Ten znakomicie wykształcony w naukach ścisłych i technicznych młody człowiek zbudował narrację na biblijnej historii potopu i arki, dzięki której Noe uchronił przed zagładą swoją rodzinę i po parze rozmaitych zwierząt. Z pokolenia na pokolenie przechodzi przekonanie, że arka gdzieś trwa przez tysiąclecia. Bohaterką powieści jest Dilara, która przebywa w Peru na wykopaliskach. Podobnie jak jej ojciec, jest archeologiem. To właśnie on próbował odkryć, gdzie znajduje się arka. I właśnie trzy lata temu młoda kobieta dowiaduje się, że jej ojciec nie żyje, ale dochodzenie nie ujawniło, w jakich okolicznościach zginął i gdzie spoczywa jego ciało. Córka, wcześniej osierocona przez matkę, jest w rozpaczy i za wszelką cenę pragnie ujawnić fakty związane ze śmiercią ojca.
Otrzymuje wskazówkę, z kim ma się spotkać w tej sprawie. I kiedy już ma dojść do wyjawienia tajemnicy, wskazany człowiek umiera. Policja uznaje, że doszło do zawału. Dilara jest przekonana, że został otruty, a śmierć miała zamknąć mu usta. Kilka ostatnich jego słów wskazuje na osoby, które mogą odpowiedzieć na pytanie, czy archeolog odnalazł arkę i dlaczego zginął. Młoda uczona rusza wskazanym tropem. Dociera do wiadomości, że sekta działa przewodzona przez szalenie inteligentnego guru i ogromnie bogatego. On skupił wspólnotę, wmawiając członkom sekty, że Bóg przygotował zagładę ludzkości, która łamie wszystkie przykazania. Ocaleją tylko wierzący, nieliczni. Reszta ludzkości zginie otruta specyfikiem, skrywanym w arce.
Fanatyk jest przekonany, że Bóg nie zesłał potopu, tylko zarazę i chce zmusić córkę archeologa, by wyjawiła odkrycie ojca, czyli wskazała, gdzie w Górze Ararat schowany jest korab sprzed tysiącleci, a w nim trucizna, która umożliwi mu zagładę ludzkości.
Z każdym rozdziałem rośnie napięcie. Dilara zyskuje pomoc znakomitego inżyniera i jego przyjaciół. On jest wdowcem, a ona pierwszą kobietą, która zwraca uwagę tego mężczyzny.
Do ostatniej strony czytelnik nie wie, czy Dilara odkryje zagadkę śmierci ojca. Czy nie dopuści do planowanej przez fanatyka zagłady współczesnych grzeszników? Czy ojciec inżyniera, wysoko postawiony generał przejmie truciznę, by wykorzystać ją w celach wojskowych?
Gorąco polecam. Powieść ma wiele elementów poznawczych, traktuje o zdobyczach techniki już istniejących i takich, których można spodziewać się w najbliższych latach.
Z podziękowań autora wynika, jak wielu konsultantów przywołał do pomocy, by napisać powieść i rzetelnie, i zajmująco. Nic dziwnego, że ta pozycja została zarekomendowana do wielu nagród. Trzeba ją koniecznie przeczytać.


Boyd Morrison „Arka”, z angielskiego przełożyła Monika Wyrwas Wiśniewska, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2010.

niedziela, 18 czerwca 2023

Bronisław Krzemień poleca


Miłość w cieniu Czarnobyla

 

Kiedy wczoraj zaplanowałem zarekomendować „W cieniu Czarnobyla”, na telewizyjnym ekranie pojawił się Łukaszenko i obwieścił, że właśnie na terenie jego kraju pojawiła się broń, przystosowana do użycia środków nuklearnych. Ogarnęła mnie groza. Od wielu tygodni padają uspokajające informacje, że te zapowiedzi użycia groźnej broni to są tylko pogróżki, mające na celu zapobieżenie ukraińskiej kontrofensywie. Ale kontrofensywa już się zaczęła.
Tym bardziej gorąco zachęcam, by wziąć do ręki „W cieniu Czarnobyla”. Tamte wydarzenia już przebrzmiały, zatarły się w pamięci komunikaty o katastrofie. Pamiętam, jak znajoma poprosiła mnie, bym interweniował u wysoko postawionego duchowieństwa, by jej siostrzeńca nie wysyłano w ten rejon. To młody kapłan, urodzony w polskiej rodzinie, wykształcony w Seminarium w Rydze, wychowany z wielką miłością, dostał skierowany na ten teren, gdzie ludzie umierają lub zapadają na groźne popromienna choroby. Duchowny odmówił i przypomniał, że każdy ksiądz ślubuje posłuszeństwo, zatem zobowiązany jest udać się z posługą tam, gdzie obecność kapłana jest pożądana.
W rekomendowanej tutaj powieści szwedzka pracownica naukowa Katarina kilkanaście lat po katastrofie dobrowolnie wyrusza na teren skażony wybuchem. Zrywa z dotychczasowym partnerem, który ją rozczarował i szuka nowych, silnych wrażeń. Skąd ta decyzja? Pracuje w grupie ukraińskich i rosyjskich naukowców. Jedna z tych intelektualistek wyróżnia się w grupie, a jak się okazuje, jest córką zmarłego uczonego, który nie wahał się ruszyć w miejsce katastrofy i zmarł. Córka już po kilkunastu latach czuje się w obowiązku być tam, gdzie nastąpiła katastrofa. Narracja powieści prowadzona jest w pierwszej osobie. Tym ciekawsze są obserwacje Szwedki. Kiedy już ma prawo wyjechać na skażony teren, widzi służby chroniące wejścia, widzi ludzi przemykających do miejsc, które musieli opuścić, widzi podupadające chaty, zdeformowane drzewa, zmutowane zwierzęta.
W tym klimacie rodzi się wątek romansowy. Bohaterka zakochuje się z wzajemnością w partnerze córki nieżyjącego uczonego. On przeżywa dylemat, czy ma prawo rozstać się z kobietą, która już utraciła bliską osobę?
Czytelnik nie może się oderwać od wstrząsających opisów zniszczeń i cierpień, jakie spowodował wybuch. Współczuje parze, która musi pokonywać psychologiczne przeszkody w miłości. Szwedka rezygnuje z walki o to uczucie. Dalej będzie badać skutki promieniowania. Tym bardziej, że takie zdarzenie jak w Czarnobylu nie było ostatnim. Na przykład Japonia przeżyła nie tylko zastosowanie broni jądrowej pod koniec wojny, ale już w niedalekiej przeszłości walczyła z zalaniem atomowej elektrowni.
Bohaterka przebywając w rejonie Czernobyla poznaje zmiany, jakie komunizm dokonał w psychice ludzi poddanych jego oddziaływaniu. Przewija się pytanie, czy katastrofa była nieunikniona, czy ratunek był szybki i skuteczny, czy był możliwy?
Miałem wrażenie, że wiem wszystko, co zdarzyło się w Czernobylu. Ta lektura, doskonale przygotowana, daje wstrząsający opis tego, co może zdziałać użycie broni atomowej. Nic dziwnego, że pojawia się urealniona wizja Apokalipsy.
Naturalnie mądre polityczne siły robią nie tylko w Europie wszystko, by zapobiec użyciu broni nuklearnej. Warto sięgnąć po powieść Madeleine Hessérus, by uświadomić sobie, jaka to groźna siła. Jeden z bohaterów powieści, zastanawiając się nad sensem badań, mówi: „Nie do końca wiemy, co przyszłość uzna za ważne, a co za nieistotne Możemy stawiać pytania, ale nie na każde z nich mamy gotową odpowiedź”.
Po latach, pracując we Francji, Katarina jedzie do Japonii na kongres związany z zagrożeniami nuklearnymi. I tam spotka tę porzuconą miłość sprzed lat. O tym, czy przetrwała, czytelnik sam się przekona.

Madeleine Hessérus „W cieniu Czarnobyla” z języka szwedzkiego przełożył Wojciech Łygaś, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018.

niedziela, 28 maja 2023

Maria Suchecka w ODK 5 czerwca o godz. 16

 


Inaczej niż zwykle…

nie będzie promowana ani poezja, ani proza, tylko Maria Suchecka zaprezentuje świeżo wydany zbiór recenzji.

Pozycja nosi tytuł „Książki gorąco polecane”, a zawiera rekomendacje kilkudziesięciu powieści, zbiorów reportaży, biografii i innych form wypowiedzi autorów zarówno polskich, jak i bestsellerów z kilku kontynentów. Co ważne, książki te są osiągalne w publicznych bibliotekach, a Maria Suchecka sięgała też do zasobów gromadzonych we własnym domu i w rodzinie.

Spotkanie z autorką tych rekomendacji książkowych, które, jak pisze Robert Bogusłowicz we wstępie, przybierają formę felietonu, są swego rodzaju echem zdarzeń w Polsce, Europie i na świecie.

sobota, 27 maja 2023

O Matkach i Ich święcie


Danuta Mysłek



W hołdzie Matkom i tym, które odeszły z ziemskiego padołu, a odegrały ważną rolę w ustanowieniu Dnia Matki. Wszystkim, które zapisały się w życiu dzieci wyjątkowością, poświęcając własne życie, także i z niemocy, że pomóc nie mogą. „Mamy nie biorą zwolnienia!”. Matka musi nieraz wziąć na siebie całe zło, żeby odciążyć dziecko od jego trudnych emocji. Czytelnikowi ku refleksji.

Święto Matki obchodzono już w czasach starożytnych. Czczono wówczas wszystkie boginie-matki. Były one symbolem płodności. Do świętowania wrócono w XVII wieku w Anglii pod nazwą „niedziela u matki”. Początkowo co roku w czwartą niedzielę postu odprawiano modły w najbliższej katedrze, w kontekście religijnym, matka była symbolem kościoła lokalnego. W Grecji podczas wiosennego Święta Matki Natury składano hołd Rei, matce wszechświata i wszystkich bóstw. Nowożytna tradycja świętowania tego dnia wywodzi się z początków XX wieku.

Data obchodów Dnia Matki zależy od kraju, w którym jest świętowany, a związane z nim tradycje nawiązują do kulturowych aspektów danej narodowości. W Ameryce w 1858 roku amerykańska nauczycielka Ann Maria Reeves Jarvis ogłosiła Dni Matczynej Pracy, od 1872 roku Dzień Matek dla Pokoju promowała Julia Ward Howe. A Anna Jarvis, zrozpaczona po śmierci matki, zaczęła lobbować za ustanowieniem święta, które upamiętniałoby miłość i poświęcenie wszystkich kobiet wychowujących dzieci. Pomysł trafił na podatny grunt i już w 1914 r. Kongres ustanowił świętem narodowym każdą drugą niedzielę maja – w ten sposób narodził się Dzień Matki znany do dziś. Ann Jarvis, inicjatorka tego święta bardzo szybko spotkała się z ogromnym zawodem. Szybko przekształciło się ono w festiwal kiczowatej komercji. Jarvis była zrozpaczona. Uważała, że matka, która zrobiła więcej niż ktokolwiek inny, zasługuje na własny wkład pracy, a nie lenistwem podyktowane wręczenie wydrukowanej kartki, czy też czekoladek, które w połowie najczęściej zjadał obdarowujący. Pisała, krytykując sposób obchodzenia tego święta. W 1948 r. tuż przed śmiercią została nawet aresztowana za zakłócanie porządku, kiedy brała udział w proteście przeciw takiemu świętowaniu Dnia Matki w Nowym Jorku.

To święto znajdziemy w kalendarzach około 140 krajów. W Meksyku – 10 maja, w Boliwii – 27 maja, w Tajlandii w dzień urodzin królowej „Sirikit Kitiyakara” – 12 sierpnia, a w Indonezji – 22 grudnia.

W jednych państwach obchodzi się je na stałe tego samego dnia roku, w innych ruchomo. Amerykanie są hojni, Włosi rodzinni (włoski sernik w kształcie serca, kawa i obiad w restauracji, nieodzownym elementem świętowania), mieszkańcy Egiptu i Jordanii – traktują matki z szacunkiem. Obce kultury pokazują różnorodne możliwości obchodzenia tego święta.

W Wielkiej Brytanii Dzień Matki jest obchodzony w czwartą niedzielę wielkiego postu. We Włoszech w Niemczech i w USA w drugą niedzielę maja (Amerykanie tego dnia stawiają na drogocenne prezenty). Natomiast we Francji w ostatnią, rodzicielkom daruje się wina, czekoladki czy francuskie sery, a zamiast kwiatów piecze się ciasta. W Korei Południowej, zamiast Dnia Matki 8 maja obchodzony jest Dzień Rodziców. W Egipcie i Jordanii swoim rodzicielkom prezenty dzieci wręczają 21 marca. Ortodoksyjni muzułmanie nie obchodzą tego święta. Ich zdaniem uznanie i szacunek należą się matkom zawsze, a nie tylko od święta.

W Polsce przedwojennej organizacją Dnia Matki zajmował się PCK (w różnych terminach), np. niedziela 13 maja 1934 roku, niedziela 7 maja 1939 roku. Oficjalnie w Polsce Dzień Matki, jako święto kalendarzowe pojawiło się w roku 1914 i odbyło się w Krakowie. Szkoda tylko, że nie jest dniem narodowym i nie przypada w weekend, a więc nie jest dniem wolnym od pracy i szkoły.

W tym dniu dzieci przedstawiają się jako twórcy i artyści. Śpiewają piosenki, recytują wiersze, maluchy wręczają Matkom własnoręcznie wykonane laurki. A dorosłe pociechy w większości też nie zapominają o Matkach, odwiedzając z upominkami. Jednak są matki, które z tęsknotą, rozdartym sercem wypatrują w oknie na próżno odwiedzin, spoglądając na przemian i na milczący telefon.

Wzrasta liczba osób pogubionych, oskarżających się wzajemnie, twierdzących, że nie nadają się do niczego. Tracącą z oczu to, co najważniejsze, koncentrują się na poniżaniu innych, na waloryzacji materialnego dobra, intelektu, uczestnicząc w wyścigu szczurów lub owczym pędem podążających za nietrafionymi teoriami. Psychologowie mają już termin na to zjawisko: egoizm atrybucyjny. W skrócie: nasze sukcesy są naszymi sukcesami. Nasze porażki, są czyjeś. Trzeba znaleźć kogoś, na kogo można zrzucić odpowiedzialność. Mało kto nadaje się do tego lepiej niż rodzice. W szczególności matka. Amerykanie mówią: The Mother Blame Game (z ang. zabawa w obwinianie mamusi). W XX wieku „zabawa” stała się popularna. Psychiatria i psychologia mocno się do tego przyczyniły.

Zaczęło się od Zygmunta Freuda, który beztrosko obarczał odpowiedzialnością za schizofrenię matki osób chorych, a w latach 40. psychiatra Leo Kanner w teorii tłumaczącej autyzm wskazał winę w oziębłości emocjonalnej matki. Dzisiaj wiemy, że to stek bzdur, a o ich kształcie decydowała mizoginia twórców. „Powodem obwiniania matek jest fakt, że większość zadań związanych z wychowywaniem dziecka spoczywa na barkach kobiety”, wyjaśnia dr Lauri Umansky w książce „Bad Mothers: The Politics of Blame in the Twentieth Century” (z ang. Złe matki. Polityka obwiniania w XX wieku). Niestety, zabawa w obwinianie w najlepsze trwa. W mediach społecznościowych coraz częściej dzieci oskarżają Matki za własne niepowodzenia, przypisując także toksyczność rodzicielkom.

Nie bez winy są i dziś osoby udzielające psychologicznej pseudo pomocy, bo jak inaczej zinterpretować wypowiedź „… Matka jest niebezpieczna. Przeszkadza tylko…” Czy tak można zdefiniować moralne działania matki w trosce o dobro krzywdzonego dziecka? Niestety można by wymieniać inne niemoralne działania osób z tej grupy zawodowej.

Takie marginalizowanie roli matki buduje nienawiść i arogancję, która już wobec takich autorytetów jak Jan Paweł II pokazuje skalę tego problemu, tj. niechlubnych przymiotów człowieka.

Matka to miłość budząca dzień, karmiąca spracowaną ręką, niedosypiająca, to nauczyciel, doradca, jedyny bezwarunkowy przyjaciel, dla niej rodzina jest najważniejsza.


niedziela, 21 maja 2023

Rafał Brzeski poleca


 Czy morderczyni może być sympatyczna?

 




Jeśli ktoś lubi, kiedy czytając kryminał doświadcza dreszczy albo boi się wejść do piwnicy, by tam nie zaatakował go jakiś złoczyńca, niech koniecznie weźmie do ręki „Neon”, którego autorka kryje się za wersalikami GS LOCKE. Notka od wydawcy informuje, że jest redaktorką, a specjalizuje się w tematyce związanej z rozmaitymi sposobami łamania prawa. Prywatnie jest matką, a lubi muzykę i gorzką czekoladę.

Powieść jest tak skonstruowana, że właściwie od początku czytelnik wie, kto jest seryjnym mordercą. W pewnym momencie pada nawet jego imię i nazwisko, ale zbrodnie, jakich się dopuszcza, są po prostu szokujące. Seryjny morderca wybiera piękne, szykowne i wiele znaczące kobiety ze świata, w którym są cenione i podziwiane. Znakomity policjant Matt Jackson prowadzi dochodzenie. Jedno łączy ofiary. Są spoza miasta, w którym pojawiają się ich ciała, miejsca ujawnienia zwłok są tłumnie odwiedzane, znakomicie oświetlone, można przypuszczać, że morderca nie może tam zjawić się niezauważony. Oczywiście śladów nie zostawia. Ambicją Matta jest wytropienie mordercy. Co jest trudne, bo skoro ofiary są z różnych miejsc, to i wskazanie potencjalnych morderców oraz ich motywów jest utrudnione. Jego to nie zniechęca, zwłaszcza zagadkowe jest to, że ciała są znajdywane w blasku neonów. Są jakby wkomponowane w kolory i przesłania reklamowe tych szalenie popularnych środków skupiania uwagi ludzi.

Matt kapituluje, kiedy we własnym domu znajduje ciało swojej własnej, ukochanej żony. Ta zbrodnia nie mieści się w dotychczasowych prawidłowościach. To nie jest ludne miejsce publiczne, nie centrum reklamy, tylko jedno jest wspólne, neon zamontowany w pokoju zmarłej kobiety. Oczywiście policjant, osobiście zaangażowany, jest odsunięty od prowadzenia sprawy. On powodowany podwójną stratą, czyli śmiercią żony i zawodową porażką postanawia popełnić samobójstwo, a ten akt samozagłady powierza płatnej morderczyni. Pracując w dziale, gdzie ma do czynienia z różnymi przestępstwami dociera do właściwej osoby i kieruje do niej anonimowe zlecenia. Jednak zanim umrze, chce zidentyfikować zbrodniarza, jakiegoś psychicznego dewianta, a zarazem człowieka obeznanego ze sztuką montowania neonów.

Czytelnik nie może się oderwać od śledzenia akcji. Autorka umożliwia mu obserwowanie poczynań policjanta, który łamie służbowy zakaz włączania się do dochodzenia; morderczyni, która musi dzięki temu zleceniu zdobyć pieniądze na kosztowną operację ratującą życie; no i nie pozwala spuścić z oczu seryjnego zabójcę. Kilka elektryzujących wątków skupia uwagę, trzyma nieustannie w napięciu, aż dochodzi do zaskakującego wyjaśnienia, dlaczego ofiarą zostaje żona policjanta.

Nie mam prawa wyłuszczenia piętrzących się zagadek, zostawiam to czytelnikowi, ale zapewniam, że lektura go nie rozczaruje ani przez moment.


GS LOCKE „Neon”, przełożyła Maciejka Mazan, Prószyński i Ska, Warszawa 2021.

czwartek, 18 maja 2023

Daniel Rzepecki poleca

 Pod prąd swobodzie seksualnej

 


Firmy mają zwyczaj organizować imprezy integracyjne. Oczywiście, jak dobrze prosperują i mogą zafundować uczestnikom zakwaterowanie, doskonałe jedzenie, program merytoryczny i wiele innych atrakcji, co zależy od inwencji głównego organizatora. Zwykle obowiązuje swoboda obyczajowa, oprócz tego nadarza się okazja do przygód damsko-męskich. Są to doraźnie eksplodujące romanse. Pamiętam atrakcyjną brunetkę na turnusie rehabilitacyjnym, czule żegnaną przez męża przy autokarze, a potem jeszcze czulej witaną z naręczem kwiatów, kiedy rozstawała się z grupą. Mąż zapewne nigdy nie dowiedział się o jej turnusowym zagranicznym romansie ze smagłolicych kelnerem. No, mniejsza z tym, to był rekreacyjny wyjazd, inny natomiast, właśnie integracyjny, pozwolił mi obalić utrwalone przekonanie, że inicjatywa należy do mężczyzny. Nic podobnego. Na własne oczy widziałem, jak jedna z pań szybko zarzuciła sieć na bardzo przystojnego uczestnika i rankiem chyłkiem opuszczała jego pokój. Ona zamężna, on żonaty, oboje pokazywali zdjęcia bardzo udanych dzieci.

Piszę o tym, bo jestem pod wrażeniem powieści Amy Harmon „Biegając boso”. Już dawno nie czytałem tak pięknej, romantycznej, a współczesnej powieści. To historia osieroconej dziewczynki, która po śmierci matki musiała przejąć rolę pani domu, opiekunki ojca i braci, dziewczynki z powodu obowiązków przedwcześnie dojrzałej do wysiłku, przekraczającego jej siły i możliwości. Sprostała temu wyzwaniu, a ojciec nie szukał pocieszenia w ramionach innej.

Bohaterka, dojeżdżając szkolnym autobusem na zajęcia, poznała i zaprzyjaźniła się z lekceważonym przez rówieśników chłopcem. Josie Jensen, bardzo wrażliwa, pełna empatii wzięła kolegę w obronę, a on, Samuel Yazzie, był synem Indianki z plemienia Nawano, i białego ewangelizatora, który wyruszył nawracać Indian. Sam był owocem tej miłości, ale ojciec osierocił go wcześnie, natomiast matka postanowiła zostać wśród swoich i tam również wychowywała synka, aż biali dziadkowie postanowili wnuka zabrać, by zapewnić mu wykształcenie.

Pasjonujący jest opis wierzeń i obyczajów członków plemienia Nawaho, interesujące dla europejskiego chrześcijanina niezłomne zasady mormonów, a tam, gdzie rozgrywa się akcja, skupili się członkowie tej wspólnoty religijnej. Pisarka pochodzi z miasteczka Levan, które opisuje, jest autorką powieści o tematyce chrześcijańskiej, jej proza doczekała się uznania czytelników: rekomendowana w tym miejscu powieść figuruje na liście bestsellerów New York Timesa. Z tej powieści można uczyć się wierności uczuć, odpowiedzialności, powściągliwości w erotycznych porywach, dokonywać wyborów między tym, co jest dla nas dobre, a tym, co służy innym ludziom. Ta powieść idzie pod prąd seksualnemu rozpasaniu, pod prąd egoizmu i hedonizmu, które każą zaspokajać wszelkie zachcianki. Jak się okazuje, trudne wybory służą tym, którzy się na nie decydują.


Amy Harmon „Biegając boso” tłumaczenie Joanna Sugiero, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2018.